Kucharz marzeń

Obrazek użytkownika Bielinski
Kultura

Kucharz to brzmi dumnie. W dzisiejszych czasach brzmi dumnie. Wiele mam marzy, aby ich dzieciom taki przypadł los: kucharz, albo kucharka, szef kuchni w znanej restauracji, lub w wielkim hotelu. Biały fartuch, wysoka, biała czapka, powszechny szacunek, wywiady, własny program kulinarny w telewizji. Kucharz to współczesny celebryta pełna gębą. Gotowanie, praca lekka, łatwa i przyjemna, a jeść można ile wlezie i za darmo, pić za friko, i jeszcze ci za to płacą i to w dziesiątkach tysięcy miesięcznie. A ten posłuch? Ten szacunek? Ta zawiść tych durnych popaprańców, co zamiast chwycić za chochlę i gotować kopytka pod beszamelem, czy pichcić zrazy z przepiórek w płatkach róży, gęsie pipki, lub fondue z koziego sera i owczych bobków, czy inne wykwintne a drogie danie, poszli na studia jak te głupie! Tych nieudaczników: magistrów, doktorów, profesorów, z płótnem w kieszeni i debetem na koncie. Co po latach nauki nie mają nic poza goryczą w gębie, wrzodami na żołądku, wrzaskliwą, rozmamłaną żoną z tłustymi włosami i rozstępami i dwudziestoletnim oplem pod blokiem. Nic jeno płacz. Płać i płacz. Kucharze jak te paniska: własna knajpa, własne restaurant, dostają, co i rusz gwiazdki od miszelena, lub dwie gwiazdki od gudjeara. Jak ci oponiarze uwikłali się w te żarcie? Co opony mają z jedzeniem wspólnego? Kucharz: pienknymenski, bogaty wskakuje do porsze, dżaguara, czy innego lambordżini i wyrywa po drodze panienki równie łatwo jak marchewki z grządki. Oto własna restauracja, albo lepiej: sieć restauracji. W całym kraju, od Łeby po Zakopane. Albo i w Paryżu – światowej stolicy żarcia. Wieczorem występ w telewizji. Jakiś top czif, bajk off, czy gorące talerze, to jest hot plejts, czy inne hells kitczen. Lub kuchenne rewolucje. I opierdzielanie innych, i darcie z innych łacha. Podśmiechujki, podsrywujki. A jak. Publicznie. Prosto w pysk. Publika to lubi. Publika wali drzwiami i oknami, płacąc jak za zboże. Talerz rosołu za cenę, jakby na kawiorze gotowany. A co tam. Głupi, niech płacą. Dochody w milionach. I obok ferrari jeszcze i jacht, albo zamek we Francji a co najmniej wczasy na Seszelach.

  Dobrze być kucharzem w dzisiejszych czasach. Nie cesarz, kucharz to ma klawe życie. Gotować każdy umie. Lepiej lub gorzej, ale każdy gotuje. Jakoś. Gotuje jak umie. Wrzucisz ochłap na patelnię i smażysz. Jak się usmaży to do klienta. Jak się przypali, to klient też zeżre, tylko trzeba mu wytłumaczyć, że to nowy smak, ta spalenizna, najnowszy trend, prosto z Paryża, żadna tam przypalona pieczeń, ale przełamanie smaku i tradycyjnych przyzwyczajeń, zacofanych i kołtuńskich. Nowe czasy to i nowe smaki. Jak się uprze, to trzeba klientowi wytłumaczyć, że to kuchnia molekularna, i te molekuły tak muszą smakować. Ta spalenizna to smak postępu, cywilizacji, mody prosto z Paryża. Uświadomiony klient zeżre, beknie, zapłaci, podziękuję i poprosi o jeszcze. Nieuświadomiony…, a niech nie żre, byleby zapłacił rachunek! Będzie gotowe danie dla kolejnego klienta, w najgorszym razie rzuci się psu. Pies zeżre. Restauracja nie może stracić. Kucharz – wysoko opłacany specjalista, jemu także musi się opłacić. Nie ma strachu, u dobrego kucharza nic się nie zmarnuje. Co klient nie zezre, to pies zeżre. Co pies nie zeżre, to klient zeżre. Wszystko można klientowi wcisnąć. Jak by co,  to molekularna kuchnia, najmodniejsza z modnych. Wszystko, co niedobre, co się nie uda, przypalone, przesolone i spaskudzone, wszystko można wytłumaczyć kuchnią molekularną. I policzyć podwójną taryfę.

