Bal u Pani Ambasador

Obrazek użytkownika Bielinski
Humor i satyra

Wiele ostatnio mówi się o balu u Pani Ambasador, oraz o samej pani Giulliette Mosebaucher Pani Ambasador Najwspanialszego Kraju na Świecie. Ja Panią Ambasador poznałem, spłynęła na mnie ta łaska, iż spoczęła na mnie na moment jej cudne, boskie oko, i ja na balu w Ambasadzie jadłem i piłem. Mnie to spotkało! Widziałem i słyszałem, co się stało. Ten zaszczyt niepojętny na mnie spłynął! Na mnie, na Wacka – blogiera skromnego acz postępowego.

   Było to tak. Opowiem wszystko po kolei, nic nie dodając, nic nie ujmując, jak na spowiedzi u rabina Mojzesa Sztokfisha, słynnego cadyka i mędrca z Koziej Wólki. O wielu lat walczę o etat w Gaziecie postępowej, naszym płonącym kaganku demokracji liberalnej, piewcy wolności, żarliwemu obrońcy praw LGTBiQiPiZ, i dobra wszelkiego, dobrego a słusznego po liniu Gaziety. Niestety, wielce szanowny Mordechaj Mordechajowicz Burumstein, mój guru i przewodnik duchowy, a zarazem vice-naczelny prześwietnej Gaziety znowu nie dotrzymał obietnicy i nie zostałem etatowym a pełnopłatnym redaktorem organu wolności. Kolejny zawód, jak wiele innych, poprzednich. Nie zraziło mnie to niepowodzenie – nic mnie, Wacka, bojownika niezłomnego nie powstrzyma przed żarliwą walką o świetlane jutro – wszakże żyć trzeba, rachunki rosną, czynsz także sam się nie spłaci. Na życie zarabiam rozmaicie, robi się to i owo, czasami pracuję jako barman, czasami jako kelner. Różnie bywa, ale jakoś się klei lepiej lub gorzej od pierwszego do pierwszego.

   Zdarzyło się ostatnio, że firma w której dorywczo pracuję dostała zlecenie dostarczenia cateringu, czyli żarcia i picia, tudzież obsługi na balu w Ambasadzie Najwspanialszego Kraju na Świecie, w skrócie NajWspaKrajnaŚwie. Zlecenie było duże, więc szef wezwał także mnie do pracy. Pominę tutaj żmudne przygotowania do uroczystego i wystawnego przyjęcia, które nikogo to nie interesują i przejdę do samego balu. Nie zawaham się powiedzieć, iż był to najwspanialszy bal w jakim uczestniczyłem. Ktoś powie, że byłem tylko kelnerem. Prawda, lecz lepiej być na balu w Ambasadzie NajWspaKrajnaŚiu jako kelner nawet, niż nie być tam w ogóle. Każdy to przyzna, jak nie, to dureń. Chociaż muszę przyznać, iż początek balu u Pani Ambasador nie był dla mnie najszczęśliwszy. Stoimy z kolegami na uboczu, czekając na początek ewentu, a tu drzwi się otwierają i wchodzi taka podstarzała, powiedzmy... dama: rudy włos tapirowany i sterczący na wszystkie strony, jak ryży pióropusz oszalałego wodza Siuksów, gęba napęczniała i obwisła; baba cała jakaś taka obwisła, ubrana w suknię do ziemi, z trenem, niby elegancką, ale tak pstrokatą, że mógłby służyć do badania daltonizmu pośród kolejarzy.

   - Ale lampucera! - jakoś tak, niechcący mi się wyrwało. Przysięgam, nic żem nie wiedział, iż to właśnie sama Pani Giulliette Mosebaucher Ambasador NajWspaKrajnaŚwie wkroczyła, a to co miała na sobie to nie były żadne szmaty do wykrywania daltonizmu, lecz kreacja najwybitniejszych nowojorskich projektantów wnętrz, lub mody. Zaraz mnie zgromiono, a kierownik chciał mnie wyrzucić, ale kilku kelnerów nie przyszło z powodu grypy, lub alkoholizmu. Nie było kim robić, tak i zostałem.

