W poszukiwaniu straconych miliardów

Obrazek użytkownika Bielinski
Humor i satyra

I stało się pewnego pamiętnego dnia, wkrótce po zwycięskich wyborach, iże Pan Prezes wezwawszy panią premier, panów wicepremierów i rozliczne stado ministrów rzekł im krótko i węzłowato: pięćset plus! Ci stali ogłupiali, nic nie pojmując, gęby tylko rozdziawiając, jak te stado baranów, co widząc Pan Prezes ulitował się nad nimi i rzekł łaskawie a dobrotliwie:

    - Chcę i nakazuję, aby każde dziecko otrzymywało z kasy państwa pięćset złotych miesięcznie, lub więcej. Lecz nie mniej. Pięćset złotych na godziwe życie dzieci, ich matek, ojców, całych rodzin. Dzięki tym pieniądzom kobiety zaczną rodzić więcej dzieci, przełamiemy fatalny trend demograficzny i wreszcie zacznie nas przybywać! Nasz naród przestanie się kurczyć a będzie rósł! Rósł i rósł. I widzę naród nasz ogromny, jak tocząca się śnieżna kula. Wszystko dzięki 500+! Dzięki naszej partii, dzięki mnie! Liczba Niemców spada i dobrze, u Rosjan katastrofa demograficzna, cudownie, a my rośniemy! W ten sposób pokonamy wrogów i wkroczymy w XXII wiek! Poza tym dzięki 500+ wygramy następne wybory. Ci, co dostaną pieniądze zagłosują na nas bezapelacyjnie. Wygramy! Następne wybory mamy w kieszeni. Może nawet zdobędziemy większość wystarczającą, by zmienić konstytucję…? Daj Panie Boże! – zakończył rozmarzony Pan Prezes a zgormadzonych ogarnął szalony entuzjazm.

   - Wspaniale! Cudownie! Genialnie! Genialny pomysł!!! Genialny! Geniusz! Geniusz!! Nie, brylant! Dyjament! Po prostu geniusz! Polityczny geniusz!!! Wspaniały pomysł! Nokaut! Polityczny nokaut! – rozległy się okrzyki zachwytu. Krzyczeli na wyścigi i pani premier i panowie wicepremierzy i szeregowi ministrowie. Rzuciła się Rada Ministrów w pełnym, konstytucyjnym składzie do nóg Pana Prezesa i ministrowie na wyścigi jęli obłapiać go pod kolana patrząc z zachwytem w Jego twarz: surową, mądrą a marsową, jakby wykutą z granitu. Jakoby boga. Pan Prezes rad z siebie, w pełni mocy swego politycznego geniuszu, tryumfując w swej laskowości dawał jednakowoż maluczkim swoją dłoń do pocałowania, którą to dłoń całowali ministrowie z wielkim ukontentowaniem i uszanowaniem. Jeden z ministrów drugiego szeregu, czy to niezbyt pewnie jeszcze się czując na ministerialnym stolcu, lubo chcąc awansować na lepsze stanowisko, wpadł w taki entuzjazm, że ucałował półbuty Wielkiego Prezesa. I nie zaprzestał całowania, póki nie wylizał jęzorem parę czarnych półbutów Pana Prezesa od czubka po obcas, wyglansował tak, że aże lśniły, jako księżyc w pełni. Jako księżyce dwa. Dobry Pan Prezes przystał i na to.

