SALOMON MOREL - KAT GUŁAGU PRL

Obrazek użytkownika Aleszumm
Kraj
ZBRODNIE

SALOMON MOREL CZERWONY ŻYDOWSKI KAT MORDERCA POLAKÓW

Salomon Morel (ur. 15 listopada 1919 r. w Garbowie, zmarł 14 lutego 2007 r. w Tel

Awiwie) – funkcjonariusz aparatu bezpieczeństwa w PRL, oskarżony o zbrodnie przeciwko ludzkości. 

Pochodził z rodziny żydowskiej mieszkającej w Garbowie. Syn Chaima i Hany. Wraz z trzema braćmi pomagał prowadzić ojcu niewielką piekarnię, jednak ze względu na złe warunki materialne wyjechał do Łodzi, gdzie podjął pracę w firmie konfekcyjnej jako ekspedient. Po wybuchu wojny wrócił do rodziców do Garbowa. Chcąc uniknąć pobytu w getcie, rodzina  Morelów  musiała się ukrywać.

UKRYWANY PRZEZ POLAKÓW UHONOROWANYCH - SPRAWIEDLIWY WŚRÓD NARODÓW ŚWIATA

W czasie wojny Salomon Morel wraz z bratem Ickiem ukrywali się w gospodarstwie Józefa Tkaczyka, w Garbowie (Józef Tkaczyk został w 1983 r. uhonorowany medalem Sprawiedliwy wśród Narodów Świata).

W grudniu 1942 r. zostali zadenuncjowani przez ukrywających się Żydów. Salomon i jego brat Icek zbiegli, natomiast rodzice Salomona, drugi jego brat i bratowa zostali zaaresztowani przez niemiecka policję i zastrzeleni w Garbowie przez kolaboranta niemieckiego granatowego policjanta Mazurczaka.

Po tym zdarzeniu i ucieczce Salomon wraz z bratem Ickiem i grupą innych Żydów organizowali napady rabunkowe połączone ze zbrodniami morderstw na polskich mieszkańców wiosek pogranicza Lubelszczyzny i Mazowsza.

Owa żydowska grupa bandytów została wytropiona przez Gwardię Ludową (GL). Morel całą odpowiedzialność zrzucił na swojego brata, twierdząc, że w oddziale przebywa od kilku zaledwie dni. Uniknął w ten sposób egzekucji. W 1943 r. Salomon wstąpił do batalionu im. Hołoda w lasach parczewskich, w którym wykonywał głównie prace gospodarcze..

W 1944 r, po zajęciu Lublina przez Armię Czerwoną, został strażnikiem więziennym na Zamku w Lublinie. Formalnie mianowanie go strażnikiem nastąpiło dopiero 9 listopada 1944 r. Naczelnik więzienia Antoni Stolarz w raporcie z 30 listopada 1944 roku wnosił o zwolnienie Morela oraz pięciu innych żydowskich strażników ponieważ „nie wykonują sumiennie nałożonych na nich obowiązków, nie starają się podporządkować do regulaminu więziennego zachowują się arogancko przy czym rozsiewają plotki co do mojej osoby, przez co utrudniają mi pracę i podrywają mój autorytet”  Stolarz prosił w raporcie o zwolnienie tych strażników jako „elementu szkodliwego służbie więziennej”. Morel został przeniesiony do pełnienia funkcji strażnika w więzieniu w Tarnobrzegu, gdzie rozpoczął pracę 15 grudnia 1944 r. 15 lutego 1945 r. Morel wraz z żydowską grupą operacyjną Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego wyjechał na Górny Śląsk.

Na tle całokształtu zbrodni ubeckich wyraźnie wyodrębnia się jeden zmasowany typ zbrodni żydowskich – zbrodnie Salomona (Szlomo) Morela i podległych mu żydowskich ubeków w obozie Zgoda w Świętochłowicach w 1945 roku.

