Idy marcowe, czyli rzecz o pogodzie

Obrazek użytkownika Bielinski
Kultura

Połowa lipca. Sezon wakacyjny. Szczyt sezonu urlopowego. Trzeba by się wziąć za bary z najważniejszym tematem wakacyjnym: z pogodą. Pogoda jest niewątpliwie najważniejszym wakacyjnym tematem. Tematem uniwersalnym i jakże bezpiecznym. Nic dziwnego, że Angole ciągle mówią o pogodzie. Nie ma o czym gadać? Rozmawiaj o pogodzie. Nie wiesz, jaki temat poruszyć? O pogodzie można rozmawiać bezpiecznie. Nikt się nie obrazi, ani ciebie nie obrazi, nie zwyzywa. Duży plus. Nie wstawi negatywnych komentarzy. Zero kłótni. Żadnych kontrowersji. Cudowny temat: pogoda. I zawsze aktualny, bo zawsze jakaś pogoda jest: brzydka czy ładna. Słońce czy deszcz. Zawsze jest o czym mówić w pogodzie.

   W te wakacje pogoda nas nie rozpieszcza. Deszczowo i zimno. Ot, dwa dni jak nie pada, i już się człowiek cieszy. Niby nic, a cieszy. Taka jest pogoda. Zawsze wdzięczny temat. Przypomina mi się kabaret radiowy z lat osiemdziesiątych, a w nim piosenka z pamiętnym refrenem. Szło to mniej więcej tak:

 

Idy marcowe, marcowe idy,

Wszystkiemu winne niewolniki.

           

   Jakoś tak. Ten refren zapadł mi w pamięć. Idy marcowe w kalendarzu rzymskim przypadały na 15 marca. Tego dnia, 15 marca 44 roku przed naszą erą, Gajusz Juliusz Cezar niekoronowany władca Rzymu zginął zadźgany nożami przez spiskowców w sali senatu. Pamiętna data w dziejach naszego świata. Wydawać by się mogło to absurdalne: co wspólnego mają niewolnicy ze spiskowcami z najświetniejszych, arystokratycznych rzymskich rodzin, lub też ze śmiercią Juliusza Cezara? Jednakże ten refren ma głębszy, chociaż przewrotny sens. Weźmy młodego, rzymskiego arystokratę. Każdy z nich był bogaczem, miał mnóstwo ziemi i tysiące niewolników. Przecież taki senator, arystokrata, jak np. Lucjusz Tiliusz Cymber, czy Publiusz Serwiliusz Kaska nie wyszedłby z domu, zwłaszcza na posiedzenie senatu, gdyby niewolnik, lub niewolnica, starannie nie utrefiłaby mu włosów. Zaś inny niewolnik nie ułożyłby mu fałdów togi. Nie nałożyłaby na palce pierścieni i sygnetów, nie skropiłaby pachnidłami. Oczywiście toga nowiutka, albo przynajmniej świeżo wyprana i przygotowana jak najstaranniej przez innych niewolników. Ułożenie fałd tego dnia nie było proste, bowiem w fałdach togi tenże arystokrata ukrył nóż, sporych rozmiarów dla pewności. Ale wszystko musiało być wykonane jak najstaranniej: fryzura, twarz, włosy, toga, i jej fałdy. Jak pan nie był zadowolony, to niewolnik, lub niewolnica doraźnie dostawał po pysku, w razie większej przewiny chłostę. Były i gorsze kary. Nie dotarłby wreszcie do Sali Senatu, gdyby niewolnicy nie zanieśliby go w lektyce. Przecież takie panisko nie chodziło per pedes jak byle plebs

   Albo weźmy takiego Brutusa. Czy Brutus sam sobie naostrzył nóż? Nie. Brutus powiada do niewolnika, coś takiego: Janie, przynieś mi nóż i naostrz go porządnie. To znaczy, nie powiedział Janie, lecz: Markusie, Sykstusie, Serwiliuszu, czy jakoś tak, lecz sens był taki sam. Nawiasem mówiąc w spisku na Cezara brało udział dwóch Brutusów: Marek Juniusz Brutus, oraz ten właściwy, sławny: Decymus Juniusz Brutus, który walczył z Cezarem w Galii i przez którego imię Brutus stało się synonimem zdrajcy. Brutus to taki ateistyczny Judasz. W każdym razie żaden z Brutusów ani innych spiskowców nie ostrzył własnoręcznie noża, którym zadźgali Cezara. Zrobili to ich niewolnicy. Podsumowując: gdyby niewolnicy nie naostrzyli noży spiskowców, nie ułożyliby fałd ich tóg, nie zanieśli, to nic by się nie wydarzyło w pamiętne Idy Marcowe, które byłyby tylko jedną z dat w kalendarzu, lecz nie w kalendarzu historycznym. Piosenka mówi prawdę:

 

Idy marcowe, marcowe idy,

Wszystkiemu winne niewolniki.