   Potem zaczęło się przyjęcie, czy raut dyplomatyczny. Nie wiem, jak to zwać; wiem, że dyplomaci i nasi oficjele się snuli z kieliszkami w dłoniach, toczyli się jak te kule bilardowe wte i wewte; przystawali, pouśmiechali się, pogadali, i znów się toczą, wolno, dostojnie, i sączą napoje rozmaite. Ot, przyjęcie dyplomatyczne. Kto? Sama śmietanka. Nasi i obcy. Ministrowie nasi jeno najważniejsi, stadko wicepremierów z pierwszym premierem, marszałkowie obu izb, najważniejsi politycy opozycji, politycy z opozycji i autorytety moralne z mediów, sama nasza śmietanka. Niestety najważniejszy polityk w kraju nie był obecny z powodu choroby. Był i sam obernaczelny Gazety i jego zastępca - Mordechaj Mordechaj Burumstein. Dostrzegł mnie, ale udał, że mnie nie zna, więc i ja go ignorowałem. Z obcych obecny był korpus dyplomatyczny: ambasadorowie najważniejszych państw pośrodku, tych pomniejszych pod ścianami. Na podwyższeniu z uśmiechem przyklejonym do twarzy patrzy i obserwuje uważnie sama Pani Giulliette Mosebaucher Ambasador Pełnomocny Najwspanialszego Kraju na Ziemi. Jak ta królowa. Co tam królowa. Cesarzowa! Jak sama caryca Katarzyna Wielka przyjmująca hołd poddanych! Kiedyś widziałem portret carycy Katarzyny w takiej pozie i takiej urody. Stara już była Katarzyna i mocno zużyta. My, kelnerzy, koło nich biegamy, uwijamy się jak te mrówki; nosimy pełne kieliszki, kielichy, szklaneczki i odnosimy puste. Ani chwili oddechu. Jedni piją wina, inni życzą sobie dobrą whisky, najwięcej sączy tak zwane długie drinki – odrobina alkoholu i mnóstwo soku. Wiadomo, rauty, czy inne bankiety są co dzień, a dyplomacie druga wątroba nie urośnie. Bywają wyjątki, jak pan Spiritdonow, ambasador Rasjii, chłop zwalisty i ciężki, przypominający niedźwiedzia. Wiem, bo go obsługiwałem. Ten zażyczył sobie koktajl miętowy: na dnie odrobina likieru miętowego, reszta woda. Tylko broń Boże wodę mineralną, lecz wodę z wódki, najlepiej wodę z wódki Stolicznaja. Nalewało się kilka kropli likieru na dno, resztę uzupełniało wódką po brzegi a ambasador pił to jak wodę. Ma chłop łeb.

   Muszę wyznać, iż miałem lepsze mniemanie o dyplomatach, zwłaszcza tych zagranicznych. Myślałem, że to wykształceni, inteligentni ludzie o wysokiej kulturze, a tymczasem tyle tam chamstwa co u nas, albo i więcej. Tylko patrzą, jak by tu komu przysrać, obrazić i jeszcze wyszydzić. Weźmy taką Cippipi Nasrawi, albo Cippa Nasrawi, ambasador Najwspanialszego-Narodu-we-Wszechświecie. Mała, chuda, czarniawa i z wąsem, i wredna. Nieodłączna przyjaciółka Giulliette Mosebaucher Ambasadorki NajWspaKrajnaZie. Papużki - nierozłączki, nic tylko: cip, cip, cipcip, psi, psi, psipsi, psipsi. Jedno zdarzenie. Idzie, a właściwie płynie Pani Cesarzowa – Ambasadorowa Giulliette Mosebaucher dostojnie sunie jak ciężki krążownik po morzu, obok niej nieodłączna ambasadorka Cippa. Przepływa pani Ambasador NajWspaKrajnaZie obok gościa w perskim turbanie, ale tak, że niby go nie widzi, a tu: trach! Stopa staje na trenie, kiecka urwana, i co? Pupa na wierzchu! Czyja? Goła pupa samej Pani Ambasador Najwspanialszego Kraju na Ziemi! Co za pech! Cóż za faux-pa, albo dyplomatyczny zgrzyt i to klasy ciężkiej, rozmiaru co najmniej pupy Pani Ambasador Pełnomocnej. Pupa nie byle jaka, potężna z równie potężnym cellulitem, i sznurkiem od majtek w bruździe. Wszyscy dostrzegli, że pani Giulliette Mosebaucher Ambasador NajWspaKrajnaŚwie nosi stringi. W jej wieku?!Z jej tuszą? Dalej było jeszcze gorzej, gdyż ambasadorka Mosebaucher nie namyślając się wiele strzela w pysk perskiego ambasadora. Ambasador, muzułmanin nie przyzwyczajony do takiego traktowania, szczególnie przez kobietę, od razu wali na odlew w pysk Panią Ambasadorkę Mosebaucher, aż się jej loki wyprostowały. Dalsza wymianę cisów przerwali postronni ambasadorowie, którzy rozdzielili przeciwników i walka na argument siły pozostała nierozstrzygnięta.

