Czy historia zatoczy koło i doczekamy się podziału Ukrainy?

Obrazek użytkownika danielik

W ostatnich dniach cała Europa kieruje swój wzrok w kierunku kijowskiego majdanu. Jeszcze kilka dni temu wydawało się, że sprawa jest przypieczętowana. Wszyscy myśleli, że Niemcom bardziej zależy na tańszym gazie i dobrych stosunkach z Rosją, niż na ogromnym rynku zbytu i taniej sile roboczej. Uznanie, że najważniejszą sprawą, we wzajemnych relacjach Kijowa i Brukseli jest stan zdrowia, skazanej prawomocnym wyrokiem sądu, pani Julii Tymoszenko, tylko takie teorie potwierdzała.

Prezydent Janukowycz, zapewne już uzgodnił warunki przyszłej współpracy z Władimirem Putinem i wtedy po raz drugi, w ciągu ostatnich dziesięciu lat, przeciwko niemu opowiedzieli się obywatele, którym kibicuje teraz cała, zjednoczona Europa, włącznie ze wszystkimi naszymi politykami. Mieszkający przez wiele lat w Niemczech sławny ukraiński bokser Witalij Kliczko ma szansę stać się twarzą rewolucji. Może to nieistotny fakt, a może symbol tego, że jednak nasi zachodni sąsiedzi, tak łatwo nie pogodzili się z utratą Ukrainy? Ktoś mógłby tu dostrzec analogię z XVIII- wieczną Polską, która dostała się pod protekcje Rosji, jednak Austrii i Prusom udało się, po kawałku tego tortu skonsumować. Czyżby w dłuższej perspektywie, ktoś chciał zastosować podobny mechanizm w przypadku Ukrainy? Co jakiś czas docierają do nas sygnały, że nasi wschodni sąsiedzi nie stanowią jednego spójnego kraju, a są wyraźnie podzieleni na dwie części, jedną dążącą do Niemiec, znaczy Unii Europejskiej, a drugą zdecydowanie prorosyjską.

Niechęć mieszkańców wschodniej Ukrainy z Doniecka i okolic, czy też tych zamieszkujących Krym do bliższych relacji z UE wynika zarówno, ze wspólnej historii z Rosją, z faktu, że wielu z nich najzwyczajniej w świecie czuje się Rosjanami, jak również z czystego pragmatyzmu. Nikt nie ma chyba wątpliwości, że jeden z najbogatszych ludzi na świecie i najbogatszy Ukrainiec Rinat Achmetow ma do powiedzenia równie dużo, jesli nie więcej, niż pan prezydent Janukowycz. Również nie trzeba nikomu wyjaśniać, że najbardziej wpływowi ukraińscy oligarchowie niechętnie podzielą się resztką państwowego majątku z zagranicznymi inwestorami. Wiadomo również, że fortuny pana Achmetowa i jemu podobnych opierają się na węglu, przeciwko któremu prawdziwą krucjatę przeprowadzają brukselscy urzędnicy.

Ukraina ma za sobą bardzo trudna historię. W przeszłości wielokrotnie Rusini byli wykorzystywani przez możnych tego świata. Niestety najczęściej uderzenia te bezpośrednio lub pośrednio trafiały w nasz kraj. Wystarczy tylko wspomnieć powstanie Chmielnickiego, czy późniejsze zbrodnie UPA na Wołyniu, które do dziś utrudniają wzajemne relacje pomiędzy naszymi krajami. Kozacy byli elementem stale destabilizującym południowo-wschodnie rubieże Rzeczpospolitej. Swoimi działaniami powodowali napięcia w stosunkach Rzeczpospolitej i Turcji. W XVII wieku książę Jeremi Wiśniowiecki chciał zaprowadzić cywilizację na ukraińskich stepach, co pośrednio uderzyłoby w kozacką potęgę. Oczywiście wielka akcja osadnicza wymagała ogromnych nakładów finansowych. Skok cywilizacyjny tego obszaru spowodował, więc sprowadzenia, na ten obszar ogromnej liczby Żydów, którzy w krótkim czasie stali się najzamożniejszą warstwą społeczną, a dla lokalnej ludności, której warunki bytowe, również się poprawiły byli symbolem wyzysku. To właśnie głównie w nich wymierzone było powstanie Chmielnickiego, które rykoszetem trafiło w wyniszczoną wojnami Rzeczpospolitą. Podział Ukrainy spowodował rusyfikację mieszkańców wschodniej części kraju. Co ciekawe, to faworyt carycy Katarzyny feldmarszałek Potiomkin ostatecznie rozwiązał kozacki problem, co dawało możliwość rozwoju handlu czarnomorskiego. Ich XVII -wieczny wybór okazał się, więc niezbyt szczęśliwy. W rosyjskim Imperium wcale nie żyło im się lepiej, niż w Rzeczpospolitej, nie uzyskali niepodległości, a jedynie spowodowali podział terytorium, na którym mieszkali, ponadto Rosjanie i tak w końcu położyli kres kozackiej samowoli. Podobnie było w trakcie II wojny światowej, gdzie „banderowcy” wykonali brudną robotę, „oczyszczając” tereny zachodniej Ukrainy z Polaków, co jednak nie dało im niepodległości, a jedynie zjednoczenie ziem ukraińskich pod sowieckim butem.

Dziś wybór Ukraińców ogranicza się do wyboru mniejszego zła. Każdy decyzja prawdopodobnie w dłuższej perspektywie oznacza dla Ukrainy de iure utratę niepodległości. W tym miejscu powinniśmy się zastanowić, czy rzeczywiście kraj, na którego terytorium stacjonują rosyjskie wojska można nazwać niepodległym? Kijowska ulica oraz mieszkańcy zachodnich części kraju skłaniają się ku opcji zachodnioeuropejskiej, natomiast władze i mieszkańcy wschodniej część kraju do opcji rosyjskiej. Wątpię, żeby przyszłość Ukrainy rozstrzygnęła się w najbliższych dniach. Jednak wydarzenia na kijowskim majdanie, w mojej opinii wskazują, że kraje zachodniej Europy, a przede wszystkim Niemcy nie pogodzą się, tak łatwo z utratą ogromnego rynku zbytu dla swoich towarów i zasobów taniej siły roboczej. Być może dojdzie do kompromisu i w przyszłości doczekamy się podziału Ukrainy na dwie części? Historia uczy, że scenariusz taki wcale nie należy do gatunku science fiction…

Ocena wpisu: 
Brak głosów

Komentarze

Może im się uda? Jednak?
Z polskim poparciem byłoby łatwiej, a ono jest. Pomimo wszystko...

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#394335

Jak widać, o wolność trzeba walczyć. Nie jest dana raz na zawsze.

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#394371