Głównym ich demaskatorem stał się jakże uczciwy i dociekliwy żydowski dziennikarz z USA John Sack. Owocem jego gruntownych, trwających szereg lat, iście detektywistycznych badań w Polsce, Niemczech USA i Izraelu rozmów z dziesiątkami świadków zbrodni Morela i jego kompanów stała się książka „Oko za oko. Przemilczana historia Żydów, którzy w 1945 r. mścili się na Niemcach”

(polski przekład Gliwice 1995 r.). Sack stwierdził, że do podobnych jak w Świętochłowicach zbrodni doszło w licznych innych obozach i więzieniach zarządzanych w 1945 roku przez żydowskich ubeków (np. w więzieniu w Gliwicach, zarządzanym przez Lolę Potok). Ich ofiarami miało paść wiele tysięcy schwytanych na chybił trafił Niemców, zgermanizowanych Ślązaków, a częstokroć i Polaków, którzy za coś „podpadli” wpływowym Żydom na Śląsku. Tu podaje się jednak wyłącznie do sprawy opisanych przez Sacka zbrodni w Świętochłowicach, jako zdecydowanie najlepiej udokumentowanej i nie budzącej żadnych wątpliwości (ocenia się, że w obozie w Świętochłowicach zamordowano co najmniej 1500 osób za czasów komendantury Morela w ciągu niecałego 1945 roku).

Formalnie w Świętochłowicach miano więzić przede wszystkim Niemców, a także tych Polaków, których oskarżano o renegactwo i odstąpienie od polskiej narodowości w dobie wojny. Sack opisuje we wstrząsający sposób, jak kierujący obozem Żydzi na czele z Salomonem Morelem, starali się „odpłacić” Niemcom, którzy przypadkiem dostali się w ich ręce – za swe dawne cierpienia.

Faktycznie obóz z Świętochłowicach był obozem szybkiego wyniszczania więźniów katowanych na przeróżne sposoby czy od razu bezlitośnie mordowanych. Opisy okrucieństw Salomona Morela i jego żydowskich współpracowników znajdują potwierdzenie w rozlicznych wspomnieniach i opracowaniach.

Nader wymowny pod tym względem jest m.in. tekst Wojciecha Pięciaka „Przerwane dzieciństwo Gerharda Gruszki” („Tygodnik Powszechny” z 26 kwietnia 1998 r.) Główna postać tekstu Piędaka, Gerhard Gruszka wspominał: (…) Salomon Morel do nas, więźniów kipiał nienawiścią. Jeżeli zwrócił uwagę na jakiegoś więźnia, oznaczało to najczęściej wyrok śmierci. (…) Nigdy nie zapomnę bitych. Ale litości nie było nigdy. A przy tym ci bici i zabijani byli w większości prostymi mężczyznami i chłopcami z Górnego Śląska. (…) Wóz ze zwłokami, który codziennie rano opuszczał obóz ciągnięty przez więźniów, był najczęściej przepełniony (…).

W „Nowym Górnoślązaku” (dodatku do „Myśli Polskiej” z marca 1997 r.) cytowano wypowiedź Gerharda Gruszki o jednej z morelowskich metod katowania więźniów.

ZBRODNICZE SPECJALNOŚCI SALOMONA MORELA

Jego specjalnością było wkładanie pozostałego po czasach niemieckich obozów koncentracyjnych ciężkiego taboretu między stopy i napieranie na więźnia ciężką powierzchnią do siedzenia z całą złością.

Zawsze po tym leżeli ciężko ranni współwięźniowie i musieli być zabierani do obozowego ambulatorium, kilku z rozkwaszoną głową do baraku ze zwłokami.

LUDZKIE PIRAMIDY SALOMONA MORELA

Pisano tam też o innej „zabawie" kata ze Świętochłowic, polegającej na ustawianiu piramid z ludzi, którym kazał się kłaść czwórkami jedni na drugich. Gdy stos ciał był już dostatecznie duży, wskakiwał na nich, by jeszcze zwiększyć ciężar. Po takich „zabawach” ludzie z górnych części stosu wychodzili w najlepszym wypadku z połamanymi żebrami, natomiast dolna czwórka lądowała w kostnicy.

Autor publikowanego w „Tygodniku Powszechnym” tekstu o zbrodniach Salomona Morela – Wojciech Pięciak przypomniał, że w Urzędzie Stanu Cywilnego w Świętochłowicach jest 1800 obozowych aktów zgonu noszących podpis Morela. A przypuszczalnie nie jest to pełna liczba – możliwe, że władze obozowe nie zgłaszały wszystkich zgonów. Zdaniem szeregu autorów, faktyczna liczba ofiar obozu w Świętochłowicach była dużo większa. Sam żydowski autor John Sack pisał (op. cit., s. 179), że w pewnym okresie liczba zgonów w obozie wzrosła do 100 osób dziennie, a był dzień, gdy zmarło aż 138 osób. Najwięcej ofiar powodowały choroby wynikłe z krańcowego wycieńczenia.

