Harmoszka i Fortepian na kryształowych kieliszkach.

Obrazek użytkownika jwp
Blog

...towariszcz, dawajtie harmoszku !...

Harmoszka

Niniejszy tekst to fragmenty mało znanej książki Pani Katarzyny Siwiec - "Andrusów Król" - obszerne fragmenty publikuję za zgodą autorki.

Jakaż mądrość natury wynika z faktu, że pamięć nie przechowuje wyrazistego obrazu tragedii, jeśli te wydarzają się kiedy ma się ledwie pięć lat i można jeszcze bezpiecznie ukryć się w fałdach matczynej spódnicy. Trauma, która miała miejsce w Równem na Wołyniu w 1943 r., nie była nigdy treścią snów małego Olka, a jedynie splotem dramatycznych wydarzeń często przewijających się w opowieściach mamy i obu starszych sióstr.

W pięknym domu przy ul. Chopina 1 w Równem państwo Kobylińscy zamieszkali w 1938 r., kiedy to ojciec rodziny dostał przydział na Wołyń wraz ze swym batalionem. Ale los lubi płatać figle; tym razem sprawił, że najwcześniejsze wspomnienia z dzieciństwa przyszłego króla zwierzynieckich andrusów wiążą się z kobietami; dzielnie stawiającą czoła przeciwnościom losu matką, zaradną babcią, siostrami, służącą, odsuwając postać ojca na dalszy plan. Wkrótce bowiem, w przededniu wojny, w sierpniu 1939 r. kapitan Kobyliński, skierowany do Poznania w związku ze spodziewanym lada moment atakiem hitlerowców, musiał rodzinę opuścić. Na szczęście, bo dzięki temu nie trafił do Katynia.

Nie raz jeden w polskiej historii bywało, że mężczyźni chwytali za broń i szli na wojnę, zrywali się do powstania albo trafiali do niewoli, a kobiety zostawały same wykazując nadludzką wewnętrzną siłę. Taki też los stał się udziałem Anny Marii z Maksymowiczów Kobylińskiej, która w okrutnym, pełnym niepewności czasie musiała sobie dawać radę sama z czwórką małych dzieci mając do pomocy służącą Franię Dębską i (na całe szczęście!) swoją muzykę. Jej mąż, siedem razy ranny, po długim pobycie w szpitalu wrócił z oflagu w Gross Born dopiero zimą 1946 r.

Wywózki na Syberię udało się uniknąć, bo cała czwórka, szczęśliwym trafem, rozchorowała się na odrę. Kiedy do domu weszli Rosjanie, zostawili ich w spokoju, bo dzieci leżały w jednym łóżku, rozpalone i majaczące. Prześladowcy zapowiedzieli, że jeszcze wrócą. Po trzech tygodniach musieli jednak dać za wygraną, bo dzieci znowu chorowały, a sowieci bali się chorób. Przylepili tylko kartkę na drzwiach z napisem: "тиф" (co oznaczało u nich tyfus).

Udało się cudem uniknąć syberyjskiej poniewierki, ale i tak trzeba było z Równego uciekać przed Niemcami. Zapakowali na furmankę najpotrzebniejsze rzeczy, wyposażeni w dwie maski przeciwgazowe skierowali się do majątku w Niemowiczach koło Sarny. Po drodze, podczas nalotów chowali się w lesie, a foksterier Asik za każdym wybuchem bomby głośno szczekał, zdradzając kryjówkę. Dwór w Niemowiczach był przepełniony, zaczynało brakować jedzenia, w dodatku pojawili się sowieci. Wkrótce, pani Kobylińska zadecydowała o powrocie do Równego. Ku rozpaczy dzieci, dla bezpieczeństwa wrócili bez hałaśliwego Asika, który musiał zostać w Niemowiczach.

Z pięciopokojowego, reprezentacyjnego mieszkania przy ul. Chopina w Równem trzeba było się niezwłocznie wyprowadzić. Zamieszkali w opuszczonym, drewnianym domku, mając za sąsiadów kilka ukraińskich rodzin i niemiecką służbę bezpieczeństwa. Obecność Niemców – paradoksalnie – długo chroniła ich przed bandami UPA, które mordowały nawet swoich. By powiązać koniec z końcem, przedsiębiorcza Frania hodowała na podwórku króliki, a jej chlebodawczyni, pani Anna zaangażowała się do teatru ukraińskiego.

Pierwsza tragedia wydarzyła się w Równem w 1941 r., kiedy hitlerowskie einsatzgruppen (mobilne jednostki specjalne) wymordowały 15 tys. Żydów. Starsze siostry Olka pamiętają ubrane na czarno tłumy ludzi prowadzonych na wzgórza, a potem przyciszone rozmowy matki z Franią, kiedy wieczorami nad wzgórzami unosił się dym.

