Długa droga do wolności

Obrazek użytkownika Bielinski
Kultura

Połowa listopada. Dni są krótkie, noce długie, szczęściem jest jeszcze względnie ciepło, ciepło jak na tę porę roku. Jak to w listopadzie, mamy kolejną rocznicę odzyskania niepodległości. Rocznica wydarzeń sprzed 99 lat. Dziewięćdziesiąt dziewięć lat – ładna liczba. Łatwa do zapamiętania, szczególnie pisana z anglosaska: 11/11. Dwie jedenastki. Jedenaście – liczba pierwsza. Rok 1918. Też ciekawe: 19 i 18. Mamy, zatem prostą regułę dla tych, którym daty nie wchodzą do głowy: 19/18/11/11. Dziewiętnaste stulecie (mówi się powszechnie dwudzieste, ale dlaczego to temat na oddzielny tekst). Matematycznie to 19 stulecie, 18 rok, 11 miesiąc, czyli listopad, wreszcie 11 dzień tegoż miesiąca. Dzień odzyskania niepodległości.

   Magia liczb. Jedne liczby są łatwe do zapamiętania i przyjemne dla oka, inne trudne. Podobnie daty wydarzeń. Jedne daty oznaczają wydarzenia jasne i proste, inne daty wydarzenia trudne do jednoznacznej klasyfikacji, czy nazwania. Przecież w stuleciu dziewiętnastym, no, niech będzie dwudziestym, dwa razy odzyskiwaliśmy niepodległość. Z pierwszym odzyskaniem niepodległości związania jest umowna data 11 listopada 1918 roku. Drugi raz odzyskaliśmy niepodległość… tylko, kiedy? Jaka data się z tym wiąże? W 1989 roku? Kiedy odbyły się częściowo wolne wybory do Sejmu? Komunistyczny reżim zapewnił 2/3 miejsc w parlamencie dla swoich nominatów. Z drugiej strony w 1989 roku minęło okrągłe 50 lat, kiedy Polska została najechana, podbita i zniszczona przez wojska niemieckie i sowieckie. Pięćdziesiąt lat okupacji i obcej dominacji. Okrągła liczba – pół wieku. Wpierw wspólna okupacja niemiecko-sowiecka, potem cztery lata okrutnej okupacji niemieckiej, wreszcie ostatnie 45 lat okupacji i dominacji sowieckiej lub rosyjskiej, gdyż współczesna Rosja uważa się za spadkobierczynię Związku Sowieckiego. W roku 1989 roku skończyła się nasza wojna pięćdziesięcioletnia. Więc chyba jednak trzeba uznać, iż to z 1989 rokiem związana jest druga niepodległość.

   Rocznicy tej drugiej niepodległości nikt jakoś nie chce czcić. Dziwne. Były kiedyś próby ustanowienia umownego dnia, czyli wyborów z 4 czerwca 1989 roku, jako nowego, świeckiego i postępowego święta; próby, w których przodowały środowiska Gazety i innych postępowych mediów, ale jakoś wszystko rozeszło się po kościach. Miała być nowa, świecka tradycja, nowe wspaniałe święto, postępowej części społeczeństwa a tu… klops. Albo kicha. Czy inna kaszanka. Postępowe w duchu i nowoczesne święto nikomu nie pasowało. Ani ciemnym masom, ani światłym elitom. Potem nawet sami organizatorzy dali sobie spokój z tymi świętami i z entuzjazmem zajęli tym, co najbardziej lubili i co najbardziej ich zajmowało trzepaniem kasy – jak mówią młodzi – lub wprost: okradaniem nas wszystkich. Wychodzi na to, że tą nową niepodległości mało, kto sobie ceni.

   Jak wygląda porównanie tych dwóch naszych niepodległości: pierwszej z 1918 i drugiej z 1989 roku? Pierwsza to wojna. Walka, bohaterstwo i poświęcenie. Wojny na wszystkich granicach, w tym najważniejsza z nich – wojnę polsko-sowiecka. Przy drugiej niepodległości mieliśmy gwarantowane granice i nie musieliśmy z nikim toczyć wojen. Nawet Niemcy po zjednoczeniu szybko uznały granicę polsko-niemiecką. Nie robiły łaski. Uznanie granicy było jednym z warunków zjednoczenia Niemiec, albo ceną płaconą za zjednoczenie Niemiec. Spokojne granice to sytuacja komfortowa i wyjątkowa w naszych dziejach. Więc był spokój na granicach i w kraju. Z drugiej strony wojna polsko-sowiecka zakończyła się wspaniałym zwycięstwem wojsk polskich.  Wszyscy lubimy zwycięstwa. Czy dlatego tak cenimy pierwszą niepodległość? Wielki tryumf. Odrodzenie prawdziwie niepodległego państwa po 123 latach niewoli?

