Gwałty skrytobójcze mordy i nieludzkie rzezie drogą banderowców na pomniki które błogosławi Cerkiew katolicka na Ukrainie

Obrazek użytkownika Sławomir Tomasz Roch
Historia

Gdy tylko Niemcy napadli na ZSRR, szybko pogonili Sowietów daleko na wschód. Muszę przyznać, że nie zauważyłem, aby ludność ukraińska z radością witała wkraczających hitlerowców. Ukraińcy z Kohylna, w tym czasie przejawiali inną, szczególną aktywność, otóż po ucieczce Sowietów, coraz częściej jeździli furmankami do Lasu Kohyleńskiego, gdzie znajdowało się b wiele broni i amunicji, pozostawionej przez pobitych Sowietów. Ich rajdy widziałem na własne oczy i to nie jeden raz, gdzieś to potem gromadzili, chyba w Kohylnie. Miejsce to było celem nie tylko Ukraińców, także wielu Polaków chodziło tam, aby zabrać dla swojej rodziny to co mogło sobą przedstawiać jakąś wartość. Ja sam wywiozłem stamtąd różne koce, prześcieradła oraz wiele innych cennych rzeczy gospodarczych.

Tymczasem Niemcy w dawnym Tartaku Kohyleńskim, który wcześniej należał do Żyda o nazwisku Kac, zorganizowali obóz jeniecki dla żołnierzy sowieckich. W moim przekonaniu jeńców tam przetrzymywanych było, co najwyżej kilkudziesięciu, może nawet jedynie 30. Słyszałem, że kilkunastu z nich zrobiło podkop pod budynkiem i udało im się sprytnie stamtąd uciec. Pamiętam, że Niemcy byli z tego powodu bardzo wściekli i szukali ich nawet w naszej kolonii Teresin. Bardzo się baliśmy, że jeszcze dojdzie do tego, że naszą kolonię spalą, ale wszystko skończyło się dobrze.

Po objęciu władzy przez Niemców, Ukraińcy od razu zaczęli z nimi szeroko współpracować. Objęli w swoje władanie niższe urzędy oraz stworzyli policję ukraińską, która wysługiwała się oprawcom. Pragnę podkreślić, że już od roku 1941, słychać było co pewien czas od ludzi, że policja ukraińska zabiera co pewien czas z domów pojedyńcze osoby, przeważnie co znaczniejszych i mężniejszych Polaków. Niestety, wielu z wezwanych, bądź zabranych przez tę policję, nigdy więcej do domu rodzinnego już nie wracała, a wszelki słuch po Tych osobach ginął. Krótko mówiąc: „Zapadali się pod ziemię!”. Oczywiście nasi Polacy, prawie wszyscy zdawali już sobie sprawę, że oni prawie na pewno zostali skrytobójczo, okrutnie zamordowani, póki co jednak pewności nie było. Na początku więc ginęli bez wieści byli oficerowie armii polskiej, wojskowi oraz członkowie elitarnej organizacji „Krakusy”. Krakusy to była przedwojenna organizacja wojskowa, której członkowie posiadali broń w pogotowiu i często wyjeżdżali na różne szkolenia wojskowe. W naszej kolonii do „Krakusów” należał Stanisław Terlecki. Warto także wspomnieć o innej formacji, o samoobronie, która została utworzona na czas wojny i miała prawo nosić broń. W naszej kolonii należeli do niej: Stanisław Omański, Tadeusz Wawrynowicz oraz Stanisław Bojko, który był komendantem w naszej gminie Werba.