Jak wspominał Hubert S. z Chorzowa, więźniów karmiono „gorzej niż króliki, bo tę trawę dostają na gęsto” (według cytowanego tekstu z „Nowego Górnoślązaka” z marca 1997 r.). Po przekazaniu grupy 150 osób, w tym Huberta S. z obozu do pracy w hucie Laura w Siemianowicach, w krótkim czasie zmarło na tyfus aż 96 osób.

Choć obóz był przeznaczony formalnie tylko dla Niemców i volksdeutschów, to faktycznie zapełniano go osobami dobieranymi na zasadach dość szczególnej selekcji ze strony żydowskich ubeków.

Jak wspominała uwięziona w Świętochłowicach w wieku zaledwie 14 lat Dorota Boreczek: Prawdziwi zbrodniarze uciekli z frontem, więc wyłapywali przypadkowych ludzi pod byle pretekstem. Panią Marię Goring wzięli za nazwisko.

Elfrydę Uciechę za to, że studiowała w Wiedniu. Wybierali bogatszych, żeby przy okazji się obłowić (według „Nowego Państwa” z 6 sierpnia 1999 r.). Dorota Boreczek i jej matka już w czasie aresztowania zostały ograbione z co cenniejszych rzeczy.

Gdy przeżywszy obóz wróciły do mieszkania przekonały się, że jest już zasiedlone przez ubecką rodzinę i musiały przenieść się do piwnicy. Dorota Boreczek wspomina: Kiedy mnie puścili ważyłam 32 kg, tyle co ludzki szkielet.

Od tamtej pory (miała wówczas 15 lat) nie wyrósł mi na głowie inny włos niż siwy. Przypuszczalnie chęć grabieży była – obok dążeń do zemsty na Niemcach za holokaust – głównym motywem nieludzkich bestialstw i mordów. Chciano się po prostu pozbyć ofiar-świadków grabieży. Wśród ofiar ubeckich represji znalazł się między innymi ojciec wspomnianej już Doroty Boreczek – doktor inżynier Karol Nieszporek, przed wojną budowniczy Gdyni, w czasie wojny zaś ukrycie zaangażowany w pomoc AK-owcom i Żydom. Bezpieka oskarżyła go o odstępstwo od narodowości polskiej i skonfiskowała majątek. Wprawdzie sąd odrzucił te zarzuty, ale skonfiskowanego majątku nie zwrócono.

Książka Johna Sacka, będąca wyjątkowo uczciwym samorozrachunkiem ze zbrodniami popełnionymi przez Żydów, własnych rodaków, pomimo ogromnego obiektywizmu opisów, nie zyskała sobie na ogół przychylnego przyjęcia w środowiskach żydowskich i w zbliżonych do nich mediach. Mało tego, amerykańskie tzw. lobby żydowskie groziło mu śmiercią, jak nie odwoła swoich "bredni" zawartych w omawianej książce.

Warto przypomnieć, co sam John Sack powiedział w wywiadzie o tym, jak zapłacili mu niektórzy żydowscy rodacy za ujawnienie prawdy o Salomonie Morelu:

W ogólnokrajowej sieci TV zostałem nazwany antysemitą, neonazistą, człowiekiem, który zaprzecza istnieniu holokaustu. „To straszna, okropna książka” – stwierdziło kilka organizacji żydowskich. Poza indywidualnymi przypadkami, nie trafiła na rynek czytelniczy w Izraelu. (…) Wiele osób twierdziło, że mnie poda do sądu, ale tego nie uczyniło. Rozmawiałem z trzema strażnikami więzienia w Gliwicach. Lola Potok krzyczała: „powstrzymam cię!”. Jadzia Gutman: „tylko napisz, to cię oskarżymy!”. Mosze Grossman: „zniszczymy cię!”. Były komendant obozu w Świętochłowicach Szlomo Morel mówił: „zabiję cię”. Jednak żadna z tych osób nie zakwestionowała podanych w książce faktów (cyt. za: „Zatrzymać koło zemsty”, „Gazeta Polska”

z 12 października 1995 r.).

Dzisiaj, gdy tak szeroko w prasie amerykańskiej nagłośniono oszczerczą opowieść Jan Tomasza Grossa o polskich „zbrodniarzach” i „wspólnikach Hitlera” z Jedwabnego, warto przypomnieć jakże inne zachowanie się czołowych amerykańskich czasopism w sprawie książki Johna Sacka o Morelu.

