Szczęście dzieciobójcy

Obrazek użytkownika Bielinski
Kultura

W tym tygodniu media odświeżyły historię sprzed dziesięciu lat, obecnie już zapomnianą, niegdyś bardzo głośną, sprawę zaginięcia małej Madelaine. Dziewczynka zaginęła w czasie wczasów w Portugalii. Madelaine, czyli Magdalena (?), albo Madzia (?), czteroletnia córka małżeństwa angielskich lekarzy została porwana podczas wczasów w Portugalii. Rodzice poszli na obiad, czy kolację, było to wieczorem; gdy wrócili zastali otwarte drzwi, ich dziecka nie było. Wynajmowany domek stał na uboczu, nie było żadnych świadków. Nikt nic nie widział, nikt nic nie słyszał. Wezwali policję, ta wszczęła poszukiwania dziewczynki. Zaczęła się wielka medialna afera. Całe miesiące media żyły porwaniem i zaginięciem czteroletniej, angielskiej dziewczynki. Szukano Madzi w całej Europie. I w Niemczech, we Francji, rzecz jasna w Anglii a nawet w Polsce szukano małej Madzi. Wszędzie wisiały jej zdjęcia. Ładna, miła dziewczynka, blondynka. Pogrążana w rozpaczy matka udzielała mnóstwa wywiadów, rodzice apelowali w mediach do porywacza(ów), aby oddali dziecko, oferując wysoką nagrodę za pomoc w znalezieniu dziecka – zamożni, wykształceni ludzie a ich nieszczęście poruszyło ludzi, którzy śpieszyli z pomocą wobec tak wielkiego nieszczęścia. Powszechnie sądzono, że Madelaine porwał jakiś pedofil, albo gang pedofili. Mimo intensywnych poszukiwań dosłownie w całej Europie dziecka nie znaleziono. Mała, śliczna Madzia przepadła, jak kamień w wodę. Jeszcze jedna ofiara pedofilów - morderców, którzy porywają obce dzieci na ulicy, by je wykorzystywać, gwałcić, a na koniec zamordować. Utajony lęk wszystkich rodziców, wszystkich matek. No, prawie wszystkich.

   Obecnie opublikowano nowe zdjęcie Madelaine. Dziewczynka uśmiecha się na zdjęciu, ale oczy ma zapuchnięte. Jakby wcześniej płakała. Jaka matka, jacy rodzice mają takie zdjęcia swoich małych dzieci, po płaczu? Nie jestem idealnym ojcem – tu musiałyby się wypowiedzieć moje dzieci – ale nie znajdę żadnego takiego zdjęcia, na którym moje dzieci wyglądałyby, jakby przed chwilą mocno płakały. Niby mała rzecz, zdjęcie, jedno z wielu, na nim cienie pod oczami czteroletniej dziewczynki, które wcale nie musiały pochodzić od płaczu, choć niby od czego innego? Utwierdza mnie to w przekonaniu, które mam od lat. Od samego początku poszukiwań małej Madelaine. Nie ma tu żadnej tajemnicy. Sprawa porwania i śmierci małej Madzi jest prosta. Jasna i oczywista. Sprawcy zamordowania dziewczynki są znani od lat. Policja też ich zna doskonale. Każdy, kto się zastanowi to wie. Istnieje tylko jedno rozsądne wytłumaczenie.

   Madelaine zamordowali jej rodzice. Tata i mama. Nie ważne, kto zatłukł Madzię na śmierć, tata czy mama, zrobili to razem, wspólnie. Bili ja od lat, w końcu któreś uderzyło za mocno. Madzia upadła, uderzyła głową w posadzkę, kant stołu, albo tata walnął ją w głowę czymś twardym. W końcu to tylko czteroletnia dziewczynka, nie bokser wagi ciężkiej, dziecko ma delikatną czaszkę. Madelaine została zamordowana przez rodziców. Nie przypadkiem ta angielska para wybrała domek położony na uboczu. Nie chcieliby, by inni słyszeli płacz bitego dziecka. Także czas urlopu wybrali odpowiednio, w maju, przed sezonem, gdy turystów jest niewielu. Nie ma świadków. Może Madzia jeszcze żyła? Była nieprzytomna, ale żyła, w szpitalu by ją uratowali. Jej tata i mama – lekarze przecież – wiedzieli o tym, lecz woleli ją dobić niż zawieść do szpitala, bo wówczas wydałoby się, że nie są idealnymi rodzicami idealnego dziecka. Że wręcz przeciwnie są prawdziwymi potworami w ludzkim ciele z dyplomami lekarzy, że zatłukli swoje dziecko prawie na śmierć, że biją ja przez jej całe jej krótkie i pełne męki życie. Życie dziecka dręczonego przez własną mamę i tatę.