 

   Wszystkiemu winne są niewolniki. Prawda jest taka, że to przez niewolników Gajusz Juliusz Cezar tego pamiętnego ranka Id Marcowych roku 44 p.n.e. broczył krwią z dwudziestu trzech ran leżąc nieprzytomny u stóp pomnika swego wielkiego a pokonanego rywala, Pompejusza.

   W latach osiemdziesiątych ten refren był również niezwykle aktualny, bowiem zdaniem rządzącej komunistyczno - wojskowej kliki winni niepowodzeniu w budowaniu socjalizmu w Polsce Ludowej byli wszyscy, np.: zachodni bankierzy, bo nie chcieli dawać kredytów, pogoda, która niosła marne plony i groźbę głodu, sznurek do snopowiązałek, który stał się pierwszoplanową strategiczną potrzebą i którego szukano pilnie od Tatr do Bałtyku; winny byli zachodni politycy, a zwłaszcza imperialistyczny prezydent usa. Lecz najbardziej winny był krnąbrny, wichrzycielski polski naród. Który jakoś nie chciał docenić absolutnych i mądrych rządów wiedzącej lepiej i dalej elyty przywiezionej na sowieckich czołgach i ciągłe się buntował. A jak się nie buntował to krytykował, szydził i kpił.  Czyli znów wszystkiemu winni niewolnicy.  

 

   Wracając do pogody. Ludzie zawsze narzekają na pogodę podczas wakacji. Jest to wakacyjny rytuał. Pogoda zawsze wczasowiczom nie pasuje. Albo jest za gorąco, albo za zimno. Albo dlatego, że pada, czy dlatego, że nie pada. Weźmy nasz Bałtyk. Ludzie ciągną nad Bałtyk w nadziei, że przez cały turnus, tydzień, dziesięć dni, czy dwa tygodnie, na ile tam jadą, pogoda będzie jak dzwon. Słonce od świtu do zmierzchu. Upał, plażowanie, kąpiele w ciepłym morzu. A padać będzie, jeśli już, tylko w nocy. Pakują rodzinę: żonę, vel partnerkę, pakują dziatki, ładują manele, siadają do samochodu a tu… zaczyna kropić. Trudno, trzeba jechać. Pada. Jadą w deszczu z zaciśniętymi zębami, bo mają wykupione wczasy i nie może się zmarnować, a im są dalej na północ tym mocniej pada. Dojeżdżają na miejsce a tu leje jak z cebra. Nic to. Przecież pogoda się zmieni. Jutro będzie słońce. Prognozy były optymistyczne. Co z tego, że jakiś tam front atmosferyczny? Front przejdzie i będzie słońce, będzie się można opalać, plażować, kąpać w morzu. Będzie jeszcze wakacyjny raj. A tu leje i leje. I nie ma zamiaru przestać.

   Nauczony wieloletnim doświadczeniem mam jedną radę dla tych, co wybierają się na wczasy nad nasz Bałtyk. Pobyt nad naszym morzem musi trwać co najmniej dwa tygodnie. Dwa tygodnie to minimum. Wówczas jest szansa, że z tych dwóch tygodni pozbiera się z tydzień możliwej pogody. Ci, co jadą na tydzień, to tak jakby kupowali los na loterii. Może się zdarzyć wygrana – tydzień pięknej pogody, lecz częściej, tydzień podłej pogody, deszczu i wiatru.

