JACEK D. - HISTORIA PEWNEGO POKOLENIA (III)

Obrazek użytkownika Arnold Parszawin
Idee

     Mijały miesiące, na pozór wszystko toczyło się po staremu. W atmosferze beznadziei stanu wojennego spotykaliśmy się dwa, trzy razy w tygodniu na uczelni, zdobywaliśmy zaliczenia, zdawaliśmy egzaminy. Jak zawsze między nami były rozmowy o polityce, radość z europejskich sukcesów Widzewa, no i znów moje pytania, co z ŁKS-em? Było okazjonalne kopanie piłki na kilku przyszkolnych boiskach. Któregoś mglistego jesiennego dnia, o ile pamiętam, 1983 roku D. zadzwonił do mnie i zaproponował spotkanie na mieście. Byłem trochę zaskoczony, bo od jakiegoś czasu Jacek przestał pokazywać się na polonistyce. Nie dopytując go, o co chodzi, umówiłem się z nim na Piotrkowskiej przed jedną z księgarń. Dopiero na miejscu zapytałem, co się z nim dzieje. Odpowiedział, że ma problemy - problemy z samym sobą. Nie czekając na dalsze moje pytania, wyciągnął przed siebie dłonie, by zademonstrować mi nerwowe drżenie rąk, którego rzekomo nie był w stanie opanować. Zamiast mu współczuć, poczułem tylko bezradne zażenowanie. Zaniemówiłem. D. był ostatnią osobą, po której oczekiwałbym podobnego wyznania. W żadnym razie nie był typem nadwrażliwego, rozchwianego emocjonalnie peerelowskiego inteligenta. Przeciwnie, twardo stąpał po ziemi, był życiowym i politycznym realistą z wyraźnym przechyłem w stronę cynizmu. Za całkiem naturalną dla niego reakcję na wiadomość o tym, że ktoś z naszych znajomych ma jakieś problemy emocjonalne, uznałbym popukanie się w czoło z ironicznym komentarzem, że takie przypadłości zdarzają się tylko frajerom. A tu taki ambaras: on i egzystencjalne lęki. Nie bardzo wiedziałem, co miałbym powiedzieć, a tym bardziej, jak mu realnie pomóc. Oczywiście interesowała mnie przyczyna jego rozpaczliwego stanu. 

     Weszliśmy do jednego z nielicznych w centrum Łodzi lokali, zwanych wówczas kawiarniami. W dość kameralnej sali panował półmrok rozświetlony jedynie reklamą najbardziej wówczas pożądanego krajowego piwa, o którego podaniu tu mogliśmy tylko pomarzyć. Po zajęciu miejsca przy stoliku wróciliśmy do przerwanej rozmowy. Jacek opowiadał o swoich coraz częstszych przygodach z esbecją, o rewizji w mieszkaniu, o wymuszonych spotkaniach z esbekami, o powtarzających się wezwaniach na przesłuchanie. Najgorsze wydarzyło się ponad tydzień temu, kiedy to został zaczepiony przez dwóch osiłków, którzy czekali na niego na klatce schodowej jego bloku. Zażądali od D. udania się z nimi na komendę milicji, w związku z ignorowaniem przez niego wcześniejszych wezwań. Ponieważ nie okazali mu żadnych dokumentów, stanowczo odmówił, czym miał doprowadzić ich do furii. Nim go ujęli pod ramiona, zdążył złapać się poręczy schodów. Po otrzymaniu kilku kopniaków w bok, zwijając się z bólu, puścił poręcz. Pociągnęli go za sobą w dół jak worek ziemniaków. Po drodze w milicyjnej suce poczynali sobie jeszcze śmielej, okładając go pięściami po twarzy. Na miejscu, w komendzie wojewódzkiej, przesłuchującego go oficera, bardzo zaniepokoił jego fatalny stan. Udzielił mu życzliwej rady, by odstawił alkohol, który jak powszechnie wiadomo jest główną przyczyną wypadków – czasami śmiertelnych. W ogóle poradził mu, by lepiej zadbał o swoje zdrowie i poważnie zastanowił się nad przyszłością, po czym zaproponował mu rzeczową rozmowę na temat Narodowej Demokracji. Według relacji D., ku jego zaskoczeniu, esbek nie dość że wykazał się gruntowną znajomością twórczości Romana Dmowskiego, to jeszcze wychwalał jego polityczną mądrość i przenikliwość. Oczywiście Jacek nie miał złudzeń co do prowadzonej względem niego gry.

