POPiSowo rozpoczęta Wojna Ojczyźniana

Obrazek użytkownika PiotrCybulski
Kraj

Nadszedł czas, by zmierzyć się z tematem, którego przez ostatnie lata unikałem niczym ognia.

Temat POPiS-u traktuję bowiem prawie jak wspomnienie o kimś zmarłym, a o zmarłych, jak wiadomo, mówi się albo dobrze albo wcale.
Temat ten wywołał na Salonie24 Igor Janke, obierając za cel w konkursie, w którym do wygrania jest jego najnowsza książka, notabene traktująca o POPiS-ie właśnie. Wprawdzie nie lubię pisać “konkursowo”, bo zawsze to nosić będzie znamiona “pisania na siłę”, a tym bardziej “pisania na zamówienie”, czego obiecałem sobie unikać w przygodzie felietonisty i blogera.

Doszedłem jednak do wniosku, że skoro przy tej okazji zostanie wywołana z przeszłości koszmarna zmora POPiS-u, to i ja powinienem w jakimś sensie przedstawić w tej materii swój głos, jako że milczący przecież racji nie mają. Pragnę jednak abstrahować od tego konkursowego tonu, w którym zapewne utrzymane będą konkursowe teksty, wybitnie lub mniej napisane, postanowiłem zatem sięgnąć po ton przeciętny gdyż “szarorzeczywistny”.

Poza tym zdałem sobie właśnie sprawę z tego, że mam pisać o rzeczach, które miały miejsce stosunkowo bardzo niedawno bo ledwie 5 lat temu, a ja już czuję się jak ten Rosjanin, który ma na rozkaz wspominać Wojnę Ojczyźnianą, osypaną próchnem zamierzchłości i opisywać z najmniejszymi szczegółami. Ale skoro przez ostatnie lata, dzień w dzień, byliśmy przytłaczani żenującymi i konsternującymi nas wydarzeniami, to nic dziwnego, że w wyniku ciągłego przytłaczania te 5 lat wydają mi się całym wiekiem. Ba, epoką całą nawet.

Dlatego trudno będzie zebrać w jedno cały szereg strzępków moich wspomnień, być może też dlatego, że to okres który pragnąłem jak najszybciej zapomnieć. Głównie dlatego, że ogarnęła mnie wtedy smutna rzeczywistość “porywinowska”, która pokazała, w jakim kraju żyję i jak łatwo w nim kupić ustawę, a przynajmniej mieć na jej powstanie wpływ. Ale też po części dlatego, że wprawdzie oddałem swój głos w 2005 roku na PiS, ale jednocześnie jednak życzyłem dobrze Platformie. Ale PO wtedy była “rokitowa” a nie “palikotowa” czy “niesiołowska”, stąd być może mój brak obrzydzenia tą formacją i jak najbardziej odczuwana sympatia do niej.

Ta moja “amnezja” była spowodowana tym, że oddając głos na PiS i czując sympatię do PO, czułem też zjednoczoną moc poparcia dla pewnej siły (a może tylko dla mojej nadziei?), która teoretycznie zapowiadała swoje narodziny, by w końcu dać Polsce prawdę, uczciwość i moralną odnowę. Niestety, zapomniałem o jednym prawidle, tak typowym dla nas Polaków, mówiącym, że gdzie dwóch Polaków tam trzy opinie a to wyklucza jakiekolwiek koalicje między dwoma silnymi ośrodkami.

To sprawiło, że każda z POPiS-owych stron czuła się na tyle mocna i wystarczająco ulegitymizowana przez suwerena, by być w tym projekcie stroną dominującą. Będziemy z wami współrządzić, pod warunkiem że będziemy mieli głos decydujący. Obawiam się, że spełnienie się obietnic dotyczących realizacji POPiS-u byłyby możliwe tylko wtedy, gdyby nasz ustrój polityczny (napisany specjalnie tylko na nasze polskie potrzeby) przewidywał dwóch premierów, dwóch ministrów sprawiedliwości oraz dwóch ministrów spraw wewnętrznych i administracji.