   Co mieliśmy w drugiej niepodległości? Na pozór niewiele się zmieniło. Najpierw do rządów dostało się część nowych, potem wrócili stare lisy tylko przefarbowane z komunistów na socjaldemokratów czy socjalistów. Klika trwała nadal. Rządy kliki. Rządy się zmieniały często, partie powstawały i znikały, a przecież przez cały ten czas rządzili ludzie wywodzący się z tej samej sfery. Część dawnej opozycji, tak zwana lewica laicka połączyła się z postkomunistami i stworzyła warstwę rządząca, pączkująca kolejnymi ekipami rządzącymi krajem. Jedni i drudzy się połączyli stopili, zlali, tworząc nową elytęElytę, która prawdę mówiąc rządziła nami przez prawie całe minione trzydzieści lat. Byłych bohaterów walki o wolność, którzy nie chcieli się załapać do nowej elyty, wyszydzano i ośmieszano, jak oszołomów, idiotów, co nie rozumieją nowych czasów, wsteczników, dinozaurów na wymarciu. Jak pisał poeta:

   Bo glina w glinę wtapia bez przerwy,

   Gdy sprzeczne ciała zbija się aż ćwiekiem

   Później…lub pierwej…

 

   Cyprian Kamil Norwid, Coś ty Atenom zrobił Sokratesie

 

    Kiedyś glina, dziś powiedziałbym… błoto. Błoto bardziej pasuje do współczesności. Błoto jednych zmieszało się z błotem drugich bez problemu i bez przeszkód, jak przewidział Cyprian Kamil Norwid. Błoto to błoto. Nie ma znaczenia, z którego bagna go zaczerpnąć. A ludzie ich wybierali w wolnych i demokratycznych wyborach przez trzydzieści lat. Przez prawie cały czas rządzili postkomuniści: albo bezpośrednio, jako rozmaicie nazwane klony, albo jako koalicjanci. Z czasem postkomuniści osłabli, bądź wymarli w sposób naturalny i na znaczeniu zyskała tzw. oświecona, liberalna lewica. Ale postkomuniści nie zamykali czujnego oka. Nie jest rzeczą przypadku, iż w czasie długich rządów partii z nazwy obywatelskiej jej żelaznym koalicjantem była partia postkomunistyczna a tylko z nazwy chłopska. Nowa elyta rządziła bezapelacyjnie tak w rządzie i parlamencie, jak w mediach, biznesie, czy w sądownictwie, prokuratorze i rozmaitych służbach specjalnych. W tym zalewie rządów nowej „elyty” prawicowe rządy spoza kliki stanowiły tylko kończący się żałośnie krótki przerywnik i były bezlitośnie ośmieszane i wyszydzane. Najpierw, dawno temu, kilkumiesięczne rządy misiowatego premiera zakończone przegranym głosowaniem o wotum zaufania na skutek zatrzaśnięcia się w klozecie jednego z posłów. Potem prawie dwuletnie rządy w dziwacznej, lecz jedynie możliwej koalicji z partią złodziejsko-populistyczną; rządy, które głównie były skupione na próbach okiełznaniu nieobliczalnego koalicjanta, a zakończone w atmosferze skandalu poniżającą aferą i przegranymi wyborami.

   Dopiero dziś, od dwóch lat mamy stabilne rządy prawicowej partii. Jeśli nie prawicowej, bo program gospodarczy jest mocno lewicowy, to na pewno nie postkomunistycznej. Nie z elyty. To już coś. Po raz pierwszy od prawie trzydziestu lat prawicowa partia, partia reprezentująca ludzi, nie elyty może pokazać, na co ją stać. Alternatywny program. Zobaczymy, co z tego wyjdzie. Nauczony gorzkim doświadczeniem, wole nie krzyczeć hop, zanim nie przeskoczy.

