JACEK D. - HISTORIA PEWNEGO POKOLENIA (V)

Obrazek użytkownika Arnold Parszawin
Idee

     Po przedstawieniu zrobiło się na tyle późno, że chcąc uniknąć problemów z dotarciem do domu znajomego Jacka, musieliśmy oddzielić się od grupy i rozpocząć autobusową podróż przez stolicę. Po około godzinie i dwóch przesiadkach dotarliśmy gdzieś na jakieś ciemne przedmieście z rzadka rozjaśnione światłami prywatnych domostw. Zaskoczyła mnie dobra orientacja D. w tym dość odludnym i odległym terenie. W końcu stanęliśmy przed ogrodzoną drucianą siatką posesją z murowanym parterowym domem. Mój przewodnik po przedmieściach Warszawy nacisnął dzwonek. Po dłuższej chwili przy furtce pojawił się facet w naszym wieku. O ile pamiętam na imię miał Adam i wraz swoim ojcem prowadził firmę budowlaną. Po krótkim powitaniu zaprowadził nas do środka. Usiedliśmy przy stole w kuchni. Wyglądało na to, że nasz gospodarz był w domu sam. Moi towarzysze od razu zaczęli posługiwać się jakimś swoim kodem, zapewne jeszcze z czasów szkolnych – zresztą ich rozmowa toczyła się wokół ich, mnie nieznanych, znajomych. Wspominając z humorem tego i owego, z reguły nazwanego jakąś mało wymyślną ksywą, D. nie raz po swojemu dziko zabeeeczał. Gospodarz zaproponował alkohol, ale w ślad za Jackiem odmówiłem. Daliśmy się namówić na herbatę i kanapki. Przysłuchując się ich wygłupom, dość szybko zacząłem się zastanawiać, co ja tu właściwie robię, a myśl, że dałem się wmanewrować w bezsensowną dla mnie sytuację nasuwała się sama. Mimo wszystko jednak nie zaprzątałem sobie specjalnie głowy roztrząsaniem, po co D. mnie tu ze sobą przyciągnął. Jedynym rozsądnym wyjściem z sytuacji było zameldować, że chce mi się spać i chętnie bym się już położył. Gospodarz zaprowadził mnie do pokoju na piętrze, gdzie na tapczanie czekał na mnie rozłożony śpiwór. Obudziłem się jakoś w środku nocy w zupełnych ciemnościach zastanawiając się przez chwilę, gdzie jestem i jak się tu znalazłem. Po omacku dotarłem do włącznika i zapaliłem światło. Było już po czwartej, w pokoju byłem sam. Potem obudziłem się przed dziewiątą i po krótkiej toalecie zszedłem na dół do kuchni. Tam nie było nikogo, ale w pomieszczeniu obok przez otwarte na oścież drzwi dostrzegłem śpiącego na kanapie D. Po chwili udało się go wybudzić.

   - Słuchaj, co dalej? Jakie masz plany?

     O dziwo, nie zaczął nowego dnia od swojego firmowego „beee!”.

   - W lodówce zostawił dla nas jakieś jedzenie. Wstaw wodę, zjemy śniadanie i spadamy. Ty wracasz do panienek z polonistyki, a ja mam jeszcze coś do załatwienia na mieście, muszę się z kimś spotkać.

   - A gdzie twój kumpel?

   - Wstaje przed siódmą. Nie traci czasu, ciężko pracuje na swoją przyszłość. Nie dałbym rady wstawać tak wcześnie. A ty? Dałbyś radę?

     Trochę po dziewiątej zamknęliśmy drzwi od zewnątrz, po czym D. najzwyczajniej w świecie wsunął klucz pod wycieraczkę. Opuszczając posesję zatrzasnęliśmy furtkę i już nas tu nie było.

   - No i zadowolony ze spotkania?

   - Mimo wszystko trochę mu zazdroszczę, dwadzieścia parę lat i już nieźle dorobiony… Jednak można…

   - Rozumiem, że dopytałeś go, jak to się robi?