Dwa lata później, podczas walk o Wołyń, bandy UPA dobierały się do mieszkających tam Polaków. Dwadzieścia polskich rodzin, głównie żon oficerów i ich dzieci, trafiło wówczas pod stienku. Pani Anna wraz z służącą żegnały się z dziećmi; za chwilę przecież wszyscy mieli być rozstrzelani. Nagle wszedł Ukrainiec z harmonią na plecach. Bystra kobieta to błyskawicznie wykorzystała i, chwytając się tej ostatniej deski ratunku, krzyknęła: towariszcz, dawajtie harmoszku! Jak grała im czastuszki (n. p.:„Rozpuściła Donia włosy, za nią poszli wsie matrosy”), to zmiękli na tyle, że pozwolili przyprowadzić ustawione pod ścianą wszystkie cztery rebionki muzykalnej mamy. A tam już Wania polewał wodą kulomiot na kółkach. Śpiewała ze łzami w oczach, bo przecież doskonale znała tych wszystkich ludzi, do których Wania w tym samym czasie strzelał. Dzieci ukryły się pod jej spódnicą. Wygrywane przez mamę melodie ocaliły im życie.

Prawdziwy cud, o którym w rodzinie opowiada się do dziś, wydarzył się, kiedy pani Anna wracała z pasterki o 2 czy 3 nad ranem. Ta noc była wyjątkowo niespokojna, bombardowanie trwało do następnego dnia. Jakaś postać w koszuli nocnej otworzyła jej wtedy bramę. Mogła to być jedynie służąca Frania, bo któżby inny? Ale ta zaklinała się, że drzwi nikomu nie otwierała, a zresztą była wtedy w spodniach, nie w koszuli nocnej, bo cały czas wyły alarmy. Jeśli to nie był anioł, to na pewno jakiś dobry duch, bo w tym domu w Równem mieszkali kiedyś bardzo dobrzy ludzie.

Pomimo poszukiwań już po wojnie, dziesiątkach wysłanych listów, udało się odnaleźć tylko jedną osobę, której rodzina została wymordowana wówczas w Równem. 35 lat po tragedii (w 1978 r.) Makino w swej koncertowej trasie zahaczył o Radom. Zaśpiewał wtedy m. in. bardzo rzadko przez niego wykonywaną piosenkę p. t. „Pada śnieg”, którą zadedykował pewnej obecnej tam starszej pani, której też – ku zaskoczeniu obserwatorów – wręczył bukiet kwiatów. Piosenkę śpiewała jego mama w Równem, gdzie kobieta straciła córkę i męża.

Zakamarki pamięci przechowują jeszcze parę szczegółów związanych z pobytem w Równem. Jeden z nich to dziecięce wyprawy na tzw. szaber, to jest do opuszczonych pożydowskich baraków, skąd wyciągało się z powycinanych w futrynach drzwi otworków karteczki z modlitwami. Poutykane jak w Ścianie Płaczu. Potem robiło się z tego pochodnie, bo świetnie się paliły. Wynosiło się zresztą stamtąd i wiele innych, cennych rzeczy. Choćby szmatę albo buty.

Makino pamięta jeszcze jeńców sowieckich, których Niemcy głodzili. Wyciągali wychudzone ręce, żeby dostać chociaż jabłko albo liść kapusty. Mama zawsze o nich pamiętała i co tylko mogła, podawała przez swoje dzieci. Pamięta żołnierskie płaszcze, na których kładło się kartofle albo co kto zdołał wysupłać. W Równem dwa razy przechodził front, raz byli to Niemcy, raz bolszewicy. Jedni i drudzy kopali rowy i przymierali głodem. Ubogo było, ale jak przyszli partyzanci, to też zawsze mogli liczyć na kawałek chleba.

Po solidną kromkę dzieci biegły do parku, gdzie w pakamerach stacjonowali Holendrzy w służbie Hitlera. Kroili grube pajdy, które suto smarowali masłem i miodem, a potem wręczali dzieciom.

Nie da się zapomnieć o… czekoladzie; wielkiej, grubej, chyba kilogramowej, która dzieciom jawiła się niczym sztaba złota. Przynosił ją Otto, niemiecki oficer, który tak świetnie grał Schuberta i Mozarta. Wręczał ten drogocenny skarb całej czwórce, coś tam po niemiecku zagadywał, a potem siadał przy fortepianie w salonie i grał. Zdolny był. Kobylińska bardzo niewiele korygowała jego grę. Po godzinie wstawał, salutował i wychodził. Grzeczny był; oficer, nie żaden gestapowiec. Kapitanowa Kobylińska udzielała lekcji również Ukraińcom. Niemiecki oficer umożliwił rodzinie w 1943 r. przyjazd do Krakowa. Za jego wstawiennictwem krakowska filharmonia zwróciła się z prośbą do Niemców, by pani Anna Maria Kobylińska koncertowała w Krakowie.