 

Przez prawie trzydzieści lat mieliśmy rządy bagna – błoto, mnóstwo błota. Nazwy były różne, ale błoto takie samo. Korupcja, złodziejstwo, kumoterstwo, nepotyzm, służalczość wobec obcych, nielojalność wobec własnego kraju, a nawet zdrada. Bezkarne, bowiem rządzący zawarli układ z sędziami i aparatem represji: wy będziecie robić, co wam się podoba, o ile nas nie ruszycie. Bezkarność za bezkarność. I ten układ rządzi nadal. Typowy postkolonialny układ w byłej kolonii.

   Lecz może tak musiało być? To, co się działo, to złodziejstwo, ten bezwstyd, bezkarna bezczelna korupcja, ta urągająca ludziom pycha i nieprzyzwoitość rządzących też miała swój cel? Czemuś służyła? Trzecia Rzeczypospolita stworzona nie w kurzawie krwi, lecz postawiona na błocie już trwa o 50 % dłużej niż ta druga Rzeczypospolita i nie widać zagrożeń na horyzoncie. No może jakieś drobne chmurki. Tamta przetrwała dwadzieścia lat, obecna trwa już prawie trzydzieści lat. Sukces często niezauważany. Poza tym ta magia liczb. Kiedy Mojżesz wywiódł Izraelitów z ziemi egipskiej z domu niewoli, nie powiódł ich prostą drogą do Ziemi Obiecanej. Gdyby tak uczynił, dotarłby tam po miesiącu wędrówki, góra dwóch. Nie jest to daleko z Egiptu, nawet pieszo. Lecz Mojżesz powiódł Izraelitów na pustynię i prowadził ich przez czterdzieści lat. Dlaczego? Czemu Izraelici wędrowali po pustyni w czterdzieści lat pokonując drogę, która można pokonać w kilka miesięcy? Gdyż Pan tak chciał. „Jam jest Pan, Bóg twój, który cię wyprowadził z ziemi egipskiej, z domu niewoli” (II Mojż., 20, 2). Te skowa to początek Dekalogu, można powiedzieć preambuła Dziesięciorga przykazań, najważniejszego tekstu Biblii. To pierwsze wyjaśnienie. Pozostaje pytanie, dlaczego Bóg tak kazał?

   Izraelici uciekający z Egiptu byli tylko gromada zbiegłych niewolników, pod wodzą swoich byłych nadzorców, czyli także byłych niewolników, których panowie wyznaczyli na nadzorców. Takim samym eks-niewolnikiem był sam Mojżesz wywyższony przez łaskę faraona i który przy lada zmianie humoru władcy mógł być strącony w nicość. Niewolnicy nie maja prawa do niczego: ani do swego życia, ani do swej pracy, ani do swego ciała. Niewolnik nie prawa do niczego, a już najbardziej do godności. Niewolnicy są poniżani, są wykorzystywani na wszelkie sposoby; są nieczyści, są brudni, zbrukani na zewnątrz i wewnątrz. Celem jest, aby sam niewolnik uwierzył w to, że jest gorszy, że jest nędzny, nic nie warty, że jest tylko mówiącym narzędziem, i żeby był wdzięczny swojemu pan za wszystko, co ten mu dać raczy: dobre, niedobre i te całkiem złe. Bóg nie chciał w Ziemi Obiecanej gromady niewolników o duszach upodlonych i zbrukanych niewolą. Dlatego kazał im się oczyścić w długiej drodze przez pustynię. Temu służyła ta wędrówka droga przez pustynię. Oczyszczeniu. Odkupieniu i oczyszczeniu. Oczyszczeniu w ogniu pustyni, w głodzie, w pragnieniu, w rozpaczy, lęku i samotności. W ustawicznej walce z naturą, z wrogami zewnętrznymi, i wrogiem wewnętrznym – ze słabymi i wątpiącymi we własnym gronie, i z samym sobą. To w ogniu z żelaza i węgla wytapia się stal. Nie prośbą, nie głaskaniem, nie marzeniami i słodkimi kłamstwami, nie namową ani perswazją, ale potrzeba próby ognia, by powstała stal. Najpierw płonąca czerwonym żarem, miękka i plastyczna, jak glina, by ostygnąć i okrzepnąć. I stać się stalą: twardą, ostrą i nieprzełomna.