Na wiosnę 1942 r. Niemcy zaczęli mordować Żydów w naszej okolicy, a pomagała im w tym czynnie policja ukraińska. W naszej wiosce mieszkała jedna rodzina żydowska, która prowadziła sklep spożywczy w Tartaku kohyleńskim, ale dziś już nie pamiętam, jak się nazywała. Żona tego Żyda miała na imię Gitla, mieli jednego syna, który chodził z nami szkoły w Teresinie. Kiedy zabrali jego rodziców, ukrywał się w Lesie Kohyleńskim. Ponieważ  ja i moi koledzy paśliśmy w tym czasie krowy na łąkach, nosiliśmy mu jedzenie, aby mógł przeżyć. Namawialiśmy go także, aby podpalił ukraińskie domy w Kohylnie, ale on nie chciał. Niestety jeszcze latem 1940 r., Ukraińcy wyśledzili go i złapali, a potem zamordowali. Jego ciało zaś wrzucili do byłego okopu sowieckiego i przysypali ziemią. Kiedy niedługo później znaleźliśmy świeżą ziemię domyśliliśmy się, że właśnie tam go zakopali.

W tych czasie Ukraińcy często już śpiewali wrogie piosenki przeciwko Polakom, także wtedy, gdy przejeżdżali furmanką przez naszą kolonię. Osobiście słyszałem nie raz takie słowa: „Smert, smert Lacham, Żydam i rosyjskiej komunie!” Jednego dnia zatrzymali się obok domu Polki Heleny Wysockiej i rwali sobie w najlepsze truskawki. Po chwili wyleciała z domu gospodyni i zaczęła na nich się wydzierać, chciała ich najwyraźniej przegonić, ale trwało to krótko. Jeden z nich krzyknął do niej wymownie: „Cicho bo zabijem! Zatrznij chapu bo zastrielem!”. W tym czasie Wysocka była naszą sąsiadką przez miedzę. Jednak nawet jeszcze w tym, tak gorącym już czasie w 1942 r., nie przypominam sobie, aby w naszej kolonii, czy w najbliższej okolicy ktoś zginął.

W grudniu 1942 r. było ostatnie Boże Narodzenie w naszym rodzinnym domu na Wołyniu i pamiętam je doskonale do dziś. W naszej okolicy było jeszcze spokojnie i nie obawialiśmy się pozostawać na święta w naszych domach. Jeszcze w tych dniach nie baliśmy się nocować w swoich domach. Nawet przez chwilę nie myśleliśmy, że to może być nasza ostania wigilia na Teresinie. Jak co roku składając sobie życzenia, często wspominano też zwyczajowo: „Abyśmy doczekali do nowego roku.”. Niestety większość mieszkańców polskiego Teresina, nowego roku pośród żyjących na tej ziemi, już nie doczekała. Póki co, pomimo czasu wojennego świętowaliśmy narodzenie Pana Jezusa. Jak zawsze była przy tym choinka oraz liczne ozdoby, lubiane prezenty oraz wiele potraw wigilijnych. Na początku była oczywiście wspólna modlitwa, potem dzieliliśmy się tradycyjnie opłatkiem, składając sobie serdecznie życzenia. W końcu były smaczne pierożki postne, kutia, kluseczki z makiem, grzyby smażone na maśle oraz śledziki. Kiedy wszyscy się już posilili rozpoczynaliśmy czas śpiewania kolęd. Pragnę podkreślić, że kiedyś kolędy umiano śpiewać, nie to co dzisiaj. Poza tym, w tamtych czasach, dużo się wspólnie śpiewało i to głośno, dzisiaj już się tego nie dostrzega, a szkoda bo to bardzo integrowało całą naszą rodzinę.

W marcu policja ukraińska zabierając ze sobą broń, porzuciła służbę dla Niemców i uciekła do lasów. Z tym wydarzeniem należy łączyć zdecydowane pogorszenie się sytuacji ludności polskiej w naszym pow. włodzimierskim. Od tego momentu rozpoczynają się pojedyncze mordy na ludności polskiej i co gorsza, z każdym dniem było ich coraz więcej.