Najpierw z druku wycofał się redaktor naczelny magazynu „GQ”, który początkowo określił reportaż Sacka jako najważniejszy tekst w historii pisma. Później kolejno odmówiły jego druku „Harper’s”, „The New Yorker” (dziś robiący hałaśliwą reklamę Janowi Tomaszowi Grossowi), „Rolling Stones”, „Esquire”. Krzysztof Kłopotowski, komentując pretekst, pod którym odmówiono druku Johna Sacka w „Esquire”, iż jest to opowieść „zbyt krwawa” stwierdził: I rzeczywiście. John  Sack opisuje, jak komendant Salomon Morel zachęcał swych pijanych gości partyjnych do bicia pałkami cywilnych więźniów niemieckich.

Kazał w tym celu kłaść się im krzyżem jeden na drugim, póki sterta ludzka sięgała wysokości wyciągniętej ręki. Następnie zaczęto się pałowanie. Leżący na górze Niemcy błagali o zmiłowanie, ci w środku sterty tylko jęczeli, a z tych na samym dole wypływały wnętrzności pod ciężarem dwudziestu ludzi nad nimi (według K. Kłopotowski: „Zmowa milczenia. John Sack przestraszył Amerykę Świętochłowicami”, „Express Wieczorny” nr 90 z 1994 r,).

Fakt, iż bestialstwa Salomona Morela zostały potwierdzone przez licznych naocznych świadków, niezależnych od Johna Sacka, „nie przekonał” wybielaczy zbrodni popełnionych przez Żydów. Typowe pod tym względem było zachowanie jednego z czołowych działaczy Światowego Kongresu Żydów Elaina Steinberga. Występując w najpoważniejszym w USA magazynie telewizyjnym „60 minut” Steinberg powiedział widzom, że nie mogą polegać na naocznych świadkach, ponieważ obrażają w ten sposób „pamięć 6 milionów męczenników”.

Powróćmy jednak do postaci zbrodniarza ze Świętochłowic Salomona Morela. Pod koniec 1945 roku kierowany przez niego obóz musiał zostać zlikwidowany, bo wieści o zachodzących w nim masakrach przedostały się na Zachód (dzięki katolickiemu księdzu ze Śląska, który dotarł do Berlina i poinformował brytyjskiego oficera o zbrodniach Morela).

Samemu Salomonowi Morelowi jednak nic się nie stało i mógł dalej kontynuować karierę wypróbowanego oprawcy. Kolejnym terenem jego zbrodniczych „wyczynów” stał się „reedukacyjny” obóz pracy dla młodocianych więźniów w Jaworznie. Tym razem ofiarami jego sadystycznych metod stali się Polacy w wieku 17 do 21 lat, którzy z jakichś powodów „podpadli” komunistycznej władzy.

Gros młodocianych więźniów z Jaworzna znalazła się tam za różne przejawy działań w obronie patriotyzmu czy religii, podtrzymywanie tradycyjnego harcerstwa czy jakiekolwiek objawy niechęci do sowietyzacji Polski. Pod kierownictwem Morela obóz zmienił się w prawdziwą katownię młodych Polaków, którym raz na zawsze ukradziono młodość. Motto wydawanego od lat 90. biuletynu „Jaworzniacy” głosi: „Wolność można odzyskać, młodości nigdy”.

Sławetne były odprawy Salomona Morela do kadry nadzorców w Jaworznie, wyrażające całą istotę jego pracy „wychowawczej”. Mówił: Trzeba im dopierdolić, żeby te skurwysyny bandyci wiedzieli, że władza ludowa ma tu panowanie.

Zrobimy im tu dwie Berezy naraz. Niech odpokutuje to faszystowskie nasienie za winy swoich ojców. Już podczas transportu młodocianych więźniów do Jaworzna dochodziło – na polecenie Salomona  Morela do odpowiedniego zohydzenia więźniów w społeczności Jaworzna.

Eskortujący młodych Polaków, nierzadko więzionych za przejawy patriotycznych działań, informował spotykanych po drodze mieszkańców, że dostawia do obozu członków niemieckiej hitlerowskiej nazistowskiej Hitlerjugend.

Wywoływało to pełną nienawistnego wzburzenia reakcję mieszkańców Jaworzna, obrzucanie młodych więźniów kamieniami i wyzwiskami.

