Dobrze nastrojone klawisze

Obrazek użytkownika Bielinski
Kultura

Zrobiłem sobie prezent. Na Gwiazdkę, czy urodziny, czy jakoś tak, bez powodu w internetowym sklepie muzycznym kupiłem Das Wohltemperierte Klavier, (BWV 846 – 869 i 870 - 893) Jana Sebastiana Bacha w wykonaniu Światosława Richtera. Album czteropłytowy. Z czystym sumieniem mogę go zareklamować, seria RCA Victor Gold Seal. Po naszemu to Dobrze Nastrojone Klawisze. Klavier, klawisze w języku muzyków oznaczają instrumenty klawiszowe. Utwory te przeznaczone są do wykonywania na instrumencie klawiszowym, w epoce Bacha były to klawesyn, czy organy, obecnie pianiści wykonują je najczęściej na fortepianie. Nieliczni pianiści zresztą, ale o tym później. Das Wohltemperierte Klavier składa się z dwóch ksiąg. Każda zawiera po 24 preludia i fug, mamy dwanaście tonów i dwanaście półtonów stąd 24 par: preludia i fuga, każda para w innej tonacji, każda będąca małym arcydziełem i będąca zarazem częścią całości. Rzadko taka sztuka się udaje. Ale Bach to mistrz nie byle jaki.

   W zamierzeniu Bacha Das Wohltemperierte Klavier, (Księga Pierwsza, BWV 846 – 869) miały być pomocą dla początkujących muzyków. Jan Sebastian Bach napisał… „na użytek młodzieży muzycznej chcącej się uczyć, a szczególnie dla tych, którzy już są zaawansowani w nauce”. Preludia i fugi miały pomóc młodym muzykom! Zamiast ćwiczyć w nieskończoność te same nudne gamy, młodzieniec mógł sobie zagrać którąś z fug, czy preludiów z Das Wohltemperierte Klavier. Taki był zamysł. Szczególna to Bacha pomoc dla uczącej się muzyki młodzieży. Das Wohltemperierte Klavier to istne Himalaje trudności dla pianistów; jedynie nieliczni, najwybitniejsi pianiści i że tak powiem w szczytowej formie, są w stanie wykonać te utwory.  Ale też Bach dodał, że to dla tych, co są zaawansowani w nauce. Święte słowa. Jak można sobie wyobrazić ucznia szkoły muzycznej grającego dla wprawy preludia i fugi z Das Wohltemperierte Klavier, gdy jego profesor nie potrafi ich zagrać? Jan Sebastian Bach miał szczególne pojęcie tego, co jest łatwe i trudne w muzyce.

   Piszący te słowa jest laikiem w muzyce. Nie mam żadnego muzycznego wykształcenia. Prawdę mówiąc nie wiem, czy jestem w stanie odróżnić tonację c-dur, od c-moll, ale potrafię docenić piękną muzykę, mam nadzieję. Jestem tylko i aż miłośnikiem muzyki. Można to nazwać: meloman, ale to trochę brzmi jak megaloman. Podobieństwo nie tylko brzmieniowe. Inne określenie: audiofil jest jeszcze gorsze, brzmi podobnie jak pedofil. Pozostanę więc przy swojskim – miłośnik muzyki i zarazem amator w świecie muzyki. Dlatego kupiłem ten album. Uczta dla uszu i duszy wielbiciela muzyki. Wspaniała okazja. Album czterech płyt niebiańskiej muzyki w fenomenalnym wykonaniu Światosława Richtera w cenie sześćdziesiąt złotych z dostawą! Niepojęte. Kiedyś taką muzykę w takim wykonaniu mogli usłyszeć jacyś milionerzy, czy koronowane głowy. Dziś każdy a i tak nie ma zbyt wielu chętnych, stąd ta zdumiewająco niska cena, jak na jakiej wyprzedaży. Diamenty w cenie ziemniaków. Za takie same pieniądze można kupić jedną płytę z nowymi „przebojami” jakiejś pożal się Boże, ale modnej gwiazdki: Lady Zgagi, Ariany Cośtam, jakiegoś Podsiadło-Podupadło, czy Szpaku-Sraku. Albo nagrane w studio wyrafinowaną techniką pseudo-rymowane bluzgi jakiegoś menela – rapera. Dziiiwnyyy jeeest ten świaat –  śpiewał kiedyś pewien wokalista. Naprawdę, dziwny. Inny radził: zaaacznij od Baacha… Miał rację. Jan Sebastian Bach (1685-1750), jego muzyka sprawia, że prawie zaczynam tolerować Niemców. Niektórych Niemców

   Pierwszą księgę Das Wohltemperierte Klavier (BWV 846 – 869) napisał Jan Sebastian Bach w 1722 roku, w dojrzałym wieku 37 lat. W dwadzieścia lat później, już w Lipsku napisał Drugą Księgę (870 -893), jakby uznając, że prawdziwy wirtuoz powinien jeszcze trochę poćwiczyć, aby osiągnąć doskonałość. Druga Księga jest jeszcze trudniejsza technicznie do zgrania, o ile to możliwe. Bywają wybitni pianiści, którzy porywają się na zagranie Pierwszej Księgi, lecz na Drugą ważą się jedynie najlepsi i w wybitnej formie, jak wspomniałem.  Jak Światosław Richter (1915 - 1997), fenomenalny sowiecki pianista niemieckiego pochodzenia. Mówi się rosyjski pianista, ale to to zwyczajne nadużycie. Richter Rosjaninem był przez 5 ostatnich lat, a człowiekiem sowieckim przez 77 lat swego życia. Jedna z nielicznych dobrych stron Związku Sowieckiego. Szkoły muzyczne, baletowe, albo szachowe z niesamowicie wysokim poziomem, wypuszczające w świat istną plejadę wspaniałych pianistów, skrzypków, śpiewaków, wiolonczelistów, tancerzy, czy tancerek baletowych. Muzycy i szachiści to jedyne, co było dobre w Związku Sowieckim.

   Trzeba przyznać, iż Das Wohltemperierte Klavier z ćwiczeniami dla chcącej się uczyć młodzieży ma to cokolwiek wspólnego. Wiele utworów zaczyna się prostym motywem, który zda się potrafi zagrać nawet mało wprawny pianista. Na początku tak się wydaje. Ale wtem pojawia się drugi glos, potem trzeci, które tańczą, owijają się, dyskutują ze sobą. Motyw powraca, w innej wariacji, i wydaje się niemożliwe, iżby jeden pianista mógłby to zagrać, tyle dźwięków sam jeden, że grających musi być co najmniej dwóch, lub więcej. A motyw powraca taki sam, a całkiem inny, głosy mieszają się i grają i już wyrasta cudowna arabeska stworzona z dźwięków i ciszy – przerw miedzy dźwiękami. Każdy dwuczęściowy utwór jest samoistnym arcydziełem, ale razem tworzą całość i nową jakość.

   Lubię, jak podczas koncertu pokazują zbliżenie palców pianisty. Jak każdy z dziesięciu palców porusza się jakby samodzielnie, gra niezależnie od innych. Tu, w Das Wohltemperierte Klavier, palce musza dwoić się i  troić, by zgrać wszystkie dźwięki, wszystkie tony i półtony, by zaczarowanie trwało. Nie chodzi o mistrzostwo formalne. W mojej ulubionej części Pierwszej Księgi i ostatniej zarazem – obecnie ulubionej, gdyż to się zmienia, tyle tam wspaniałych perełek – Prelude & Fugue #24, h-moll, BWV 869, dźwięki płyną wolno i jakby leniwie, od niechcenia przerywane błyskotliwymi pasażami. Tony się snują jakby ociężałe, brzemienne i senne, prosty a jakże przejmujący motyw przewodni cichnie i wraca znów ten sam, ale odmienniony. Równie ważne jak dźwięki są tutaj przerwy, fortepian gra dźwiękami i ciszą. Pianista i fortepian tworzą jedno. Nie ma ani człowieka, ani instrumentu. Jest tylko czysta muzyka, czysta idea, czyste, niekalane piękno zaklęte w dźwięku. Motyw przyśpiesza i narasta, wpada jakby w dysonans, czy w trans.  Ostatnie uderzenie w klawisz, ostatni dźwięk cichnie, to jak obudzenie się ze snu o zaświatach. W duszy pozostaje cień dźwięków a słychać tylko słabnące echo – brzękliwy, skarżący się głos ostatniej drgającej struny fortepianu. Warto słuchać tej muzyki choćby po to, aby przypomnieć o duszy. Dusza to dziś takie niemodne słowo. Bez duszy nie ma również bachowskiej muzyki,

   Tak zagrać potrafią tylko najwybitniejsi, tak gra Światosław Richter na tych już archiwalnych nagraniach. Ci, którzy są już poza problemami technicznymi, wykonawczymi. Przekroczyli ostanie granice i dotarli na wyspy szczęśliwe muzyki. Dlatego tylko nieliczni pianiści grają Das Wohltemperierte Klavier. Pokonawszy problemy techniczne, docierają do najważniejszego: interpretacji. Oddania, ożywienia ducha utworu zapisanego w czarnych znaczkach na pięciolinii i zaklętego w klawiszach i pedałach fortepianu. Tak naprawdę Bach napisał obie księgi dla siebie, dla własnej przyjemności, dla pięknej muzyki. Wiedział, że jeśli on tego nie napisze, to nikt tego nie zrobi. Nigdy ich nie wydał. Zostały opublikowane pierwszy raz w pół wieku po jego śmierci. Jan Sebastian Bach na swojej wspaniałej Das Wohltemperierte Klavier nie zarobił ani złamanego grosza. Podobnie jak na wielu innych kompozycjach.