Pamiętam, że gdzieś w marcu-kwietniu 1943 r. do naszej kolonii Teresin, podczas dnia przyjechali wozem uzbrojeni Ukraińcy. Zajechali przed dom polskiej rodziny Brzezickich i weszli po chwili do środka. Świadkiem naocznym tych wydarzeń była mieszkanka naszej kolonii Jadwiga Kasperska, sąsiadka Brzezickich przez drogę i sąsiadka Antoniego Bojko przez miedzę. Opowiadała potem w naszej wsi tak: „Ukraińcy weszli do domu Brzezickich i na oczach Jana zgwałcili jego żonę! Potem ich powiązali i zabrali ze sobą na wóz. W tym samym czasie, Ukraińcy z tej samej grupy, zabrali także ze sobą Antoniego Bojko oraz jego żonę Jadwigę.”.

Od tej chwili, wszelki słuch po nich zaginął, jestem prawie pewien, że zostali wtedy nieludzko zamordowani. Jan Brzezicki miał oko 60 lat, a jego żona, chyba Zofia, mogła mieć wtedy także około 60 lat. Podczas tego najścia, w domu nie było dwóch synów Brzezickich w wieku około 22 lat i właściwie nie wiem, co się później z nimi stało i jakie były potem ich dalsze losy. Małżeństwo Bojków było nieco młodsze od Brzezickich: Antoni lat około 45, a Jadwiga lat około 40.

Od tego wydarzenia, strach padł na mieszkańców naszej kolonii i rozpoczęło się upokarzające i ciężkie chowanie się Polaków, gdzie tylko można było. Byle nie nocować we własnym domu, do którego w każdej dosłownie chwili mogli wtargnąć żądni krwi banderowcy. Najczęściej ukrywaliśmy się w stodołach, stajniach, na strychu, a wiele osób budowało własne, podziemne schrony, w których chowała się niekiedy cała polska rodzina. Tymczasem niedługo później Ukraińcy z Lasu Świnarzyńskiego, znów przyjechali do naszej kolonii i tym razem zajechali na podwórko rodziny Kukułka. Gospodarz miał na imię chyba Stanisław lat około 45, który miał żonę lat około 42 oraz jednego syna Antoniego lat około 18 i jedną córkę, chyba miała na imię Zosia, lat około 23. Po odjeździe banderowców, po naszej kolonii rozpoczęto sobie opowiadać, co stało się z rodziną Kukułków. Ludzie mówili tak: „Banderowcy weszli do domu rodziny Kukułka, zgwałcili Zosię, a potem wszystkich zabrali ze sobą do lasu. Od tej pory wszelki słuch po nich zaginął. Pewnie ich w lesie bandziory pomordowali.”. Opowiadała o tym rodzina polska Topolanków, którzy mieszkali blisko rodziny Kukułków. To był niestety dopiero początek krzyżowej drogi naszej społeczności.

W tych trudnych czasach wszystkie swoje troski, powierzaliśmy naszej umiłowanej Matce Bożej ze Swojczowa, do której chodziliśmy się często modlić, szczególnie w większe święta. Także w pierwszy dzień Wielkanocy 1943 r., udałem się rano z moją rodziną do naszego kościoła na uroczystą Mszę Świętą. Nabożeństwo rozpoczęło się tradycyjnie o godzinie 6.00 i jak zwykle przybyło bardzo dużo ludzi pięknie i odświętnie ubranych. Do dziś pamiętam, jak radośnie biły dzwony oraz niezwykle piękną procesję dookoła naszej świątyni, w której oczywiście wziąłem czynny udział. Po wejściu do kościoła udałem się na górę na nasz chór i tam uczestniczyłem z innymi w modlitwie. Na chórze bywałem często bowiem podobało mi się to miejsce i naprawdę pięknie tam śpiewali. Nagle podczas Mszy Świętej zauważyłem na dole, wśród wiernych jakieś poruszenie. Ludzie zachowywali się dziwnie i  niespokojnie, oglądali się do tyłu i coś sobie szeptali, zamiast skupić się na modlitwie. Jednak ksiądz Franciszek Jaworski, nasz proboszcz nie przerywał modlitwy.

