JACEK D. - HISTORIA PEWNEGO POKOLENIA (VIII)

Obrazek użytkownika Arnold Parszawin
Kraj

     Potem był rok 1989 i wszystko dobre i złe, co wydarzyło się później. Szary komunizm błyskawicznie ustąpił miejsca dziwnemu systemowi rzekomo opartemu na wolnym wyborze i wolnej gospodarce. Nastała Rzeczpospolita ponadpartyjnego klubu miłośników szlachetnych markowych alkoholi, zwana Trzecią Rzeczpospolitą. O ile mi wiadomo, D. pomimo wcześniejszego okresu wytrwałej abstynencji, świetnie się odnalazł w tym elitarnym gronie. Prawdopodobnie nie pozostało to bez wpływu na jego dość spektakularną karierę w nowych czasach.

     Ślepy los zetknął nas dopiero w 1991 roku gdzieś na ulicy w Łodzi. Towarzyszył mu wysoki blondyn z charakterystyczną, ekstrawagancką jak na tamte czasy, kitką. W następnych latach zdarzyło mi się widywać ich razem parokrotnie. Jeszcze później z daleka widywałem D. w towarzystwie osobników sprawiających dużo gorsze wrażenie. Wtedy, podczas naszego pierwszego spotkania po latach, obeszło się bez zbędnych emocji. Dość sympatycznie wymieniliśmy ze sobą kilka zdawkowych zdań o tym, czym się aktualnie zajmujemy. Przy pożegnaniu darowaliśmy sobie wszelkie fałszywe formuły o chęci odnowienia naszych dawnych stosunków.

     Kolejne spotkanie nastąpiło mniej więcej po trzech latach i tym razem nie było przypadkowe. Na fali przemian gospodarczych, ale i mentalnych, początku lat dziewięćdziesiątych powoli zmieniał się mój stosunek do tzw. biznesu. Rojenia o wyższości pracy intelektualnej nad trudem obliczonym na zarabianie pieniędzy gdzieś z czasem uleciały. Do firmy prowadzonej od lat jednoosobowo przez mojego ojca w którymś momencie przyłączyliśmy się z moim bratem i firma stała się rodzinną. W nowych realiach trudnych początków kapitalizmu dawne znajomości ułatwiające ojcu funkcjonowanie w starym systemie szybko traciły na znaczeniu. No ale na firmamencie pojawiła się szybko wschodząca gwiazda Jacka D. Mój kolega ze studiów ku naszemu zaskoczeniu został dyrektorem Łódzkiej Wytwórni Papierosów. Uznaliśmy, że to szansa, że trzeba spróbować wykorzystać tę znajomość. Oczywiście to była misja specjalna dla mnie. Bez uprzedniej zapowiedzi zjawiłem się w sekretariacie dyrektora Wytwórni, przedstawiając się jako jego dobry znajomy, i poprosiłem o umówienie spotkania. Okazało się, że dyrektor jest nawet obok w gabinecie. Po krótkiej nieobecności sekretarka wróciła i oświadczyła, że pan Dyrektor może mnie przyjąć. Ironia losu: jestem u D. w roli petenta…? Ale nie hamletyzowałem.

   -    Jeżeli się kogoś spodziewałeś, to na pewno nie mnie?

   -    Faktycznie, jestem zaskoczony. Ale… fajnie, że jesteś…

   -    Nie będę ukrywał, przyszedłem w dość konkretnej sprawie. A właściwie to w konkretnym interesie.

   -    W godzinach pracy interesują mnie tylko konkretne sprawy.

   -    Świetnie, słuchaj Jacek, działam teraz razem z ojcem i bratem, mamy spółkę. Wiesz, jaki jest rynek usług – brakuje pieniędzy, zleceń… Pomyśleliśmy, że mógłbyś nam jakoś pomóc…

   -    Taaa… ja? Jak?