     Kiedyś to było inaczej. Kucharki małe i duże a wszystkie grube, i te ze stołówek, i te z garkuchni, z barów mlecznych… Kradły jak marzenie. Bo tez kucharka nie tylko sama musiała się urządzić, ale jeszcze rodzinę wyżywić. Męża, dzieci, brata ze szwagierką, ze dwie kuzynki i ciotkę z Kutna. Wszyscy żyli z jednej kuchni, z jednego gara. A przecież były jeszcze były inne kucharki, no i podkuchenne. Nic dziwnego, że w garze zupy, tak z 80, 100 litrów, zostawało kilka kawałków mięsa wielkości paznokcia. Zupa gęsta od mąki, że łycha stoi. Albo kotlet, na oko na pół talerza. Z góry bułka trata, z dołu bułka tarta, w środku bułka tarta. Trzeba mistrza, by tak rozklepać kawałek mięsa by miał rozmiar dłoni a grubość bibułki. Te kuchary to potrafiły. Wiele innych rzeczy również. Każdy chce żyć. Aby żyć, trzeba jeść. Dobrze to wiedzą kucharze. Kucharki ze szkoły, czy przedszkola to były w sumie dobre kobiety. Poczciwe do kości. Łączyły typową dla kucharzy pogardę dla ludzi z macierzyńską czułością dla dzieci. Nawet nie swoich, cudzych. Chciały je nakarmić jak najlepiej, oczywiście po odjęciu swojej części, z tego co pozostało.

    Kucharz to ma klawe życie. Wszyscy to widzą. Weźmy takie wojsko. W wojsku najlepsza fucha to praca w kuchni. Zamiast ganiać po polu z giwerą i wywieszonym językiem, czy taplać się w błocie ćwicząc czołganie, lub kopać na czas okop małą saperką, czy nie lepiej siedzieć sobie w ciepełku przy kuchni i dajmy na to skrobać kartofle? Siedzi sobie człowiek spokojnie, nie wrzeszczą na ciebie, nie ganiają jak psa, a szanują; siedzi sobie człowiek, zadowolony, syty, suchy i bezpieczny. Nawet gotować nie trzeba umieć, bo żolnierze i tak wszystko zeżrą, choćby nie wiem jak źle było ugotowane. Kucharz siedzi sobie, ot tyle, że od czasu do czasu zupę w kotle chochlą pomiesza, soli dosypie, drzewa podłoży do ognia. Siedzi, je i tyje. Brzuch pasie. Nawet oficer nie ma lepiej od kucharza. Chyba dopiero, jaki generał. Albo na morzu – nie ma lepszej fuchy nad kucharzowanie. Czy zamiast wychodzić na rozkołysany pokład zalewany lodowatymi falami nie lepiej siedzieć w cichej, ciepłej, suchej i bezpiecznej kuchni i obgryzać żeberko? Lub piec pączki, czy inne słodkości? Za picie na morzu marynarza wywalą na zbity pysk, podobnie jak znajdą u niego flaszkę po wódce, a kucharz musi mieć w szafce dobrą brendy np. do wypieków. Łyknie sobie kucharz porządny łyk brendy i bierze się do ugniatania ciasta. Łyk koniaku do gara, dwa łyki do gęby i tak to leci. Szybko i przyjemnie mija kolejny dzień w pracy na morzu. Dostał marynarz młot do ręki i polecenie: ma oczyścić z rdzy ze dwieście metrów łańcucha; ostukać młotem i oczyścić ogniwo po ogniwie. Z miesiąc walenia młotem w zimnie i brudzie. Beznadziejna, głupia robota, nudna jak flaki z olejem. A kucharz? Krząta się kucharz po kuchni, czyli kambuzie: wesolutki, zaróżowiony, tłuściutki i zadowolony z życia, jak król po swym małym królestwie. Nikt mu nie podskoczy. Żaden mu się nie narazi. Nawet pierwszy po Bogu – kapitan – kucharza szanuje. Jak mu kto nastąpi na odcisk, to kucharze mają swoje sposoby na zemstę. Napluje mu kucharz do zupy, albo naszcza, lub zrobi, co gorszego. Lepiej nie zadzierać z kucharzem chyba, że lubisz spać siedząc na sedesie, lub leżeć tygodniami w szpitalu. Wszyscy to wiedzą.