„Edukowanie” młodocianych więźniów w obozie polegało głównie na stosowaniu jak najbardziej wymyślnego repertuaru kar i rygorów. Więźniów bezlitośnie karano za najdrobniejsze nawet przewinienie. Typowa pod tym względem była kara zastosowana wobec młodocianego więźnia Janusza Biesiadowskiego, który odważył się pomóc osadzonemu w karcerze koledze, poprzez podanie mu ukradkiem żywności, nagromadzonej dzięki zrzutce z głodowych racji żywnościowych współwięźniów. Biesiadowskiego, złapanego na pomocy koledze, Salomon Morel ukarał zamknięciem w mokrym i ciemnym karcerze. – Była to – opisuje Biesiadowski – piwnica bez okna, wybetonowana. Na betonie w wodzie leżało kilkanaście cegieł już ułożonych w szereg jak szczeble drabiny. Gdy już nie mogłem wystać ani kucać, kładłem się na nich, zawsze na boku, podkładając pod siebie rękę (por. T. Grotowicz: „Salomon Morel”, „Nasza Polska” z 22 września 1999 r.)

Morela nikt nie ukarał za jego zbrodnie. Z Jaworzna powędrował na stanowisko naczelnika więzienia w Iławie.

W latach 1953-1995 był nawet zastępcą naczelnika Wydziału Więziennictwa WUBP w Katowicach. Od 1958 r. przez całe dziesięciolecie był naczelnikiem więzienia w Katowicach. Stopniowo doszedł do rangi pułkownika, a później do uprzywilejowanej emerytury. Aż do grudnia 1998 r. otrzymywał 5000 zł emerytury miesięcznej netto, pomimo, że od kilku lat był ścigany przez polskie władze międzynarodowym listem gończym.

Uciekł potajemnie z Polski w połowie 1993 roku, gdy ktoś przekazał mu informację o tym, że w prokuraturze jest szykowany dla niego nakaz aresztowania. Pomimo że polski prokurator oskarżył Morela – z całym uzasadnieniem – o ludobójstwo, rząd Izraela odmówił spełnienia polskiej prośby o ekstradycję kata ze Świętochłowic. Najbardziej zdumiewający jest jednak fakt, że zbrodniczy ubek otrzymywał tak wysoką emeryturę jeszcze przez ponad 5 lat od swej ucieczki z Polski! Pewien bezkarności, dzięki protektorom w swoim żydowskim państwie, Morel z całym cynizmem zapewnia, że w kierowanym przez niego obozie „panowały normalne, wręcz sanatoryjne warunki” (według K. Karwat: „Ten przeklęty Śląsk”, Katowice 1996, s. 13).

OBÓZ ZGODA

Zgoda (obóz pracy) – znajdujący się w Świętochłowicach Zgodzie od końca lutego do listopada 1945 obóz podlegający Urzędowi Bezpieczeństwa Publicznego, którego komendantem był m.in. Salomon Morel.

Wcześniej w tym samym miejscu w latach 1942–1945 znajdował się niemiecki podobóz koncentracyjny KL Auschwitz-KL Eintrachthütte, w którym śmierć poniosło kilkaset osób. Na jego potrzeby w 1943 roku Niemcy wybudowali cztery wartownicze wieże, a cały teren otoczono podwójnym ogrodzeniem z drutu kolczastego. Podobóz, na którego terenie znajdowało się ówcześnie 1200 więźniów, został ewakuowany przez Niemców w grudniu 1944 r. oraz 23 stycznia 1945 r. i zajęty przez Armię Czerwoną.

Do obozu kierowano więźniów na podstawie dekretu PKWN odnoszącego się do volksdeutschów oraz innych aktów prawnych, na podstawie którego od lutego 1945 roku wysyłano do obozu Niemców, Polaków (w tym członków Armii Krajowej i Narodowych Sił Zbrojnych), Żydów, Ukraińców, Austriaków, Rumunów i innych obywateli polskich, pochodzących z terenu Górnego Śląska, oskarżanych m.in. o podpisanie volkslisty lub o „niechęć do komunistycznej władzy”. Osoby kierowane do obozu zatrzymywane były przez funkcjonariuszy urzędów bezpieczeństwa, milicji oraz NKWD. Początkowo w obozie przebywali też jeńcy wojenni, pozostający w dyspozycji władz sowieckich. W połowie kwietnia 1945 roku do obozu trafiło 58 członków organizacji nazistowskich, w tym 39 członków Hitlerjugend z Chorzowa.

W czerwcu i lipcu 1945 r. do obozu skierowano 80 osób podejrzanych o przynależność do NSDAP, SA oraz SS zatrzymanych przez milicję w Prudniku i Głubczycach.