 

Jan Sebastian Bach miał trudny charakter. Miał prawo taki mieć. Wiedział jak gra, jaką muzykę komponuje, wiedział również, co potrafią inni, i widział, że to właśnie ci inni, co nie mieli nawet łuta jego talentu, ani jego umiejętności odnosili sukcesy, robili błyskotliwe kariery, zbijali majątek, gdy on zawsze i wszędzie był spychany w cień.  Drugą połowę swego życia, od 1722 do śmierci w roku 1750 Bach spędził w Lipsku – małym, prowincjonalnym niemieckim mieście. Znalazł zatrudnienie jako kantor przy kościele świętego Tomasza. Zakres jego obowiązków był znacznie szerszy niż gra na kościelnych organach podczas mszy. Musiał zając się również chórem kościelnym, najstarszym w Niemczech, co oznaczało ustawiczną walkę z niesfornymi chórzystami, chłopcy w tym wieku są szczególnie trudni do opanowania, jak również co tydzień skomponować nowy utwór. To nie musiała być kantata. Nawet Jan Sebastian Bach nie był w stanie w tydzień skomponować kantatę. Dzisiaj żaden z muzyków nie podjąłby się takiej pracy. Ani z tych wybitnych, ani nawet z tych pomniejszego kalibru. Za dużo pracy. W życiu. Za żadne pieniądze. Poza tym dziś tzw. „ARTYŚCI” to wielkie paniska. Nie będzie nimi byle kto pomiatał, ani nie będą pracować za kawałek chleba. Lepiej poleżeć, lub postarać się o jakiś grant i dalej nic nie robić. Zaś Bachowi korona z głowy nie spadła i dawał sobie radę aż do 1750 roku, choroby i śmierci. Co tydzień, jakby bez trudu, komponował nowy utwór – jak na taśmie produkcyjnej. Taśmowo produkował muzyczne arcydzieła. Użerał się z chórzystami, bywało, że zdzielił którego laską, lub rzucił w niego peruką. Wykłócał się z prowincjonalnymi gwiazdami, solistami – którym zdawało się, że potrafią śpiewać, aby zmusić ich, aby dali z siebie wszystko, niezbędne, aby zaśpiewać jego utwory. Wykłócał się wreszcie z władzami miasta i władzami kościelnymi o pensję, o podwyżkę. Jeszcze musiał znaleźć czas  na prywatne lekcje muzyki niezbędne, aby jego liczna rodzina jakoś związała koniec z końcem. 

   Bach dwukrotnie się ożenił. Jego pierwsza żona, Maria Barbara, daleka kuzynka, urodziła mu siedmioro dzieci, Po jej śmierci, ożenił się z Anną Magdaleną Wilcke, o siedemnaście lat młodszą. Miał wtedy 34 lata. W tym czasie taka różnica lat nie była niczym niezwykłym. Jan i Anna tworzyli zgodne, szczęśliwe i płodne małżeństwo. Dla niej i dla swoich dzieci Jan Sebastian Bach zrezygnował z marzeń i wybrał spokojną posadę w nudnym, prowincjonalnym mieście Lipsk jako organista, szczerze mówiąc persona podrzędnej rangi. Tam mieszkał i pracował do swojej śmierci. Anna urodziła jeszcze trzynaścioro dzieci. W sumie Bach miał dwadzieścioro dzieci z czego dziesięcioro dożyło, a dziesięcioro nie dożyło pełnoletności. Śmiertelność wśród dzieci 50 % jest również typowa dla tego czasu. Można powiedzieć, że Bach robił dzieci i muzykę. Hurtowo produkował arcydzieła, muzyczne dzieła, klasy najwyższej. Chociaż dzieci miał również udane. Jego syn Carl Philipp Emmanuel Bach, klawesynista i kompozytor, sławą i zarobkami, lecz nie talentem, prześcignął ojca. Inne jego dzieci także wykazywały uzdolnienia muzyczne. Aż pięciu jego synów zostało znanymi muzykami. Córki również wykazywały uzdolnienia muzyczne. Niedoceniany za życia, zapomniany po śmierci. Gdyby nie dzieci, wiele dzieł Jan Sebastiana Bacha przestałoby istnieć. Dzieci ocaliły muzykę ojca.

 

Prawdę mówiąc, Bach miał nudne życie. Na jedynym portrecie olejnym Bach to zażywny mężczyzna o nalanej twarzy, w obfitej peruce modnej w owej epoce. Bach lubił seks, ale tylko ze swoją żoną, lubił dobrą zabawę, lubił jeść i wino lubił, lubił rubaszne żarty, no i uwielbiał swoją… pracę. W niczym nie przypominał bujającego w obłokach zasuszonego intelektualistę, lub odlecianego kompozytora w okularach grubych jak denko szklanki. Co za wstyd! Prostak, muzyczny pracoholik i seksoholik. Bach żył w dwóch przestrzeniach: pierwszej pospolitej, w której wszyscy żyjemy, w której był przyziemnym, protestanckim mieszczaninem, no i w drugiej idealnej, opisanej dźwiękami, dostępnej jemu i nielicznym. Dwie żony, pierwsza umiera, żeni się z drugą. Chwyta posadę skromnego organisty i trzyma się jej kurczowo. Żadnych frapujących ekscesów, tak częstych w życiu innych „artystów”. Wyróżniają go dzieci no i muzyczne arcydzieła. Inni hurtowo produkują bąki a Bach, ten dzieciorób komponował arcydzieła, jak ulęgałki. Jeśli to nie jest krzycząca niesprawiedliwość, to co nią jest? Kontrakt jaki zawarł Bach był surowo egzekwowany. Lipscy mieszczanie bardzo pilnowali wydawania własnych pieniędzy. Byli to ludzie praktyczni, twardo chodzący po ziemi, pobożni protestanci, oszczędni i skrupulatni. Często jedno pokolenie od chłopów. Żadnych ekstrawagancji. Żadnych fochów typu: jestem artystą, i mnie wolno! Jestem geniuszem, mnie nie dotyczą wasze zasady, wasze reguły wy ciemne, głupie kmiotki. Chociaż kto, jak kto, ale właśnie Jan Sebastian Bach mógłby tak powiedzieć. Dziś byle gwiazdka, czyli za przeproszeniem, „artyzta(ka)”, podczas trasy koncertowej wyjawia pełno pretensji: tego żąda, to jej nie pasi, to być musi, itp. Media rozpisują się o jakiś Pirpidułkach z Ciemnej Kupy (lub innej Black Hole) i ich fanaberiach. Jan Sebastian Bach, bodaj najwybitniejszy muzyk, kompozytor i wirtuoz, nie mógł sobie pozwolić na żaden kaprys  typu: JEZTEM WIELKOM ARTYZTOM i dawać mi tu zaraz, w podskokach cipki, flaszki i dragi! Gdyby Bach strzelił focha w tym stylu, to wyleciałby ze swojej posady tak szybko, że nawet nie zdążyłby złapać peruki. Mężczyzna w wieku średnim z żoną i z mnóstwem dzieci. Zostałoby mu tylko granie na weselach i pogrzebach, sporadycznie na organach w jakimś kościele. Głód, chłód i poniewierka, a z jego dzieci pełnoletności dożyłaby może dwójka, a nie połowa. Były to twarde czasy i ludzie musieli być twardzi i wytrzymali jak rzemień. Słabsi umierali i nikt się na nimi nie litował.

    Z drugiej strony lipscy mieszczenie byli dumni z Bacha. Ich kantor od świętego Tomasza był lokalną osobliwością. Wiele było miast większych, piękniejszych i znakomitszych od Lipska. Były miasta słynące ogromem i bogactwem; wielkie porty, skąd flotylle statków wypływały do całego świata; inne chlubiły się pałacami królów i książąt, inne wreszcie szczyciły się rzemiosłem, licznymi manufakturami, znanymi uniwersytetem, albo starożytną historią i wielkimi dziełami przeszłości. Rozsądni lipscy mieszczanie nie porównywali swego miasta do Paryża, Londynu, czy Antwerpii. Sąsiednie miasto mogło chlubić się babą z brodą, okazywaną z drobną opłata – za ekstra opłatą można było zobaczyć babę w całej okazałości z jej obiema brodami – zaś Lipsk miał… Bacha. Które inne miast miało organistę, który jak zagrał na organach to nawet ciemnym chłopkom ze wsi przechodziły ciarki po grzbiecie, który regularnie raczył ich nową kantatą, muzyką godną bogów olimpijskich.  Lipscy mieszczanie byli dumni z Jana Sebastian Bacha, ale to nie znaczyło, że w czymkolwiek mu ustąpią, czy naruszą choćby literę kontraktu. Jan Sebastian Bach dobrze zrobił zostają kantorem przy kościele św. Tomasza. Lipsk był dla niego i jego licznej rodziny bezpieczną przystanią. Na tym kontrakcie korzystały obie strony.