   Chociaż, z drugiej strony, taka paskudna pogoda bywa nie najgorsza. Pamiętam jedne wczasy nad Bałtykiem pod koniec lat dziewięćdziesiątych. Ze dwadzieścia lat temu. Dwa tygodnie wczasów i przez calutkie, bite dwa tygodnie lało. Jak nie lało, to padało. Jak nie padało, to lało. Dzień w dzień. Jedno i to samo. Lało w dzień, lało w nocy. Czasem dla odmiany, drobna mżawka. By zasiać we wczasowiczach głupią nadzieję na lepszą pogodę. Na wypogodzenie. I znów napływały nowe, sine chmury, deszcze, jeszcze wichury, burze. Przetaczał się nad nami front atmosferyczny za frontem, burza za burzą, ulewa za ulewą. Mieszkaliśmy w uczelnianym ośrodku wczasowym w lesie, na wydmie, do morza w linii prostej z pięćdziesiąt metrów. Przez zejście w wydmach ze sto metrów. W nocy słychać było głośny szum wzburzonego morza. Na Bałtyku ciągły sztorm. Pierwsza połowa lipca. Zawsze wykupowaliśmy wczasy w tym terminie. Pierwsza połowa lipca to ryzykowny czas na wczasy nad Bałtykiem. Tego lata, lata tylko z nazwy, był szczególnie fatalny. Byliśmy we trójkę: ja, żona i szwagier. Mieszkaliśmy w barakowozie cuchnącym zgnilizną. Takim zwyczajnym barakowozie, które za komuny podciągano na budowy dla robotników. Ten dożywał swoich dni w ośrodku wczasowym. Zostały tylko dwa barakowozy, resztę wymieniono na nowe domki. Mnie dostał się jeden z tych barakowozów.

   Dziś nikt by nie mieszkał w czymś takim. Dwa małe okienka pokryta linoleum podłoga pofalowana jak wzburzony Bałtyk i zapadnięta w jednym rogu, dwa żelazne łózka, chyba piętrowe, jakiś zarwany tapczan, stół, krzesła, mała lodówka w kącie i elektryczna kuchenka dwupalnikowa, na której zona gotowała nam obiady. No i ten zaduch zgnilizny, wilgoci. I tak byłem zadowolony, że cokolwiek dostałem. Były to jeszcze czasy, gdy wczasów się nie kupowało, ale załatwiało. Aby dostać skierowanie, trzeba była oznaczonego dnia wstać rano i stanąć w kolejce. Zazwyczaj wstawałem o czwartej rano, a kiedy dochodziłem pod zamknięte na głucho drzwi do działu socjalnego okazywało się, że byłem któryś z rzędu. Kilkunasty, czy dwudziesty któryś. Tak wyszło, że tego roku dostałem dwa tygodnie wczasów w barakowozie. Płaciło się jakieś pieniądze ze ten pobyt, ale to były grosze i z funduszu socjalnego. Tego wydatku się nie czuło. Wczasy jakby za darmo. Byliśmy młodzi. Specjalnie nam barakowóz nie przeszkadzał. Zahartowany w komunie człowiek był przyzwyczajony do spartańskich warunków. W końcu to tylko miejsce do spania, liczy się morze, plaża, słońce. Lecz pogoda była gorzej niż okropna.

   Na szczęście przyjechali przyjaciele z Krakowa: Ewa i Marcin. Przyjechali samochodem, wtedy była to rzadkość, rozbili namiot na polu namiotowym w naszym ośrodku. Marcin, jak się zorientował w pogodzie, nie trwało to długo, wsiadł w samochód, pojechał do pobliskiego miasteczka i kupił namiot – werandę. Ostatni egzemplarz w całej okolicy. Cztery nogi i daszek. Ten daszek był najważniejszy. Namiot Wezyra – tak go nazwaliśmy. Ten Namiot Wezyra nas uratował. Do namiotu były jeszcze ścianki kupowane osobno. Czy Marcin poskąpił na ścianki, czy też ich nie było w sklepie, dość ze namiot był bez ścianek, Sam daszek. Deszcz zacinał z boków, ale nam to wystarczało. Ewa była bardzo sumienną matką. Mieli dwójkę małych dzieci. O ósmej wieczorem dzieci zakładały płaszcze przeciwdeszczowe, kalosze i szły do łazienki się umyć. Była jedna, osobno stojąca łazienka dla całego ośrodka. Potem do spania.