    Tak, tak. Nie ma lepszej fuchy nad kucharza. I równie dobrze płatnej. Ba, niektórzy zarabiają więcej, powiecie. Prawda. Ale ile taki murarz musi się nanosić cegieł, żeby zarobić? Hydraulik dajmy na to też zarobi, ale robi w gównie. Stolarz z kolej po robocie może nie doliczyć się palców. Ekspedientka cały dzień na nogach, na stojaka, a prostytutka na kolanach, lub na leżąco pracuje. Nie, nie, nie masz jak zawód kucharza. Najlepsze to zajęcie dla osób bez wykształcenia. Którym nie chciało się uczyć, albo którym nauka nie wchodziła do łba. A ci z wykształceniem, ci jajogłowi: profesory, docenci, czy doktorzy. Ilu z nich zarobi tyle co kucharz w dobrej restauracji? Nic dziwnego, iż kucharze ze swojego szczytu z głębi serca pogardzają resztą ludzkości. No, bo to i słuszne, myślą. Jak można tyle płacić za gotowanie jajek? Ale skoro tyle płacą, to głupi by nie brał. I nie chciał więcej. Dobry kucharz się ceni. Tak było zawsze. W takim starożytnym Rzymie niewolnik – kucharz był więcej wart niż kilka niewolnic o pracowitych dłoniach i powabnych ciałach. I wówczas, i dziś ludzie przedkładają rozkosze stołu nad rozkosze loża. Czas seksu liczony w minutach, gdy jeść można godzinami.