   Jan Sebastian Bach nie mógł sobie pozwolić na „BYCIE ARTYZTOM”. Dostał mieszkanie w budynku przy kościele św. Tomasza, wikt, skromne, ale stałe uposażenie. Miał robić swoje: grać, komponować, prowadzić chór, i co tam miał w zakresie obowiązków. Robił to więc, grał, komponował, bo muzyka była jego  drugim życiem, a że komponował arcydzieła? W wieku lat czterdziestu plus Jan Sebastian Bach miała za sobą różne doświadczenia: otarł się o tak zwany wielki świat, poznał już życie, ludzi, poznał siebie i być może wiedział w głębi ducha, że skromna, ale solidna posada kantora przy kościele św. Tomasza to najlepsza rzecz jaka może mu się trafić. Że tym, co mają sztywny kręgosłup, im kariera w świecie nie jest pisana. Nie dla nich ich kariera, sława, powodzenie, pieniądze. Ale przecież nadziei nie tracił, mimo kolejnych niepowodzeń

   Czy Bach nie czuł się zgorzkniały widząc, że inni znaczniej mnie zdolni, twórczy odnoszą sukcesy? Dają koncerty w świecie: w Paryżu, Londynie, czy Berlinie? Są sławni, obficie nagradzani, uwielbiani przez tłumy i możnych, a on ledwie wiąże koniec z końcem na chudej posadce w Lipsku?  Pewnie tak. I Bach był kiedyś młody, marzył o sławie, o bogactwie, o byciu artystą! Próbował wiele razy w młodości, nawet w Lipsku w wieku dojrzałym nie porzucił tych marzeń. Zawsze przegrywał. Z kim ustawicznie przegrywał rywalizację muzyczny geniusz wszech czasów Jan Sebastian Bach? Oczywiście z lepszymi od siebie. Lepszymi zdaniem jego niedoszłych patronów. Od 1733 roku, roku koronacji, Bach starał się o tytuł nadwornego kompozytora Augusta III Saskiego, króla Polski i elektora saskiego. Bach zadedykował mu kilka swoich arcydzieł, w tym kilka kantat. Uzyskał pusty, nic nie warty tytuł. Nic więcej. W 1747 roku stary już i schorowany Bach próbował zdobyć przychylność króla Prus Fryderyka II Wielkiego,  amatora muzyka dość dobrze grającego na flecie. Zaprotegował go jego własny syn Carl Philipp Emmanuel, który był nadwornym klawesynistą u króla Prus. I co? Nic. Zero. Na pamiątkę tych bachowskich marzeń o odmianie swego życia zostały muzyczne arcydzieła skomponowane specjalnie w celu podlizania się przyszłym a niedoszłym mocodawcom, jak Wariacie Goldbergowskie, czy Koncerty Branderburskie. Bach podjął ostatnią próbę pogoni za sławą i uznaniem na trzy lata przed śmiercią! Naprawdę myślał, że on stary i zmęczony, śmieszny, małomiasteczkowy organista wtopi się w tłum wyniosłych, śliskich, a wytwornych dworaków? Chyba jednak Bach miał taką nadzieję. Zaiste, nadzieja umiera ostatnia. Nie było miejsca dla Bacha ani na dworze tępego jak but Augusta III, ani na dworze słynnego z błyskotliwości i inteligencji Fryderyka II zwanego Wielkim.

   I tak się dobrze się to zakończyło, tylko niepowodzeniem. Mogło być gorzej, jak w czasach młodości. Nie darmo mówiono o Bachu, że ma trudny charakter. Od 1708 roku młody Jan Sebastian Bach był koncertmistrzem i nadwornym klawesynistą i organistą na dworze księcia Weimaru Wilhelma Ernesta. W 1717 roku, po dziewięciu latach ofiarnej i jakże owocnej pracy dla księcia – w pewnym okresie, regularnie co cztery tygodnie komponował nową, cudowną kantatę! – Jan Sebastian Bach przegrał rywalizację o tytuł nadwornego kompozytora i nie mieszkając złożył rezygnację z pracy. Wymówienie złożył w ręce księcia Pana w taki sposób, iż rozjuszony książę Wilhelm Ernest kazał zamknąć Bacha w więzieniu. W owym czasie nadworni muzycy nosili liberie, jak inni służący i jak służba byli traktowani. Królowie i książęta utrzymywali na dworach po staremu błaznów i nową moda muzyków. I jednych i drugich dla rozrywki. Nie chodziło tylko to posadę nadwornego kompozytora. Między księciem Panem a jego nadwornym grajkiem od dawna zbierało się na burzę; w duszy muzyka wzbierało uczucie krzywdy, a Bach nie był z tych co kryją urazę i zapominają krzywd. I tak się długo powstrzymywał. Utracony awans był tylko kroplą, która przepełniła czarę goryczy.

   Dobrze, że po miesiącu księciu Panu gniew minął i kazał wypuścić grajka z więzienia, zaś Bach musiał szukać nowej posady i ćwiczyć się w sztuce prawienia komplementów, ładnych uśmiechów i głębokich ukłonów niezbędnych dla tych, co pragną zdobyć łaski wielkich tego świata, tak kiedyś jak i dzisiaj. Jak widać z jego seryjnych niepowodzeń, Jan Sebastian Bach nie opanował tej sztuki aż do śmierci.

 

Jan Sebastian Bach pochodził z rodziny o wielkich tradycjach muzycznych, jako piąte pokolenie muzyków. Dynastia Bachów – żadna rodzina nie zrobiła dla muzyki tyle, co ród Bachów. Również jego ojciec, czy wujowie zarabiali, żyli z muzyki i żyli muzyką. Taki geniusz jak Bach nie trafia się przypadkiem. Była to rodzina luterańska, od pokoleń w poszukiwaniu pracy i chleba przemierzająca Turyngię i Saksonię, wówczas zamieszkała w Eisenach. Trudno wyżyć i utrzymać rodzinę z muzykowania. Jeśli gdzieś tam w Turyngii, czy Saksonii, grano, ktoś pięknie przygrywał na organach w kościele, czy na wiejskiej potańcówce, to ludzie mówili: eee, to Bachy grają. Bach i muzykant stały się synonimem. Ojciec i stryj uczyli małego Jana gry na skrzypcach, klawesynie i organach. Mały Jan Sebastian nauczył się wcześniej grać na skrzypcach i klawesynie niż pisać. Jan Sebastian był wirtuozem gry na instrumentach strunowych: skrzypce, altówka, czy wiolonczela. Później napisze wiele wspaniałych utworów na te instrumenty. Uczęszczając do szkoły Jan śpiewał w chórz; mutacja uniemożliwiła śpiew, ale Jan Sebastian pozostanie wielkim miłośnikiem śpiewu i chóru i napisze bodaj najwspanialsze partie na śpiew tak solowy, jak i chóralny. Atoli największą muzyczną miłością Jan Sebastiana Bacha były instrumenty klawiszowe: klawesyn, a nade wszystko organy. Zgodnie z tradycją rodzinną.

   Był to koniec siedemnastego wieku. Cztery, pięć dekad, dwa pokolenia od zakończenia wojny trzydziestoletniej (1618 -1648). Wojna trzydziestoletnia była największym nieszczęściem, największym kataklizmem w nowożytnych dziejach Niemiec. Większym niż obie wojny światowe razem wzięte. Straty Niemiec w ludziach i majątku były gigantyczne. W dwa pokolenia później rany się zabliźniły: Niemcy odbudowali zniszczone miasta i spalone wsie, odzyskali utraconą, solidną zamożność. Odbudowali zrabowane, zbezczeszczone i spalone kościoły i budowali nowe. W nowych i przebudowanych kościołach niezbędne były organy. Zgodnie z protestancką tradycją: organy to najwspanialsza ozdoba świątyni Pana. Marcin Luter, twórca protestanckiej schizmy, był wielkim miłośnikiem śpiewu i muzyki kościelnej, zgodnie z wielowiekową tradycją kościoła. W czasach Lutra, przełom XV i XVI wieku, w kościołach w całej Europie rozbrzmiewały chorały gregoriańskie, zarzucone później przez kościół katolicki jako przestarzałe, nudne i niemodne. Przeciwnie Luter i jego następcy, którzy uważali, że prócz słowa Bożego nic innego, jak właśnie kościelny śpiew i muzyka może zbliżyć człowieka do Absolutu. Nawiasem mówiąc, mały Jan Sebastian Bach uczęszczał do szkoły łacińskiej przy kościele św. Jerzego w Eisenach, tej samej którą dwieście lat wcześniej ukończył mały Marcin Luter. Ponownie widać wielki wpływ tradycji. Jan Sebastian Bach i jego muzyka to nie tylko ukoronowanie rodzinnej tradycji muzycznej, ale również tradycji protestanckiej muzyki kościelnej, protestanckiego kanonu, wywodzącego się z kościelnej muzyki średniowiecza i renesansu.