   Okrywszy obrusem obnażoną pupę wyprowadzono szlochająca Panią Ambasador Giulliette Mosebaucher do sąsiedniego pokoju, ambasadora perskiego wyrzucono z przyjęcia, zaś pozostali oficjele sączyli wzmocnione na tę okazję drinki i rozmawiali z ożywieniem komentując wydarzenie, będące kolejnym dowodem zaogniających się stosunków między Najwspanialszym Krajem na Ziemia a potężnym krajem muzułmańskim. Jedna Pani Cippa Nasrawi Ambasadorka Najwspanialszego Narodu we Wszechświecie patrzyła na to z satysfakcją. Kolega Jacek, który był w pobliżu, opowiadał później, że to nie wina perskiego ambasadora. Że to Cippa nastąpiła na tren Giullietty i go oberwała, a potem się szybko schowała za perskiego ambasadora i tak ten oberwał niewinnie. Było, jak było. Atoli widząc, jak ambasador Cippa Nasrawi uśmiecha się pod wąsem pomyślałem, że coś musi w tym być. Wiadomo. Gdzie dwóch się bije tam trzeci korzysta.

   Zapomniawszy pozornie o tym niemiłym incydencie przyjęcie toczyło się w najlepsze, a my kelnerzy znowu mieliśmy pełne ręce roboty. Pani Giullietta Mosebaucher Ambasadorka NajWspaKrajnaZie po pewnym czasie wróciła ze swym nieodłącznym, przyklejonym uśmiechem a’la lalka Barbie, z jeszcze większą ilością różu na policzkach, o ile to możliwe, w sukni jeszcze bardziej pstrokatej i z większą ilością cekinów i innego kolorowego plastiku, choć to wydawało się niemożliwe. Wróciwszy zebrała Pani Gullietta Mosebaucher Ambasador pełnomocny NajWspaKrajnaZie naszych ministrów i przemówiła do nich w te mniej więcej słowa:

    - Wy idioci, wy wieprze nieoskrobane, wy głupie Polaczki! Jak śmiecie nie słuchać naszych mądrych wskazówek! Jak śmiecie naruszać nasze interesy!? Narażać na szwank nasz sojusz! My wam wszystko dajemy, prawie za darmo, a wy nam są wredną polska mordę okazujecie? Dupą się odwracacie! W dupie nas macie?

   W tym momencie premier wstał i wyszedł. Pozostali ministrowie jednak zostali i słuchali z uwagą dalej następujących słów:

   - Atakujecie nasze interesy? Nasze koncerny medialne? Nie wiecie, ze my, że dla nas wolność słowa to świętość? Jak śmiecie krytykować dziennikarzy, którym my dajemy żreć? Co wam powiedzą, to macie słuchać, i łykać, chamskie, głupie Polaczki, a nie się mądrzyć. Bo inaczej nasza noga tu nie postanie i my tez będziemy mieć w dupie wasz parszywy kraj i ten wredny, świński naród. Jak śmiecie uchwalać ustawy, nie pytając się o zgodę? Nie słuchając naszych wskazówek?