   Historia alternatywna? Nieprawdopodobne? Mała Madzia nie przeżyła wczasów w Portugalii ze swoimi kochającymi (?) rodzicami. Co było dalej, ławo się domyśleć. Paraia de Luiz – portugalskie miasteczko gdzie to się działo – to niezwykle piękne miejsce. Blisko przylądka świętego Wincentego (port. Cabo de São Vicente) najbardziej na południowy zachód wysuniętego krańca Europy. Tu kończy się Europa. Tutaj kontynent najdalej wżyna się w ocean. Wysokie, kilkudziesięciometrowe, skaliste klify, na wybrzeżu dominują niewielkie zatoczki otoczone przez skały. Tutaj ocean jest stale wzburzony, potężne fale, wysokie pływy, bardzo silne morskie prądy. Wybrzeże prawie bezludne, tylko skały, ocean i wiatr, ustronne zatoczki, zasłonięte przed oczami wścibskich. Wymarzone miejsce do pozbycia się zwłok. Ta angielska para to miała szczęście! Zatłukli na śmierć swoją małą, śliczną Madzię w miejscu wręcz stworzonym do pozbycia się zwłok. Nieważne czy Madzia żyła, czy nie. Rodzice zapakowali ją do bagażnika auta, takie małe dziecko zmieści się nawet do walizy. Nikt niczego nie widział, bo domek na uboczu. Krótka jazda, kilka kilometrów i tatuś i mamusia wyrzucili ciało córki do oceanu z klifu, lub zeszli do jakieś zatoczki. Ocean pochłonął ciało dziecka jak kamień wodę. Nie ma ciała, nie ma zbrodni. Nie ma zbrodni, nie na winnych. Potem Anglicy wrócili, wezwali policję i powiedzieli, że ktoś porwał córkę. Poszło im lepiej niż sami sądzili. Media kupiły tę historię. W całej Europie rozpisywano się nieszczęściu o rodziców Madelaine i szukano porwanej dziewczynki.

   Zbrodnia idealna. Morderstwo bez kary. Tak, bywają takie zbrodnie. Ta angielskie małżeństwo lekarzy miało szczęście, trudno temu zaprzeczyć. Co robiła policja, poza tym, że szukała małej Madzi w całej Europie? Myślę, że policjanci doskonale wiedzieli, kto jest sprawcą porwania i morderstwa Madelaine. Od samego początku podejrzewali rodziców Madzi, lecz nic nie mogli zrobić. Policja może bardzo niewiele, gdy nie ma ciała, gdy nie ma dowodów. Dodatkowo mordercom małej Madzi pomagała ta okoliczność, że zamordowali swoje dziecko w obcym kraju, w Portugalii. Portugalscy policjanci mieli opory, by docisnąć rodziców, bo to byli Anglicy, cudzoziemcy. Z kolei angielska policja też nie mogła przycisnąć sprawców - rodziców, bo zbrodnia wydarzyła się daleko, w Portugalii, nie mieli nawet dostępu do akt sprawy. A przynajmniej utrudniony dostęp. I tak tatuś i mamusia - mordercy swego dziecka - przemknęli się szczęśliwie między Scyllą a Charybdą, to jest miedzy policjami portugalską i angielską unikając oskarżenia, procesu, orzeczenia winy i kary za swą zbrodnię. Tak bywa. I to częściej niżbyśmy chcieli sądzić.