   Organy to droga, bardzo droga inwestycja. Zwłaszcza w tamtych czasach. Produkowali je najlepsi, wyspecjalizowani rzemieślnicy i kosztowały wiele złota lub srebra. Nie wystarczyło zamówić organy, poczekać, aż rzemieślnik przywiezie i zmontuje organy i zapłacić. Co jeśli organy mają jakiś feler i jeśli będą grać źle? Producent to ukryje, a w czasie mszy ograny zaczną fałszować i dopiero będzie strata, wstyd i zgryzota, że dali się oszukać. Skrupulatni, oszczędni Niemcy nie mogli sobie na takie ryzyko pozwolić. Tu wkraczali Bachowie. Wędrowali po Niemczech i testowali nowo zakupione organy. Oczywiście za opłatą, praca to praca. Producenci organów musieli serdecznie nienawidzić Bachów. Młody Jan Sebastian także podróżował  ze stryjem organistą i z ojcem, by próbować nowe organy. Jak się testuje organy? Gra. Gra. Gra. Nie może to być bębnienie w klawisze, w hałasie nie usłyszy się fałszywych tonów. Gra się wiele, wiele godzin, we wszystkich możliwych tonacjach, we wszystkich tonach i półtonach. Tak aby wszystkie piszczałki organów wygrały wszystkie możliwe tony. Co grać? Najlepiej jakiś prosty, powtarzający się motyw, tak najłatwiej wykryć fałszywe tony. Ale żeby się nie nudziło najlepiej go nieco zmienić, wprowadzić drugi głos, albo i trzeci. Niech te głosy tańczą, niech się sprzeczają, lub śpiewają zgodnie, i tak dalej. Niech grają kolejne wariacje, swobodne improwizacje na zadany temat, co tylko w duszy zagra, a palce zdołają wygrać. Sztuka muzycznej improwizacji nie powstała bynajmniej w slumsach Chicago czy St. Luis na przełomie XIX i XX wieku i nie wymyślili jej czarnoskórzy twórcy nowożytnego jazzu. Ma znacznie dłuższą i wspanialszą tradycję. Bachowska to szkoła. Żaden muzyk, żaden organista i żaden wirtuoz nie miał lepszej szkoły muzyki i gry niż młody Jan Sebastian, chociaż nie skończył wyższych studiów muzycznych, co mu później nieraz wypominano.

   Czy nie jest to przepis na muzykę Bacha? Na jego najwspanialsze dzieła, na  Das Wohltemperierte Klavier, czy Die Kunst Der Fuge (Sztuka Fugi, BWV 1080) ostanie dzieło Bacha, napisane tuż przed śmiercią w 1750 roku? O Sztuce Fugi może kiedy indziej. W czasie podróży z ojcem i stryjem Jan Sebastian nauczył się budowy organów tak dokładnie, że mógł je sam rozbierać i składać. Sztuka to nie lada. Rozebrać każdy potrafi, ale złożyć! Nauczył się także strojenia organów .Jan Sebastian zawsze sam stroił swoje instrumenty, czy to organy, klawesyn, skrzypce, czy wiolonczela. Nikomu innemu Bach nie pozwoliłby na to, wiedział, że sam to zrobi najlepiej. O ile w życiu Bach czasem musiał zgiąć kark, jak każdy, to w muzyce nie szedł na żadne kompromisy.

   Który ze współczesnych wirtuozów sam stroi fortepian przed występem? Gdyby współcześnie takiemu MAESTRO zaproponować, aby sam nastroił sobie fortepian, to mistrz obraziłby się śmiertelnie. Ale nasi maestro mają studia muzyczne i dyplomy. Poza tym nie nastroją choćby chcieli, bo nie umieją. Bach umiał stroić i umiał o wiele więcej.

  

Pierwszą księgę Das Wohltemperierte Klavier (BWV 846 - 869) Jan Sebastian Bach dedykował uczniom, jako użyteczną pomoc przy „nauce gry”. Oczywista nieprawda, albo żart Bacha, który opacznie rozumiał co jest łatwe, a co trudne w grze na klawiszach, no i miał poczucie humoru. Drugą księgę nikomu już nie dedykował. Nikt tej muzyki nie zamówił, nikt za nią nie zapłacił. Bach napisał ją dla siebie. Obie księgi to według mnie przetworzone w muzyczne arcydzieła wspomnienie lat młodości gdy razem z ojcem i stryjem badał brzmienie nowych organów i trzeba było grać choćby dlatego, że na dworze wył przenikliwy, zimny wiatr i padał mokry śnieg, a w kościele było tak zimno, że grabiały ręce i trzeba było je jakoś rozgrzać. Druga księga powstała w dwadzieścia lat po pierwszej, w 1742 roku w Lipsku.

   Bach cały dzień pracuje i jeszcze daje prywatne lekcje muzyki, aby drobić. A przecież często wieczorami, gdy jest czas i są jeszcze siły urządza wieczorki muzyczne. Jan Sebastian gra, jego żona Anna śpiewa. W młodości Anna była zdolną sopranistką. Ten wieczorne wspólne muzykowanie było niezwykłym muzycznie przeżyciem, jak wspominali szczęśliwcy, których Bach zapraszał na te wieczorki. Dziwne, że znajdowali siły na wieczorne muzykowanie. Tylko pomyśleć. Bachowie mieszkali w domu przy kościele świętego Tomasza, w którym mieścił się też chór: cały dzień praca, zamieszanie, gra, chór, komponowanie, sprawy urzędowe, no i dzieci. Mieli dziesięcioro dzieci. Starsze już poszły na swoje, ale w domu Bachów przez wiele lat było stale z pięcioro, sześcioro dzieci. Każdy kto ma dziecko wie, ile to kłopotu, troski i zamieszania z jednym, dwojgiem dzieci, a tu oni mieli ich ze… sześcioro!  Zawsze któreś dziecko jest chore, ma gorączkę, albo boli go brzuch, lub spadło z drabiny i skręciło nogę w kostce. Choroba to w tym czasie była śmiertelnie poważna sprawa i bardzo kosztowna. Jak nakarmić, jak ubrać i obuć taką sporą gromadkę? Tym zajmowała się Anna. Samo kupno butów na zimę to był spory wydatek i wielki kłopot. Buty były drogie, dzieci mnóstwo. Dzieciaki biegały więc na bosaka, zakładając buty tylko od święta, no i w zimie. Myślę, że pośród tej bosonogiej gromady dzieciaków biegały również dzieci miejscowych organistów, Bachów. Ale buty w końcu trzeba było kupić. Tylko za co?

   Bachowie mieli mnóstwo pracy i zwyczajnych, codziennych kłopotów. A przecież znajdowali czas i siły na wieczorne muzykowanie… Jeśli mogli, jeśli mieli do tego nastrój. Przecież Jan Sebastian pochował dziesięcioro dzieci! Dziś łatwo powiedzieć: połowa zamarła, połowa przeżyła, i że tak była wówczas norma!  Jakże lekki jest cudzy ból. Ból tych sprzed stu, dwustu lat, czy dalej nie waży nic. Gdy współcześnie jedno dziecko w rodzinie umiera, to wielka tragedia. Jan Sebastian Bach stracił dziesięcioro dzieci! Byli to tacy sami ludzie jak my, mieli takie same uczucia, taką samą wrażliwość. Bach każde z swoich dzieci opłakał, odprowadził na cmentarz, pochował, może nawet zagrał na pogrzebie. Nic dziwnego, że często nie było wieczornego muzykowania. Na Jana Sebastiana spadały kłopoty związane z utrzymaniem rodziny, z zarobkami i finansami. Miał na głowie mnóstw spraw: muzyka, praca, zarobki, chore dzieci, pogrzeb dzieci, buty dla dzieci, pieniądze, nowe ubranie, skąd wziąć z na lekarza i na leki, chórzyści znów się pobili, a Georg – najlepszy z nich powiedział, że nie będzie dłużej śpiewał bo znalazł pracę kuźni u stryja, i tak dalej, i tak dalej… Gdy mógł, Jan Sebastian Bach zamykał się  w pokoiku na piętrze. Oddzielał się od tej zawieruchy, od kłopotów, problemów na dole. W małym pokoiku z klawesynem. To były właśnie te dobrze nastrojone, czy właściwie nastrojone, utemperowane klawisze. Tu grał i komponował muzykę zasłyszaną… gdzie? Na wiejskiej zabawie i w niebie, starą ludową melodię zgraną z anielskim chórami. Grał i komponował dla siebie, bo muzyka była jego drugim życiem. Tak powstały Dobrze Nastrojone Klawisze, na dobrze nastrojonych bachowskich klawiszach. Co to był za instrument? Współcześni wirtuozi koncertują na super instrumentach. Koncertowy fortepian, następca klawesynu kosztuje pewnie setki tysięcy, może miliony złotych, czy dolarów. Nie licząc służbowych organów w kościele, Bach miał do dyspozycji tylko prywatny klawesyn, pośledniej klasy. Na dobry instrument zwyczajnie nie było go stać. Ale te jego klawisze z pewnością były perfekcyjnie nastrojone, albo utemperowane.