A tak niestety, archaiczny ustrój przewidujący rządy tylko jednego premiera i tylko jednego ministra na czele danego resortu, sprawił że Tusk nie mógł pozwolić na to, by być w rządzie w którym on nie będzie premierem. To absolutnie wykluczało koalicję PO i PiS, przy czym oczywiście z takiego samego założenia wychodził też Jarosław Kaczyński, acz tu jednak bardziej skłonny jestem wybaczyć, gdyż jakby nie patrzyć i nie liczyć, to PiS te wybory przecież wygrał.

Zresztą w mojej ocenie Prawo i Sprawiedliwość też do końca w tym “POPiS-owym fiasku koalicyjnym” nie jest całkowicie bez winy, jednak w przypadku tej partii upatruję przesłanek bardziej ideologicznych niż honorowych czy marketingowych. Jak się ma w nazwie pojęcie “prawa” i “sprawiedliwości”, to jest bardziej niż pewne, że będzie się chciało przede wszystkim objąć tekę ministra sprawiedliwości oraz spraw wewnętrznych, co z kolei PO doskonale wiedziała i umyślnie sabotowała.

Ten ambicjonalny dysonans sprawił, że obaj politycy wielkiego pokroju, za jakich uważam Jarosława Kaczyńskiego i Donalda Tuska, musieli w końcu zainicjować walkę na noże, taką “na śmierć i życie”, której to mamy wielką nieprzyjemność przyglądać się do dziś. Gdzieś zginęło poczucie odpowiedzialności za państwo, a coraz bardziej mam wrażenie, iż mamy traumatyczny pojedynek dwóch panów i ich formacji, którzy bardziej skupili się na zaszłościach i morderczych planach z nich wynikających.

I to jest właśnie smutny wynik nadziei wynikających z POPiS-u. Nie to że nie doszło do koalicji, nie to że do władzy doszła wtedy częściowo też Samoobrona. Raczej to, że dziś zamiast merytorycznej i koncyliacyjnej pracy na rzecz Polski, mamy ciągłą wymianę ciosów, które nie są poddawane żadnej arbitralnej ocenie i nie są ograniczone jakimikolwiek zasadami, dlatego mogą być stosowane tak samo uderzenia w twarz jak i poniżej pasa. Cios za ciosem, kłótnia za kłótnią, żenady dookoła coraz więcej a sondażowe status quo i tak pozostaje bez zmian.

Bo nie wiem tak do końca, czy Nam Polakom potrzebny w ogóle był POPiS, sytuacja pełna zgody, spokoju, owocnej współpracy gdy my lubimy napięcia, spięcia i wypięcia, z reguły te wypięcia polityków w naszym kierunku. Gdyby tego nie było, to na co mielibyśmy narzekać? Za co krytykować, wyzywać od warchołów i złodziei? POPiS to byłby dla nas stan nienaturalny, sztucznie zaszczepiany na ziemi polskiej jak ta rusyfikacja. Mało tego, taki stan politycznej zgody mógłby nijako sugerować nam, że powinniśmy być z polskiej polityki zadowoleni, podczas gdy my takiego zamiaru nie mamy i absolutnie mieć nie zamierzamy.

Przecież najlepiej znamy się na wszystkim, na piłce nożnej i na polityce. Im mniej w życiu graliśmy w piłkę nożną, tym bardziej się na niej znamy, to samo zresztą dotyczy polityki. Acz to “znanie się”, po bliższej analizie, okazuje się zwykłym krytykanctwem i psów wieszaniem, nie szukaniem rozwiązań a szukaniem winnych. Dlatego twarz pozbawioną odchyłów określamy uczciwością a jowialne kształty ciała mamy za nienawiść i agresję. A POPiS? Po co nam PO-PiS, skoro ani do niego nie dorośliśmy, ani go też potrzebujemy. Niech żyje Wojna Ojczyźniana, przynajmniej jest o czym debatować.