   Czterdzieści lat to dwa pokolenia urodzone na pustyni i to pierwsze, co wyszło. Razem trzy pokolenia. Najstarsi, dziadowie, co byli najbardziej obciążeni niewolą – oni, jako zbrukani musieli odejść. W większości wymrą zanim dotrą do celu lub będą bezwolnymi starcami. Nie byli godni ujrzeć Ziemi Obiecanej. Ich dzieci albo ojcowie – drugie pokolenie – częścią urodzeni w niewoli, a częścią na pustyni osiągnęli siłę wieku w końcu wędrówki i dotarli do celu. Lecz gdy Izraelici dotarli do Ziemi Obiecanej, musieli ustąpić rządów następnemu, trzeciemu pokoleniu, pokoleniu wnuków, pokoleniu ludzi wolnych urodzonych na pustyni. Pokoleniu czystemu, nieskalanemu niewola. To owe trzecie pokolenie, wnukowie uciekinierów z Egiptu, z domu niewoli, ci wolni z ducha, wypaleni w ogniu pustyni dotarli do Ziemi Obiecanej. I oni zdobędą Ziemię Obiecaną. Pokolenie Jozuego. A ich następcy, wieki później, wnuki wnuków wnuków, i tak dalej, utracą Ziemię Obiecana. Zostaną zmasakrowani, skazani na wyniszczenie i wygnanie, starci w proch odejdą w nicość na skutek swoich grzechów, wskutek odstępstwa od Boga. A ich przyszywani samozwańczy następcy uparcie będą przeczyć, że Bóg ich zostawił i wygnał ze swego serca. Z uporem maniaka będą udawać, iż nic się nie stało, nic się nie zmieniło, że oni są tacy sami, jak ci z czasów Mojżesza i Jozuego.

   Pokolenie Mojżesza nie wjedzie do Ziemi Obiecanej. Mojżesz, co wyprowadził Izraelitów z ziemi egipskiej; który wiódł ich przez pustynię przez czterdzieści lat; Mojżesz, z którym rozmawiał Bóg; Mojżesz, co był kowalem z rudy, węgla i gliny wytapiającym stal, Mojżesz uwielbiony i wyróżniony – nie wejdzie do Ziemi Obiecanej. „I rzekł Pan do niego: to jest ziemia, którą przysięgłem Abrahamowi, Izaakowi i Jakubowi, mówiąc: Twojemu potomstwu dam ją; pokazałem ci ją naocznie, lecz do niej nie wejdziesz. I umarł tam Mojżesz, sługa Pana, w ziemi moabskiej, zgodnie ze słowem Pana.” (V Mojż. 34, 4-5).

 

Od zawsze wiadomo, że najlepszymi nadzorcami niewolników są… niewolnicy. Człowiek wolny nigdy nie wykaże takiego sprytu jak niewolnik, nie zrozumie jego sposobu myślenia, jego podstępów, nie przeniknie jego kłamstw – jedynej broni niewolnika. Dlatego nadzorcami niewolników robi się innych niewolników. Nadzorca jest narzędziem pana ślepo mu posłusznym, bo wdzięcznym za wyróżnienie. Za łaskę, że może bić, zamiast być bitym; że może nie pracować, gdy inni harują; że je do syta, gdy inni głodują; że może mieć każdą niewolnicę po panu. Jeśli się jeden nie sprawdzi, bierze się innego. Żadna strata. Chętnych niewolników nie braknie.

   Kiedyś Rzymianie mieli zwyczaj wyzwalać najbardziej zadłużonych niewolników w nagrodę za wierną służbę. Byli to wyzwoleńcy formalnie wolni, lecz o duszach niewolników. Otaczała ich powszechna pogarda. Niemcy w obozach koncentracyjnych powoływali spośród masy więźniów tzw. więźniów funkcyjnych zwanych kapo, i ci kapo siali największy terror, to kapo zabijali i masakrowali najwięcej więźniów. Tak samo Sowieci wykorzystywali urki – recydywistów, więźniów kryminalnych – do terroryzowania mas więźniów politycznych.