 

Napisałem ten tekst z miłości do muzyki Jana Sebastian Bacha. W każde święta towarzyszy mi jego muzyka, najczęściej wokalna: kantaty, pasje, czy jego msza h-moll. Ostatnio, przypadkiem odświeżyłem Das Wohltemperierte Klavier i inne utwory na klawisze, w tym ostatnią, przejmującą  Sztukę Fugi – Die Kunst der Fuge. Słucham je od wielu dni i ciągle mało. Gdy życie jest takie krótkie, po cóż tracić czas na wysłuchiwania zawodzenia, beków, jęków i wzdychań byle piosenkareczki – kureweczki, czy innego wyjca – troglodyty? Zresztą… Co w końcu nas obchodzi postać jakiegoś Jan Sebastiana? Jaki był? Dobry czy zły? Czy życie miał szczęśliwe, czy przeciwnie? Zagadnienie dla biografów, historyków, muzykologów i innych nudziarzy. Kogo obchodzi życie muzyka, który umarł ponad ćwierć tysiąca lat temu? Ba, ale jego muzyka! Jego muzyka jest i będzie. Muzyka jest najważniejsza. Jego, nasze owoce. „Po ich owocach poznacie ich. Czyż zbierają winogrona z cierni, albo z ostu figi? Tak każde dobre drzewo wydaje dobre owoce, ale złe drzewo wydaje złe owoce. Tak więc po owocach poznacie ich” (Mat 7, 16-20)

   Wystarczą dobrze nastrojone klawisze, nie muszą to być te warte miliony, starczą zwyczajne, takie, na które nas stać. I tylko od nas zależy, czy wykorzystamy ten dar, zamknięci się w jakim odosobnieniu – takie prace wykonuje się w samotności – i zaczniemy stroić i grać. Nie trzeba nic więcej: drogich instrumentów, blichtru, gór złota, sławy, super-mocy. Mały, skromny pokoik i pospolite klawisze. Należy je tylko dobrze nastroić, właściwie utemperować i można grać. Grać. Grać. Zbliżyć się do ideału, Absolutu tak blisko, jak może uczynić to człowiek zrodzony z niewiasty. Jak czynił to Jan Sebastian Bach. Dokładnie niektórzy tak mogą, tak mają, że wystarczają in byle jakie klawisze, aby zagrać, tworzyć cudowną muzykę. Niech każdy dobrze nastroi te klawisze, jakie mu Pan Bóg, dał i pracuje, pracuje, pracuje. Niech gra, najczyściej jak umie. Chociażby dla siebie, dla własnej satysfakcji, jeśli nie dla nikogo innego. W ostatecznym rozrachunku tylko praca zastaje. Liczy się tylko praca. Praca, praca, praca. Talent to wymówka leni. Dzieci dorosną i odejdą i będą jak obcy; rodzina się rozejdzie, przyjaciele nie będą nas poznawać; majątek będzie jako kamień, rozwieją się jak mgła przebrzmiałe miłości, marzenia, sława, powodzenie i odejdą nawet byłe smutki… Jak wszystko inne. W końcu kości okryje ziemia. Jeśli coś pozostanie, to tylko praca. Ta nasza własna gra na dobrze nastrojonych klawiszach. Choć przecież trzeba też żyć. Uważać, by oddać drugim, co się należy. Nie jesteśmy rozbitkami na bezludnej wyspie.

   Dla tych, którzy nie samym chlebem żyją. Nienasyceni, głodni, szukają czegoś więcej, czegoś poza. Dla reszty wystarczy kariera a’la lady Zgaga. Popularna wiedza, że nie trzeba mieć głosu, aby śpiewać, nie potrzebna znajomość nut by grać, nie trzeba pracować, by zarabiać miliony. Wystarczy ślepy los, jak na loterii. Dobrze nastrojonych klawiszy i owocnej pracy – tego i aż tego można i trzeba życzyć tak sobie, jak innym tuż przed Świętami Bożego Narodzenia i przed Nowym Rokiem.

 

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie tekstu tylko za zgodą autora.

Ocena wpisu: 
Twoja ocena: Brak Średnio: 5 (głosów:7)

Komentarze

Strój instrumentów klawiszowych równomiernie "temperowanych"  polega na tym, że każdy z 12 półtonów oktawy jest równy (oktawa to podwojenie częstotliwości np. orkiestra stroi instrumenty do dźwięku A - 440 drgań na sekundę, wyższe o oktawę A ma 880 drgań/sek.) Wprowadzenie tzw. stroju temperowanego to rewolucja w muzyce - właśnie się zaczęła upowszechniać i Bach swoimi fugami we wszystkich tonacjach dur i moll ugruntował wynalazek. Wcześniej w pewnych tonacjach się nie grało, bo były fałszywe (sumowały się drobne różnice). Kwinta czysta (stosunek drgań 2:3) jest trochę inna niż "temperowana", ale różnica jest tak drobna, że niesłyszalna.
Bach to mój idol - uważam go za najwspanialszego kompozytora ex equo z Chopinem. Później długo nic, i dalej reszta genialnych kompozytorów.
Pięknie Pan pisze o preludiach i fugach. Przypominają mi się studenckie czasy w warszawskiej Akademii Muzycznej (nazywała się wtedy Państwowa Wyższa Szkoła Muzyczna) gdy w czwórkę (każdy grał po 6) jeździliśmy po innych uczelniach muzycznych, a nasza pani profesor Hornowska miała wykład - prelekcje.

Podoba mi się!
4
Nie podoba mi się!
0

Leopold

#1577384

Czy można nie lubić Bacha, podobnie jak "geniusza" Pendereckiego?

Czy można chętniej słuchać Boellmana lub Widora?

https://www.youtube.com/watch?v=5Wm-wSRVk5A

https://www.youtube.com/watch?v=G3iMguRdddk

 

 

Podoba mi się!
1
Nie podoba mi się!
-1

Verita

#1577385

Ale on pretendował do bycia polskim Benjaminem Brittenem. Taki genialny pampers komuny. I żonka - cwaniula.

Dobrze, że ich czas mija!

A Bach zostanie! Nie wszyscy muszą Go kochać. Nikt nie zaprzeczy, że był genialny. A Giermańcy mają "dowód" na geniusz swojej rasy. 

A kto słuchał Bacha w wykonaniu brata Rogera w Taizé? Tego się nie zapomina!

Pzdr

 

Podoba mi się!
2
Nie podoba mi się!
-1

_________________________________________________________

Nemo me impune lacessit - nie ujdzie bezkarnie ten, kto ze mną zacznie

katarzyna.tarnawska

#1577387

Witam,

niepotrzebnie jest pani taka agresywna w mowie i piśmie. Wszystko można powiedzieć, ale ton, tonacja też ma znaczenie. Asertywności, teraz to modne słowo, asertywności pani nie brak.

 

Pozdrawiam

Podoba mi się!
1
Nie podoba mi się!
0

Bielinski

#1577397

Można nie lubić Bacha, można nie lubić Pendereckiego. Penderecki był, pomijając politykę, świetnym pianistą, takich jest wielu, który zechciał napisać trochę muzyki. Jego kompozycje, moim zdaniem są... przyjemne. Ale to kilka klas niżej niż Bach. 

Zatem można nie lubić Bacha. Są tacy co nie widzą, lub nie słyszą, z przyczyny chorób lub wypadków. 

Ale ten kto może a nie chce sam słyszeć, upośledza sam siebie. Zatem można nie lubić Bacha, tak jak nie musimy być ani mądrzy, ani dobrzy, ani piękni. A przynajmniej starać się o to. Ci, co odrzucają Bacha moim zdaniem tracą coś bardzo cennego. Cząstkę duszy.

Ale po co komu dusza, jak jest Internet, albo w telewizji leci nowy kabaret? Mam wybór. Można nie lubić Bacha. 

 

Pozdrawiam 

Podoba mi się!
3
Nie podoba mi się!
-1

Bielinski

#1577395

Uważam, że to co "komponuje" (bazgroli) to nie muzyka, słuchając tego zgrzytania można wpaść w depresję. Należy do towarzystwa "wzajemnej adoracji" i gdyby nie odpowiednie pochodzenie to nikt by o nim nie słyszał. Artykuł bardzo ciekawy, czyta się z zaciekawieniem.

Pozdrawiam

 

Podoba mi się!
4
Nie podoba mi się!
0

Bądź zawsze lojalny wobec Ojczyzny , wobec rządu tylko wtedy , gdy na to zasługuje . Mark Twain

#1577396

Probierz czasu to wykaże. Dla mnie - już teraz - Penderecki to muzyczny Dyzma. Kosztem wspaniałego Witolda Lutosławskiego, którego wybitna twórczość została przytłoczona przez paru "pieszczochów władzy".

Podoba mi się!
3
Nie podoba mi się!
0

Pobudka!

#1577398

Mam te same odczucia co do Pendereckiego. 

Nie wiem, nie mogę ocenić, jakim był/jest(?) pianistą. Co do kompozycji - zgoda z Obojgiem Blogerów. 

A, czy się mylę, pałac w Lusławicach, remontowany "za społeczne" (nasze!) podatki - to dostał się Pendereckim, czy może - komuś innemu.

Pozdrawiam,

Podoba mi się!
1
Nie podoba mi się!
0

_________________________________________________________

Nemo me impune lacessit - nie ujdzie bezkarnie ten, kto ze mną zacznie

katarzyna.tarnawska

#1577431

Witam

 

Przeczytałem z pewnym nabożeństwem nawet, bo kocham muzykę, a wiedzę o niej szanuję ogromnie.

Jestem bardzo eklektyczny, nie dzielę muzyki na poważną i rozrywkową, czy ludową i koncertową. Zresztą tych kwalifikacji mamy tysiące. Dla mnie, subiektywnie, muzyka jest albo dobra, albo niedobra.