    Do białego rana paliły się światła w oknach Kancelarii Prezesa Rady Ministrów owej nocy, gdy padł rozkaz Pana Prezesa. Pani premier i ministrowie gorączkowo szukali sposobu, jak wykonać wolę Pana Prezesa. Pomysł wspaniały, genialny, najlepszy, z tym zgadzali się wszyscy, trzeba było jednak było znaleźć pieniądze na realizację programu godnego życia dla dzieci, ich matek i wszystkich polskich rodzin. Tu pojawiały się kłopoty. Wstępne wyliczenia wykazały, że potrzeba by na to ze czterdzieści miliardów, kwotę niewyobrażalną. Budżet nie wytrzyma takiego wydatku. Atoli pośpieszne konsultacje z Panem Prezesem, któremu przerwano słodki a należny sen, co nigdy do tej pory się nie zdarzało, oraz nocna audiencja pani premier u Pana Prezesa pozwoliły wyjaśnić, iż ministrowie w swej głupocie źle zrozumieli pomysł Pana Prezesa. Albowiem Pan prezes mówił o programie 500+ na drugie i kolejne dziecko. Poprawiło to sytuację, lecz nie rozwiązało problemu, albowiem nadal brakowało lekko licząc ze dwadzieścia trzy, cztery miliardy, jak szybko obliczył wicepremiera od finansów.

   Pośpieszny telefon do prezesa banku centralnego ujawnił, że prezes wydrukuje te dwadzieścia cztery miliardy. Nie ma problemu. Dwadzieścia cztery, czy czterdzieści miliardów, albo i więcej. Bank wydrukuje ile trzeba. Papier jest, maszyny są, ludzie są, moce przerobowe są. W czym problem? Gdy ministrowie z radością już przystępowali do dzielenia owych cudownie zdobytych czterdziestu miliardów, któryś z ministrów zapytał kwaśno: co na to powie zagranica? Co powie Międzynarodowy Fundusz Walutowy? Jak zareaguje Unia Europejska? Ministrowie posmutnieli, zmarkotnieli, zwiesili nosy na kwintę. Wiedzieli doskonale, iż zachód wrzeszczałby w niebogłosy; grzmiałby, że to drukowanie pieniędzy, że to rozdawnictwo, marnotrawstwo, że to droga do hiperinflacji, choć sami u siebie robią to samo. Im wolno, nam nie pozwolą – smutno westchnęła pani premier. I pomysł zdechł. Trzeba było szukać dalej. Inny pomysł to ciąć wydatki, a co się zaoszczędzi przeznaczyć na narodową prokreację. Atoli każdy z ministrów zgadzając się ogólnie, że wydatki trzeba ciąć, zażarcie walczył o swoje i ani złotówki nie chciał odstąpić mówiąc, że oszczędności trzeba szukać, tak, owszem, lecz nie u niego a w sąsiednim ministerstwie., Wielka stąd wynikła kłótnia, dąsy i niesnaski. Burza „muzguw” rządu dobrej zmiany trwała nadal. Lecz rezultaty nader mizerne przyniosła, bowiem jak słusznie powiada przysłowie: z próżnego to i Salomon nie naleje.

   Przez kolejne dni i noce trwały zajadłe dyskusje pośród ministrów, polityków, posłów prześwietnych a sprytnych, oraz zauszników Pana Prezesa. Koniec końców pani premier ośmieliła się zwrócić wprost do Pana Prezesa jak do ojca rodzonego po wysłuchanie i ratunek, bowiem czuła, iż już nic nowego nie wymyślą ni ona, ni cała rada ministrów, poza pożyczeniem pieniędzy, czyli zwiększeniem deficytu. I Pan Prezes łaskawie dał jej wysłuchanie i rzekł jej, że pieniądze na 500 plus są zapewnione. Że nie trzeba ich drukować, bo zachodni bankierzy będą krzyczeć i wydziwiać, że nie wolno zwiększać deficytu, bo to też się nie spodoba podoba, bo i nie ma potrzeby. Te pieniądze są i łatwo można je zdobyć i pokryć wydatki. Są to pieniądze, które omijają budżet – łagodnie tłumaczył Pan Prezes.  Ściąganie podatków to istne sito, przez które przeciekają miliardy należne państwu. Łapówkarstwo, korupcja, układy. Jak się uszczelni ściąganie podatków, to te pieniądze trafią do potrzebujących polskich dzieci. Zatem: żadnego drukowania, żadnego cięcia, bo inne wydatki są też ważne, żadnego powiększania deficytu, czy pożyczania trzeba uszczelnić ściąganie podatków. No i odzyskać stracone dochody. Trzeba odnaleźć zaginione miliardy. I po kłopocie. Wydawanie przez uszczelnianie, przez odnalezienie, to nasza, własna, unikalna droga do pomyślności i szczęścia narodu i państwa – zakończył Pan Prezes.