     Po pobiciu zostały mu gojące się ślady na twarzy i uraz psychiczny, jak sam to określił „objawy manii prześladowczej”, chorobliwe przekonanie, że ktoś za nim chodzi i że niemal wszędzie poza domem grozi mu uderzenie twardym przedmiotem w tył głowy. Jak mówił, do szału doprowadzała go niepewność, kiedy znów zaatakują. Co do oznak pobicia, to faktycznie coś z tego dało się jeszcze zauważyć – jego lewe oko pomniejszone z powodu spuchniętej powieki wyraźnie łzawiło. Zresztą, mania prześladowcza też dała znać o sobie. Nachylił się do mnie nad blatem i wykonał dyskretny ruch głową w stronę faceta, siedzącego samotnie przy ścianie dwa stoliki od nas.

   -    Widzisz tego gościa tam, za mną? To tajniak, na sto procent. Widziałeś, wlazł tu za nami z ulicy…

     D. drżącą dłonią podniósł do ust szklankę i zaczerpnął łyk piwa.

   -    Łazi za mną od rana. Obserwuje nas, wcale się z tym nie kryje… nawet przy tobie… Zauważyłeś?

         Owszem, jakiś mężczyzna siedział przodem do nas i dzięki temu miał pełen przegląd sytuacji, ale czy jakoś specjalnie się nami interesował? Nie zauważyłem. Zachowywał się normalnie, facet jak facet, popijał kawę czy herbatę i raczej spoglądał w przestronne okno za nami, obserwując przechodniów na zewnątrz. Nie bardzo wiedziałem, co mam o tym myśleć. Z jednej strony, było prawdopodobne, a nawet oczywiste, że bezpieka się Jackiem interesuje, ale czy to możliwe, żeby za każdym takim jak on ktoś od nich chodził całymi dniami. Czyżby mieli aż tylu szpiclów? Może to jednak tylko pourazowa paranoja… Nie byłem ani psychiatrą, ani specem od tajnych służb, no i, nie angażując się w polityczne podziemie, nie miałem szczególnego powodu, by czuć się zagrożonym, czy choćby obserwowanym. Nie wiem, czy w jakikolwiek sposób byłem w stanie mu pomóc. wyjść z emocjonalnego dołka i zapanować nad rozdygotanymi nerwami. Raczej wątpię. Nie wiem, czego się spodziewał nieoczekiwanie wtajemniczając mnie w swoje perypetie z esbecją. Oczywiście, dało mi to do myślenia i, nie ukrywam, w tamtym czasie jakoś nas jeszcze zbliżyło – w każdym razie zacząłem myśleć o nim trochę cieplej.

    

     Wyglądało na to, że D. w jakiś sposób przezwyciężył swój kryzys. Na pewno dość szybko opanował drżenie rąk. Nigdy nie wracał już do tamtej ponurej historii, nie skarżył się też więcej na jakieś prześladowania ze strony służby bezpieczeństwa. Myślę, że za tą jego prywatną „normalizacją” krył się poważny wysiłek moralny i ciężka praca nad sobą. Świadczyło o tym choćby zobowiązanie do rocznej rezygnacji z alkoholu. Wprawdzie wcześniej zapewne nie zaliczał się do grona najbardziej rozrywkowych studentów na roku, ale jednak czasami się zdarzało, że zdawał mi relacje ze swoich alkoholowych ekscesów, jakie przytrafiały mu się podczas imprez w towarzystwie, do którego ja nie należałem. Właściwie nigdy nie zdarzyło się nam razem wypić. Nie to, żebym miał być wtedy abstynentem, ale raz: ja również nie należałem do grona najbardziej rozrywkowych studentów na roku, dwa: do picia alkoholu miałem innych kompanów. No a potem było jego ślubowanie. Przyrzeczoną abstynencję Jacek traktował do tego stopnia poważnie, że nie wziął do ust kieliszka nawet na swoim własnym ślubie. Zresztą, o ile pamiętam, początkowa obietnica „roku bez alkoholu” wydłużyła się do ładnych kilku lat.