Tak samo potrafi mnie wzruszyć (szczególnie w tym momencie) Seweryn Krajewski śpiewając kolędę "Jest taki dzień", jak dla mnie najpiękniejszy sopran świata, Norweżka Sissel Kyrkjebø, szczególnie w Kniaziu Igora Borodina (też moje ukochane dzieło) i to w wersji operowej, jak i popularnej.

O Pendereckim tutaj tylko źle. Przyznam, ja również za nim nie szaleję. Znacznie i to znacznie wyżej stawiam Henryka Mikołaja Góreckiego (reszta świata chyba też. Nie mniej, mój przyjaciel, już z dzieciństwa prof. Józef Grabski, światowej sławy ekspert sztuki włoskiego Renesansu, często z Pendereckimi lata do Japonii. Oczywiście w swoich sprawach. Powiedział mi, że gdy Penderecki pokazuje się na scenie jakiekolwiek filharmonii, czy innej sali koncertowej, to nawet cesarz z rodziną wstają z miejsc na wielominutową owację na stojąco. Oni coś specjalnego mają do polskiej muzyki. Dla nich prawie bogiem jest Chopin.

+++

A chciałem tylko zadać po przeczytaniu jedno pytane, hmmm...

Takie unikatowe dzieła muzyczne powinno się odtwarzać na odpowiednim sprzęcie. Więc na czym Bach był słuchany, jeśli wolno prosić o odpowiedź.

 

Pozdrawiam i harmonijnej i dźwięcznej Wigilii Bozego Narodzenia życzę

Podoba mi się!
2
Nie podoba mi się!
-2
#1577400

Witam, 

przeoczyłem pana pytanie.Niestety z wygody i lenistwa słucham muzyki na laptopie. Do tego słuchawki po 100  zł. na promocji. Wiem, że to zbrodnia, ale za to słucham często. 

 

Pozdrawiam

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

Bielinski

#1577450

Jeżeli tak...to chętnie zrezygnuję z tej części duszy.

Podstawą niemieckiej (protestanckiej) muzyki religijnej stał się chorał protestancki. Zbiory prostych pieśni religijnych – skomponowanych, a częściowo zaadaptowanych przez Marcina Lutra i jego następców – świetnie nadawały się jako tworzywo dla muzyki religijnej. W liturgii występują zarówno w postaci prostej – śpiewane przez kongregację przy akompaniamencie organów, jak i opracowane jako przygrywki chorałowe czy części kantat, pasji albo oratoriów.

   Bach bardzo często w łączył melodie chorałowe z ariami czy chórami. Stosowane przez Bacha środki retoryczne , o skomplikowanej harmonii, miały – zgodnie z teorią afektów – wywołać w słuchaczach odpowiednie uczucia, odwołując się do ich wrażliwości i intelektu.

Piękno muzyki, jest bardzo trudne do określenia, ponieważ muzyka w naturze nie ma wzoru a żadnej pojęciowej treści nie posiada, dlatego  mówić o niej można tylko albo techniczno-matematycznymi terminami, albo poetycznemi fikcjami.  Jej królestwo „nie jest z tego świata.”

Hildegarda z Bingen,święta ,dr kościoła, w swoich utworach muzycznych (Symfonia harmonii niebiańskiego Objawienia) przejawia umiłowanie muzyki jako rozumienie całego otaczającego ją świata, zarówno rzeczywistość widzialną (ziemską) i niewidzialną (poza ziemską), jako nieustannie i na wielorakie sposoby i tony, dźwięczący instrument.

Każdy element świata, wszelka rzecz i każda istota żywa mają właściwy sobie ton, który współgra w wielkiej symfonii stworzenia, a także w dziejach, które ujmowała, zgodnie z duchem epoki, jako historię zbawienia.

Właściwe sobie tony posiadają nie tylko elementy i różne byty stanowiące stworzenie, lecz także epoki w dziejach ludzkości, czyli w historii zbawienia:

„W mistycznej wizji i w świetle miłości widziałam i słyszałam te słowa na temat mądrości, która nigdy nie przemija: pięć zesłanych przez Boga tonów sprawiedliwości zabrzmiało rodzajowi ludzkiemu, od nich zależało uleczenie i zbawienie wiernych”

Z zachwytem opisuje muzykę chórów anielskich, które słyszała i opisywała w swoich dziełach. Uważała, że muzyka jest naśladowaniem kosmicznej harmonii sfer, pośredniczy między Bogiem a ludźmi i jest najwspanialszym sposobem służenia Mu oraz metodą ekspresji ludzkiej duszy.

Biograf Hildegardy pisze: „Któż by się nie dziwił, że ułożyła ona pieśni o słodkiej melodii i cudownej harmonii?”

Ona sama tak pisała: „ułożyłam również i zaśpiewałam pieśni wraz z melodiami na chwałę Boga i świętych, chociaż nigdy nie uczyłam się nut ani śpiewu”.

Swoją twórczością wizjonerka z Bingen próbowała się przyczynić do przywrócenia harmonii w duszach ludzi.

Może  tego właśnie brakuje zarówno u protestanta-Bacha ...jak i protestantów z Taizé ?

Serdecznie pozdrawiam Pana i wszystkich nieagresywnych komentatorów.

https://www.liturgia.pl/Symbolika-muzyczna-w-Ordo-Virtutum-sw-Hildegardy...

https://pl.wikisource.org/wiki/O_pi%C4%99knie_w_muzyce/Pi%C4%99kno_muzyczne

https://www.youtube.com/watch?v=wGPZWUNwLG0

https://www.youtube.com/watch?v=49Urkum1F0Y

https://www.youtube.com/watch?v=2fRN7Czrs8Q

Podoba mi się!
4
Nie podoba mi się!
-1

Verita

#1577402

jak to możliwe?

Podoba mi się!
4
Nie podoba mi się!
0

Pobudka!

#1577407

Tej muzyki, która znana (i bliska) była zarówno Chrystusowi Panu, jak też Jego uczniom, apostołom, a wreszcie żydowskim chrześcijanom.

Muzykę taką "odnajdujemy" także w pieśniach, w utworach św. Hildegardy z Bingen. I wzbudza ona nasze uczucia - potrzebę bliskości z Absolutem, Miłością, Świętością, Pokojem. Koi nasze zmysły, podnosi i pociesza... Bo jesteśmy cielesno-duchowi, tak zostaliśmy stworzeni (na obraz Boga i Jego podobieństwo), a także - otrzymaliśmy dar Ducha Bożego. Duch Boży, Duch Święty również posiada uczucia - raduje się i smuci, odczuwa miłość i gniew, jest Pocieszycielem i - Ogniem... I Kimś znacznie, znacznie Większym.

W Niebie też spotkamy się z muzyką, zwłaszcza jeśli wierzyć objawieniom świętych. A ponieważ Bóg jest doskonałą Radością, Harmonią, Równowagą - wszystko to znajdzie się zarówno w niebiańskiej muzyce, jak też w kolorystyce, sztuce, architekturze, to - czego dotychczas "ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało". Nie sądzę, aby nasze "wierzenia" czy przekonania mogły, w jakikolwiek sposób, ograniczyć Boga. U Niego, w Jego domu "jest mieszkań wiele". Zresztą - będziemy mieli szansę przekonać się o tym. Jedni - nieco wcześniej, zapewne jestem w tej grupie, inni - po różnie długim czasie. 

A dzisiaj - dla nas Wszystkich - oby Boże Dary ubogacały nas każdego dnia, a obfitość Jego Błogosławieństwa spłynęła na nas szczególnie w tym radosnym czasie pamiątki Narodzenia Pańskiego!

Bóg się rodzi, Moc truchleje!

Podoba mi się!
2
Nie podoba mi się!
0

_________________________________________________________

Nemo me impune lacessit - nie ujdzie bezkarnie ten, kto ze mną zacznie

katarzyna.tarnawska

#1577434

I ja pani i wszystkim czytelnikom życzę wszystkiego radosnych świąt Bożego Narodzenia. Czego jak czego, ale tej radości, tej harmonii z tym co dobre, i tego pogodzenia z tym czego nie możemy zmienić, a co nas boli, tego nam potrzeba. 

Z tym Pendereckim zaszła zabawna pomyłka. Pani napisała o Pendereckim, jak przeczytałem Paderewski. i o nim pisałem. Ma Pani rację co Pendereckiego. Nie cierpię jego muzyki, a on sam co najwyżej jest śmieszny z tym swoim wyniosłym, sposobem bycia, w stylu..  JESTEM WIELKIM ARTYSTOM!. Kiedyś, za durnej młodości usiłowałem słuchać jego muzyki, ale to była męką, naprawdę męka dla uszu. Dziś  zmądrzałem i z daleka omijam muzykę naszego, nieudanego Maestro. 

 

Pozdrawiam panią serdecznie

Podoba mi się!
2
Nie podoba mi się!
0

Bielinski

#1577437

Hildegarda z Bingen tworzyła niezwykle piękną muzykę, muzykę o Bogu, czyli chorały gregoriańskie. Sam Bach był żarliwym chrześcijaninem, luteraninem. Gdy się słucha muzyki Bacha, to czuć, ze również jego muzyka przywraca harmonię, pisał muzykę religijna i świecką. Wydaje mi się, że pani pretensje do Bacha biorą się z tego, że był protestantem. 