   Kiedyś garkotłuk, czy parzygnat, dziś kucharz to jest ktoś. Celebryta, milioner. Kucharz wyszedł z szeregu użytecznych rzemieślników, jak szewc, krawiec, czy stolarz. Dziś najlepsi kucharze to celebryci pełną gębą. W końcu, czemu nie? W czym kucharz gorszy od byłej modelki, piosenkarki, co nie śpiewa, czy aktora, który nie gra? Własne programy telewizyjne, całe kanały poświęcone gotowaniu. Tu gotuje Ewa, tam kuchnia z okrasą, gdzie indziej kuchnia ekologiczna, albo wegetariańska. Gotują na ekranie sławni i gotują zwykli ludzie. Programy w naszej telewizji to oczywiście kalka programów anglosaskich. Na przykład kilku ludzi gotuje po kolei. Zaprasza do siebie swoich przyjaciół – rywali i podejmuje ich własnoręcznie przygotowanym, wystawnym obiadem. Potem goście do kamery oceniają potrawę i całą wizytę nie szczędząc złośliwości. Wersja z celebrytami, i wersja ze zwykłymi ludźmi. Te obgadywanie, wyzłośliwianie się, szukanie dziury w całym. Nie pominą najmniejszego uchybienia, a biada, jeśli już mają się do czego przyczepić. Obśmiany gospodarz mści się wyzłośliwiając się na rywalach w następnej odsłonie. Sprawiedliwie. Ludzie lubią takie programy. I te złośliwości, i fałsz, i obmowę. Mnóstwo jest programów kulinarnych. W jednym prowadzący rywalizuje w ilości pożartego jedzenia. W Ameryce taka moda. Olbrzymia porcja: frytki, hamburgery, czterech by nie dało rady tego zjeść. A ten siada i żre, nie je, takich ilości nie da się jeść, on żre! Pochłania, pożera, wtłacza w siebie to żarło na czas! Że też nie pęknie. Godną miałby śmierć. Jakie życie, taka śmierć. Inny pożera wszelkie obrzydliwości. Je to, co jest paskudne, wstrętne, odrażające. Na tym polega pomysł programu. Normalny człowiek nie tknąłby czegoś takiego, a jakby tknął, to rzygałby dalej niż widzi, a ten żre i jeszcze chwali! Dowód na to, że człowiek jest wszystkożerny. Świnia czegoś takiego by nie tknęła, a człowiek zeżre. Albo program, gdzie kilku zawodowych kucharzy rywalizuje w ugotowaniu najlepszej potrawy. Ocenia ich surowe jury, czyli inni kucharze, albo tzw. krytycy kulinarni – wysoce opłacani specjaliści – którzy już wszystkiego kosztowali. Rywale walczą na całego, podstępy, złośliwości, wzajemne podkładanie nogi kolegom, koleżankom. Wszystkie chwyty dozwolone. Jak to w kuchni. Jak to w życiu. Człowiek człowiekowi kucharzem

      Inny przykład. Były kucharz, Antek Burdel, za przeproszeniem, ale tak się nazywa, jeździ po świecie, żre i gada. Facet już nawet nie musi gotować. Wyższy stopień kucharza. Miast pichcić on je. Żre i ocenia. Facet jest przystojny. Kiedyś pracował w kuchni, ale już nie musi. Po co mu taka harówka? Ma dobry wygląd, ma gadane. Zamiast smażyć cebulkę i boczek przyjemniej jeździć po świecie, kosztować cudze gotowanie gadać, grymasić, kaprysić i wybrzydzać. I Antek Burdel jeźdz, i gada. Znudzony, zblazowany bywalec kuchni i burdeli – eks-kucharz Antek Burdel – co był wszędzie, co wszystko widział, wszystkiego doświadczył, włóczy się po świecie, je i pije na cudzy koszt i jeszcze mu za to płacą. Dobrze płacą. Rzecz jasna Antek Burdel też jest amerykańskim celebrytą, czyli prawdziwym celebrytą, nie takim jak ten nasze marne, podwórkowe podróbki, nadwiślańskiego chowu.

  Kucharz awansował w społecznej hierarchii. Wszedł na szczyt. Kucharz to osobistość, celebryta, kucharz to artysta. Kucharz już nie gotuje, nie kucharz a mistrz kuchni – on komponuje potrawy. Najdalej poszli w tym obłędzie Francuzi. W Francji kucharze to dobro narodowe. Najwybitniejsi kucharze mają strony w encyklopedii, stawiani w jednym rzędzie z pisarzami czy kompozytorami. Ci zbzikowani Francuzi twierdzą, że gotowanie to sztuka, czynność artystyczna! Sztuka kucharska, jak sztuka pisarska, czy sztuka malarska. Sztuka fugi, Kunst der Fuge, jak sztuka mięsa? Smażonego, czy gotowanego? Czemu nie? Ludzie mają więcej przyjemności i korzyści z kucharzy niż z pisarzy, malarzy, czy muzyków razem wziętych.