   I tak dalej to szło. Pani Giullietta Mosebaucher Ambasador pełnomocny NajWspaKrajnaZie opieprzała naszych ministrów z góry do dołu i na odwrót nie szczędząc słów brutalnych, ale szczerych i prawdziwych, wyrzucając im w oczy, czym zawinili wobec swego suzerena zza wielkiej wody, lecz również wzywając do poprawy i obiecując łaski, czy inne drobiazgi, w razie posłuszeństwa. Dwóch ministrów wywołała imiennie i zelżyła ich publicznie, jak nauczycielka krnąbrnych, leniwych uczniów, przekręcając zresztą niemiłosiernie ich nazwiska. Nawiasem mówiąc, kopia przemowy, jaka dotarła do prasy, została wyczyszczona ze słów i zwrotów wulgarnych i obraźliwych, jakich pani Ambasador Giullietta Mosebaucher nie szczędziła. Czyniła tak nie ze złośliwości, czy wrodzonego prostactwa, lecz z dobrego serca i troski o nas i naszą świetlana przyszłość. Jak również z umiłowania przez Mocarstwo Najwspanialsze na Świecie wolności, demokracji, wolności słowa i wolności prasy, zwłaszcza wolności słowa i wartości akcji należących do nich koncernów medialnych.

   Po ostrej przemowie dla rozluźnienia nastroju Pani Ambasador NajWspaKrajnaZiemi zaproponowała zabawę w szczura. Jej ochroniarz, Murzyn wielki i czarny jak heban, kręcił przy podłodze młynka butelką po szampanie na sznurku. Murzyn kręcił młynka sznurkiem i butelką, nasi oficjele podskakiwali zgodnie, zaś pani Ambasador krzyczała: hop! Skakać! Hop! Hop! Skakać, Polaczki, bo nie zniesiemy wam wiz! Hop! Hop! Hop! Skok, albo wizy. Skok! Hip! Hop!

   No i skakali. Który minister nie zdążył podskoczyć, walił się na plecy, lub na pysk. Śmiechu było co niemiara. Nie mówiłem, że w tej polityce chamstwo jest większe, niż u nas, na wsi, na zabawie w remizie? Ale nie było tak źle, jak mogłoby się wydawać. Po skończonej zabawie Pani Ambasador wezwała ministra obrony i wręczyła mu dar najwspanialszego narodu dla naszego: dwie plastikowe rakiety i plastikowy czołg. Podobne można kupić w sklepie z zabawkami. Był to symbol nierozerwalnego sojuszu, jaki łączy nasze narody. Zziajany ale uszczęśliwiony minister przyciskał do piersi plastikowe rakiety, jak najdroższy dar. Nie muszę dodawać, że ten dar został przez nas opłacony. Zapłaciliśmy i to wielkie pieniądze za prawdziwe rakiety i prawdziwe czołgi a dostaliśmy te... z plastiku. Na koniec, dla zaciśnięcia sojuszu i w dowód wybaczenia ministrowie zostali dopuszczeni do zaszczytu ucałowania bucika pani Gullietty Mosebaucher Ambasadorowej NajWspaKrajnaZiemi. Pani Ambasadorowa wystawiła lewą stopę w bucie opartą na stołeczku i po kolei ministrowie podchodzili i z uszanowaniem całowali bucik. Co tam bucik! Szpilki, na wysokim obcasie, ale buty rozmiaru co najmniej 44. Kawał damskich szpilek. Pod koniec ceremonii wiernopoddańczej but był wilgotny od śliny, tak gorliwie go całowano.

   Warto dodać, że przemowie pani Ambasador i późniejszej zabawie w szczura ze złośliwym uśmiechem pod wąsem przyglądała się pani Cippa Nastrawi ambasadorka najwspanialszego narodu we wszechświecie oraz graf Helmut von TruppenDuppen, ambasador Czwartej Rzeszy ze znacznie lepiej skrywana satysfakcją. Ambasador Rosji Spiritdonow też miałby satysfakcję, ale te długie drinki z wodą z wódki Stolicznaja z odrobiną likieru miętowego zadziałały i zaczęło go rozbierać. Ambasador Spiritdonow patrzył tyko wyłupiastymi, pustymi oczami koloru wody i nagle... jak nie chluśnie pawiem, szczęściem na podłogę, ale buty kilku stojących obok dyplomatów zostały dokumentnie obrzygane. Drugi sekretarz pewnej ambasady, mniejsza jakiej, strasznie się oburzył; zdjął zbrukane trzewiki i podał je stojącemu obok Murzynowi, żeby je oczyścił. Ten przysiadł pod ścianą w kucki i jął czyści buty połą kołdry, którą był okryty… Nagle Murzyn wstaje i zaczyna wrzeszczeć.