Piotr Cybulski

Ocena wpisu: 
Brak głosów

Komentarze

Zastanawiam się czy autor jest tak naiwny, czy też pisze w ten sposób pod salonowy konkurs Jankego. Oczywiście bardzo fajnie postawić diagnozę, że do POPiS-u nie doszło z powodu jakoby charakterystycznej dla Polaków kłótliwości (gdzie dwóch Polaków tam trzy opinie) oraz ambicji przywódców politycznych, z których każdy chciał być premierem. Zamiast wspólnie pracować dla dobra Polski kłócili się - i do dziś się kłócą, kto jest ważniejszy i lepszy. To pozwala postawić się w roli Katona i światłego Europejczyka pouczającego polski zaścianek o kulturze politycznej. Jednak ta diagnoza jest całkowicie błędna i jesli po dwóch latach rządów Platformy autor tego nie widzi to niezbyt dobrze  świadczy o jego zdolnościach oceny rzeczywistości politycznej i wyciągania wniosków. Przyznaję, że też w 2005 r. naiwnie sądziłem, że POPiS jest możliwy i obie partie postsolidarnościowe zajmą się naprawą Polski i zlikwidowaniem złogów postkomunizmu. Postawa PO w trakcie tzw. negocjacji koalicyjnych pozbawiła mnie szybko złudzeń. Platformersi nie dlatego żądali dla siebie ministerstw sprawiedliwości i spraw wewnętrznych, żeby zrobić PiS-owi na złość, a PiS nie dlatego się upierał, by pokazać platformie kto jest ważniejszy. Właśnie to żądanie platformy pokazało mi dobitnie o co chodzi. A potem słyszałem wypowiedź Kaczyńskiego, która to potwierdziła. PO sugerowało PiS-owi, że koalicja będzie możliwa jak pewnych ludzi wymiar sprawiedliwości zostawi w spokoju - "naszych ludzi". Kaczyński tej sugestii nie przyjął i POPiS się skończył nim się zaczął. Tu nie chodzi o żadne osobiste ambicje - chodzi o to, że platforma za swoje zadanie postawiła konserwowanie pookrągłostołowego ładu (a raczej nieładu) w interesie swojego zaplecza biznesowo-politycznego. I rządząc robi to konsekwentnie - wracamy do czasów przedrywinowskich. PiS chce porządek pookragłostołowy rozbić, by przestał dławić polskie społeczeństwo i gospodarkę, by Polskę można było naprawiać i rozwijać. Porozumienie nie było i nie jest możliwe - PO wraz z postkomunistyczno-liberalno-aferalnymi środowiskami zrobi wszystko, by PiS zniszczyć. Afera hazardowa i dymisja Kamińskiego tylko potwierdzają taką diagnozę sytuacji. Panie Piotrze - czas pozbyć się złudzeń co do intencji PO i Tuska! A propos - uznawanie Tuska za polityka wielkiego pokroju uznaję za dowcip. Dla mnie to cyniczny gracz bez zasad - do tego kompletny ignorant w dziedzinie rządzenia państwem. Empty suit, którego jedynym zmartwieniem jest PR i propaganda oraz obrona interesów postkomunistyczno-aferalnego establishmentu. Twierdzenie, że to mąż stanu jest po prostu śmieszne i - mimo wszystko - porównywanie go z Kaczyńskim to ujma dla rasowego polityka jakim jest prezes PiS. Przy nim Tusk to wsiowy burek.

oszołom z Ciemnogrodu

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

oszołom z Ciemnogrodu

#40009

Moim zdaniem tzw. PiSPO, czy POPiS jak chca inni, umarł śmiercią naturalną w trakcie publicznej dyskusji, transmitowanej przez telewizję. Już ten fakt powinien wszystkim zainteresowanym zapalić czerwone światełko ostrzegawcze. Po co telewizja? Czyżby PR już wtedy ustawiał PiS pod ścianą? Oczywiście. Wygrana Kaczyńskich była wypadkiem przy pracy. Należało natychmiast rozpocząć działania odwracające skutki tego "strasznego" wypadku. Histeryczne zachowanie Rokity nie dawało złudzeń co do zamiarów PełO. Podstawowy warunek Tuskoidów: - albo rządzicie wg naszych propozycji, albo...walcie się. I tak się stało.

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#40019