   Ale trzeba iść dalej. Nie poprzestawać na samym komponowaniu dania. Kucharz komponuje to, co wchodzi. Czy to, co wychodzi to też kompozycja artysty? Pewnikiem tak. Proces przetwarzania, swego rodzaju dalszy ciąg komponowania „dzieła” kucharza trwa od momentu zamknięcia warg do momentu otwarcia zwieracza odbytu. Usta, przełyk, żołądek, okrężnica, jelito cienkie, jelito grube, odbytnica, zwieracz odbytu. Uwielbiam nazwę – zwieracz odbytu. Termin profesjonalny, medyczny, lecz jednocześnie słowo mięsiste, prawdziwe, krwiste. Mały mięsień, czy grupa mięśni, a jakże ważny. Szczególnie dla miłośników sztuki kulinarnej. Dla każdego. Aby żyć, trzeba jeść. Gdy go nie ma, to życie w brudzie, smrodzie, odchodach. A niektórym nie działa prawidłowo, lub trzeba go usunąć na skutek np. nowotworu. Makabra. Francuzi postawili pomnik zwieraczowi, rzecz jasna na placu Pigalle w Paryżu. Jak nie postawili, to postawią, jak przystało tym, co odkryli kuchnię. Pomnik zwieracza stanie przed każdą restauracją z co najmniej jedną gwiazdką od oponiarskiej firmy.  No bo, co komu po nawet najwspanialszym dziele sztuki kulinarnej, jak mu nie działa zwieracz? Taki osobnik każdą restaurację będzie omijał z daleka, a jak podejdzie to go ochroniarze pogonią choćby miał więcej forsy jak lodu.

   Wróćmy do ładniej pachnących obszarów. Proces komponowania „dzieła” sztuki kulinarnej w organizmie trwa aż do momentu wydalenia. Tego mi brak w programach kulinarnych. Mówią tylko o początku, pomijając całkowicie koniec. Bez przerwy gotują, smażą, duszą, pieczą i pitraszą, a nic o sraniu! Przepraszam za to słowo, niech będzie łagodniej. Dlaczego nic nie powiedzą o wydalaniu, wypróżnianiu, ekskrecji? Ciekawe słowo: ekskrecja. Mocne. To tak jakby mówiąc o dzieciach skupiać się tylko na seksie, czyli poczęciu dziecka. Są takie programy, filmy, kanały. Czysta pornografia. Czy programy kulinarne to także swego rodzaju pornografia!? Pieczenie jabłecznika jako pornos? Łagodna, oswojona, akceptowalna wersja pornografii. Ja również czasami oglądam programy o gotowaniu. Co w tym złego? Sokrates, kiedy go zapytano, czym różni się od innych odparł: ludzie żyją po to, aby jeść. Ja jem po to, aby żyć. Jedzenie to przyjemność, seks to przyjemność. Niektóre gotujące panie są nader atrakcyjne i bardzo podkreślają swe kobiece atuty. Ale tu chodzi o coś innego, niż banalna myśl o przeleceniu kucharki. I w pornosach i w gotowaniu na ekranie chodzi o jedno: o dostarczanie przyjemności. O to w tym wszystkim idzie. O przyjemność. Satysfakcję. Dlatego i pornosy i programy kulinarne są tak popularne w czasach, gdy przyjemność jest nadrzędnym prawem, a szczęście obowiązkiem. Gdzie wolność rozumie się, jako możność robienia tego, co się chce, czyli zdobywania maksimum przyjemności. Gdzie celem, ideałem, jest życie i użycie, tam gotowanie jest sztuką a kucharz bogiem, lepiej bożkiem życia. Lub bałwanem, w sensie biblijnym.  Kucharz i aktor porno. Takie są nasze czasy i takie powszechne mniemanie. Wszyscy gonią za szczęściem, powodzeniem, przyjemnościami. A że jedzenie połączone jest z wydalaniem…