   Nawet jak policjanci zamierzali oskarżyć rodziców malej Madelaine, to media stały za nimi murem. Media roztoczyli nad rodzicami Madelaine parasol ochronny, zapewniając im nietykalność. Tępi, goniący za czytelnikami dziennikarze puszczali w kółko płacze matki, te żarliwe wezwania do porywaczy, by uwolnili ich dziecko. Swoją drogą, ta angielska mamusia to prawdziwy talent aktorski. Szczery brylant. Dla policjantów tak portugalskich, jak angielskich, ta sprawa musiał być męką. Istny koszmar policjanta. Mieć morderców przed sobą. Wiedzieć, że to oni robili i nic nie móc im zrobić! Że Madzię porwali pedofile? Rodzice są niewinni? Są ofiarami? Bzdura. Nie ma innego rozsądnego wytłumaczenia, niż wina ojca i matki. W ponad 90 procentach winnymi morderstwa są najbliżsi: rodzice, dzieci, bracia, wujowie, kuzyni czy sąsiedzi. Każdy policjant o tym doskonale wie. Opisane to jest w policyjnych podręcznikach. Dlatego w przypadku zabójstwa, bądź zaginięcia policjanci sprawców szukają najpierw pośród najbliższych.

   Rzadko, bardzo rzadko mordują obcy ludzie. Znacznie rzadziej mordują obcy niż bliscy. Mowa o czasach pokoju. W czasie wojny proporcje się odwracają. Tutaj chodziła wieść o szajce pedofilów, którzy mieli śledzić rodzinę angielskich lekarzy przez cała Europę, przyczaić się i porwać Madelaine na skalistym, portugalskim cyplu. Czyżby? Po cóż mieliby się tak wysilać? Madelaine to była ładną dziewczynką, ale też to nie była żadna księżniczka, ani cud. Takich dzieci, takich dziewczynek jest wiele. Są pedofile, są porywacze małych dzieci, nie da się zaprzeczyć. Pedofil, jak ma chęć się zaspokoić, porwie każde dziecko, nie zależy mu na jakimś konkretnym. Głupi pedofil porwie dziecko na sąsiedniej ulicy, sprytny pedofil pojedzie do sąsiedniego miasta na gościnne występy. Żaden pedofil nie będzie śledził i jechał za dzieckiem przez pól Europy, bo mu się zwyczajnie nie chce. Po co ma jechać daleko po to, co ma blisko? Wiara w mitycznych porywaczy, w pedofilów czających się w mroku tak naprawdę ma odsunąć przykre myśli. Łatwo i przyjemnie myśleć, że źli to inni, obcy, że zło jest daleko, gorzko i ciężko myśleć, że zło czai się blisko, pośród najbliższych, tych, którym ufamy, których kochamy, którzy nas winni kochać i chronić. Że czasami od pedofilów, od porywaczy - morderców gorsi są właśni rodzice: tata i mama. Prawdopodobieństwo, że mała Madelaine porwali kosmici jest tylko nieco mniejsze niż porwanie przez pedofilów. Nie. Małą Madelaine nikt nie porwał. Zabili ja właśni rodzice, a ciało wrzucili do Atlantyku.

   Trzeba uszanować proporcję. Dzieciobójstwo, najcięższa ze zbrodni, to niezwykle rzadkie zjawisko, zarówno w Polsce, jak w Anglii, czy innych krajach. W Polsce mamy kilkanaście zabójstw na milion mieszkańców, co daje nam status kraju bezpiecznego. Ilość zabójstw dzieci jest znacznie niższa, rzędu (co najwyżej!) 1 na milion rodzin. Zatem dzieciobójstwo jest niezmiernie rzadkim zjawiskiem. Znacznie częstsze jest krzywdzenie dzieci, które nie kończy się śmiercią, jak np. wykorzystywanie seksualne. Taka jest prawda statystyczna. Z punktu widzenia dziecka, które jest bite, gwałcone i mordowane, jego prawda jest inna. Dla dziecka jego życie to nie milionowa część procenta, ale całe sto procent. Jak dla każdego z nas.