   Okazało się, że ten czyścibut to ambasador jakiegoś kraju afrykańskiego: Mali, Kali, czy innej Botswany. Właściwie to czyścibut, bo ten Murzyn był czyścibutem póki jego daleki kuzyn w stopniu plutonowego nie wyprowadził armii, czyli swojej kompanii, na ulicę stolicy Budżumbuburry, dokonał przewrotu i mianował się dożywotnim prezydentem. Tak były pucybut został ambasadorem w naszym kraju. Daleki krewny prezydenta, co mógł dostać więcej? Murzyn dostał buty to zaczął je pucować, a potem sobie przypomniał, że jest ambasadorem swego kraju. W każdym razie wybuchła kolejna awantura, z murzyńskim ambasadorem – pucybutem. Mniejsza o to.

   Co było dalej nie pamiętam. Razem z Jackiem i Waldkiem zabunkrowaliśmy się w jakieś kanciapie, osuszyliśmy jedną zaoszczędzoną flaszkę, potem drugą. Nie wiem, jak dotarłem do domu. Film mi się urwał. Na drugi dzień łeb mi pękał. Mądrzy piją wódkę, nie tę ohydną, trącącą myszami whisky, od której pęka głowa. Przypomniał mi się Mordechaj Mordechajowicz Burumstein i jego słowa, jakie wieczorem wypowiedział na Balu u Pani Ambasador:

   - Durnyje Polaczki, wy dumajetie szto amerikacy coklowiek zdziełajut dla was. Amerykancy niczewo nie zdełajut dlia was, duraki. Pradajut was, kak pradali was w sorok piatym gadu. Durnyje Polaczki!

   Skrzyknąłem kolegów. Gdy Mordechaj wychodził, zarzuciliśmy mu obrus na głowę, wciągnęliśmy go do sąsiedniego pokoju i wzięliśmy na buty. Niczego to zmieni, ale jakże przyjemnie było sflekować wielce szanownego Mordechaja Mordechajowicza Burumsteina, vice-naczelnego prześwietnej Gaziety. Należało mu się to ode mnie od dawna. Tym przyjemniej, że niczym to nie grozi. Rozmawiałem z nim nazajutrz rano przez telefon. Mordechaj Mordechajowicz Burumsteina wystękał, że ledwie się rusza i jedzie do szpitala, że ochroniarze z ambasady go skopali po balu, nie ma pojęcia za co, nic nie pamięta, i że nawet najwspanialszy kraj na ziemi nie jest wolny od antysemityzmu. Dobrze mu tak!

   Minęło kilka dni. Sprawa balu u Ambasadorowej przeciekła do prasy i mediów wywołując skandal. Głos opozycji jest zgodny: pani Ambasador postąpiła słuszne. Ten rząd trzeba traktować z buta, inaczej nie rozumie, radzi jeden z przywódców opozycyjnych. Oburzenie opozycji budzi nie tyle zachowanie pani Gullietty Mosebaucher, ile to, że premier nie tańczył jak zagrała i nie ucałował trzewika pani Ambasadorowej NajWspaKrajnaZiemi. Swoim zachowaniem premier obraził sojusznicze mocarstwo, naraził na szwank nasze sojusze, nasze bezpieczeństwo – grzmi głos potępienia postępowych mediów. Ja nie tylko bym ucałował jej trzewik, ale wino bym wypił z jej trzewika – zarzeka się przywódca głównej partii opozycyjnej. Można i tak. Politycy, ministrowie partii rządzącej odwrotnie, nie kryją zadowolenia za ścisłej i zacieśniającej się przyjaźni z najpotężniejszymi i najwspanialszym krajem na Ziemi, czego dowodem według nich jest bal u Pani Ambasador. Bodaj najmocniej zadowolony jest minister obrony. W telewizji go pełno. Minister dalej ściska plastikowe rakiety, przyciska je do piersi, pręży się z dumy i ględzi o sojuszu z najpotężniejszym państwem na ziemi. Oprócz plastikowych rakiet i takiegoż czołgu ma również plastikowy model śmigłowca, który cieszy go chyba najbardziej. Nowy nabytek, który ma wspomóc nasze zdolności obronne. Jacy sojusznicy, taki sojusz. I jeszcze od nowa, ciągle te same zapewnienia, że wreszcie zostaną zniesione wizy do najwspanialszego kraju na świecie.