   -   No wiesz, wyobrażam sobie, że jako dyrektor firmy decydujesz o zamówieniach, zleceniach… Zwykła sprawa: porządnie wykonujemy zleconą robotę i dostajemy zapłatę według normalnych stawek rynkowych. No przecież na pewno inwestujecie, coś remontujecie…

   -    Jasne, jasne, bez tego nie ma biznesu. Wiesz co… na razie budżet mamy zamknięty, ale musiałbym pomyśleć… będą następne budżety…

   -    No właśnie!

   -    Słuchaj, interesy interesami, budżety budżetami… Spotkajmy się. Mam na myśli, tak całkiem prywatnie, jak kumple ze studiów. Zobaczymy, co po latach będziemy mieli sobie do powiedzenia.

   -   Wiem, wiem, pamiętam: coś jestem ci winien…

   -    Taaa… co? Pożyczałeś coś ode mnie? Nie przypominam sobie.

   -    Dobra, Jacek, podoba mi się twój pomysł, oczywiście jestem na tak, powiedz tylko kiedy i gdzie…

     Przy pożegnaniu wymieniliśmy się wizytówkami, jak przystało na prawdziwych biznesmenów. 

 

     Po kilku dniach spotkaliśmy się przed jednym z pubów przy Piotrkowskiej, która w ciągu ostatnich lat z ulicy księgarń stała się traktem lokali gastronomicznych. Szybko przekonałem się, że mój kolega ze studiów był tu dobrze znaną personą – szatniarz nie dość, że tytułował go per „panie prezesie”, to jeszcze z wyraźną satysfakcją skierował nas do pomieszczenia na boku, gdzie nikt miał nie przeszkadzać. „Z kim ja się tu umówiłem?” - zapytałem sam siebie. Faktycznie w salce, do której weszliśmy nie było nikogo. Zajęliśmy jeden z trzech znajdujących się tu stolików. Mój towarzysz w ciągu ostatnich pięciu lat nie zmienił się wiele, może nieco przytył. Luźną kurtkę zamienił na marynarkę, ale mimo wszystko nie wyglądał jak ktoś w nie swojej skórze.

   -    No i co Arnold… trochę się pozmieniało…

   -    Czarnych sztruksów nie kupujesz już raczej w Pewexie…

   -    Wyobraź sobie , że w ogóle nie zakładam już sztruksów.

   -     Ale rocka raczej ciągle nie słuchasz? To się nie zmieniło?

   -    Nie, nie, akurat tu nic się nie zmieniło.

   -    Wiesz, co jestem ci winien? Pamiętasz nasz zakład? Pociąg z Warszawy lata temu?

   -    Ach, to, o tym mówisz. No tak, tak jakoś wyszło, że miałem rację.

   -    No i chyba jesteś z tego zadowolony?

   -    Ja tak. A ty?

   -    Też, chociaż szczerze mówiąc ciągle jestem w punkcie wyjścia. No ale ja tak chyba już mam… Być może dzięki temu nigdy się nie zestarzeję…

   -    Może to i dobry sposób. Przekonamy się za jakieś trzydzieści lat… Wyobrażasz sobie nas za trzydzieści lat?

   -    Jednego jestem pewien: tu nadal będziesz łysy.

   -    A ty siwy!

   -    No wybacz, ja zawsze mogę być jeszcze łysy! To się nazywa mieć wybór!

     Roześmialiśmy się akurat w chwili, gdy w pomieszczeniu pojawił się kelner. Stanął przy naszym stoliku wyraźnie zdezorientowany. Dodał sobie niepewnym uśmiechem otuchy a potem wygłosił formułę wszystkich kelnerów świata:

   -    Czy mogę panom coś podać?

   -    No to co, Jacek, wreszcie mam okazję wyrównać nasze stare rachunki. To miał być łyskacz?

   -   Nie, nie, zapomnij już o zakładzie. Było, minęło. Żadnych ciężkich alkoholi. Dla mnie to jeszcze nie koniec dnia, taka praca. Wystarczy piwo.

   -    Szkoda. Skoro tak, to poproszę dwa piwa.

   -    Będą panowie coś jeść? Polecam mięso z grilla.

     Spojrzałem pytająco na Jacka. Zrobił podejrzanie dobrze mi znaną minę. Postanowiłem jednak go uprzedzić.