 

Ostatnio w Polsce policjanci z tzw. archiwum X, czyli ci zajmujący się starymi, już umorzonymi sprawami, znaleźli ciało kobiety. Młoda kobieta zaginęła przed dwudziestu laty. Policjanci przeczytali jeszcze raz akta, poszli na miejsce, przeszukali dom, opukali ściany piwnicy i znaleźli ciało. Mąż zamordował młodą żonę a ciało zamurował w piwnicy. Kolejny „sukces” naszej policji. Sukces po dwudziestu latach. Sukces? Policjanci wreszcie wykonali swoją robote, za która biorą pieniądze. Czemu tamci policjanci, którzy prowadzili tą sprawę przez lata nie pomyśleli choćby przez chwilę? A jeśli myślenie było za trudne, to czemu nie sięgnęli do podręczników policyjnych. Tam jest to wszystko opisane. Co zrobić, jak i kiedy. Zapisane w policyjnych procedurach. Dlaczego nie przeszukali domu, piwnicy, nie przekopali ogródka? Nie przycisnęli męża?

   Po co się wysilać? Po co się męczyć? Po co pracować, jak można nic nie robić? Naszym policyjnym „geniuszom” się nie chciało, nie chciało przez dwadzieścia lat. Zasada jest prosta. Im więcej przywilejów, tym gorsza praca. Tym gorsze efekty. Widać to po naszych policjantach. Widać to po naszych sędziach, po prokuratorach, po całym naszym tzw. „wymiarze sprawiedliwości”. Nasi policjanci jedyne, o czym myślą, to żeby usadzić swoje cztery litery w fotelu i nie odrywać tyłka od fotela aż do samego końca służby, no chyba żeby trzeba było odwiedzić kibel. Albo zrobić sobie herbatę. Lub wsadzić koleżance ręka pod służbową spódnicę. Nasi policjanci słodkie mają życie. Bez wysiłku. I żeby tak trwała ta błoga nirwana w fotelu na coraz grubszym tyłku, aż do samej policyjnej emerytury po piętnastu latach służby. Nasi policjanci, i to ci z wydziałów śledczych, nie znajdą nawet słonia w ZOO. Umieją tylko trwać. I czekać. Doczekać emerytury. Trzydziestokilkuletni policyjny emeryt osiągnie cel swego życia: dostanie fuchę wykidajły w agencji towarzyskiej, będzie woził panienki klientom, albo będzie układał płytki, w najgorszym razie zostanie ochroniarzem w supermarkecie.  I się żyje!

   Dobrze, ze po dwudziestu latach policjanci z archiwum X złapali mordercę. Ale to żaden sukces, że policja łapie mordercę po dwudziestu latach. I to żadnego geniusza zbrodni. Zabić żonę i zamurować ciało w piwnicy: tytan intelektu by tego nie wymyślił. Prawda jest taka, że przestępcy w większości są po prostu głupi. Głupi i prymitywni. Robią, co robią, i myślą, że im się uda. Że będą mieli fart. Przy naszej policji zazwyczaj im się udaje. Policjanci z archiwum X pokazują prawdziwy poziom naszej policji, całą jej nędze, bylejakość, tumiwisizm; zaklęty krąg nieudolności, nepotyzmu i korupcji, jaka w niej panuje.

   Czy wpadają tylko głupi przestępcy? Hmm, na to wychodzi. Głupi, leniwy policjanta złapie tylko głupiego przestępcę. „Geniusz zbrodni” ujdzie cało? Geniusz to punkt na ruchomej skali. Względne słowo.

 

Czy rodzice Madelaine są geniuszami zbrodni? Wątpię. Nie ponieśli kary, prawda. I już nie poniosą. Nie sądzę jednakże, aby zaplanowali na zimno morderstwo małej Madelaine. Tak wyszło. Tatuś się wkurzył na Madzię, córka go znowu czymś zdenerwowała, więc ją zdzielił, co miał pod ręką. Albo matka ją uderzyła. Lub walnęła dzieckiem o ścianę. Bo to też jest nerwowa kobieta. Dzień, jak co dzień. Nie chcieli jej zabić, tylko ukarać. Dla jej dobra. Żeby Madzia była lepsza. No i tak wyszło. Tatuś, lub mamusia, walnął Madelaine, a Madelaine kopnęła w kalendarz. Ale im się upiekło, tym angielskim, kochającym inaczej rodzicom. Nie zostali ukarani za zbrodnię. Policjanci mogli im tylko pogrozić placem. Nie więcej. Nie jest to małe osiągnięcie, ograć policję dwóch państw. Portugalką policję i angielską. Naszą policją wykiwać – żadna sztuka. Rodzice małej Madelaine mieli fart. Dla policjanta, prawdziwego policjanta to niezmiernie frustrująca sytuacja – nieukarana zbrodnia. Wiedza, że on, ona jest mordercą i ta niemoc, gdy nic nie można zrobić. Portugalscy policji w końcu nie wytrzymali i wezwali z Anglii angielską parę, by postawić im zarzut zabójstwa córki. Czy zażądali ich ekstradycji? Dokładnie nie pamiętam. Zrobił się huczek w prasie pełen oburzenia: czemu policja czepia się rodziców Madelaine? Niech policjanci szukają Madelaine a nie prześladują niewinnych, cierpiących rodziców!