   - Jasne, sprawa jest prosta, zawsze tak samo – śmierć frajerom…

     Chociaż D., mówiąc mi o celu wizyty u swojego szkolnego kolegi wspominał o zamiarze wypytania go koszty i formalności związane z budową prywatnego domu, to nie mam wątpliwości, że tak naprawdę był to pretekst. Zapewne spotkali się, by omówić jakieś inne ważniejsze sprawy. Jakie? Oczywiście, ja nie pytałem, a on – nie pytany – nie powiedział. Rzeczy, z których mógł być dumny, albo wręcz przeciwnie…

     Jacek oczywiście nie był zainteresowany wywodami warszawskiego intelektualisty na temat twórczości Borowskiego.  Rozstaliśmy się przy pierwszej przesiadce, umawiając się na ponowne spotkanie w centrum miasta. Wszedłem sam na piętro kamienicy gdzieś przy Puławskiej, nacisnąłem dzwonek przy drzwiach. Otworzyła mi jakaś „panienka z polonistyki”. Wewnątrz panował prawdziwy domowy rozgardiasz: ktoś wychodził z łazienki z ręcznikiem, ktoś wchodził do kuchni, ktoś z niej wychodził z przygotowanym właśnie śniadaniem i parującą herbatą. Widać było, że grupa polonistów z miasta Łodzi doskonale odnalazła się w starym mieszkaniu przedwojennej warszawskiej inteligencji. Znów poczułem się jakoś nieswojo. Na parkiecie w salonie, w którym gnieździła się większość uczestników wyjazdu, leżały zmierzwione śpiwory i przechodząc obok należało uważać, by przypadkiem na zdeptać kogoś, kto jeszcze nie zdążył stanąć na nogi. Ściany pokoju pod sam sufit pozastawiane były regałami i półkami pełnymi książek, ksiąg i tomów. W zdecydowanej większości była to klasyka – polska i światowa. Na niektórych półkach jak i na blacie masywnego stylowego biurka tkwiły liczne przedmioty, wyglądające na wiekowe – zapewne pamiątki rodzinne właścicielki lokalu. Nie brakowało też jej zdjęć z ojcem profesorem z różnych miejsc i różnych okresów. W sumie mieszkanie było dość wygodnym apartamentem wyposażonym zgodnie z przedwojennym wyobrażeniem o nowoczesności.

     Około jedenastej wszystkie śpiwory zniknęły z podłogi salonu i zapanował względny porządek, zapowiadający nadejście oczekiwanego prelegenta. Walc zjawił się jakiś kwadrans po czasie. Docent Kowalczyk wprowadziła niewysokiego szczupłego bruneta z brodą, ubranego konsekwentnie na czarno z wyjątkiem białych frotowych skarpet, które ostro kontrastowały z całością. Po krótkim przedstawieniu gościa i zapowiedzi jego wystąpienia ten poprosił o przygotowanie mu mocnej kawy i mimo wczesnowiosennego chłodu zaproponował otwarcie wszystkich okien. Wysunął stojący za biurkiem fotel i postawił go tak, by mieć wszystkich zebranych przed oczyma i jednocześnie nie mieć przed nikim nic do ukrycia. Wyjął z torby, którą przyniósł ze sobą, gruby plik kartek. Zaczerpnął kilka łyków ciemnej mętnej cieczy z przyniesionej mu szklanki i podciągnął na siedzisko fotela kolana i stopy. W pozycji tej wygłosił trwający dobrą godzinę wykład na temat twórczości Tadeusza Borowskiego. Teza wystąpienia, sformułowana wprost przez Walca na samym początku, brzmiała brutalnie i, co tu mówić, szokująco: ”opowiadania oświęcimskie Borowskiego jako przejaw nihilizmu autora”. Prelegent nie miał litości dla, jakby nie było, ofiary strasznego czasu pogardy. Nie stosował wobec niego żadnej taryfy ulgowej, nie znajdował dla jego życiowych wątpliwych wyborów żadnego usprawiedliwienia. Za najgorszy z nich uznał jego karierę jako literata propagującego komunizm w powojennej Polsce. Źródeł nihilizmu pisarza dopatrywał się w jego postawie, gdy był więźniem Auschwitz, co Borowski sam miał opisać w swoich obozowych opowiadaniach. Beznamiętny sposób referowania wynikał raczej z naukowego profesjonalizmu prelegenta, w żadnym razie nie z braku jego emocjonalnego stosunku do przedstawianej materii. Wśród słuchaczy, wręcz przeciwnie, po dość krótkim czasie dało się dostrzec pierwsze oznaki, jeżeli nie znudzenia, to braku głębszego zainteresowania. Na dodatek w pomieszczeniu zrobiło się na tyle zimno, że główną troską niektórych stało się okrycie czymś ciepłym. Niektórzy wyciągnęli nawet zwinięte wcześniej śpiwory. Walc, świadom swojego osamotnienia w zmaganiach z biografią Borowskiego, wierny za to swojemu profesjonalizmowi, kontynuował. Samotny, zmęczony kapłan opowiadający zebranym na mszy w porze obiadowej o życiu wiecznym. Smutny widok. Obcy, młodzi ludzie bez pojęcia o bólu istnienia, bez szacunku dla ludzkich upadków, czy choćby nawet dla literatury, której studiowaniu rzekomo poświęcili kilka lat życia. A cóż dopiero dywagacje o nihilizmie? O tym raczej nie z nimi.