   I pojęła w końcu pani premier głębię genialnego pomysłu Pana Prezesa. Jak to się robi, by wydać więcej, mając mniej. Jak oszczędzać przez wydawanie. Jak wydawać przez oszczędzanie. Wróciwszy do kancelarii, wezwała pani premier wicepremiera od finansów. Gdy ten się zjawił, rzekła mu krótko: znajdź zagubione miliardy! Odzyskaj miliardy stracone dla budżetu. To z tych pieniędzy sfinansujemy program 500+, program godnego życia polskich rodzin, polskich dzieci. Nie znajdziesz tych miliardów, to nie masz co tu wracać. Kto inny poszuka i znajdzie. Posmutniał wicepremier, lecz co było robić? Jak trzeba szukać, to trzeba szukać. Jak trzeba znaleźć, to trzeba znaleźć. Nie ma zmiłuj. Nie ma litości. Jak się zgubiło miliardy, to należy je odnaleźć. Odzyskać. I wydać.

   Wezwał wicepremier i minister finansów wszystkich sowich zastępców, a było ich 27 i przemówił do nich w te słowa:

   - Wy, wy w kółko goleni nieroby, złodzieje, wałkonie zgubiliście 24 miliardy i jak mi ich nie znajdziecie to ja się z wami policzę. Wszystkich wywalę na zbity pysk. Zaraz mi tu brać się do roboty, ludzi gonić, dopingować i szukać! Szukać, szukać mi tu zaginionych miliardów! Bo jak nie to ja was…

    Tu powiódł wicepremier dobrej zmiany palcem po zastępie swych licznych zastępcach, ci zaś pochylali się pod grozą jego palca wskazującego jak źdźbła trawy przyginane wiatrem. I ruszyli wiceministry z ogniem w oczach płonąc chęcią wykonania zadania i wykazania się gorliwości w służbie Prezesowi, Bogu i Skarbowi Państwa a nozdrzach czując zew krwi, jak stado wilków goniące jelenia. W urzędach skarbowych, w urzędach celnych całym kraju odbyły się gorączkowe narady, całonocne posiedzenia, nasiadówy i posiadówy, jak te zagubione miliardy odnaleźć.

    I ruszyła lawina. Od Bałtyku po Tatry, od Szczecina po Przemyśl, od Bugu po Odrę, jak kraj długi i szeroki wylegli urzędnicy ważnych urzędów i rozeźli się po okolicy szukając zagubionych miliardów, jak mrówki wyłażące z mrowiska. Lecz to nie mrówki były, lecz urzędnicy urzędów skarbowych i celnych w równych falangach, pogrupowane w karne kompanie i rojne bataliony. W samej stolicy, w Ministerstwie Finansów jak urzędnicy zaczęli wychodzić rankiem tak wychodzili do wieczora, aż podziw brał. Wychodzili urzędnicy i urzędniczki i wychodzili, i wychodzili i końca nie było widać. Sam minister i wicepremier się dziwował, gdy na to patrzył, bo jak sam mówił nie miał pojęcia, że aż tylu urzędników roi się w ministerstwie. Gdzie ci ludzie się pomieścili – pytał się sam siebie mądry wicepremier – gmach naszego ministerstwa wielki jest, potężny i okazały, ale żeby aż tylu urzędników pomieścił? Cuda, cuda, cuda. Żadne cuda, lecz zmyślność mieszkańców stolicy. Nie wiedział wicepremier, że to tylko część, mniej niż połowa zatrudnionych w ministerstwie urzędników wyruszyła z gmachu, reszta przedstawiła zwolnienia lekarskie. Lecz tych urzędników, co się stawili, starczyło na uformowano osiemnaście batalionów marszowych, ruszających w bój w poszukiwaniu zagubionych miliardów. Dziewięć batalionów kobiecych, sześć batalionów męskich i trzy bataliony mieszane męsko-damskie grupujące pary formalne i nieformalne, zresztą ku żywemu niezadowoleniu zainteresowanych. Było też pól batalionu, właściwie kompania mniejszości seksualnych LGTiBiPiZ, ale ci długo nie maszerowali. Gdy pochód przemaszerował koło miejskich szaletów, kompania LGTiBiPiZ rozpłynęła się jak kamfora. Gdzie się podzieli urzędnicy z mniejszości seksualnych, tego nie wiadomo, różnie o tym mówią. Wiadomo za to, że przez cały dzień i noc owe szalety miejskie były nieczynne. To znaczy niby były czynne, lecz ci nieszczęśnicy, co przymuszeni mocą natury tam weszli, to niestety… Pechowcy. Wyszli całkiem inni, niż weszli.  