Tymczasem po chwili i ja na własne oczy zobaczyłem, że do naszego kościoła przyszło około 15 uzbrojonych w karabiny Ukraińców. Ubrani byli w cywilne łachy, ale na plecach mieli ostrą broń. Pomimo, że trwało właśnie najbardziej uroczyste nabożeństwo w całym roku, Ukraińcy prowokacyjnie zaczęli chodzić pomiędzy ludźmi, po całym kościele. Przeszkadzali w ten sposób w spokojnej modlitwie, nikogo jednak nie zaczepiali i z nikim nie rozmawiali. Trwało to przynajmniej 10 minut, w końcu wyszli ze świątyni, powsiadali na furmanki i odjechali gdzieś w kierunku Kisielina.

Około maja 1943 r., do naszej kolonii Teresin znów przyjechali Ukraińcy i tym razem zabrali ze sobą przemocą sowieckiego oficera. Pamiętam że mieszkał z Polką Marią Świstowską lat około 35, ich ślub był w roku 1941 w kościele w Swojczowie. Kiedy go zabrali do lasu, to oczywiście wszelki słuch po nim zaginął. Ostatnia akcja ukraińska zapoczątkowała powolną ucieczkę naszej społeczności do miasta Włodzimierz Wołyński, gdzie wydawało się, że jest bezpieczniej. Ponieważ uciekały całe rodziny polskie, nasz naówczas sołtys, Ukrainiec Środa zwoływał przynajmniej kilka razy, ogólne zebrania mieszkańców naszej kolonii. Podczas tych spotkań uspokajał wszystkich, aby nie uciekali do miasta ponieważ na Teresinie nic im nie grozi. Tłumaczył, że Ukraińcy biorą do lasu tylko niektóre osoby i to te, które są im potrzebne do szkolenia wojskowego ich formacji. Natomiast los zabranych Polek, też nie jest gorszy bowiem w lesie są kucharkami w ukraińskiej kuchni.

Jedno z takich spotkań, na którym byłem osobiście, zorganizowano w stodole Stanisława Krochmala. Gdy  przybyło na nie wielu Polaków, nasz sołtys tak przemówił: „Nie uciekajcie do miasta, bo tam Niemcy wymordują was, tak jak Żydów! Nie martwcie się! Nie bójcie się, bo ci którzy zostali ostatnio zabrani do lasu, wrócą z powrotem do kolonii na żniwa. Na razie nie mogą wrócić ponieważ są w lesie potrzebni, aby szkolić ukraińskich partyzantów, a wasze kobiety gotują dla nich posiłki.”. Nasi ludzie siedzieli podczas tej przemowy cicho i nic się nie odzywali, jednak w swoich sercach nie wierzyli zapewnieniom sołtysa. W swoich domach najczęściej powtarzali tak: „Mowa sołtysa to nieprawda. To co mówił Środa to jest lipa!”. Dlatego ucieczki z naszej wsi do miasta nie ustawały i co chwilę kogoś ubywało. [fragment wspomnień Eugeniusza Świstowskiego z kolonii Teresin na Wołyniu, relację wysłuchał, spisał i opracował S. T. Roch]

Ocena wpisu: 
5
Twoja ocena: Brak Średnio: 5 (głosów:11)

Komentarze

Zbierałem dawniej takie relacje, dzicz w najgorszym wydaniu, zastanawiam się dlaczego takie ukraiński mordy były przemilczane.Sojusz Polsko Ukraiński? Tylko na naszych warunkach-do dziś jadąc  jeepami w Karpaty czujemy ich niektórych nienawistne spojrzenia, a czasem incydenty i słowa Lachi. Tam UPA czuła się doskonale i dziś wspomnienia oraz hołd im składają. Pozdr

