Kolejna kuracja uniwersytetów - czy pacjent to przetrzyma?

Obrazek użytkownika Zygmunt Zieliński
Kraj

Zdaję sobie sprawę z tego, że to co chcę napisać wiedzie pod górkę ostatnio nasilonej propagandy na rzecz tzw. reformy Szkolnictwa Wyższego. Niepokoi natłok frazesów wypowiadanych m. in. przez osoby młode, które nie mogą jeszcze mieć doświadczeń mogących zweryfikować ich zachwyty. Nie chodzi tu o uczelnie techniczne, gdyż one mają swe własne zadania i potrzeby. Same też winny ocenić profity zapowiadanej reformy. Gdy chodzi o dziedziny humanistyczne, a one przecież dominują w studium uniwersyteckim, reforma, przed którą stoją te instytucje nie wróży nic dobrego. Może stać się kolejnym ciosem, którego uczelnie nie zniosą.

Podobno pan minister Gowin miał powiedzieć, że opozycja przeciwko majsterkowaniu około uczelni wyższych to tylko obrona starych profesorów przed utratą przywilejów. Już samo to – o ile oczywiście zostało powiedziane – osobiście tego nie słyszałem, zatem relata referro, świadczy o tym, jak wielkim nieporozumieniem jest to co czeka wyższe uczelnie w najbliższym czasie. Starzy profesorowie – załóżmy, że jest to generacja, która zaczynała przed rokiem 1989 – nie wyrastali na przywilejach, może z wyjątkiem pieszczochów partii, którym żyło się lepiej niż reszcie. Ale trudno było znaleźć profesora, który swój autorytet naukowy budowałoby na plecach w jakimś komitecie partyjnym. Ambicją był dorobek, schody kuchenne były rzadkością, odkąd nie wypadało być volksdocentem czy „docentem z ustępu” – instytucją naukową stworzoną w czasach czerpania z niedościgłych wzorców nauki socjalistycznej, których ojczyzną był Związek Radziecki, ambicją było po prostu przejście bez ulg wszystkich szczebli kariery naukowej. Wielu profesorów „z ustępu” przysiadało po roku 1956 fałd, by się zweryfikować. Inni akceptacji w swym środowisku nie zyskali.

Jeśli dziś niekiedy słyszy się i czyta o upadku nauki w czasach PRLu, to stwierdzenie takie wymagałoby rzetelnego uzasadnienia. To jest tak, jak z opowiadaniami w programach TV o dawnych czasach różnych celebrytów z cenzusem i bez, o czasach, w których oni, jak to kiedyś mawiano byli jeszcze u żab, czyli ich rodzice w najlepszym razie pocili się przy maturze. Często te opowieści mało mają wspólnego z rzeczywistością, jakiej dotyczą. Nie chcę się rozwodzić na temat nauki w tzw. krajach socjalistycznych. Bywały treści reglamentowane i stąd o wielu sprawach z katedry się nie mówiło, ale nie znaczy to, iż o nich nie wiedziano. Bo metoda była silną stroną nauki także wówczas i każdy kto tego chciał mógł się dowiedzieć o wszystkim. Ciekawe, że osoby, które „wybrały wolność” kontynuowały swe studia na Zachodzie, nie tylko nie ustępując tamtejszym kolegom, ale nad nimi często górując. Nie znam tego z opowiadań. Ja to widziałem na własne oczy. Osoba, która mimo wielokrotnych prób nigdy u mnie egzaminu nie zdała, świetnie sobie radziła na uczelni amerykańskiej. Kiedy spytałem, czy to ja byłem tak nieużyty, odpowiedziała, że bynajmniej, ale po prostu: „tu jest łatwiej”.

Otóż po planowanej obecnie reformie i tu, u nas, będzie łatwiej. Czy z pożytkiem dla kogokolwiek? Zresztą już od lat jest łatwiej, choćby jak zdobyć dyplom. Z kolei schody zaczynają się często kiedy trzeba pokazać czego się człowiek nauczył, jakie ten dyplom ma pokrycie. Może ten „upust” w dorobku wynoszonym ze studiów byłby do zlikwidowania, bo ambitnych ludzi, którzy nie chcą jechać na punktach, sprawozdaniach, „zaliczonych” kursach, ale chcą na prawdę coś zrobić, by zasłużyć u swego magistranta czy doktoranta na miano mistrza, nie jest wbrew pozorom mało. Ale system pracy uczelni praktycznie to uniemożliwia, gdyż pracownik naukowy staje się biuralistą, drżącym przed jakąś PAKĄ, czy innym dziwolągiem, którego zadaniem jest „złapanie” owego pracownika na oszustwie. Może nim być plagiat, zresztą o różnych obliczach, gdyż czytający na wykładzie cudzą książkę też plagiuje. Kiedyś się wstydził, więc choćby i pokusa była, nie ulegał. Dziś jest zadowolony, bo ktoś go tam pozytywnie wypunktuje. Zresztą plagiat jest obecnie tak częsty, że spowszedniał. Jest on wynikiem nie tylko lekceważenia nauki, ale przede wszystkim braku wpojenia adeptom nauki zasad moralnych. Dlatego ta pożałowania godna praktyka i tak łatwe na nią przyzwolenie. To są w końcu drobiazgi, ale ważne. Jeśli pan Gowin myśli, że starzy profesorowie chcą mieć przywileje tego gatunku, to widać nie wie jak było i jak ciężko walczą ci, jeszcze nie dobici, w obronie szacunku dla siebie. Czyż to tak trudno znaleźć nie wazeliniarzy, ale właśnie tych starych profesorów z prawdziwego zdarzenia, żeby posłuchać, co mają do powiedzenia? Choćby tylko wysłuchać.