   Dywizja urzędników ministerialnych, owe osiemnaście batalionów, pośród entuzjazmu tłumu, przemaszerowała alejami z pieśnią na ustach, sam Pan Prezes pokiwał im dłonią z balkonu. Lecz potem zawróciła i… powróciła do ministerstwa. Urzędnicy ministerstwa, nasza elita urzędnicza, elita warszawska była zbyt cenna by samemu po lasach  szukać miliardów. Oni byli stworzeni do wyższych celów, na narybek nowych urzędników. Do organizacji, do wytyczania celów, do monitowania, do nadzoru. Inni urzędnicy urzędów skarbowych i celnych, czyli cała reszta z tzw. terenu, nie mieli tyle szczęścia. Musieli szukać zagubionych miliardów. Jak te mrówki, urzędnicy przemierzali niestrudzenie pola i lasy, łąki i sady, góry i doliny w poszukiwaniu zagubionych miliardów. Nie było kamienia, którego by nie odwalili, nie było nory, do której by nie zajrzeli, nie było rury, czy przepustu, do którego by się nie wczołgali. Byli i desperaci, co w zimie brodzili w rzekach i strumieniach; byli inni co nurkowali na dno jezior, a nawet nurzali się w lodowatym morzu przy sztormie 10 w skali Beauforta. Niestrudzeni w szukaniu straconych miliardów.

   Zdarzało się, że rolnik orząc rolę pługiem wyorał… nie głaz, jak dumał, lecz urzędnika skarbowego ryjącego w ziemi. Bywało, iż rybak wyciągając na łódź sieć ciężką od połowu, wyłowił nie ryby…, lecz kilku urzędników celnych na dnie morza szukających skarbu. Nawet i Bogu ducha winny grzybiarz, gdy sobie sikał zadowolony pod drzewkiem, często gęsto okazało się, iż osikał nie pniaczek, ale urzędniczkę celna, lub urzędnika skarbowego, co sobie przysnęli na miękkim mchu zmęczeni poszukiwaniami zaginionych miliardów. Czy to prawda, że niektóre urzędniczki skarbowe, młode i urodziwe zaproponowały odpracowanie zagubionych miliardów w domach publicznych sygnowanych znakiem Urzędu Skarbowego, tego nie potwierdzę, lecz też nie zaprzeczę. Różne chodziły pogłoski na ten temat. Już same takie pogłoski świadczą o skali poświecenia urzędników, tj. urzędniczek, które ofiarowały swe niewinne a nadobna ciała, aby zapewnić stałe dochody skarbowi państwa. Tak było. Ofiarność urzędników skarbowych i celnych biła wszelkie granice. Nikt temu nie zaprzeczy. Sławne to czasy męstwem, wytrwałością, nadludzkim samozaparciem i poświeceniem naszych urzędników celnych i skarbowych nieulękłych w poszukiwania zaginionych miliardów. Że wyniki były mizerne, prawie, że żadne? Co znaleźli urzędnicy?

