Megan

Obrazek użytkownika Tadeusz Korzeniewski
Kultura

Czasem mnie pytają dlaczego w Do Wyoming są dwa takie same rozdziały „Megan”. Na początku w Nowym Jorku jest „Megan” i 100 stron później w Montanie znowu „Megan”. Po co?

Chciałem pomóc ludzkości. Zresztą głównie etnicznym Polakom, a z tego co zostanie reszcie etnicznych Eurów. Poza tymi dwoma, świat tak zwanej ludzkości tyle mnie obchodzi, co Hemingwaya Hollywood. Różnie z Hemingwayem było, ale z Hollywoodem dobrze mówił. Hollywood zamawia scenariusz, mówił, ja go piszę, wsiadam w samochód i jadę pod granicę Nevady z Kalifornią. W LA oni też wsiadają i podjeżdżają pod granicę Kalifornii z Nevadą. Oni przerzucają przez granicę paczkę z kasą, ja im przerzucam scenariusz i grzejemy z powrotem do siebie. Podobnie, poza etnicznymi Polakami i dużo mniej resztą etnicznych Eurów, podchodzę do pozostałej tak zwanej ludzkości.

„Megan” dwa razy w Do Wyoming to działanie lekkie bo na podświadomość. Jak kiedyś ten myk z błyskowymi reklamami w kinach, „jedz popcorn”, „pij colę”. Wyzwalały one ślinkę i otwierały kieszeń, szulersko omijając świadomość. Tyle że u mnie Megan to pożyteczna wrzutka, nie łamanie paragrafów i karbosacharydy. Sto procent zdrowia. Taką Megan to można naszemu mężczyznie wrzucać i wrzucać, trudno przedawkować, nie to co cola.

Megan to ta sama młoda kobieta spotkana w dwóch różnych punktach Do Wyoming, lecz nierozpoznana jako taka przez narratora. Zachowują się on i ona w obu spotkaniach podobnie, ona działanie ma na niego podobne, on na nią chyba też, ona jak miała na imię tak ma, ale podróżnikowi nie świta, że Megan i Megan to Megan.

No i nie są to aż tak identyczne rozdziały, nie przesadzajmy. Trochę popracowałem. Między dwoma spotkaniami jest parę lat różnicy. Megan się rozwija. Nie drastycznie, ale w dobrym kierunku, w jej właśnie. W Montanie nie jest już tak ulepialna jak w Nowym Jorku, gdzie jej młoda osobowość nie odrzuca jeszcze wprost patogenów antykultury. Trochę ją one kaleczą, na szczęście pobrzeżnie.

Generalnie z dwoma rozdziałami „Megan” chodzi o wdrożenie podświadome, że jest jeden zasadniczy profil kobiety dla mężczyzny i mężczyzny dla kobiety, jeśli chodzi o główną zwaną Sakramentem sprawę. Taki co najlepiej pasuje żeby z nim/nią założyć rodzinę i zrobić w życiu jak trzeba. Statystyki potwierdzają, że poza szczególnymi wypadkami, pary dobierają się w sakramentowe związki na bazie zbliżonego poziomu inteligencji, jednego z kluczowych wyróżników osobowości w naszej etnicznej kulturze europejskiej. Wiemy, wiemy, „przeciwieństwa się przyciągają”, ale ten bzyk można między pokemony włożyć. Realnie nie są to przeciwieństwa a zahaczenia. Jak jej nogi i jego nogi. Jej biodra i jego biodra. Jej piersi i jego. Nawet partie intymne. Gdyby słońce w oku nie miało udziału, nigdy by słońca oko nie ujrzało (Goethe). Ot i całe „przeciwieństwa”. Zahaczenia, jeszcze raz mówię. Owszem, czasem konus wiąże się z wysoką jak brzoza i na opak, czy skobieciały (anima) z męskawą (animus), ale to Natura samokoryguje się w marszu, robi poprawki na boku. Lecz nie jest to proces główny, który jest ołtarzem, że tak powiem, naszej sprawy.