   Nic z tego nie wyszło. On i ona, para angielskich lekarzy, rodziców - morderców nie pękli, nadal trzymali się swojej wersji. Co specjalnie nie dziwi. Policjanci nic nie mogli im zrobić, choć szczerze chcieli. Nie ma ciała, nie ma dowodów. Sprawa zamknięta. Chyba, żeby wziąć rodziców na tortury. Wtedy wszystko wyśpiewają. Ale tortury są zakazane jak najsurowiej. Ci mordercy, angielscy lekarze, pozostaną nieukarani.

   Inny przypadek. Też angielska para. Ze sfer wyższych. Ona trzydziestokilkuletnia menadżer banku z londyńskiego City, jej mąż też z elity. Mieli wszystko, ale brakowało im dziecka. Marzyli i dziecku. Nie mogli mieć własnego, więc adoptowali chłopca. Pamiętam go ze zdjęcia. Drobny, śmiejący się blondynek, o twarzy cherubina. Śliczny chłopiec. Najlepsi rodzice wybrali sobie najlepsze dziecko dostępne na rynku. Do idealnych rodziców pasuje tylko idealne dziecko. Ale nie ma idealnych dzieci, podobnie jak nie ma idealnych dorosłych. Chłopiec marzył o kochających rodzicach, o ciepłym domu, niekoniecznie pałacu, spokoju, o bezpieczeństwie, o mamie, do której będzie mógł się przytulić, która będzie go kochała. Przecież to był mały chłopiec, miał z pięć lat. Chłopczyk marzył o dziecięcym raju a trafił do piekła, piekła klasy luks. Byli to naprawdę bardzo zamożni ludzie. Elita. Oboje: ona i on porzucili świetnie płatną pracę, by poświecić się wychowaniu swego wyśnionego dziecka. I odkryli z niesmakiem, że ich wymarzone dziecko nie spełnia wymagań. Nie jest takie idealne, jak by tego pragnęli. Trzeba go poprawić, nieco zmienić, trzeba nad dzieckiem popracować, by dorósł do ich oczekiwań, by sprostał ich wysokim wymaganiom. Poświęcili się tej pracy, potarzam: bogaci, wykształceni, kulturalni ludzie z angielskiego establishmentu tak intensywnie, że chłopiec tego nie przeżył. Umarł w szpitalu. Nowi rodzice nie bili go. O nie, żadnego bicia. Byli to tolerancyjni, postępowi ludzie brzydzący się przemocą, czy biciem dzieci. Mieli inną metodę. Za karę – oczywiście tylko wtedy, gdy zasłużył – chłopiec musiał jeść sól. Jedną łyżką soli, dwie łyżki soli i tak dalej. Był cały katalog kar i mnóstwo soli.

   Chłopiec umarł w szpitalu. Lekarze wykryli niezwykle wysoki poziom soli w ciele dziecka. Rodzice klasy luks stanęli przed sądem. Nie wiem, jaka dostali karę. Sądy bywają w takich sprawach albo bardzo surowe, albo bardzo łagodne. Jaką by nie ponieśli karę, nie sądzę, aby poczuwali się do winy. Poświęcili się, starali, chcieli jak najlepiej dla swego adoptowanego syna. Nie wyszło. Gdyby chłopiec miał wyższą tolerancję na sól kuchenną, może by się udało? Może się uda następnym razem? Z kolejnym adoptowanym dzieckiem? Będzie bardziej odporne na sól?