Podoba mi się!
4
Nie podoba mi się!
0

prof Rycho

#1512031

Panie Prof. Ryszardzie dziękuję gorąco za wpis ważny i jakże b. potrzebny. Dziś 73 lata po rzezi na Wołyniu i Kresach każda relacja  o tamtych wydarzeniach jest niezwykle cenna, a po temu że zostawia żywy ślad z życia naszych Braci i Sióstr, którzy tam zostali już na wieczną wartę. Dziś Oni Męczennicy Wołynia i Kresów jakże często są rąbani raz wtóry i i trzeci, gdy Ich oprawcom, podłym zbrodniarzom z OUN - UPA na Ukrainie stawia się pomniki chwały, które oficjlanie błogosławi Cerkiew katolicka. No na miłość Boską cóż to za zgorszenie, cóż to za podłość tych nikczemnych chierarchów Kościoła katolickiego, którzy błogosławią w Imię Boga Jezusa Chrystusa pomniki, poświęcone prawdziwym bestiom przez ich bestialskie czyny. I na to patrzy Kościół polski z prymasem abp Wojciechem Polakiem z Gniezna i na to patrzy papież Franciszek z Watykanu. Po temu chcę do Pana Prof. Ryszarda zaapelować, by te relacje, które udało się Panu zebrać, by je publikować, by je konsekwentnie udostępniać naszym rodakom, byśmy wszyscy widzieli tę szokującą, przejmującą prawdę o tamtych wydarzeniach, taka jaka jest, a nie taką jaką chciołyby się może tu i tam widzieć. 

Ja sam nigdy nie zapomnę świadectwa wspaniałej Polki i Kresowianki Pani Teresy Radziszewskiej z Zamościa, a rodem z kolonii Aleksandrówka na Wołyniu, która była naocznym świadkiem okrutnych rzezi, dokonywanych na niewinnej ludności polskiej. Całe swoje życie poświęciła Ona na dokumentowanie zbrodni banderowskich na Narodzie polskim. Jej praca, jej dorobek, jej świadectwo w mojej opinii jest absolutnie nieprzemijające! Jako wieloletni sekretarz Stowarzyszenia Upamiętnienia Polaków Pomordowanych na Wołyniu, wyjeżdżała Ona powielokroć na Wołyń, by odwiedzać tam miejsca pamięci pomordowanych Polaków, by stawiać tam krzyże, by pielęgnować pamięć. Podczas jednego z takich wyjazdów, gdy wraz z innymi szła chodnikiem jednego z wołyńskich miasteczek, podbiegł do niej mały chłopczyk i rezolutnie, a może cwaniakowato rzucił jak to bywa: "Daj konfieta (cukierka)". Naturalnie Pani Tereska była już na takie spotkania przygotowana zawczasu, zatem dostał to o co prosił i nawet więcej. A zaraz jakby na podziękowanie z uśmiechniętą od ucha do ucha buzią, chłopiec rzucił szczerze i jakby bezwiednie: "My szcze budem rezate!". Czy to dziecko wiedziało co mówi? Dość powiedzieć na tym że dzieci często powtarzają, po prostu to o czym zwyczajowo mówi się w ich domach, przy stole i w rodzinie.

Podoba mi się!
3
Nie podoba mi się!
0

Sławomir Tomasz Roch

#1512033

A pop błogosławił siekiery, kosy, noże, widły, gdy sotnia szła mordować Polaków.

Nie było zmiłowania, kogo złapali tego w bestialski sposób mordowali, by Polacy wiedzieli że są mordowani, kobiety, kobiety w ciąży, dzieci, starcy, i całe rodziny, na oczach tych rodzin.

Tak wymordowali dużą część mojej rodziny, na Wołyniu, opowiadał mi mój wuja którego rezun za lekko uderzył obuchem siekiery w głowę i dla tego przeżył.

Podoba mi się!
6
Nie podoba mi się!
0

Jestem jakim jestem

-------------------------

"Polska zawsze z Bogiem, nigdy przeciw Bogu".