W wypadku IQ, a więc jednego z najistotniejszych wyznaczników osobowości w naszej eurskiej civi, odchyłki między partnerami w zasadniczych związkach (mówmy po prostu o małżeństwach, jesteśmy u siebie) typowo nie wychodzą poza 3–5 punktów. Po co tak jest, jak myślicie? Po to żeby, tak jak w polityce, jak jesteś dużo słabszy w układzie to w ciebie tamta strona wjedzie, nastąpi naturalna inwazja. Ale jak jest z grubsza równowaga w IQ, i jak jest do tego balans w atrakcyjności fenotypu, i w paru innych bazowych doborach, to jest szansa na zadowoloną trwałkę. W pierwszym rzędzie bachory na takiej stabilności zyskują, ale też i szersza wspólnota. No i mówimy o dziś i niedawnym wczoraj, nie o układach sprzed epoki żelaza, czy domestykacji ognia, odzwierciedlających ówczesne wymogi genomiczne względem surowej przyrody.

Przy czym nie wciskamy tu kitu z okien, że jest w świecie tylko jedna kobieta dla ciebie na żonę czy mężczyzna na męża. Nie piszemy czipsbooków czy pokemonów, ta proza jest rzeczywista. W tym konkretnym wypadku sprawa polega, że trzeba umieć wyczekać na poważnego partnera jeśli nic przekonującego nie ma, a nie spływać miękką wodą od dajki do dajki czy od motyla do motyla, gdyż bywa że ten twój czy twoja właśnie przechodzi... przejeżdża... przemija... kiedy ty jesteś zajęty, zajęta. O, i już nie ma.

Czasem teoretycy, i praktycy, zbijają powyższe, że jak coś silnego pojawia się to i tak się przebije, nawet jak jest się w układzie. Iii, bym tego tak gładko nie połykał, bo te „przebicia” są często sztucznie hajcowane i potem i tak klapa, jak na przykład było z Wincentym i córką pastora.

Wincenty (van Gogh) był bezsprzecznie natalnie uartystyczniony i już jako małolat reagował na sztukę niesalonowo. Wyobrażenia artystów przemawiały do niego intensywniej niż sama rzeczywistość, bywało. A jak zaczął podrastać, to gruczołujący Eros potrafił przeprowadzić w nim jakby nowe procesy genetycznego wdrukowania.

W takim nastoletnim trybie nabrał Wincenty niezwykłego pociągu do reprodukcji portretu pewnej smutnej damy, nieżywej już w naturze. Tło obrazu jak i suknia osoby były szaronocne, ramiona szarobiałe, twarz blada pociągłokoścista, i smutna jak sto pekińczyków. Van wpatrywał się w tę bladość miesiącami, wracał do niej i wracał. Kiedy dorósł, poznał rodzinę jednego pastora w mieście, zwłaszcza córkę, która profilowo, kolorystycznie, smutkowo bardzo była podobna do tamtej damy z obrazu. Mimo że od przygody z obrazem zeszło już tuzin lat, odtąd dla Wincentego była w życiu tylko córka pastora i córka pastora.

Dla faktycznie szarogąseczkowej, ale poza tym całkiem normalnej córki pastora, nie płynęły z tej pasji prądy mogące zrodzić w młodej kobiecie ów przesłodki, głęboko stabilizujący popłoch przyszłej panny młodej. Wręcz przeciwnie, czuła ona jakiś niepojęty inny rodzaj napięcia wobec Wincentego. Pastorowi z żoną też to nie umknęło, więc ich dom nie stał dla niego specjalnym otworem. Ale raz udało się Wincentemu spotkać całą rodzinę w ratuszu i odprowadzić do domu. Tu jednak chłodne do widzenia i drzwi. Mimo to młody przepchnął się jakoś do przedsionka, jakby kapelusza zapomniał czy laski z gałką, rodzice na to zaraz popchnęli córkę do pokoju. Wincenty spostrzegłszy zapaloną świecę na komodzie (dzień był szaropochmurny, na domiar) rzucił się w jej kierunku, łkając:

- Pozwólcie mi na nią patrzeć choć tyle ile utrzymam rękę nad tym płomieniem!...