W początkowym okresie obozem kierowały dwie osoby przybyłe na Górny Śląsk z województwa lubelskiego: Aleksy Krut oraz Salomon Morel. Od czerwca 1945 obozem kierował już samodzielnie Salomon Morel.

Z obozu część osób wysłano do pracy w pobliskich kopalniach i hutach. Z powodu niskich racji żywnościowych w obozie panował głód, co doprowadziło do szerzenia się w obozie czerwonki i tyfusu (plamistego oraz brzusznego). Strażnicy kradli paczki żywnościowe przesyłane przez rodziny uwięzionym oraz rzeczy osobiste więźniów (za te nadużycia zwolniony został kierownik Działu Gospodarczego obozu Karol Zaks). Warunki sanitarno-bytowe były katastrofalne. W krótkim czasie plagą obozu stały się wszy, pluskwy i szczury. 26 lipca 1945 r. rozpoczęła się epidemia tyfusu, którego ogniskiem był tzw. „brunatny barak” nr 7. W okresie największego nasilenia epidemii odnotowywano do 38 zgonów dziennie. Kierownictwo obozu podjęło działania w celu powstrzymania epidemii, dopiero gdy zaraza objęła cały obóz. Po przybyciu komisji lekarskiej z Warszawy wszyscy więźniowie zostali zaszczepieni, baraki zdezynfekowano, a miejsca publiczne posypano chlorowanym wapnem. W miejscu dawnego karceru urządzono odwszalnię, a w baraku nr 7 kwarantannę. Więźniowie kąpali się raz w tygodniu, a ich rzeczy w tym czasie były oddawane do odwszenia. Działania te doprowadziły do powstrzymania epidemii. Ppłk Teodor Duda, dyrektor Departamentu Więziennictwa i Obozów MBP za dopuszczenie do rozwinięcia się epidemii tyfusu i niepoinformowanie o tym na czas zwierzchników oraz inne uchybienia w prowadzeniu obozu ukarał naczelnika Salomona Morela trzydniowym aresztem domowym oraz potrąceniem 50% pensji.

Najdotkliwsze represje dotknęły osadzonych w baraku nr 7, przeznaczonym dla podejrzanych o przynależność do NSDAP i innych organizacji nazistowskich. W katowaniu uczestniczył naczelnik Salomon Morel, który witał więźniów „brunatnego baraku” przemową, w której oświadczał, że jest Żydem i byłym więźniem Oświęcimia (co nie polegało na prawdzie, gdyż przez całą wojnę ukrywał się i nie doznał prześladowań ze strony okupanta), a jego największym pragnieniem jest okrutna zemsta na Niemcach, po czym często bił więźniów pięściami lub gumową pałką, a w dniu urodzin Hitlera więźniów bito nogami od taboretu. Salomon Morel kazał też więźniom śpiewać pieśń „Horst-Wessel-Lied”. Nieustalona liczba więźniów została zastrzelona przez strażników podczas próby ucieczki z obozu lub zakatowana przez funkcjonariuszy obozu. W obozie miały miejsce przypadki rzucania się uwięzionych na druty pod napięciem oraz samobójstwa przez powieszenie. Jedną z ofiar był protestancki duchowny z Bielska Białej – ksiądz dr Richard Ernst Wagner, aresztowany 16 maja 1945 r. (zmarł w czasie epidemii 3 sierpnia 1945 r.), kolejną proboszcz parafii w podgliwickim Bojkowie Edgar Wolf, który po przewiezieniu z gliwickiego więzienia został zakatowany.

Na przełomie października i listopada 1945 r. obóz wizytowała trzyosobowa komisja z prokuratorem Jerzym Rybakiewiczem na czele, która przejrzała akta, przesłuchała wszystkich więźniów, po czym zwolniła prawie wszystkich więźniów do domu. Musieli oni przedtem podpisać zobowiązanie, że pod groźbą kary więzienia nie będą z nikim rozmawiać o tym, co się działo w obozie. Ostatecznie obóz przestał funkcjonować w listopadzie 1945 r

W obozie w okresie powojennym więzionych było co najmniej 5764 więźniów, z których niemal 1/3 nie przeżyła pobytu. IPN udokumentował liczbę zmarłych w obozie na 1855 osób. Istnieją jednak przesłanki, aby całkowitą liczbę ofiar w okresie od lutego do listopada 1945 roku szacować na około 2,5 tysiąca.