   -    Jeżeli zaraz usłyszy pan „beee”, to będzie znaczyło, że mój towarzysz ma ochotę na jagnięcinę.

   -    Przykro mi, akurat baraniny nie mamy w menu.

   -    Nic nie szkodzi, ja pasuję. Za dużo jem po restauracjach, powinienem przystopować. Dla mnie tylko piwo.

   -    W taki razie obaj zostajemy przy piwach.

     Podczas godzinnej rozmowy zdałem mu relację z kilku ostatnich lat życia, kończąc na sprawach biznesowych, które w końcu mnie do niego przywiodły. Potem zacząłem dopytywać go o jego aktualne poglądy i przynależność polityczną, bo jakiś czas temu straciłem co do tego rozeznanie. Przyznał, że faktycznie z partyjną identyfikacją ma pewien problem: partie narodowe wydają mu się za mało wolnorynkowe, a z kolei te bardziej wolnorynkowe za mało narodowe. Korciło mnie nawet, żeby zapytać: jeżeli tak, to dlaczego sam nie założy tej właściwej partii narodowo-wolnorynkowej. Odpowiedź była raczej z góry do przewidzenia – zaraz wyobraziłem sobie jego podejrzanie dobrze znaną mi minę.

   Jacek poprzestał na jednym piwie i mniej więcej po godzinie zameldował, że ma dziś jeszcze jakieś spotkanie. No cóż, taki los ważnych prezesów. Przed pożegnaniem raz jeszcze wróciłem do interesów.

   -    A jak w tamtej sprawie, mogę na ciebie liczyć? Będziesz pamiętał?

   -    Jasne, na sto procent. Coś się wymyśli, spokojnie. Odezwę się do ciebie w odpowiednim czasie, zadzwonię. Pozdrów ojca i brata.

     Nie pamiętam, na ile sceptycznie przyjąłem jego pożegnalne zapewnienia. Na pewno te sto procent uznałem za grubą przesadę. Niezależnie od mojego sceptycyzmu z samego spotkania byłem zadowolony. Co by o Jacku nie pomyśleć, wciąż dobrze mi się z nim rozmawiało, nawet jeżeli poruszaliśmy się w tym samym zaklętym kręgu tematów. Bez trudu odnalazłem w nim ten sam luz ze studenckich lat.

     Nieubłagany upływ czasu po naszym ostatnim spotkaniu sprawił, że zarówno ja, jak i moi rodzinni wspólnicy, pomału nabieraliśmy przekonania, że z pomocy D. nic nie będzie i ostatecznie uznaliśmy sprawę za niebyłą. Zupełnie nieoczekiwanie Dyrektor Łódzkiej Wytworni Papierosów znów dał o sobie znać rok później. Tym razem usłyszała o nim cała Polska. Gdy z radia dotarła do mnie kuriozalna informacja o tym, jak to dzielny dyrektor Jacek D. nagrał duńskiego biznesmena składającego mu korupcyjną propozycję, a potem kompromitujące nagranie przekazał Urzędowi Ochrony Państwa, wziąłem głęboki oddech. Momentalnie zrozumiałem, że powinienem być D. dozgonnie wdzięczny za to, że nie dotrzymał obietnicy i jednak już do mnie nie zadzwonił.

     Co działo się z nim potem, wiem tyle samo co wszyscy, którzy nie cierpią na amnezję a interesowali się krajową polityką przez ostatnie dwadzieścia parę lat: ministerialna kariera w rządzie AWS, zainteresowanie mediów, potem niezrozumiałe dla zwykłego śmiertelnika załamanie kariery, pojawiające się pogłoski o jego agenturalnej przeszłości, no i na koniec absurdalna, tajemnicza śmierć. Tyle wiem o nim na pewno. Co wiedziałem – opowiedziałem. Reszta jest milczeniem, względnie domysłem i przypuszczeniem. ….

 

 

 

 

Ocena wpisu: 
Twoja ocena: Brak Średnio: 4.5 (głosów:9)