    Grill już skwierczał i dymił. Nie łatwo da się rozpalić grill w ciągłym deszczu, gdy wszystko jest mokre. Stawialiśmy go pod daszkiem namiotu wezyra, inaczej nic by z tego nie wyszło, ale i tak grill dymił jak parowóz. Dymił i skwierczał. Dymił od deszczu zacinającego z boku a skwierczał od kiełbas, kaszanek, mięsa, od tego, co się zazwyczaj kładzie na ruszt. Co kupowaliśmy w sklepie. Sklepowe produkty na grill są podłej jakości. Producenci wychodzą z założenia, że Polak z grilla zeżre wszystko, byle okopcone, nie ma więc sensu szaleć z jakością. Byle było dużo i tłusto. Wówczas na początku nowej ery wolności, wyroby na grill były jeszcze gorsze. Produkty kupowaliśmy w jednym z dwóch sklepów w wiosce. Kiełbasy, kaszanki, karkówkę no i… płyny. Potem się czekało na wieczór. Mała wioska, po sezonie mieszka w niej z dziesięciu stałych mieszkańców. W lecie mnóstwo wczasowiczów. Jedna ulica, dwa sklepy, poczta. Na ulicy wczasowicze w płaszczach przeciwdeszczowych snujący z dziećmi tam i z powrotem. Co tu robić w takiej dziurze, gdy leje deszcz? Jeździliśmy do sąsiednich miejscowości, ale tam było w sumie to samo. Ten sam deszcz. Zostawały spacery w deszczu i czekanie. Czekanie na wieczór. Cierpliwie, jak więzień na przepustkę.

   Po siódmej z trudem rozpalaliśmy grilla: mięso skwierczało, grill dymił, deszcz padał. Dzieci szły spać a my zasiadaliśmy do grilla. W kurtkach, swetrach, długich spodniach. Zimno było, a deszcze zacinał to z jednej to z drugiej strony. Szczęściem kilka miesięcy wcześniej kupiłem dwie świetne i obszerne kurtki przeciwdeszczowe dla siebie i żony. Od tej pory nie jadę bez nich nad Bałtyk. Zasiadaliśmy na plastikowych krzesełkach wokoło grilla pod Namiotem Wezyra. I siedzieliśmy tak długo, bardzo długo, do późnej nocy póki wszystko, co było nie zostało zjedzone i wypite pogrążając się swobodnej rozmowie na tematy rozmaite. Lekkie, ciężkie, i te pośredniej wagi. Namiot nie był duży, wiatr zmieniał kierunek, wiec miało się co jakiś czas dym w oczach i deszcz na plecach lub z boku; mimo kurtek wkrótce wszyscy byli mokrzy, ale było… świetnie. Nie było żadnego wielkiego pijaństwa. Po prostu siedzieliśmy, gadali i pili… napoje rozmaite. Ewa lubiła słodkie, białe wino, żona czerwone wino, my piwo i w wszystko inne. W tych latach przerzucaliśmy się do picia czystej wódki na drinki. W rozcieńczeniu. Piliśmy te… napitki: Marcin, szwagier i ja. Aż głęboko w noc wszystko się skończyło, czyli nadszedł właściwy czas, wówczas przemoczony i przesiąknięty dymem w kurtce przeciwdeszczowej i w kaloszach żeglowałem halsując z trudem w ulewie do barakowozu. Rano się wstawało i czekało znów do wieczora.  Deszcz padał, i padał, i padał.

   Były to wczasy z najgorszą pogodą. Wręcz trudno sobie wyobrazić podlejszą aurę na wakacje. Jednocześnie były to moje najlepsze wczasy. Chociażby sen. Spało się świetnie. Nawet jak się zbudziło w nocy, to szybko usypiał szum fal walących o brzeg, deszcz siekący w szyby i stukot szyszek i gałęzi spadających na dach barakowozu. Nawet donośne chrapnie szwagra na sąsiednim łóżku nie przeszkadzało. Rano budził się człowiek rześki i wypoczęty, jak nowo narodzony w zasadzie bez kaca.. Cóż to były za wspaniałe wczasy! Prawda jest taka. Nie pogoda jest ważna, ta zewnętrza, atmosferyczna, lecz ta pogoda wewnętrzna. Aby się dobrze bawić, i świetnie wypocząć, wystarczy mieć pogodę w sobie, no i dobre towarzystwo. I żadne zła aura niestraszna.

   Kiedy spytałem żonę o te wczasy, ta warknęła krótko: Boże! To był koszmar. Nic tylko chlaliście i chrapaliście! Oczywista nieprawda. Mimo owszem sporej ilości alkoholu, przez te dwa tygodnie nie pamiętam, żebym się upił. No, może raz, czy dwa. Nie więcej. Zatem nie ma o czym mówić. Jeśli chodzi o chrapnie, to owszem, szwagier mocno chrapie. Ale trudno. Sami go zaprosiliśmy. Nie jest prawdę, żebym ja chrapał, bo swego chrapania nie słyszałem. Zatem to nieprawda, te wspomnienia żony. Były to pamiętne i wspaniałe wczasy. Najlepsze, jakie pamiętam, przy najpaskudniejszej pogodzie, jaką można sobie wyobrazić. Padało tak mocno i ciągle, ze potworzyły się kałuże. Niesamowite. Ośrodek leży na wydmie, czyli wielkiej kupie piachu, grunt przepuszczalny jak sito, wydawać by się mogło, że piach wchłonie każdą ilość wody, ale i tak potworzyły się kałuże! Kiedyś poszliśmy nad morze: fale, które normalnie oddzielało z dziesięć metrów plaży, teraz zalewały dolne stopnie schodów zejścia i biły w wydmę. Taki był sztorm na Bałtyku.