W lutym 1949 r. Morelowi powierzono stanowisko komendanta Centralnego Obozu Pracy w Jaworznie, który po zakończeniu Akcji „Wisła” został przekształcony w Więzienie Progresywne dla Młodocianych Przestępców. W 1954 r. Salomon Morel został ponownie odznaczony – Złotym Krzyżem Zasługi. Do 1956 r. nadzorował jako komendant obozy pracy dla więźniów.

Po 1956 roku pracował w różnych zakładach karnych na terenie Śląska. W 1960 r. otrzymał odznakę Wzorowego Funkcjonariusza Służby Więziennej. W 1964 r. na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego obronił pracę magisterską „Praca więźniów i jej znaczenie”. Był m.in. naczelnikiem Wojewódzkiego Aresztu Śledczego w Katowicach, skąd odszedł na emeryturę w 1968 r. Miał stopień pułkownika służby więziennej.

ZBRODNIE SALOMONA MORELA - UNIKNĄŁ KARY, BO UCIEKŁ DO IZRAELA

Żydowski komunistyczny oprawca odpowiada za śmierć 2 tysięcy więźniów.

Gdy policja zapukała do drzwi Salomona Morela oprawcy nie było w domu. Wkrótce okazało się, ze wyjechał do Izraela do córki. Przez wiele lat, do końca życia komunistyczna bestia pozostawała nieuchwytna dla wymiaru sprawiedliwości III RP. Jednocześnie zbrodniarz pobierał z Polski wysoką resortową emeryturę. Niańczył wnuki i śmiał się w twarz swoim ofiarom.

Był rok 1992, jeden z upalnych lipcowych dni. Salomon Morel wyszedł z domu, minął znajdujący tuż obok budynek katowickiej prokuratury, która go chciała aresztować i pomaszerował na dworzec. Może przeczuwał, że coś się święci, a może ktoś w ostatniej chwili uprzedził go o planowanej wizycie funkcjonariuszy.

Nie wiadomo również, jak to się stało, że oprawca od ręki dostał izraelską wizę. Wkrótce otrzymał również izraelskie obywatelstwo.

Sprawy potoczyły się nad wyraz sprawnie, Morel nie musiał nawet realizować planu B. Gdyby z Izraelem tak łatwo mu nie poszło, planował zbiec do Szwecji - swój wniosek o azyl polityczny motywował...rasowymi prześladowaniami, które miały go dotknąć w Polsce. W Tel Awiwie już nie był mordercą,, tylko dziadkiem dla swoich izraelskich wnuków. Tam nikt nie pamiętał, że jego życie w Polsce było pasmem niegodziwości i zbrodni, które nigdy nie zostały osądzone.

W 1999 r. w liście do jednej z gazet Dorota Boreczek, była więźniarka obozu Świętochłowice - Zgoda napisała" "Z Salomonem Morelem przyszło mi zetknąć się po 45 latach w prokuraturze katowickiej (zeznawała w sprawie Świętochłowic jako świadek). W obozie nie byliśmy ludźmi, pozbawiono nas wszelkich uczuć. Głód był taki, że po porannej pobudce przechodziło się przez trupy. Spała pod jednym kocem ze Szwajcarka. Któregoś dnia poprosiłam ją o wodę, okazało się, że nie żyje. Obie chorowałyśmy na tyfus plamisty - obozową epidemią".

Morel kierował się tą samą linią  obrony, jaką wsławili się hitlerowscy zbrodniarze przed Trybunałem w Norymberdze. Niczego nie wiedzieli, tylko wykonywali rozkazy i byli niezmiernie ludzcy.   

Pomimo, że prokuratura dysponowała niezliczonymi dowodami zbrodni Salomona Morela pozostawał on na wolności, ba, nawet nie zastosowano w stosunku do niego żadnego środka zapobiegawczego, choćby wydalania się z miejsca pobytu. Chodziło właśnie o to, aby Salomon Morel właśnie się wydalił.  I tak też się stało!  Później przedstawiciele prokuratury kłamliwie opiniowali opinię publiczną w prasie i telewizji o wydaniu listu gończego za Salomonem Morelem, co było absolutne niemożliwe bez nakazu aresztowania.

Salomon Morel mieszkał w Katowicach przez 40 lat. Po ucieczce do Izraela zostawił tam żonę Wiesławę, syna i drugą córkę. Salomon Morel otrzymywał polską emeryturę w wysokości 5 tysięcy zł miesięcznie. Tę ogromną emeryturę otrzymywał z Biura Emerytalnego Centralnego Zarządu Służby Więziennej (podległego Ministerstwu Sprawiedliwości) za pośrednictwem ZUS.