Bach był protestantem i Niemcem. I pisał piękną muzykę jakby od Boga. Każda piękna muzyka służy przywracaniu harmonii w duszach ludzi. I tego się trzymajmy. 

 

Pozdrawiam

Podoba mi się!
2
Nie podoba mi się!
0

Bielinski

#1577416

...Pan wybaczy....ale nie mogę się trzymać heretyckiego "piękna"....bo ono nie jest prawdziwe. Heretycy i Niemcy...do dziś są pozornymi chrześcijanami i mogą co najwyżej tworzyć pozorne piękno, dobro i prawdę...które prędzej czy później zamieni się w gorzkie owoce...widoczne wszem i wobec....nawet dziś, w Oświęcimiu.

Pisze Pan..."Gdy się słucha muzyki Bacha, to czuć..." To co Pan czuje - to sfera zmysłów, która często zwodzi i zawodzi.

Nie mam pretensji do Bacha ...bo to byłoby śmieszne. Jego muzyka w moim "czuciu" to fałszujące, monotonne  puste dźwięki, ....tak różne i mylące mogą być zmysły. Dlatego nie należy się nimi kierować w pierwszym rzędzie.           

Nie należy się również kierować gustami...jak to  często czynią młodzi. Jednym żydom podoba się film   "Ida" , innym Penderecki...a jeszcze innym  "Zimna wojna"....pewnie pan już oglądał...bo Pan lubi kino:-)

Czy prawdziwe piękno może powstać bez Bożej pomocy? Czy heretyk albo komunista ...albo żyd może stworzyć coś naprawdę pięknego? Owszem...może nawet dostać Nobla...jak Szymborska ale tylko tyle.

Pozdrawiam pięknie:-)

 

Podoba mi się!
5
Nie podoba mi się!
-3

Verita

#1577419

Szanowna Pani, nazywając mnie żydem, bo nie dość, że podobał mi się film "Ida", to byłem wprost nim zachwycony. Bo pozbyliśmy się prowincjonalnej zaściankowości, pozwalającej naszej, polskiej kulturze zaatakować cały świat. Stąd ten Oscar. A Pawlikowski ponownie potwierdził swój uniwersalny talent.

Osoba zasklepiona w swoich tragicznych, krępujących jej osobowość poglądach, nie będzie podziwiała Bacha tylko dla tego, że był luterianinem. To absurd. I niestety, raczej nic poradzić się nie da. Można żyć w swojej klatce z wyobrażeniem, ze to jest cały świat. Taka rybka w akwarium...

Wie Pani, są uniwersalne wartości. Czytając jednego, czy drugiego, jak to Pani określa, doktora kościoła, mozna się zagubić z braku intelektualnego otwarcia.

 

Mimo, że Panią to spotyka, życzę refleksji w dzień Bożego Narodzenia.

Podoba mi się!
3
Nie podoba mi się!
-5
#1577427

Niech sobie tedy żydokomuna we własnym kółku, jak w krzywym zwierciadle, zadręczy się, a może nawet zatruje jadem waszem, bo wielu normalnym ludziom to również może dostarczyć dodatkowej satysfakcji – a w święta nie powinniśmy odmawiać sobie żadnej przyjemności, jako że już wkrótce nastąpi bolesny powrót do rzeczywistości, w której będziemy musieli skonfrontować się z potomstwem Heroda.

A co do filmów również szanownego reżysera, który tak zachwyca żydokomunę wypada dodać, że miłość w filmie, która jest wojną, nie jest prawdziwą miłością.

Tak „kochają” tylko psychopaci i tylko psychopatom może się taki film podobać. Podobnie jak obrazy Bagińskiego.

W obu filmach samobójstwo wieńczy dzieło....i czym tu się zachwycać?

Szkoda tylko dobrej artystki, Joanny K. która dała się wciągnąć w ten zwariowany świat.

franken napisał 15 czerwca 2018 1:05

Rozczarowanie scenariuszem. Zabrakło nieco lekkości i humoru. Czasy komuny znam z autopsji i ludzie partii wcale nie byli aż takimi ideologicznymi drętwymi sztywniakami jak Ci w filmie. 1wsza połowa filmu zapowiada lepsze czasy dla bohaterów . 2-ga 'zagraniczna' częśc pełna jest absurdalnych fochów Zuli, niestety nie mających żadnego osadzenia w realiach które widzimy. Wynikają 'z Niczego'-są bo są i kropka. A co gorsza doprowadzają Wiktora do klęski. Finałem jest nieszczęście obojga. Przegrana na własne życzenie. Kompletna dekadencja, bezsensowne poddanie się bez walki i co gorsza BEZ obiektywnej Przyczyny, czy siły wyższej. Beznadzieja i smuta-tylko PO Co ??

https://www.filmweb.pl/review/Zakazane+piosenki-21387

http://www.bibula.com/?p=105892

Podoba mi się!
3
Nie podoba mi się!
-1

Verita

#1577471

#1577504

Cóż, widać, ze się nie zgodzimy w pewnych sprawach. I dobrze, bo nie ma nic gorszego niż "jedność moralno - polityczna" w narodzie. Ale w innych się zgadzamy, myślę. 

Życzę Pani wiele dobrego, radosnych i szczęśliwych świat Bożego Narodzenia. i pomyślności w Nowym 2019 roku. Kiedyś rok 2019 to była data nie do pojęcia, jak UFO, a teraz już będzie, za tydzień. Czas mija, miele nas jak młyn. 

Pozdrawiam Panią serdecznie

Podoba mi się!
2
Nie podoba mi się!
0

Bielinski

#1577438

A cóż wobec tego można powiedzieć o Alleluja Cohena, lub Haendla (z oratorium Juda Machabeusz)?

Czyżby chwałę Bogu mieli prawo oddawać tylko rzymscy katolicy (à être plus catholique que le Pape)? 

Czyżby Bóg nie cieszył się, jeśliby chwaliły Go wszystkie narody:

Alleluja. Chwalcie Pana, wszystkie narody, wysławiajcie Go, wszystkie ludy,  bo Jego łaskawość nad nami potężna, a wierność Pańska trwa na wieki. (Ps 117)

Podoba mi się!
1
Nie podoba mi się!
0

_________________________________________________________

Nemo me impune lacessit - nie ujdzie bezkarnie ten, kto ze mną zacznie

katarzyna.tarnawska

#1577779

Dziękuję za miłe słowa, zwłaszcza od fachowca od muzyki. Ja jestem tylko amatorem. 

 

Pozdrawiam

Podoba mi się!
3
Nie podoba mi się!
0

Bielinski

#1577394

Witaj

Słyszałem niedawno, że zaczęto (niedawno i nie wszyscy) stroić A na 442 Hz. Za tym oczywiście resztę. Podobno brzmi to wówczas pełniej, czy przyjemniej.

Jest coś na rzeczy, czy to tylko idee jakiegoś wariata?

 

Pozdrawiam i radosnych Świąt Bożego Narodzenia życzę.

Podoba mi się!
2
Nie podoba mi się!
-1
#1577399

Strój tzw. wiedeński to 444 Hz. Brzmi jaśniej, ale instrumenty szybciej tracą strój, więc nie jest to praktyczne. Kilka lat spędziłem w Kairze i tam często, aby instrument dłużej trzymał strój pianina i fortepiany są strojone pół tonu niżej (z uwagi na ekstremalne wahania temperatur). Brzmi to fatalnie (matowo, bełkotliwie), ale prawdziwy koszmar zaczyna się przy akompaniamencie dla skrzypków czy instr. dętych. 

Podoba mi się!
3
Nie podoba mi się!
0

Leopold

#1577411

Jako stary wróbel co na niejednej scenie "zbierał" przeciąg w krzyże i w niejednym kanale operowym kurz wdychał powiem Ci tak - "A" w praktyce to się stroi tak... żeby primadonna nie miała problemu z wzięciem c3, a księcie Mantui,Radamesy i insze Manryki nie zemdleli (albo nie narobili w pory) przed wzięciem c2, zwłaszcza gdy skale ich głosu kończą się na "b" ("h" z bemolem) czyli cały ton niżej. I tak - primadonna i primadonn szczęśliwi bo Callas i Caruso to przy nich marne pikusie, publiczność w euforii bo c2 i c3 (dla których bulili w operze np.wiedeńskiej za bilet 200 euro) "wzięte" z lekkością, tylko orkiestra klnie jak szewc, zwłaszcza dęciacy (drewniani i blaszani). :D:D:D 

Stąd Twe pytanie  - "Jest coś na rzeczy, czy to tylko idee jakiegoś wariata?" uważam za słuszne. 