   Ot, złomu siedemnaście ton, kilkaset kilogramów grzybów, kilka ton ziemniaków, kilka ton buraków cukrowych, o które to buraki i ziemniaki ciemni, nieuświadomieni rolnicy z województwa podlaskiego i wielkopolskiego wytoczyli urzędom procesy o odszkodowania, gdyż rzekomo urzędnicy skarbowi i celni bardziej zryli pola niźli dziki. Trochę bursztynu, jedna złota obrączka przez kogoś zgubiona, kilka grotów strzał i włóczni z kultury wielbarskiej wykopanych przez zdeterminowanych urzędników skarbowych z Podkarpacia na odkrywce archeologicznej ku żywemu wzburzeniu rzeczonych archeologów. I o co była ta awantura?  O jakieś groty?! Śmiecie do niczego nieprzydatne? Nawet w skupie złomu ich nie chcieli. Dalej: nie licząc ryb, ślimaków, krabów, pewnej liczby saren i jeleni, upolowanych przypadkiem, oraz mnóstwa znalezionych używanych prezerwatyw, zużytych opon, tudzież zardzewiałych lodówek oraz innych śmieci porzucanych w lesie, to plony takich intensywnych poszukiwań przez taką masę urzędników były nader mizerne.

   Czy urzędnicy nic nie znaleźli? I tak, i nie. Urzędnicy nie znaleźli, ale urząd znalazł, ministerstwo znalazło. Rząd znalazł. Program 500plus ruszył i impetem, jest realizowany i jest to największy triumf rządu dobrej zmiany. Cud niemniemany, cud prawdziwy. Nie ma miliardów, są miliardy. Tak bywa. Zdarza się, choć rzadko. Nie darmo wicepremierem i ministrem finansów jest były bankier alias bankster. Takie hokus-pokus, finansowe czary, wyciąganie miliardów z królika, czy innego cylindra dla niego to nic trudnego. Zęby na tym zjadł. Na robieniu czegoś z niczego. Lub na odwrót: niczego z czegoś.

   Rad jest z siebie wicepremier, minister finansów. Że nie znajdując, znalazł. Znajduje, nie znajdując. Że tworzy coś z niczego. Przeciwnie niż ten nieudacznik Salomon, on – minister rządu dobrej – zmiany naleje z próżnego. Cieszy się i pani premier z kolejnego sukcesu swego rządu. Nawet Pan Prezes jest zadowolony. Nie szczęśliwy, ale zadowolony, to już dużo. Pan Prezes patrzy w przyszłość i obmyśla następne korki na politycznej szachownicy, co najmniej dziesięć ruchów naprzód. Pan Prezes zadowolony z dotychczasowych sukcesów, rad ze znalezionych dwudziestu kilku miliardów patrzy w swoją kryształowa kulę, patrzy i myśli, i rozważa w duchu. I zastanawia.  Analizuje. Kombinuje.

   Kto wie, co wymyśli polityczny geniusz? Jaki cios zada oponentom politycznym? Geniusz w wydawaniu cudzych pieniędzy, czy poprzesta na programie 500+? Czy program 500+ nie zastąpi program 1500+ w stosownej porze na przykład przed wyborami? Lub 2500+? Czemu by nie? Czemu by nie dobić opozycji? Wygrać kolejne wybory? Zdobyć większość konstytucyjną? Założyć dynastię? Pokusa nie do odparcia. Jak się udało znaleźć, nie znajdując, dwadzieścia kilka miliardów, to uda się znaleźć, nie znajdując i pięćdziesiąt miliardów. Albo i sto. Kto wie?  Jeśli tak się stanie… Urzędnicy skarbowi i celni znów ruszą na poszukiwania zaginionych miliardów. I znów znajdą, nie znajdując.