 

Rodzice małej Madelaine nawet nie stanęli przed sądem. I już nie staną. Szanse na to są minimalne. Chyba żeby się pokłócili i zaczęli zaznawać przeciwko sobie. Gdyby na przykład on zrobił skok w bok, a ona zemsty go wydała? Albo na odwrót? Mała szansa. Za dużo mają do stracenia. Nic tak nie cementuje związku, jak wspólnie popełnione morderstwo. Nie ma też szans na zalegalizowanie tortur. Więc małżeństwo angielskich lekarzy, rodzice Madelaine mogą spać spokojnie.

   Są ludzie, którzy mają szczęście. Jedni wygrywają na loterii, inni, lub inne, łowią milionera na męża, są i tacy, co znajdują skarby w ziemi. Szczęście nie omija przestępców, również morderców. Bywają mordercy, którzy nie zostaną ukarani. Nie spędzą nawet dnia w więzieniu za swe czyny. Akutrat w Polsce to nie dziwi. U nas to reguła, nie wyjątek, że mordercy unikają kary. Tylu było zbrodniarzy niemieckich, sowieckich, żydowskich… Ilu zostało ukaranych? Jedynie nieliczni pechowcy. Zatem to nie dziwne u nas owa bezkarność morderców. Co innego na Zachodzie, tam wierzą w prawo, w sprawiedliwość, w wyższy porządek, choć już nie w Boga. Dla niektórych może to być bardzo przykra myśl. Taka jednak jest prawda Wielu morderców unika kary. Mordercy dzieci także są bezkarni. Najczęściej razem z ciałem dziecka zakopywana jest i kara. Czasem nawet wówczas, gdy wina jest oczywista, sprawcy unikają kary. Najcięższa zbrodnia to morderstwo. Najgorszym morderstwem jest dzieciobójstwo.

   Ale także dzieciobójcy mają fart. Również dzieciobójcy, mordercy własnych dzieci, mają szczęście. Najcięższe, najpotworniejsze zbrodnie pozostają nieukarane.

 

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą autora.

 

Ocena wpisu: 
4
Twoja ocena: Brak Średnio: 3.3 (głosów:9)

Komentarze

Medycyna sądowa i psychologia kryminalna to pewne dziedziny nauki (i wiedzy).

 Nie jestem pewna, czy dla osób nie będących profesjonalistami albo sensatami jest to w istocie tematyka najważniejsza. Osobiście wolałabym wpisy niekoniecznie na tematy kryminalno-sądowe. Zwłaszcza że z ogromną ilością "kryminałów" mamy do czynienia na co dzień. Istnieje przecież problem higieny, nie tylko w sensie fizycznym, lecz również  - psychologicznym. Mam wystarczającą ilość "kryminału" w związku ze zbrodnią smoleńską. Uważam, że medycyną sądową oraz psychologią kryminalną powinni zajmować się ci, którzy chcą to robić zawodowo. Nie-profesjonalistom tę tematykę należy, moim zdaniem, odpuścić.

 A z pewnością - nie serwować jej. Satis!

Podoba mi się!
1
Nie podoba mi się!
0

_________________________________________________________

Nemo me impune lacessit - nie ujdzie bezkarnie ten, kto ze mną zacznie

katarzyna.tarnawska

#1538741

Sądzi Pani, że pewnych rzeczy lepiej nie pisać? Nie omawiać publicznie? Zostawić je mitycznym fachowcom: policjantom, psychologom czy psychiatrom sądowym, żeby wykonali za nas brudną robotę, gdzieś w ukryciu? Z dala od naszych oczu, od naszych uszu? Żeby nam było milej?

Pewnie ma Pani rację. Tak byłoby przyjemniej. A najlepiej byłoby gdyby żadni rodzice nie katowali swego dziecka na śmierć. Jednak to się zdarza. Rzadko, bardzo rzadko, ale się zdarza.

Naprawdę, chciałbym tak jak Pani radzi pisać tylko o miłych rzeczach, a nie o tych nieprzyjemnych. Potrzebna jest higiena psychiczna, nie myśleć o tym, o czym nie trzeba myśleć. Nie zaglądać tam, gdzie inni nie zaglądają. Ale nie mogę. Jakoś zawsze coś mi staje na zawadzie. I wychodzi to, co wychodzi, nawet jak mam szczery zamiar napisać miły tekst. To pewnie kwestia osobistych przeżyć, wspomnień, konstrukcji psychicznej. 

Czyli, nie ma dla mnie nadziei. 