Taka ciekawostka, też z "kuchni" - grając w swym życiu sporo programów na wolnym powietrzu (symfonika, opera, tzw.muzyka lekka, łatwa i przyjemna tzn. Strauss król walca itd., rzeczywiście celowo ustawia się strój między A i As  (+/- 444 Hz w dół) bo np.wiaterek, temperatura i wilgotność powietrza skaczą w godzinach poranka muzycznego lub podwieczorkowo-wieczornego spektaklu co wpływa na instrumenty, które po prostu na odkrytym terenie ulegają warunkom atm. i "popuszczają" strój ale w kierunku schodzącym jest go łatwiej kontrolować i korygować. Jednego, czego nie życzę mym kolegom smyczkowcom to grania w temp.wyższej od 32-33 st.C  i nie daj Bóg w pobliżu jakiegoś zbiornika wodnego. Po prostu... topi się kalafonia na smyczkach, a instrument zaczyna się "pocić"  i jest koniec balu panno Lalu - dla wykonawców i dla publiczności. Totalna klapa i "pornografia". Kiedyś dałam się nabrać 2 razy na taką imprezę i przy kolejnej podobnej ofercie powiedziałam koniec, dziękuję. Artyście nie warto dać się "wykończyć" przez warunki atmosferyczne, które publiczności w sumie nie interesują - ona zapłaciła za bilet na muzykę , za "markowe" nazwiska wykonawców bo była pewna, że nie dostanie lipy, że dostanie muzykę "z najwyższej półki". OK - publiczność straciła w sumie tylko trochę pieniędzy na bilet i trochę czasu na nieudany nie z winy wykonawców koncert. A artysta, który ze swego artyzmu, swoim nazwiskiem utrzymuje swój (kosztowny) poziom wykonawcy, rodzinę?  Publiczność realnie traci w sumie drobną kwotę wydaną na bilet ale straty artysty są przeważnie nienaprawialne -  on przez ten zwykły wiatr, gorąc, wilgoć traci w godzinę swą publiczność, którą z mozołem zdobywał latami i musi zaczynać od zera. To jeszcze nic bo gorzej jeśli jego instrument, z którym artysta ma zazwyczaj relację jeszcze silniejsze niż bliźniaki jednojajowe, np.ponad 250-letnie skrzypce przez tę jedną godzinę upału i wilgoci po 3-4 dniach mogą zacząć rozpadać się na kawałki. I co mamy?  Artysta swą renomę już stracił w godzinę, w kilkadziesiąt godzin później traci swój instrument - na kilka miesięcy remontu i kilkanaście na jego "reanimację", ale najczęściej - i za bardzo ciężkie pieniądze - bezpowrotnie. 

..."Wola boska i skrzypce" - mawiał słynny Franek Marduła z Zakopanego, chrześniak wielkiego Jana Kasprowicza, wielki zakopiański skrzypek i jeszcze większy lutnik o międzynarodowej renomie. Tak całkiem prywatnie pod surdynką - miałam zaszczyt zagrać z Nim kilka góralskich nut nad Dunajcem (bodaj był to rok 1990 lub +/- i gdzieś na NP.PL jest z tego relacja) i spotkać się z nim w jego pracowni lutniczej w Zakopanem, z której mam "trofeum" i pamiątkę (oczywiście zakupioną po cenie producenta) - wyśmienity mistrzowski smyczek, który jako I rezerwa mego zabytkowego z I poł.XiX w. ciągle spoczywa w futerale i służy w awaryjnych sytuacjach...  Ale wracając do tematu artysta, jego instrument, Celsjusz, wilgoć - "Wola boska i skrzypce" mawiał śp.mistrz Marduła, a artysta skrzypek mówi - "skrzypce i wola boska w... rękach lutnika".  Skrzypków i budowniczych skrzypiec wciąż przybywa, imprez na wolnym powietrzu też przybywa ale niestety lutników fachowców ubywa, a takich, którym można powierzyć remont czy renowację zabytkowego 200+letniego instrumentu z rodziny viola jest dziś w Europie najwyżej 15-20. 

JaZ - nie dokończyłam tematu ale na "ten teraz" muszę kończyć bo... signor Conte wznosi kolejny toast za moje imieniny z przedwczoraj (hehehe), signora Contessa junior  kopie mnie po kostkach o przepisy contessy na przystawki a la polacca na sylwestra, a Contessina przytachała ze swego pokoju yamachę  pod "dużą choinkę"  żeby babcia zagrała jej "na organach" akompaniamenty do jej koncertu kolęd. No qrczę sorry - wymiękam i spadam co najmniej na godzinę. 

Pozdrawiam świątecznie.

 

 

 

Pozdrawiam świątecznie. 

 

Podoba mi się!
3
Nie podoba mi się!
0

contessa

___________

"Żeby być traktowanym jako duży europejski naród, trzeba chcieć nim być". L.Kaczyński

 

 

#1577516

Witam w zaczarowanej Krainie Muzyki! :):):)

...Co to jest strój tzw.temperowany doskonale wyjaśnił Leopold, a ja dodam tylko, że Bach sam sobie stroił klawesyn i organy żeby mu ton np."gis" (g z krzyżykiem) brzmiał jednakowo z tonem "as" (a z bemolem) czego nie robili stroiciele. Na klawiaturze gis i as to jest ten sam klawisz ale praktycznie ich częstotliwość jest różna i ucho ludzkie ją doławia - stroicielom gis o oktawę wyżej brzmi jeszcze wyżej, 2 oktawy wyżej - jeszcze wyżej, a wtedy cała harmonia idzie się bujać bo staje się dla wykonawcy i słuchacza kakofonią... Te różnice można zademonstrować np.na skrzypcach gdzie gis jest o jotę wyższe od des (jestem skrzypkiem dlatego o tym piszę :):)). Poza tym - w zapisie nutowym tonacja np.Gis-dur to 7 krzyżyków przy kluczu (przy czym ten siódmy jest podwójny), a tonacja As-dur to tylko 4 bemole. Wyobrażasz sobie męczarnie pianisty uczącego się poloneza Chopina op.53 w rozczytywaniu tych zawiłości krzyżykowych w tonacji Gis-dur? Zamieniamy ją w As-dur  i voila - gramy sobie ten skomplikowany Gis-dur  w komfortowej tonacji As-dur, bez gimnastyk w zamianie enharmonicznej podwójnego krzyżyka itd.

Część II "Das Wohltemperierte Klavier" wcale nie jest trudniejsza od cz.I. Obie części DWK Bach tworzył w sumie równolegle gdyż jego ideą było przedstawienie całego bogactwa koła kwintowego i udowodnienia, że na instrumencie klawiszowym można spokojnie używać wszystkich tonacji ale pod warunkiem, że instrument będzie czysto nastrojony czyli  "temperowany". I cz. DWK ukończył w 1722, dokończenie II cz. rozciągnęło się na 20 lat z powodów czysto prozaicznych (zmiany pracy, ciągłe przeprowadzki, rosnące obowiązki, brak wydawcy). Poza tym DWK i "Kunst der Fuge" to również próba J.S.Bacha uporządkowania zasad harmonii czyli stworzenia jej systemu, kanonu, nadania jej matematycznej ścisłości, co mu się udało, a potomni są mu za to wdzięczni. Ja pamiętam swe lata uczniowskie i studenckie - moje zabawy z harmonią w szkole muzycznej, potem na studiach. To prawdziwa i fascynująca przygoda, która nieustannie trwa do dziś. To wtedy odkryłam ile matematyki jest w muzyce i ile muzyki jest w matematyce. "Odkryłam" to zbyt mocno powiedziane bo tego odkrycia dokonało wielu już dużo wcześniej, ja raczej odkryłam, że z lekkością zrozumiałam, pojęłam tę magię, nad którą męczyło się wielu moich kolegów szkolnych na lekcjach harmonii. A kto miał problemy z harmonią potem na studiach miał problemy z zaliczeniem przedmiotu polifonia, a to są dwie nauki, które muzykowi później bardzo się przydają.

O Bachu i jego pełnej matematyki muzyce polecam znaleziony przypadkiem b.ciekawy tekst:

http://www.eioba.pl/a/4uk4/modlitwa-liczb 

Szanowny P.Bielinski! Raduj się Mistrzem Janem Sebastianem i S.Richterem ale co Ci powiem, to Ci powiem - moim skromnym zdaniem muzyka (skrzypka, a gram również m.in.na fortepianie i organach i właśnie robię za organistego pod choinką, grając na mojej Yamaha nasze polskie kolędy mojej rozkolędowanej rodzince)  wciąż niedoścignionym interpretatorem Bacha jest genialny "bachista" Glenn Gould. Bardzo gorąco polecam! 

Jeśli zbyt zamarudziłam to przepraszam.:):)

Pozdrawiam świątecznie. 

 

Podoba mi się!
2
Nie podoba mi się!
0

contessa

___________

"Żeby być traktowanym jako duży europejski naród, trzeba chcieć nim być". L.Kaczyński

 

 

#1577500

Wie pani, po Richterze posłuchałem Glenna Goulda, który grał też Das Wohltemperierte Klavier i jego interpretacja nie spodobała mi się. Może to kwestia nagrania z lat 60-tych i płaskiego dźwięku, ale naprawdę Swiatosław Richter lepiej brzmi Bachem nie sławny "bachista" Glenn Gould i to mimo, że Richter to połączenie Niemca i Rosjanina w jednym,  brrr. 

Może Gould miał słabszy dzień, a może jest przereklamowany, a tacy pianiści ze Wschodu jak Richter niedocenieni. 

 

Pozdrawiam i życzę wiele dobrego w Nowym Roku

Podoba mi się!
2
Nie podoba mi się!
0

Bielinski

#1577572