   Czemu uparcie przechodzę od jedzenia do wydalania? Ależ to dwie strony tego samego medalu. Jeśli kucharz jest artystą, twórcą, demiurgiem, który komponuje kulinarne „dzieło” sztuki… Po koncercie symfonicznym zostają cudowne dźwięki muzyki, po „dziele” kulinarnym śmierdząca kupa. Jaka sztuka, takie dzieło. Co poradzić? Ale Francuzów i innych ogłupiałych entuzjastów tzw. sztuki kulinarnej nic nie przekona. Francja dała nam kuchnię!? Tak twierdzą Francuzi; oni są zbzikowani na punkcie żarcia, no i Francji.  Gdy się mówi a, to trzeba powiedzieć i be. Jaki jest poziom sanitariatów w słodkiej Francji? Tam gdzie najlepsze restauracje, tam winny być najlepsze klozety. Tak wymaga logika. Nigdy nie byłem we Francji, ale słyszałem, że poziom sanitariatów jest… nieszczególny. Rzecz jasna nie w knajpach z jedną, dwiema, czy trzema gwiazdkami. Tam można wejść od klopa nie wypatrując odpowiedniego miejsca dla stopy na posadce i nie podciągając w górę nogawek spodni. Ale w innych, mniej renomowanych restauracjach, barach, świątyniach konsumpcji kulinarnej już chyba nie jest tak różowo, czysto i pachnąco?

   Póki publika przychodzi, zamawia żarcie, płaci i jest zadowolona z każdego ochłapu byle ładnie podanego, póty kucharz będzie najlepszym zawodem. Czy dla wykształconych, czy też prostaków, nie ma lepszej profesji od kucharza. Co było do wykazania. Kucharz to ma klawe życie. Każda matka chciałaby, aby jej dziecko było znanym kucharzem, lub kucharką. Takie marzenie. Marzenie o kucharzu. Marzenie kucharza. Kucharz marzeń. Czy żyjemy po to, aby jeść? Czy jemy po to, aby żyć? Czyż każdy z nas nie jest kucharzem swoich marzeń?

 

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą autora. 

 
Ocena wpisu: 
5
Twoja ocena: Brak Średnio: 4.4 (głosów:12)

Komentarze

aniżeli bloger, p. Bieliński.

Tym razem, niemniej, zgadzam się w całości. "Kucharz to ma klawe życie". Zwłaszcza tam, gdzie inne dziedziny sztuki zostały porażone, czy "przeżarte" przez "awangadę" - tak zwaną "nowoczesnością" (a raczej - antykulturą).

Zgadzam się niestety - również - co do "francuskiego poziomu" kultury sanitarnej. A właściwie - całkowitego jej braku. I braku takiej tradycji. Owa tradycja dopiero "wchodzi" - poczynając od "wyżejgwiazdkowych" restauracji i hoteli.

Może jednak zafascynuje nas wreszcie Cywilizacja Miłości, której jednym z priorytetów jest "bardziej być aniżeli więcej mieć", gdzie ważniejsza jest Osoba, nie rzecz?

Pozdrawiam

 

Podoba mi się!
5
Nie podoba mi się!
0

_________________________________________________________

Nemo me impune lacessit - nie ujdzie bezkarnie ten, kto ze mną zacznie

katarzyna.tarnawska

#1522453

Dziękuję za miłe słowa. Co do "cywilizacji miłości" mam odmienne zdanie. Ja pamiętam, pani pewnie też pamięta komunę. W sferze idei komunizm to "cywilizacja miłości". Od każdgo według jego możliwości, każdemu według jego potrzeb, etc. Wszyscy wiemy, czym była komuna. I chyba tak musi być. Każda "cywilizacj miłosci" kończy więzieniami, obozami, egzekucjami, mordami, terrorem. 

 

Pozdrawiam

Podoba mi się!
3
Nie podoba mi się!
-1

Bielinski

#1522472

Źle oceniony komentarz

Komentarz użytkownika Verita nie został doceniony przez społeczność niepoprawnych.. Odsuwamy go troszkę na dalszy plan.