   Takie jest nasze polityczne życie. Nasze polityczne qui pro quo. Nasi politycy wiedzą, że łatwo i miło jest dawać z cudzego, czyli z budżetu. Ulubione dyscyplina naszych polityków to zabawa, w kto rozda więcej budżetowych pieniędzy. Budżetowych, czyli pieniędzy podatników. Trwa wyścig świętych Mikołajów, gdyż podarki funduje ktoś inny. Głupi, niech płacą. Poza tym, kto by się tym przejmował tym, co myślą ci, co jeszcze płaca podatki? Po nas choćby potop. 

 

 Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą autora. 

Ocena wpisu: 
Twoja ocena: Brak Średnio: 2.9 (głosów:12)

Komentarze

w rodzaju " Sami swoi" lub "Miś". A tak na poważnie, to może Pan wie jak wyjść ze stanu zadłużenia Polski? To jest chyba jedyny początek każdej zmiany....aby mogła być dobra. Szkoda ,że o tym się wogóle nie mówi. Pozdrawiam

Podoba mi się!
3
Nie podoba mi się!
-4

Verita

#1526758

Witam,

wyjście z zadłużenia jest proste, znane kazdemu: wydawać mniej, niż się zarabia, resztą spłacać długi. Ale to rozwiązanie nie  dla naszych polityków. Jak  tu się nie zadlużać, gdy długi spłaci kto inny? Jak nie brać długów na cudzy rachunek? Politycy sa jak złodziej, który ukradł złotą kartę kredytową. Hulaj dusza, raz się żyje!

I tak to leci Jest program 500+, wkrótce będzie 1000+. Potem mercedes+. A co? Im nie wolno? 

 

Pozdrawiam

Podoba mi się!
3
Nie podoba mi się!
-5

Bielinski

#1526767

...od zaprzestania zadłużania. Wszystko inne to sprawy drugorzędne. A tymczasem jest odwrotnie. Rząd zajmuje się wszystkim...tylko nie tym. Zadłużenie wciąż rośnie. Czy bankier może uzdrowić ten stan?? To tak jakby wilkowi kazano pilnować stado owiec. Tymczasem baranki same sobie wybrały wilka na premiera i chwalą go za to , że dzisiaj tylko 3 zostały pożarte. Pozdrawiam

Podoba mi się!
2
Nie podoba mi się!
-4

Verita

#1526799

...przez lata wbijano w głowe, że PO tragiedii rządów Tuska i Kopacz, życie uratuje im wyłącznie PIS. Polacy w swojej naiwności nadal sądzą, ze to oni dokonali wyboru, wbrew wszystkim złym siłom. Nikt nie zauważa, że "ciągłość władzy" trwa. Jestem przedsiębiorcą i po latach duszenia i wbijania w ziemię przez kolejne rządy, nadal jestem duszony i wbijany, a jedyna "dobra zmiana" jaka odczuwam, to niewątpliwe "uszczelnienie systemu podatkowego", zwiększenie uprawnień urzędów skarbowych, ZUSu, wszelkiej masci śłużb i urzędników. Policja staje się co raz bardziej represyjna, co tłumaczą nam bezpieczeństwem społeczeństwa. Głównym sukcesem rządu jest rozdawnictwo moich pieniędzy.Wyciągnięto kolejnego królika z kapelusza, "szpeca" od gospodarki (Morawiecki) o którym nikt wcześniej nie słyszał Przestępcy z poprzednich ekip rządzących czują się nadal bezkarnie. Przez rok nie wyjaśniono żadnej afery, a przestępcy w rolach ekspertów nadal "brylują" w mediach, również tych pod wodzą Kurskiego. A mialo być tak pięknie...

Podoba mi się!
2
Nie podoba mi się!
-4
#1526813

No tak, ale ten co daje, płaci podatki, ma taki sam głos w wyborach, jak ten co bierze zasiłki, zapomogi etc. Ten co płaci często nie chodzi na wybory. Jest zmęcozny po ciężkim dniu w pracy, chce odpocząć, nie zależy mu.. Ci, co biorą, chodzą na wybory - nie mają nic innego do roboty. Dla nich to ważne, nie odpuszczą wyborów, zależą od nich ich zaisiłki.