 

Druga niepodległość różni się od tej pierwszej, tak jak niewola w cesarstwie rosyjskim, niemieckim, czy austro-węgierskim różniła się od niewoli w sowieckim obozie.  Dwie niepodległości, jak dwa lustra i dwa różne odbicia. Starzy imperialiści niemieccy czy rosyjscy wierzyli w brutalną siłę, w przemoc, w prawo silniejszego, ale pochodząc z arystokracji uważali, że są pewne rzeczy, których robić się nie godzi. Wierzący w postęp i lepsze jutro ludzkości i pochodzący z najgorszego gminu: z robotniczych dzielnic nędzy, z folwarcznych czworaków i najnędzniejszych żydowskich gett komuniści nie mieli żadnych zahamowań. Czego się nie zrobi dla „szczęścia” ludzkości? Nie było dla nich niczego ani za brudnego, zbyt niegodziwego, ani za okrutnego. Podobnie rządzący Polską ludową renegaci i zdrajcy czynili wszystko, by zdobyć i utrzymać się przy władzy.

   Uczynili z nas naród niewolników. Pozbawili godności. Nauczyli kraść, kłamać, oszukiwać, bowiem niewolnik, aby przeżyć musi kraść, kłamać i oszukiwać. A uczyniwszy to zaczęli nam wmawiać, że jesteśmy niegodziwi, że jesteśmy podli, najgorsi, bo staliśmy się tacy jak chcieli, i jak oni, rządzący, muszą się poświęcać, aby rządzić takim motłochem. I że powinniśmy być wdzięczni za tę łaskę. Upadł reżim komunistyczne, nastała demokracja, ale ta narracja tylko nieco złagodzona przetrwała, bo dalej rządzili starzy postkomuniści wymieszani z domieszką świeżej krwi liberalnej. Mieszanka tych, co wiedzieli lepiej, z tymi, co wiedzą lepiej.

   Podobnie było pośród Izraelitów na pustyni. Dlatego musieli wędrować czterdzieści lat po pustyni, by się pozbyć, by wymarła ich przeszła, niewolnicza elita. Czy jesteśmy następnym narodem wybranym? Niekoniecznie. Wcale tego nie twierdzę. Daleko mi do tego. Lecz Bóg jest jeden i niezmienny. Podobnie zasady rządzące psychiką człowieka, zasady rządzenia ludźmi są takie same tak dziś, jak w czasach faraonów i Mojżesza. Są rządzeni i rządzący. My mamy lepiej niż Izraelici. Tam rządziła zasada oko za ko, ząb za ząb. Winnych kamienowano, wyrzynano mieczem, lub palono ogniem. My żyjemy w czasach wolności, tolerancji, praw człowieka, gdy kara śmierci jest najsurowiej zakazana. Lecz i my znajdujemy się podobnym miejscu jak oni niegdyś na pustyni. Oczyszczamy się z brudu niewoli. Mamy za sobą trzydzieści lat niby wolności. Trochę za mało. Gdyby za początek naszego wyjścia z domu niewoli przyjąć strajki robotnicze sprzed prawie czterdziestu lat? Wtedy by się zgadzało porównanie. Historia lubi się powtarzać. Nie zawsze. Nie we wszystkim. Izraelici mieli swego Mojżesza, dzięki niemu przetrwali próbę czterdziestu lat na pustyni. Czy my mamy swego Mojżesza? Być może niektórzy wierzą w misję jakiegoś polityka, ja osobiście wątpię. Lecz może wcale nie potrzebujemy Mesjasza? Wszak nie maszerujemy przez pustynię otoczeni przez wrogów, którzy pragną nas zgładzić, lecz żyjemy w swoim własnym, żyznym i na razie bezpiecznym kraju. Nie musimy czekać na mannę z nieba, by nie umrzeć z głodu.

   Trzydzieści lat wolności i złodziejstwa. Czterdzieści lat wolności i korupcji. Dosyć? Naród odżył, okrzepł, odbudował siły, ludzie wyszli z nędzy, stają się coraz bogatsi, coraz pewniejsi siebie. Budują wolność wokół siebie i w sobie. Dumę. Pogardę dla kłamców, uprzywilejowanych złodziei, kanalii i zaprzańców. Czy zbliża się do końca okresu oczyszczenia i odkupienia? Czas złodziejstwa powszechnego, defraudacji, korupcji, zdrady, kłamstw tych, co nami rządzą, oszczerstw i pogardy naszych elit? Będziemy wolni? Wreszcie? Chciałoby się, lecz prawdę mówiąc: kto wie? Nikt nie zna przyszłości i nie wie, czy okręt, którym płynie zawiedzie go do bezpiecznej przystani, czy też burza rzuci nim na rafy i skały i na dno wzburzonego morza.