....coraz lepiej, coraz wyżej, coraz ciekawsze tematy.              Z Panem to chyba nigdy nie można się nudzić . Kiedy inni ciągle marudzą o tym samym co w tabloidach, o trybunale , o kodziarzach lub wklejają wycinanki....albo co gorsza, piszą i piszą...o niczym, Pan wynajduje bardzo aktualne, ciekawe i na ogół pomijane tematy. Ponadto zadziwiająca jest znajomość szczegółów i meandrów różnych zawodów, co świadczy o nieprzeciętnej spostrzegawczości....no albo o terminowaniu co najmniej na „Batorym”.  :-) Upadek cywilizacji widoczny jest jak na dłoni. Pewnie kucharze będą niedługo odznaczani orderem Orła Białego lub nagrodą Nobla. Może na początek medalem za zasługi dla obronności karaju....ale potem wszystko możliwe. Serdecznie pozdrawiam.

Podoba mi się!
2
Nie podoba mi się!
-8

Verita

#1522464

I ja panią serdecznie pozdrawiam. Mnie też nudzi to ciągle ględzenie o trybunale, o dobrych i o złych, o tym czemu nasi są cacy, a tamci są be, komu cuchnie z ust i dlaczego tamtym, etc. Nawiasem mówiąc: lubię dobre jedzenie i od czasu do czasu coś tam pichcę. Nieskromnie powiem, że nawet nieźle. Czasem tylko przesadzam z pieprzem, lub ostrą papryką. Dlatego ten tekst to także samokrytyka. Poza tym bawiłem się pisząc go. Widzę, że moja filipika przeciw kucharzom i innych rozbawia, co mnie cieszy. 

 

Pozdrawiam

Podoba mi się!
3
Nie podoba mi się!
-3

Bielinski

#1522475

A sprawy ważne dla Polski olewać, i ciągle atakować rząd, takie są tej pani sugestie.

Podoba mi się!
8
Nie podoba mi się!
0

Jestem jakim jestem

-------------------------

"Polska zawsze z Bogiem, nigdy przeciw Bogu".

#1522469

Niech pan wrzuci na luz. Francuz, gdyby przeczytał, że kuchnia, że gotowanie to bzdety, to taki Francuz by sie smiertelnie obraził. Niech pan szanuje uczucia innych, również Francuzów, dla kórych jedzenie, gotowanie, smakowanie jest sednem życia. Żaden bzdet. Poważny biznes wart setki miliardów dolarów. 

Podoba mi się!
4
Nie podoba mi się!
-3

Bielinski

#1522476

Witam

 

Przeczytałem z dużą przyjemnością. To już niemalże esej. A łykam prawie wszystko z tej dziedziny, począwszy od Jeana Anthelme Brillat-Savarina. Natomiast z pogardą pomijam wypociny współczesnych kucharskich celebrytów.

Dlaczego to robię? Bo jestem kucharzem doskonałym. Ale tylko wtedy, kiedy mi się chce. A chce mi się, rzadko. Natomiast smakoszem jestem nieustannie. I piszę to po zjedzeniu (właściwie powinno być - delektowaniu się) perfekcyjnej golonki w pewnej sławnej knajpie, 70 kilometrów od Trójmiasta, gdzie mimo tego stolik trzeba zamawiać trzy dni do przodu. Wtajemniczeni oczywiście wiedzą, że mówię o Sasinie.

A co do aktu defekacji. W Puerto Vallarta, meksykańskim Sopocie na pacyficznej stronie, kelner rekomendował mi pikantne, nawet jak na Meksyk danie, mówiąc, że to podwójna przyjemność. Piekielnie ostre papryczki, któreś z habanero, dają ci niesamowite wrażenia - po raz pierwszy - przy jedzeniu i po raz drugi - przy wypróżnieniu.

To jest sztuka kulinarna!