#1512038

Dziękuję za ten wpis Jestem jaki jestem, za to osobiste, rodzinne świadectwo. Pani Teresa Radziszewska tak wspomina Krwawą Niedzielę: "[...] W krótkim też czasie lotem błyskawicy, obiegła nas wieść, że w naszym parafialnym kościele w Kisielinie, wymordowali ludzi, a działo się to 11 lipca 1943 r.. Z naszej kolonii Aleksandrówka w tą niedzielę w kościele były tylko dwie osoby: Bąk Franciszka oraz Kukiełka Maria. Obie przeżyły atak banderowców i rzeź wiernych w kościele bowiem zdołały ukryć się na ambonie. Do domów wróciły dopiero po dwóch dniach. Opowiadały potem wszystkim, jak oprawcy zgromadzili część dzieci, które w tym dniu przystępowały do I Komunii Świętej, tuż przy Ołtarzu i zmuszali dzieci, by te modliły się do Boga o darowanie życia, o wyratowanie Ich z tej opresji. I dzieci modliły się, ale to nie wystarczyło bandytom, którzy je tam przy tym świętym Ołtarzu zarąbali siekierami.

Pewna część ludzi zdołała się wyratować od rzeźnickiego noża, broniąc się zażarcie na przylegającej do kościoła, murowanej plebani. Opisał to dokładnie i ze wszystkimi szczegółami pan Prof. Włodzimierz Sławosz Dębski w książce pt: 'Czerwone noce'. Jego opis wiernie odpowiada tamtym szatańskim zapustom banderowców, gdyż pan Dębski jest naocznym świadkiem tamtych wydarzeń. Był jednym z tych, którzy mieli szczęście na czas schronić się przed ryzunami właśnie na plebani i tam przez długie godziny, bronili się dzielnie, odpierając wściekłe ataki ryzunów. Rzucali cegły w napastników, narażali życie odrzucając granaty. Podpalony kościół, ugasił dopiero ulewny deszcz. Podczas tego bandyckiego napadu, zginęło śmiercią męczeńską wielu naszych parafian, także nasz wujek Sidorowicz z Trystak. [...]"

Podoba mi się!
4
Nie podoba mi się!
0

Sławomir Tomasz Roch

#1512054

Dzięki za świadectwo tych mordów OUN i UPA na narodzie Polskim.

Pozdrawiam

Podoba mi się!
3
Nie podoba mi się!
0

Jestem jakim jestem

-------------------------

"Polska zawsze z Bogiem, nigdy przeciw Bogu".

#1512069

pochodzi z Wołynia i także opisywał dantejskie sceny (nieomal zginął) - http://wiadomosci.onet.pl/kraj/hermaszewski-wspomina-historie-swojej-rod...

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
-4

Mirosław Naleziński

#1525860

Ten artykuł napisałem w 2003 roku i zamieściłem m.in. na EIOBA - http://www.eioba.pl/a/4brh/zbrodnia-poplaca-zapomniany-wolyn. Nadal ranga omawianych zbrodni jest ignorowana, bowiem mogą zaszkodzić polsko-ukraińskim kontaktom. O tym ludobójstwie nie mówiono nawet wówczas, kiedy można było mówić o Katyniu.

*************************************************************

Obchody 60. rocznicy mordów na Wołyniu odbyły się w ukraińskiej Pawliwce (dawnym Porycku). W trakcie rozpoczętej w roku 1943 na Wołyniu czystki etnicznej, prowadzonej przez oddziały Ukraińskiej Powstańczej Armii i miejscowych chłopów, zginęło od 30 do 60 tys. Polaków. To wielki skandal, tak przespany przez polityków, jak i dziennikarzy! Przecież 10 lat temu była równa 50. rocznica owego ludobójstwa i nie przypominam sobie, aby ktokolwiek o tym mówił. A przecież wówczas żyło znacznie więcej świadków owych haniebnych czynów.