Podróż z Równego do Krakowa trwała dwa tygodnie. Mama była tak mądrą i przewidującą wszystko kobietą, że nie zapomniała, by zabrać z sobą kilku pierzyn i poduszek. Potem kładła je w miejscach, gdzie lądowały kule. Na całej trasie, na pociąg ze znakiem czerwonego krzyża napadały bandy UPA albo strzelali Niemcy. Trochę ludzi wtedy zginęło. Wreszcie, kompletnie wyczerpani, zziębnięci i brudni, dotarli do Krakowa. W willi na Zaleskiego mieszkali jacyś, zakwaterowani przez Niemców, obcy ludzie. Na szczęście na Placu na Stawach, w kamienicy z szyldem „Krawiectwo damskie” mieszkali dziadkowie. Babcia nie wpuściła ich od razu; najpierw trzeba było ogolić głowy i spalić całą odzież na podwórku. – Mieliśmy wszy jak szczury, do końca życia tego nie zapomnę – wspomina Makino. W listopadowym chłodzie, szczękając zębami siedzieli pozawijani w prześcieradła.

Fortepian na kryształowych kieliszkach

Zima 1945 dawała się we znaki nie tylko z powodu wielkich śniegowych zasp. Niemcy, nim wycofali się w styczniu z Krakowa, zdążyli wysadzić wszystkie mosty na Wiśle. Kiedy wyleciał w powietrze most Dębnicki, to siła wybuchu była tak wielka, że u Kobylińskich okna wyleciały razem z futrynami, a do tego jeszcze kanapa z leżącą na niej babcią zatrzymała się w zupełnie innym pokoju na ścianie. Babcia, pokiereszowana, dochodziła potem do siebie przez dobre pół roku.

Na Placu na Stawach stały wtedy rosyjskie czołgi. Okna jeszcze nie były zabezpieczone ani papierami, ani tekturą i mamusia wyjrzała na zewnątrz. Na jednym z czołgów ujrzała…fortepian. Krzyknęła: towariszcz, a co wy tam macie? – A to taka harmoszka czarna. – To dawajcie tę harmoszkę tutaj na górę! – A samogon jest? – Jest! Mama zeszła do piwnicy po dwa wiaderka bimbru (jedno opróżnili natychmiast i jeszcze w bramie oddali puste), a po chwili, w dziesięciu chłopa już taszczyli pięknego czarnego bosendorfera na pierwsze piętro. Po chwili pani Anna się zreflektowała, że czarna harmoszka nie ma nóg. Dzieci puściły się pędem za czołgami, które już ruszyły w kierunku Wisły. Na szczęście zapamiętały numer tego, który wiózł osobliwy ładunek. Zawołali: towariszcz, a nogi do harmoszki! Towariszcz krzyknął na Saszę: Dawaj nogi do harmoszki! I po chwili nogi lądowały w śniegowych zaspach. Potem jeszcze czołgiści dorzucili „kieliszki”, piękne kryształowe podstawki pod te fortepianowe nogi. Za chwilę salon Kobylińskich wypełniły dźwięki „Etiudy rewolucyjnej”. Nie wiadomo, skąd pochodziło to cudo z mosiężną płytą, nawet nie tak bardzo rozstrojone. Może z Hitlerjungen? Pani Kobylińska długo udzielała na nim lekcji. Zdobycz z okresu wyzwolenia Krakowa stała w salonie aż do pewnego dnia w stanie wojennym, kiedy było bardzo ciężko i Makino z żalem w sercu zdecydował się umieścić w prasie ogłoszenie o sprzedaży fortepianu.

A teraz z innej beczki.

Ocena wpisu: 
Brak głosów

Komentarze

grająca na harmoszce w polskiej odsłonie "jak one zapiewają" jak te ruskie panienki powinny tworzyć obywatelki:
Kopaczowa, Pitera i Fedakowa. Oj była by przednia rozrywka i misja zarazem pierwszego sortu :)

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#164984

Oj nieładnie, a o Musze, Śledzińskiej i innych PÓwkach ty zapomniał.

Pozdrawiam

jwp

Hr. Skrzyński - Panie Marszałku, a jaki program tej partii ?
Marszałek Piłsudski - Najprostszy z możliwych. Bić kurwy i złodziei, mości hrabio.

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

jwp - Ja też potrafię w mordę bić. Hr. Skrzyński - Panie Marszałku, a jaki program tej partii ? Marszałek Piłsudski - Najprostszy z możliwych. Bić kurwy i złodziei, mości hrabio.

#165007