   Wyjeżdżaliśmy pamiętam w piątek i w piątek pokazało się słonce. Ewa i Marcin zostali jeszcze kilka dni by zażyć trochę tego słońca no i wysuszyć wreszcie rzeczy. Mieli piękną pogodę. Tak to już jest na wczasach nad Bałtykiem Pogoda robi się wtedy, gdy wyjeżdżamy.

   A teraz, co? Niby postęp. Niby zamożność. Na barakowóz żaden ani spojrzy. Ludzie masowa jeżdżę na wczasy za granice, na południe. Co z tego, ze ludzie jeżdżą do Włoch, Hiszpanii, czy Grecji gdzie słonce gwarantowane? Same nerwy i udręczenie, a nie wczasy. Już na lotnisku opóźnienie. Coś się stało, samolot będzie później. Koczują godzinami na tobołach, jak Cyganie. Potem lot. Ściśnięci jak szprotki w puszcze. Ciasno, nóg nie można rozprostować, sąsiad wbija ci łokieć w żebra. Docierasz na miejsce i wczasów gehenna się zaczyna. Upał, kurz, słońce. Klimatyzacja nie działa. Albo miała być, a nie ma. Bezczelni kelnerzy o rozbieganych oczach i lepkich rękach mamroczą coś pod nosem w swoim narzeczu. Powietrze lepkie od upału i gęste jak syrop. Chodzisz zlany potem, nawet w morzu nie ma wytchnienia. Woda jest równie ciepła jak twoje ciało; zdaje ci się, że pocisz się nawet w morzu! Co z tego, że wszystko masz opłacone? All inclusive! Wypijesz jeden, czy dwa drinki, wyjdziesz na powietrze i słońce walnie cię jak młotem. Jakbyś Bóg wie ile wypił. Od tego upału nie da się ani pić, ani jeść. Nawet nocą jest gorąco, spisz nagi, klima nie działa, okno otwarte, żrą cię komary. Wykończeni i wycieńczeni do cna wracają ludzie z tej mordęgi, czyli modnych wczasów na południu, i odpoczywają z tydzień, czy dwa, przychodząc do siebie zapewniając wszystkich jak to wspaniale wypoczęli.

   Jak to? Ktoś zapyta? A nie można wypoczywać kulturalnie? Bez picia, zalewania pałki, zwiedzając, poznając nowych ludzi, nowe miejsca i rozwijając się wewnętrznie? Pewnie można. Ale… Weźmy takie zwiedzanie. Pakują turystów do autokaru. Wożą gdzieś, a tam nic, tylko marna trawa, ułomki murów i kręgi obalonych, zbutwiałych kolumn i każą się zachwycać. Znudzony patrzysz i myślisz, że szkoda czasu, bo w telewizji wyglądało to bardziej imponująco. Tylko świerszcze, cykady, grają w upale jak oszalałe.  Co do ludzi… Gdy patrzę na swoich współtowarzyszy podróży, to szczerze mówiąc zupełnie nie ciekawi mnie, co mają mi do powiedzenie i wzajemnie, sądzę, że ich nic nie obchodzi, co ja im powiem. Są to dla mnie zupełnie obojętni, przypadkowo poznani ludzie. Tubylcy obchodzą mnie jeszcze mniej. Okradają turystę na każdym kroku, w restauracji, czy sklepie, gdzie turysta płaci dwa razy tyle, co miejscowy. Rabują w biały dzień bez żadnej żenady. Nie chcę mieć z nimi nic do czynienia. Zostaje słońce. Tego nie brak. Słońce, które pali, oblepia, dusi. Rozumiem, że są tacy, co lubią mocne słonce, którym upał nie przeszkadza, którzy chcą poznać inne kraje. Są, a jakże.