 

Pozdrawiam serdecznie

Podoba mi się!
3
Nie podoba mi się!
0
#1522543

Witam, 

ja również mam doskonałego kucharza w zasięgu ręki. Najlepszego na świecie. Głód. Gdy cżłowiek jest głodny, to wszystko mu smakuje. Gdy jest syty, to niewiele rzeczy mu smakuje. Wystarczy nie jeśc przez np. dwa dni, a trzeciego zjesz prawie wszystko. Po tygodniu glodówki zjesz dosłownie wszystko. Nie grymasząc. Wniosek: glód najlepszym kucharzem. I to za darmo! Nie tylko nie trzeba mu płacić, ale jeszcze sie zaoszczędzi na kosztach jedzenia. Kazdy może mieć najlepszgo z kucharzy. Szkoda, że głod - najlepszy z kucharzy - jest tak trudny w obejściu i wymaga tyle samozaparcia, wyrzeczeń i bólu. 

Gdyby było inaczej, nie byłoby tylu grubasów na ulicach. 

 

Pozdrawiam

Podoba mi się!
4
Nie podoba mi się!
-1

Bielinski

#1522549

Mam problem -piję dużo kawy. A kawa zabija mi dokumentnie głód. Więc przez trzy dni mogę tylko pić kawę i nie będę głodny na tyle, aby zjeść byle co.

 

Ps. Swoje ważę niestety...

Podoba mi się!
5
Nie podoba mi się!
0
#1522553

Źle oceniony komentarz

Komentarz użytkownika Verita nie został doceniony przez społeczność niepoprawnych.. Odsuwamy go troszkę na dalszy plan.

i przyjemniejszym niż głód jest umiar. Wystarczy sobie uświadomić ,że do życia potrzeba zaledwie kilka produktów (surowców). Cała reszta,która znajduje się na sklepowych półkach to badziewie, to rozpusta, która przysporzy więcej kłopotów niż przyjemności. Nie wymaga tyle samozaparcia i wyrzeczeń. Jedyny wysiłek..to myślenie. Ale do tego można się przyzwyczaić.Pozdrawiam

Podoba mi się!
2
Nie podoba mi się!
-7

Verita

#1522585

... a nie bzdury z NEonu tu wypisujesz.

Podoba mi się!
7
Nie podoba mi się!
0

Jestem jakim jestem

-------------------------

"Polska zawsze z Bogiem, nigdy przeciw Bogu".

#1522588

na przeszkodzie, zeby szanowny Autor zaczal wreszcie dobrze zarabiac ?

Moze nie mialby wtedy czasu na pisanie bzdetow?

Podoba mi się!
3
Nie podoba mi się!
-3

mikolaj

#1522680

Cóż, nie wszyscy muszą robić to, co się opłaca. Nie dla wszystkich kasa jest najważniejsza. Jest taka specjalność medyczna: proktolog. Dobrze płatna. Ale nie każdy marzy o tym by spędzać całe dnie z palcem w d...pie. Choć to się opłaca. 

Co pod pisania bzdetów. Co dla jednego jest bzdetem, nie musi być dla drugiego. Świat jest bardziej skomplikowany niż się niektórym zdaje. Jest coś więcej niz skóra, fura i komóra. A cep nie jest szczytem techniki.

 

Podoba mi się!
5
Nie podoba mi się!
-1

Bielinski

#1522683

Jak najbardziej popieram Pańskie dobre teksty i zachęcam do dalszych.

A mikołajowi pewnie znowu dokuczają hemoroidy.

Podoba mi się!
2
Nie podoba mi się!
0
#1522687

Bardzo brzydko i durnie.

Pisanie bzdetów? Pisanie o czymś, co wzbogaca naszą kulturę?

Nie można mieć klapek na oczach dających wąskie spojrzenie.

Kolej wąskotorowa jednak się nie przyjęła.

Podoba mi się!
2
Nie podoba mi się!
0
#1522686