    Długa i ciężka jest droga do wolności. Tak wolności grupowej, jak indywidualnej. Wiele dróg wiedzie na szczyt, lecz ze szczytu droga jest jedna. Izraelici, którzy z plemienia niewolników wspięli się na sam szczyt, by zostać z niego strąconymi w nicość. Gdyż stali się dumni i pyszni, bo uwierzyli, że mają Boga na własność, że nie oni maja Bogu służyć, ale to z Boga uczynili sługę i głupca. Los tych, co wiedzą wszystko, co są bogaci, potężni; niczego się nie boją i niczego nie potrzebują. Jak napisano w objawieniu św. Jana: „Znam uczynki twoje, żeś ani zimny, ani gorący. Obyś był zimny albo gorący! A tak, żeś letni, a nie gorący, ani zimny wypluję cię z ust moich. Ponieważ mówisz: Bogaty jestem i wzbogaciłem się, i niczego nie potrzebuję, a nie wiesz, żeś pożałowania godzien nędzarz i biedak, ślepy i goły.” (Obj. 3, 15-17)

 

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą autora.

Ocena wpisu: 
Twoja ocena: Brak Średnio: 3.9 (głosów:6)

Komentarze

potomkowie

 

nie znajdzie się lepszego

dla Polaka pana 

niż potomkowie enkawudzisty

albo esesmana!

Podoba mi się!
1
Nie podoba mi się!
0

jan patmo

#1552840

To bezkarne złodziejstwo, a raczej grabież, mimo że powstrzymana nie została jeszcze ukarana, a zagrabione dobra nie "od grabione". Ten nasz marsz przez pustynię będzie dużo dłuższy niż biblijnych Izraelitów. Inne czasy, inny naród - bardziej zdemoralizowany, bez swego Mojżesza. Naszych przywódców moralnych wymordowali okupanci jedni, drudzy i trzeci, ale naród pozostał i wcześniej czy później znormalnieje, czyli dotrze do Ziemi Obiecanej.

I rajenie nam (Jan Patmo) na nadzorców enkawudzistów lub esesmanów jest nieeleganckie i niemoralne.

Pozdrawiam serdecznie

Podoba mi się!
1
Nie podoba mi się!
0

Apoloniusz

#1552868

Pozostając przy porównaniu do Izraelitów... Nasze elity zostały wymordowane lub zmuszone do ucieczki.. Ale nie wszystkie. Część ocalała. Wystarczy mała część na zaczyn do ciasta. Izraelici byli narodem niewolników w Egipcie. Nie mieli żadnych elit. Czyli my mamy lepiej. Ale mieli Mojżesza, no i Boga za sobą. My Mojżesza nie mamy, ale mamy Matkę Boską, królową Polski. Zatem remis ze wskazaniem? Dla kogo? 

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

Bielinski

#1552894

Droga do wolności jeszcze daleka....Inteligencja jest przetrzebiona, wyśmiana i chodzi bez butów .... ale paru Mojżeszów można jeszcze znaleźć. W tym słowie można usłyszeć głos Mojżesza. Tak mi się wydaje....Pozdrawiam https://m.youtube.com/watch?v=kntUlTM2TEs

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

Verita

#1552918

To raczej głos wołającego na puszczę, a nie Mojżesza. 

Pozdrawiam

Podoba mi się!
1
Nie podoba mi się!
0

Bielinski

#1552926

Czy idzie o ....na puszczy? Czy napuszczę? ;-)

Cyprian Kamil Norwid ubolewał w jednym z listów nad marginalną rolą ludzi myślących w swoim narodzie. Ci, którzy posługują się refleksją i trzeźwą analizą, a przy tym są kompetentni, mają wiedzę i wykształcenie, są odważni, realistyczni, bezkompromisowi oraz nigdy nie działają na zasadzie instynktów grupowych czy niskich pobudek, zwykle eliminowani są z głównego nurtu życia umysłowego przez postacie i prądy modne, intelektualnie miałkie. Nie jest to sytuacja rzadka i dzisiaj. (....)
Norwid trafia w sedno diagnozą, która uprzytamnia podrzędną pozycję społeczną tych, którzy mają odwagę myśleć i wyciągać wnioski. I aktywnie zwalczać niskie pobudki, krętactwo, szalbierstwo intelektualne i zwyczajne tchórzostwo osobistości ustosunkowanych i modnych.