     Imponował mi jego samokształceniowy upór. Studiował, nie wiadomo jak zdobyte, prace ojców-założycieli narodowej demokracji. Regularnie uczestniczył, a czasami sam organizował, spotkania młodych ludzi zainteresowanych myślą prawicowo-konserwatywną. Do ich prowadzenia zapraszani byli naprawdę wybitni znawcy tematu. Częstym uczestnikiem zebrań był dr Jacek Bartyzel. D. długo przygotowywał się do wydawania jakiegoś nielegalnego czasopisma, rzecz jasna o profilu prawicowym. Dziennikarstwo, obok sportu i polityki, to była jego kolejna pasja a zarazem ambicja. Któregoś dnia Jacek znów mnie zaszokował. zupełnie nieoczekiwanie pochwalił mi się swoim prasowym debiutem. Szokujące było nie tylko to, że swój pierwszy artykuł opublikował jako siedemnastolatek, ale chyba jeszcze bardziej to, że był to wiernopoddańczy, wazeliniarski tekst opublikowany w partyjnym „GŁOSIE ROBOTNICZYM” pod własnym nazwiskiem. W tekście wychwalał rzekome perspektywy młodego pokolenia w socjalistycznym państwie. I znów, jak już nie raz, nie bardzo wiedziałem, co chciał osiągnąć wtajemniczając mnie w ten niechlubny epizod swojej biografii. Potraktowałem to jako jego kolejną ekstrawagancję. Ostatecznie na spełnienie marzenia o swoim własnym czasopiśmie, musiał poczekać jeszcze do 1987 roku, kiedy to wśród ciągle jeszcze ukazujących się w podziemiu wydawnictw pojawił się jego wymarzony konserwatywny miesięcznik „Myśl”. Od strony edytorskiej była to dość niechlujnie redagowana bibuła, no ale ważna miała być pogłębiona intelektualnie prawicowa treść. Czy rzeczywiście była? Do sprawy „Myśli” jeszcze powrócę.

     Dla zewnętrznego obserwatora ślub w życiu Jacka niewiele zmienił. Jego życie prywatne widziane z tej perspektywy wyglądało dość dziwnie. Nie zamieszkał z małżonką, w ogóle rzadko można było widzieć ich razem. Trudno było odnieść wrażenie, że zawarcie małżeństwa jakoś istotnie wpłynęło na jego styl bycia i hierarchię wartości. Wyglądało na to, że jego życiową pasją pozostała polityka. O co więc chodziło? Czyżby kolejna ekstrawagancja? Być może, ale też i proza peerelowskiej egzystencji. Na mój gust D. był zbyt niezależny, a może przede wszystkim wygodny, by stawiać swój dotychczasowy codzienny byt na głowie – choćby przez uzależnianie się w podstawowych życiowych sprawach od rodziny małżonki. Rzecz jasna o zakupie prywatnego mieszkania ze względu na brak środków nie mogło być mowy. W efekcie, bez jakichkolwiek perspektyw na własne lokum, przez dłuższy czas zmuszony był do kwaterowania w rodzinnym domu, nie licząc okazjonalnego pomieszkiwania u znajomych. Zdarzył się też, jakiś czas po mojej przeprowadzce do jednorodzinnego domu, nocleg spędzony u mnie. Warunki, jakie mogłem mu zaoferować, były dość spartańskie – spanie w śpiworze na karimacie. Chętnie skorzystał. Nie pamiętam, czy D. poprosił mnie o możliwość rozmowy z moim ojcem już wcześniej, czy dopiero na miejscu w trakcie wspomnianych odwiedzin. Wyjaśnił mi, że podziwia ludzi takich jak mój tata za to, że w warunkach PRL-u byli w stanie osiągnąć materialny sukces. Mój ojciec od ponad dwudziestu już lat parał się prywatną przedsiębiorczością, czyli był, jak to się wtedy nie bez odcienia pogardy mawiało, „prywaciarzem”. Prowadził małą firmę elektroinstalacyjną, zatrudniając kilka osób. Szczerze mówiąc wyrazy podziwu dla niego ze strony D. przyjąłem z dużą rezerwą. Zdaje się, a nawet na pewno, żyłem wówczas w oparach inteligenckiej mitologii o wyższości sfery ducha i intelektu nad przyziemnymi sprawami materialnymi. O ile dobrze pamiętam, asystowałem przy ich rozmowie wielce zażenowany. Jacek. oczekiwał jakiejś zwięzłej recepty na szybki sukces, tymczasem, gdyby mój ojciec miał zdobyć się na szczerość i zechciał wyjść poza jakieś banalne ogólniki (do których się ograniczył), musiałby opowiedzieć mu o wielu nieciekawych latach upodlającego kombinowania, mozolnego poszukiwania dojść i znajomości, cierpliwego zaciskania zębów i pasa. W czym miałoby to pomóc D. w rozwiązaniu jego rozpaczliwych potrzeb bytowych tu i teraz? Nie mówiąc o tym, jak by się to miało do jego prawdziwych pasji i zainteresowań – wówczas zupełnie nijak.

 

Ocena wpisu: 
Twoja ocena: Brak Średnio: 5 (głosów:7)