Było to także tuż po przyznaniu się Rosjan do zbrodni katyńskiej, która pochłonęła kilkakrotnie mniej ofiar. Zresztą o Katyniu mówiło się przez kilkadziesiąt lat, najpierw cicho, potem jawnie, także w świecie. Ileż to było dyskusji i czytanych bibuł... Za takie rozmowy można było mieć wielkie nieprzyjemności. A za Wołyń? Rodziny pomordowanych Polaków z trzech obozów przynajmniej miały przez wiele lat jakąś satysfakcję - zbrodniarze pokazywali innych palcami, ale w końcu przyznali, że to Kraj Rad jest odpowiedzialny za rozstrzelenie naszych oficerów.

A tu szok - otwarcie mówi się o kilkudziesięciu tysiącach wymordowanych siekierami, widłami, prętami do uboju zwierząt. Dzieci powieszone na sznurach. Nie wypada licytować okropności wojny, jednak zaryzykuję - Wołyń jest większą makabrą niż Katyń, tak pod względem liczbowym, jak i faktograficznym, a przecież tylko jedna z tych nazw, niejako już genetycznie, budzi w nas grozę. To nawet nagłośnione Jedwabne sprzed roku skalowo nijak się ma do Wołynia, choć mord na Żydach z naszym udziałem, to również hańba.

Ileż Katyń zmienił w naszej historii? Alianci schowali głowy w piasek, rozmowy polsko-radzieckie zostały zerwane, niewygodny Sikorski stracił życie. Polscy oficerowie zginęli niezupełnie po żołniersku, ale choć cień takiej ewentualności bierze każdy jeniec pod uwagę, również jego najbliżsi. Niemcy i Japończycy także mordowali żołnierzy. A tu w zeszłym tygodniu dowiadujemy się, że zgładzono aż tylu Polaków i to cywilów.

Owszem, w poprzednich latach przedostawały się jakieś informacje, ale raczej nieoficjalne, jakby niesprawdzone, jakbyśmy nie chcieli o tym mówić i słuchać (wystarczy przejrzeć podręczniki szkolne i encyklopedie, hasła - Katyń, Jedwabne, Wołyń). Wychodzi na jaw, że była to zaplanowana i masowa akcja prowadzona jednocześnie w wielu miejscowościach.

Pewien Polak stracił całą rodzinę, a sam przeżył, bo akurat wjechali... Niemcy do wsi. Przecież to rujnuje pewną misterną nić solidarności obu narodów podbijanych przez innych, wspólnych wrogów. Cytowane są dokumenty (również przysięga) o zamierzonej eksterminacji. To nie były przejawy bandytyzmu, ale ludobójstwa!

Czy zbrodnia popłaca? Mówią, że nie. Jednak przykłady Katynia i Wołynia pokazują, że jest inaczej - następstwa zbrodni zostały geograficznie zaakceptowane. Można dyplomatycznie wykazywać, że to ani naród rosyjski ani ukraiński nie są winne, ale owe okrutne zbrodnie opłaciły się tym narodom. I nikt tego już nie naprawi. Na świecie jest pełno takich przykładów...

A do tego pismaki stosują dziwoląg czystka etniczna (w telewizji ktoś powiedział o etnicznym czyszczeniu terenów polskich). Cóż to za koszmarny język! Czystka!? Redaktorzy i politycy są jak psy. Taka sfora - od afery do afery. Pojechali, złożyli wieńce, wzięli za delegację, pogościli się, popyskowali co można było dopisać na pomnikach, a co napisano wbrew ustaleniom. To ludzie, którzy zarabiają na nieszczęściach. I będą zarabiać, bo zawsze coś się niedobrego dzieje, a od czasu do czasu, pomiędzy świeżymi śmieciami można wygrzebać stare kości i wziąć za to szmal. A za tydzień będzie nowy skandal i po Wołyniu zostaną zbędne gazety. Może przydadzą się do wypchania butów albo uchronią podłogę podczas malowania...

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
-4

Mirosław Naleziński

#1525806