   Ale ja… Wolę wczasy nad Bałtykiem. Że jest pochmurnie, chłodno? Że często pada? Że pogoda się zmienia co i rusz? Że woda w morzu taka zimna, aż drętwieją stopy? Co z tego. Zawsze można się pocieszyć. Tak czy inaczej. Jeśli się ma pogodę w sobie… żadna pogoda niestraszna. Że żona vel partnerka będzie marudzić? Gęgać? Stękać? Wiercić dziurę w brzuchu? Trudno. Niech sobie gada. Taką ma naturę. Trzeba tylko zaufać sobie. Pogrążyć się we własnej pogodzie. Pogoda to jest to, czego nam trzeba i czego najbardziej pożądamy. Pogody należy nam życzyć. Wszystkim razem i każdemu z osobna. Pogody na wakacje i pogody na dzień codzienny. Tej zewnętrznej, atmosferycznej, no i tej wewnętrznej, duchowej. Najważniejszej. Inaczej zostaje stara piosenka kabaretowa:

 

Idy marcowe, marcowe idy,

Wszystkiemu winne niewolniki.

 

   Właśnie. Zawsze, zawsze i wszędzie i wszystkiemu złemu winne są… niewolniki.

 

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą autora.

 

Ocena wpisu: 
Twoja ocena: Brak Średnio: 2.5 (głosów:4)

Komentarze

Rozumiem, w Polsce jest już tak źle, że na żaden temat nie można rozsądnie podyskutować. Wyprowadzanie ludzi na ulicę....to idiotyczny pomysł, ciągle o żydach - to też nudne i bez sensu, utyskiwanie na pracę rządu i sądu - niczego nie zmieni itd....., zostaje temat pogody. Kocham Bałtyk....Pamiętam wakcje w Jastrzębiej Górze w takim ośrodku,że 00 było na dworze, obok terenu obozowego, nad samym morzem. Silne wiatry urwały górną połowę drzwiczek....
Serdecznie pozdrawiam

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
-3

Verita

#1544878

... opowiadasz bajki. Ale teraz udało ci się napisać kawałek prawdy, czyli... baśń. Kawałek, bo opisując zdarzenie,... ukryłaś 50 % skutku. Napisałaś bowiem, cytuję: "Silne wiatry urwały górną połowę drzwiczek...." (te w Jastrzębiej Górze). Zatem dedukuję, że drzwi były podzielone na dwie części. Dolna była przeznaczona na przykład dla pieska, a gdy otworzyłaś górną ich część - mogłaś wejść do namiotu. Cudownie!!! Komfort dla pieska i... dla ciebie. No i... wichura spowodowała, że miałaś mniej roboty :-) Wystarczyło, że otworzyłaś dolną ich część i... już byłaś w środku namiotu.

Wiesz co Verito?
Przestań ty pieprzyć, bo mam wrażenie, że ten wiatr spowodował "wywianie" połowy twojego mózgu.

Satyr 
 

Podoba mi się!
2
Nie podoba mi się!
0

___________________________
"Pisz co uważasz, ale uważaj co piszesz". 

© Satyr

 

#1544883

Cieszę się, że jest nas więcej, to jest tych, co lubią wczasy nad Bałtykiem, mimo kapryśnej pogody, zimnego wiatru i częstego deszczu.

Pozdrawiam serdecznie

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

Bielinski

#1544925

Tam jest szczególny mikroklimat - nawet gdy wszędzie indziej wiatry i deszcze - w Kątach - dobra pogoda ;) !

Podoba mi się!
2
Nie podoba mi się!
0

_________________________________________________________

Nemo me impune lacessit - nie ujdzie bezkarnie ten, kto ze mną zacznie

katarzyna.tarnawska

#1544892

Nad morze jeździłem, a właściwie pływałem w dzieciństwie statkiem z Warszawy do Gdańska, gdy mogłem już  wyjeżdżać samodzielnie, wolałem  Mazury ,żagle kajaki, A tu obok na zdjęciu rok 1935 Gdynia Uczennice liceum św.Jadwigi w Siedlcach, trzecia od lewej mama, cieszyliśmy się wtedy z tego morza, z  wybudowanej Gdyni, odzyskanego Wilna. Dałem tą fotkę, bo te dziewczyny to siedlecki rocznik 20. Już ich nie ma.

Życie jest takie krótkie, a idioci tracą je obecnie na podskakiwanie i tupanie nogami. Świat oszalał. Ktoś wyżej w komentarzu oburza się, że felieton o pogodzie, a ja myślę, że najlepsze co możemy zrobić, to na chamów nie zwracać uwagi. W czasach kiedy robiono te zdjęcie starano się prostactwa nie zauważać.

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

jjr

#1544909