I rozcapierzył dłoń nad temperaturą.

Oczywiście, takich imprintów podrostkowego Erosa każdy ma w sobie w pewnych warstwach nałożone, z malarstwa, fotografii, lektur, realnych fascynacji na dystans, filmów czy internetu i gier ostatnio. Ale trzeba je umieć jako dojrzalszy już mężczyzna czy kobieta w sobie rozpoznać i neutralizować. One przecież obiektywnie nie mają się w żadnym życiowym stosunku do prospektywnego partnera. To tylko nam się wydaje w pewnych wypadkach, że znało się osobę od zawsze. Niosą w sobie takie iluzje („w niebie zaręczeni”) często oszałamiającą bo niezakorzenioną słodycz z uwagi na szczególną naskórkowość/zmysłowość wczesnoerosowego wdrukowania. I dobrze żeby nasi mężczyźni i kobiety to rozpoznawali zanim wybuchną: Tylko ty!

 

Ocena wpisu: 
Twoja ocena: Brak Średnio: 5 (głosów:9)

Komentarze

Witaj!

Z tym IQ różniącym się tylko o 3,4 toś solidnie przesadził. A nawet grubo, że tak powiem.

Jeżeli on jest tzw. alfistą, to przede wszystkim szuka wiernej i potulnej partnerki. A co najważniejsze - mającej to coś. Wiesz co. Co na przykład dla mnie miała boska Marylin, czy ciągle młoda Monica Bellucci. A kompletnie nie ma Sharon Stone, czy te wszystkie młode szprychy. Co ma do tego IQ?! No powiedz! Ważniejsze jest wzajemne słuchanie siebie i zrozumienie.

Tak to jest po mojemu.

 

Radości

PS. Co do imprintingu nie zapominaj o niesłychanie ważnych prawach: pierwszego kontaktu (w przypadku tego francuskiego makarona pewnie to była mamusia), o raz częstych kontaktów.

Podoba mi się!
1
Nie podoba mi się!
-1
#1539725

Pieprzysz jak 20-latek w koszarach. W główym nurcie rozkład inteligencji kobiet i mężczyzn jest podobny. Alfowcy w/g ciebie pobiorą słodkie seksowne idiotki, a gross inteligentnych kobiet wyda się za kierowców TIR-ów, jo? Mieszasz alfa i maczo, I guess.

Podoba mi się!
2
Nie podoba mi się!
0
#1539758

A to dobre! Jak 20-latek. Jesteśmy przecież równolatkami i pewną bazę doświadczeń mamy.

Nie mieszam alfa i maczo. Nie zgadłeś. Chodzi mi o różne typy osobowości, z czym inteligencja, tak, jak ja to rozumiem, a jestem kognitywistą wychowanym m.in. na Patrycji Churchland, a nie na tych młodych amorficznych lewakach, ma mało do czynienia.

Powiem krótko - jaki dla każdego jest najgłówniejszy cel życia? Przekonany jestem, że dążenie do szczęścia (o szczęściu można sobie dużo poczytać, nie tylko u Tatarkiewicza). I dalej - co jest najważniejszym elementem w samym szczęściu, a także w dążeniu do niego? Otóż poczucie bezpieczeństwa. Czy równowaga intelektualna pomaga w tym, co powyżej? Mogę tylko powiedzieć - może. Lecz na pewno nie przesądza.

Chciałbym mieć twoją pewność, że istnieje złoty klucz według którego ludzie łączą się w szczęśliwe pary. Ponieważ jej nie mam, pozostanę przy ogólnie przyjętym wytrychu - to chemia. I wcale nie żartuję. Proszę bardzo. Partner u drugiego może produkować endorfiny, dopaminę, a także adrenalinę, czy kortyzol. Przywołane alfa, czy maczo wpływa tylko na testosteron. A nie mówimy tylko o libido, prawda?

 

Serdecznie pozdrawiam

 

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#1539761