   Głosy polityków opozycji, polityków koalicji rządowej, czy autorytetów i publicystów naszych mediów jakoś mnie nie dziwią. Po tych wszystkich wydarzeniach, ja Wacek – blogier skromny acz postępowy – tak sobie myślę, że czasami nawet Mordechaj Mordechajowicz Burumstein vice-naczelny prześwietnej gazety może mieć rację. Przynajmniej co do naszego sojuszu z najpotężniejszym i najwspanialszym państwem na świecie.

 

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie tekstu tylko za zgodą autora.

Ocena wpisu: 
Twoja ocena: Brak Średnio: 3.6 (głosów:11)

Komentarze

Nażarłeś się, nabąblowałeś, nawet wp...ęś komu trza - wszystko za darmochę - a teraz obsrywasz sojusze.

Ps. Przynajmniej jeden Bloger (entuzjasta owych sojuszy) będzie mało kontent.

Podoba mi się!
3
Nie podoba mi się!
0

Apoloniusz

#1576370

Ma pan rację. Ludzie są wredni, wredni i złośliwi, szczególnie u nas. Mamy sojusz 2.0, dostajemy mnóstwo pięknych i plastikowych rakiet. W razie czego, tylko Ameryka nas obroni. Jak nas broniła w Teheranie, Jałcie i Poczdamie. 

Obrona amerykanska najlepiej działa, gdy nie jest potrzebna. Oby nie była potrzebna obrona amerykanska.

 

Pozdrawiam

Podoba mi się!
4
Nie podoba mi się!
-1

Bielinski

#1576386

od pierwszej okupacji niemieckiej w'39 jesteśmy krajem podbitym. To co widzimy (owe drzewa) to tylko różne formy zniewolenia. Była niemiecka, przeszła w soviecką, a później w drugą okupację niemiecką, aby przepoczwarzyć się w banksterską, ekonomiczną (żeby nie powiedzieć żydowską). To co widzimy dzisiaj, (rząd kladzie uszy po sobie zamiast walczyć), to moim zdaniem pochodna czynników przetrwania. Jak u psa Pawłowa. Naszą, polską racją stanu jest przetrwać i ten rząd (czy zarząd) próbuje jak może zapewnić przetrwanie. O żadnej niezawisłości póki co nie ma co myśleć. Jeśli komuś się wydaje, że wystarczy wybrać rząd narodowy, który będzie prowadził politykę narodową to jest w grubym błędzie, gdyż wystarczy kilka gwałtownych ruchów ponad naszymi głowami (np obniżka ratingów - drogi kredyt; ucieczka tzw. inwestorów - brak kapitału; żądanie natychmiastowej spłaty zadłużenia zagranicznego) i trzeba będzie wydłubywać kit z okien, czyli ludzie "wyjdą na ulicę", a gdyby nie to jeszcze bardziej nam zacisną pasa: obiecywane przez ministra z "Bydgoszczu" drastyczne obniżenie, bądź zlikwidowanie świadczeń: emerytur, rent, dodatków socjalnych. I koniec narodowych marzeń o niepodległości.

Reasumując: kto tu ma nas napadać - kto ma nas bronić?

Podoba mi się!
3
Nie podoba mi się!
0

Apoloniusz

#1576394

Jest szansa, żeby odwołać ambasador USA w Polsce, Georgette Mosbacher. Na stronie Białego Domu można oddać głos pod specjalną petycją:

https://petitions.whitehouse.gov/petition/immediate-dismissal-us-ambassa...

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

Grzest

#1576638