 

Pozdrawiam

Podoba mi się!
1
Nie podoba mi się!
0

Bielinski

#1538812

powinna być nieco inna: sucha informacja o fakcie (np. Po 10-ciu latach wraca sprawa kryminalna "porwanej" Madelaine; są poważne podejrzenia wobec jej rodziców + link do pełnej informacji, podobnie jak przy Polecankach). Zainteresowani - będą szukać, niezainteresowani - pominą. Przypomnę dawną praktykę Kroniki Policyjnej, w gazetach - na ostatniej stronie, drobnym drukiem, szereg suchych informacji kryminalnych. Dziś te same informacje, ze zdjęciami, na pierwszych stronach, nie tylko brukowców. O tempora, o mores.

Gwoli sprawiedliwości dodam, że informacja z kroniki policyjnej (dawnego typu) pomogła mnie i moim dwu kolegom, złożyć końcowy egzamin praktyczny z Medycyny Sądowej. Nie mniej, choć wiedzę w tej dziedzinie musiałam zdobyć bez taryfy ulgowej, nie była owa wiedza nigdy moją pasją. Byli inni, których to fascynowało, ale przede wszystkim było i jest wielu sensatów. Niekoniecznie medyków. I nie wiem, czy są to najbardziej "zdrowe" sensacje.

Pozdrawiam.

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

_________________________________________________________

Nemo me impune lacessit - nie ujdzie bezkarnie ten, kto ze mną zacznie

katarzyna.tarnawska

#1538914

Ja również pamiętam kroniki kryminalne dawniej w gazetach. Lub kroniki milicyjne, bo wtedy była milicja obywatelska. Krótka, sucha informacja, że tu i tam znaleziono zwłoki młodej kobiety, albo, że na ulicy ... napadnięto na przechodnia, itp. Rozumiem, że taką formę Pani dopuszcza. Te kroniki pisano i czytano przez stulecia, od samego początku prasy. Tyle że ta forma bardzo się rozwinęła, np. w powieści detektywistyczne, jak np. Agaty Christie, Arthura Conan Doyle'a czy wielu innych. Ja lubię czarne amerykańskie kryminały np. Raymonda Chandlera. Nie miałem natomiast nigdy predylekcji do medycyny, głownie z powodu sekcji zwłok, które muszą wykonywać studenci medycyny, czy tez muszą być przy nich obecni. 

Prezentuje Pani, co nie dziwi, bardzo kobiece podejście. Są pewne sprawy o których nie warto się zajmować, myśleć, rozpamiętywać. I koniec.  Po co się nimi trapić? Zaglądanie tam, gdzie inni nie chcą, bywa czasem owocne. Taki Dostojewski pisał właściwie kryminały. "Zbrodnia i kara", czy "Bracia Karamzow" to specyficzne powieści kryminalne, gdzie zamiast pytania: kto zabił, bo to wiadomo, ważniejsze jest inne: jak doszło do zbrodni? Dlaczego np. taki miły, inteligentny student zarąbał siekierą dwie staruszki? 

Nie znaczy to, że porównuję się do Dostojewskiego. Poddaję to Pani pod rozwagę, że czasami warto wiedzieć więcej, niż tylko tyle ile zapisano w suchej notce w kronice kryminalnej. Dostojewski zresztą namiętnie czytał takie notki i tę historię o dwóch staruszkach zarąbanych siekierą także w nich znalazł. 

Zresztą współcześnie w gazetach nie ma już kroniki kryminalnej. Zdechła i kronika kryminalna. Czemu umarło to, co świetnie się miało przez stulecia? Może dlatego że jesteśmy lepsi, mądrzejsi, wspanialsi, niż kiedyś? Albo, jesteśmy znacznie bogatsi. Stać nas na mnóstwo lukru, by się osłodzić, na politury i lakiery, oczywiście zdrowe, ekologiczne,  by błyszczeć swymi zaletami, łatwo i za bezcen można nakupić mnóstwo wazeliny by zmniejszyć opór i by gładko szło?

No i dziś już nikt nie czyta Dostojewskiego. Po co te mroczne historie nam - nowym, mądrym, pięknym ludziom w nowym, wspaniałym świecie? 

 

Pozdrawiam

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

Bielinski

#1539017