http://ewapolak-palkiewicz.pl/gdy-boureois-wypiera-inteligenta/

Podoba mi się!
1
Nie podoba mi się!
0

Verita

#1552939

Jak zwykle Norwid miał rację. Umarł w nędzy, w przytułku dla ubogich, zapomniany i odrzucony. O czymś to świadczy. U nas niestety jest mentalność plemienna lub klanowa. Każdy kto jest w naszym plemieniu jest święty i ma zawsze rację, Ci z innego klanu, to nikczemnicy, kanalie i zdrajcy. Zero dialogu. Zero chęci porozumienia. Albo jesteś z nami, albo przeciwko nam. Norwid skończył, jak skończył, bo nie należał do żadnego klanu. 

Czy to ma być smutna przepowiednia?:) 

Jeśli tak, trudno. Już się pogodziłem z tym, że popularność nie będzie moim losem. Przynajmniej mam o tyle dobrze, że od czasu do czasu można z kimś inteligentnym porozmawiać. Dzięki Bogu za Internet! W czasach Norwida Internetu nie było. 

Pozdrawiam

Podoba mi się!
1
Nie podoba mi się!
0

Bielinski

#1552960

Do głowy by mi nie przyszło, aby raić enkawudzistów czy esesmanów (czy ich potomków) na naszych panów. To nasi śmiertelni wrogowie - głównie Rosja i Niemcy doszli do wniosku po brutalnym tłamszeniu Polaków i polskości w okresie zaborów, co im nie przyniosło spodziewanych rezultatów, że kwestię polską trzeba raz na zawsze rozwiązać w taki właśnie sposób, jak to robili enkawudziści i esesmani. A że i ten sposób nie przyniósł satysfakcjonujących naszych śmiertelnych wrogów rezultatów, nad rozwiązaniem kwestii polskiej nadal pracują potomkowie wymienionych.

Pozdrawiam   

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

jan patmo

#1552996

Już kardynał August Hlond wskazał drogę wyjścia z czerwonego domu niewoli. Na łożu śmierci powiedział, że zwycięstwo, jeśli przyjdzie - a przyjdzie na pewno - przyjdzie przez Maryję. Jego następca kardynał Stefan Wyszyński przygotowywał lud na to wyjście poprzez całkowite zawierzenie własne i Narodu Matce Boskiej Częstochowskiej. Temu celowi służyć miało zwoływanie się pospolitego ruszenia rycerzy Chrystusa pod przewodnictwem Królowej Polski w czasie Uroczystości Millenijnych. W swych nieustannych modlitwach kardynał Wyszyński błagał, by Bóg w swym nieskończonym miłosierdziu obdarzył wreszcie "zbydlęcony" przez czerwoną zarazę  Naród polski oddechem wolności. Lecz to nie jemu zabił dzwon, a temu którego wyprorokował w swoim wierszu Słowacki:

On się już zbliża - rozdawca nowy

             Globowych sił:

Cofnie się w żyłach pod jego słowy

              Krew naszych żył;

W sercach się zacznie światłości Bożej

               Strummienny ruch,

Co myśl pomyśli przezeń, to stworzy

                  Bo moc - to duch. 

Przez kilkanaście lat Jan Paweł II prowadził nas ku tej wolności, ale chyba większość z nas zeszła z tej drogi na manowce. I dlatego ta nasza wędrówka tak się wydłuża.

Pozdrawiam   

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

jan patmo

#1552928

Witam,

pana komentarze są celne i głębokie, cenię je, ale są też trochę... zbyt poważne. Ludzie są różni, różnie reagują. W moim przypadku ratuje mnie poczucie humoru i dystans. Nie zawsze warto krzyczeć, czasami lepszy jest śmiech, albo chociaż uśmiech. Odrobina dystansu. W końcu, co od nas zależy? Niewiele. 

I tego uśmiechu pobłażania życzę sobie i panu. Pozdrawiam

 

Podoba mi się!
1
Nie podoba mi się!
0

Bielinski

#1552961