III RP była wyjątkowo hojna dla byłego komendanta "polskich", a w rzeczywistości sowieckich komunistycznych obozów śmierci        

Po Świętochłowicach kierował obozem śmierci w Jaworznie. Podstawą prawną wydawania Salomonowi Morelowi tak wysokiej emerytury była ustawa podpisana w 1944 r. przez Lecha Wałęsę.

W czasie okupacji niemieckiej został uratowany przez polską rodzinę Tkaczyków w Garbowie.

Salomon Morel wraz ze swoim bratem działali wówczas założonej przez nich bandzie rabunkowej, napadając na okoliczne wioski. Trafili w ręce działającej na lubelszczyźnie Armii Ludowej. Za rozbój członkowie bandy zostali postawieni przed sądem wojskowym. Wyrok śmierci został wykonany na bracie Salomona  Morela dlatego, ż Salomon Morel zrzucił na niego całą odpowiedzialność.

Podczas procesu Armii Ludowej w latach 50.Morel oskarżył dowódcę AL

Korczyńskiego o mordowanie partyzantów żydowskich.

Lewicowa prasa uwierzyła w wersję o Salomonie Morelu, rzekomym więźniu KL Auschwitz Birkenau "Gazeta Wyborcza pisała:" w czasie wojny trafił do Oświęcimia, gdzie zginęła cała jego rodzina. Wtórowała jej "Trybuna Ludu" w tekście pod znamiennym tytułem" "Z więźnia - komendant obozu".

W czasie wojny Salomon Morel zachował się podobnie jak wielu polskich Żydów - w 1943 roku przedostał się do ZSRR, wstępując do sowieckiej partyzantki. Po powrocie do Polski wstąpił do Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego.

W życiorysie Morela czytamy:"21 lipca 1944 roku zostaliśmy wyzwoleni przez Armię Czerwoną, natychmiast przechodząc do Lublina celem zorganizowania Milicji Obywatelskiej. W lutym 1945 roku przyjechałem wraz z żydowska grupą operacyjną na Śląsk i zostałem naczelnikiem obozu w Śiwętochłowicach.

Z relacji ocalałych więźniów wynika ich obozowa męka. Obóz był stale przepełniony, więźniowie spali po trzech czterech na  jednej pryczy, bez sienników i koców.

Rację dzienną wyżywienia stanowiło 125 gramów chleba lub zupy. Śmiertelność wynosiła ok.30 osób dziennie. Morel osobiście torturował i zabijał więźniów.

Z badań Instytutu Pamięci Narodowej wynika, że przez kilka miesięcy trwania obozu w Świętochłowicach (luty - listopad 1945 r.) więzionych tam było 5764 osoby, z których zmarło 1855.

WNIOSEK O EKSTRADYCJĘ

Dopiero w 1989 r. Polska skierowała do Izraela wniosek ekstradycyjny. Otrzymano odpowiedź, że zarzuty w świetle izraelskiego prawa nie stanowią zbrodni ludobójstwa, a ponadto sprawa jest przedawniona. Ponadto władze Izraela stwierdzają, iż Polacy mordowali Żydów i Morel schronił się do Izraela.

Po odmowie ekstradycji Salomona Morela władze polskie nie podjęły żadnych działań, aż do jego śmierci w Izraelu w 2007 roku.

Aleksander Szumański "Głos Polski" Toronto

Źródła:

http://dziennik-zlozony.pl/zbrodnie-salomona-morela/

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Ocena wpisu: 
Twoja ocena: Brak Średnio: 5 (głosów:8)

Komentarze

Dziękuję za ten tekst. Dołączę do swojego małego archiwum by może kiedyś w miarę możliwości uświadamiać młodsze pokolenie, ale trzeba się merytorycznie przygotować. Jednak z natury rzeczy nie są tu wymienione wszystkie rodzaje bestialstwa i zbrodni dotyczące i Morela i obozu w Świętochłowicach, zwłaszcza na bezbronnych kobietach. Morel był realizatorem fizycznym, zbrodniarzem - praktykiem w tej zbrodniczej maszynerii, której inną częścią w tym samym czasie był Stefan Michnik, zbrodniarza sądowy. 

Podoba mi się!
4
Nie podoba mi się!
0

janksero

#1638351