Tak rośnie liczba tych co biora, spada tych co płacą.

Co będzie, gdy liczba życjących z zasiłków przewyższy licze płacącąch podatki? Będzie zasiłków coraz więcej, i więcej, za dni pochmurne i za slonecze, za wiatr i za mgłe... za niedzielę i za środę i piątek, i inne dni tygodnia. Za narodziny i za śmierć to już są. Tak demokracja zamienia się w pajdokrację i po drodze w kleptokrację. 

W XIX w. w Angli prawo głosu miała tylko osoba posiadająca określony majątek, tj. płacąca podatki. Tam ci co biorą nie przegłosowali tych, co placa. CI nic nie płacili nie mieli prawa głosu. Nie decydowali o tym na co wydać cudze pieniądze. Czy to jest wyjście?

 

Pozdrawiam

Podoba mi się!
1
Nie podoba mi się!
-3

Bielinski

#1526817

Ja chyba czegoś tu nie rozumiem.  Pan prezes jest zły, bo dał na  dzieci, i to z budżetu, i dlatego jest zły. Powinien nic nie dawać, żeby odbudować budżet, czyli spłacić długi i już byłby dobry.
Czego nie rozumiem?
Po pierwsze: dlaczego prezes ma spłacać czyjeś długi, skoro żadna ekipa się tym nie przejmowała i było świetnie, dla niektórych?
Po drugie: dlaczego nie wolno wspierać polskich rodzin w tym pokomunistycznym grajdole, gdzie dochody pracowników nie pozwalają nierzadko w ogóle na posiadanie dzieci?
Po trzecie: kiedy to porzuciliśmy socjalizm, bo chyba coś przegapiłem?
Po czwarte: Na jakie to szczytne cele szły pieniądze z budżetu przez ostatnie 25 lat, skoro zawsze brakowało na dzieci i jest o to teraz taki hałas?
Co do zasiłków, to skoro nie opłaca się pracować, a nie jest to puki co zasługą PiS-u, bo zarobki są nadal socjalistyczne, to poco rozważać hipotezy, jak być powinno? Szkoda czasu, ten system może dać tylko niewielką poprawę lub niewielkie pogorszenie przeciętnemu Polakowi, bo niewola trwa w najlepsze i  nie zanosi się na zmiany. Owszem będzie się wielu biedniejszym żyło trochę lepiej, ale na tym koniec.
Na Węgrzech rządzi prawica i co? Dalej mają socjalizm, chociaż żyje im się nieco lepiej, system jako taki nie został zmieniony wcale.

 

Podoba mi się!
1
Nie podoba mi się!
0

Jacek Trzaska

#1526860

Ma pan rację. Pan Prezes nie uczynił niczego nowego. On tylko kazał zrobic kolejny krok. Kolejny krok w dugim szeregu. Pierwsze było SLD, potem PO, teraz PIS, wszyscy pochalają sie nad biednymi i dyszą żądzą, jak by im tu ulżyć. Czy w ogole wyszliśmy z socjalizmu? Wielu w tym Pan Prezes nigdy nie opuściło mentalnie socjalizmu. Socjalizm był ustrojem ukierunkowanym na pomaganie biednym i wyrównywanie szans. No i mielismy: marzenie o mieszkaniu M2 w bloku z wielkiej a krzywej płyty, mały fiat i mieblościanka. I wczasy z Funduszu Wczasów Pracowniczych. I po nam była ta rewolucja? 

Zmierzamy z  socjalizmu do socjalizmu. W koło Macieju. Co było, to będzie. Tyle że zamiast PZPR będzie rządziło nam PIS, czy innna demagiczna partyjka cwaniaków i karierowiczów. 

Pod wodzą Pan Prezesa dziarsko z mierzamy do ideałów równości i sprawiedliwości społecznej.I znów będzie cudnie, i wspaniale i sprawiedliwie. Wszyscy mamy jednakowe żołądki, prawda? 

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
-2

Bielinski

#1526889