     Z niepokojem myślałem o zbliżającym się kłopotliwym momencie zakończenia referatu. Byłem ciekaw, jak obie strony poradzą sobie z nieuchronnym zażenowaniem. Wyglądało to naprawdę kiepsko – po sakramentalnym „czy mają państwo jakieś pytania?” zapadło długie, ciężkie milczenie. Walc odłożył na bok ostatnią kartkę, po czym dopił resztę zapewne zimnej już kawy. Właściwie od samego początku jego wystąpienia, od zapowiedzi, że chce udowodnić nihilizm obecny w twórczości Borowskiego, coś budziło mój sprzeciw, jakaś natrętna myśl nie dawała mi spokoju. W tym momencie zdecydowałem się wypowiedzieć ją na głos.

   - Czy nie uważa pan, że „nihilistyczna literatura” to paradoks – pojęcie sprzeczne samo w sobie? Jakie przesłanie miałby do przekazania innym ktoś, kto naprawdę uważa, że nic nie ma sensu. Skoro wszystko jest bez sensu, to po co się wysilać i coś pisać, tworzyć i jeszcze dzielić się tym z innymi? W jakim celu?

     Krytyk odpowiedział wywodem, który właściwie nie był odpowiedzią na moje pytanie i którego dziś nawet nie jestem w stanie przytoczyć. Może uznał moją wątpliwość za zbyt dziecinną i przez grzeczność wolał się do niej nie odnieść. A może potraktował ją jako nierozwiązywalny dylemat, zbyt akademicki, by tracić czas na jego roztrząsanie. Tak czy owak pytanie o nihilizm w literaturze pozostało dla mnie do dziś otwarte, ale też nieprzesadnie ważne.

     D. spotkałem w umówionym miejscu, gdzieś w centrum, około trzeciej. Spytałem, czy załatwił wszystko, co miał do załatwienia. Odpowiedział, że owszem – ale nie było żadnych szczegółów. Resztę czasu w Warszawie spędziliśmy dość nietypowo. Zachodzenie do kolejnych napotkanych po drodze księgarń było dla nas wówczas czymś najzupełniej zwyczajnym, zwłaszcza w Łodzi. Ku mojemu rozbawieniu, w stolicy poza księgarniami Jacka interesowały jeszcze inne miejsca, mianowicie Pewexy. Mój zdesperowany kolega od dłuższego czasu poszukiwał czarnych sztruksowych spodni – najchętniej marki Wrangler – w naszym mieście podobno nie do nabycia! Poszukiwany asortyment okazał się tak samo deficytowy w Warszawie i pod tym względem podróż do stolicy na pewno nie spełniła jego oczekiwań. Tak czy owak, na wędrowaniu od Pewexu do Pewexu zeszło nam kilka godzin, rzecz jasna z przerwą na posiłek. Do ostatniego ze sklepów weszliśmy na kilka minut przed jego zamknięciem. Szczerze bawiła mnie jego determinacja w pogoni za wymarzonymi czarnymi sztruksami. Na moją sugestię, że pozostaje mu już tylko wyjazd za granicę, na Zachód, zrezygnowany machnął tylko ręką. Znając co nieco jego upodobania, o możliwości kupna klasycznych niebieskich dżinsów nawet mu nie wspomniałem.

Ocena wpisu: 
Twoja ocena: Brak Średnio: 5 (głosów:5)