Jest jednak problem, a nawet problemy, o wiele ważniejsze, niż pozorowanie nauki, bo jest ich co najmniej kilka. Rektor na uniwersytecie planowanym przez pana Gowina to będzie taki roi de soleil – władca absolutny. Uniwersytet w swych założeniach był wspólnotą profesorów i studentów. Nie będę tłumaczył jaka była w ogóle geneza stanowiska rektora i kto rządził uniwersytetem, bo to można wyczytać, gdzie trzeba. Wolę pozostać w rzeczywistości nam współczesnej. Nie ma gwarancji, że rektorem zostanie człowiek większego formatu. Raczej zawsze każdy rektor nosi w sobie pewne ryzyko dla uczelni. Toteż obdarzanie go władzą absolutną, jedynie miarkowaną przez ministerstwo może doprowadzić uczelnię w czasie nawet jednej kadencji do ruiny, zarówno materialnej jak i naukowej. Rektor może ad libitum zwalniać i zatrudniać pracowników. Doświadczenie pokazuje, że zbyt wnikliwy pracownik, patrzący na ręce, zbyt spostrzegawczy, albo nawet zbyt ambitny naukowo staje się niewygodny i w ten sposób czyści się uniwersytet niekiedy z sił najlepszych. A pozostawia się muły wrażliwe na wędzidło. To już się dzieje, a co dopiero, kiedy rektor, pewny swych pleców w organach władzy, poczuje się zupełnie bezkarny. Pisałem o wyborach rektorów (Do „pytań przedwyborczych” kilka dopowiedzeń, Z. Zieliński, Demokracja z każdej strony(sprawy, ludzie i zdarzenia), Toruń 1917, s. 171-174. Rozmawiałem z kilkoma kolegami. Każdy mówił: to wszystko prawda, ale w tej sprawie nic się nie da zrobić, bo nikogo nie obchodzi nauka, a tylko powiązane z nią interesy. Ale przecież nikt nie może zaprzeczyć, że rektor wybierany przez wąskie, uplątane we wzajemnych zależnościach, grono, n. p. senat uczelni, jest zakładnikiem i o jakimkolwiek samodzielnym myśleniu nie może być mowy. Podobnie rektor o takich uprawnieniach, jakie reforma planuje, on z kolei będzie zakładnikiem kogoś z zewnątrz, czyli i uczelnia będzie tu na zawołanie. Tymczasem istota uniwersytetu jest zgoła inna. To było miejsce, gdzie demokracja rozkwitała, zanim w polityce (nie licząc Grecji starożytnej) znano w ogóle to słowo. Tak więc, krótko mówiąc, uniwersytet z chwilą wyłączenia wszystkich autorytetów, poza rektorskim, przestanie być sobą. Wszystko będzie na miarę rektora, nie wyłączając nauki. Wielkie to ryzyko. Patrząc wstecz, klasę uniwersytetu wyznaczali jego profesorowie. Żadna uczelnia nie miała certyfikatu jakości na zawsze, ale sławę przysparzali jej wybitni naukowcy. I tak jest nadal. Siłą bezwładności działają jeszcze do czasu nazwy uczelni, ale tylko do czasu.

Trudno wypowiadać się na temat samej organizacji nauki, bo nie wiadomo na co sejm i senat się zgodzą. Wszak tam też wielu zna uniwersytet od środka. A więc, czym byłby podział na instytucję dydaktyczną i naukową? Nawet coś mówi się o szkole doktoranckiej, czy jakoś tak. To stawia całą pracę uczelni na głowie. Nauka z dydaktyką zawsze szła i musiała iść w parze, tak jak wykład z seminarium. W przypadku profesora oba te zajęcia mają charakter autorski. A więc nie są. a przynajmniej nie powinny być, narzucone jakimś zewnętrznym planem, ale zgodnie z kierunkiem studiów, powinny stanowić twórczy wkład profesora. Oderwanie seminarium od wykładu stwarza sztuczną rzeczywistość, pozwalającą na wykonanie jakiejś normy, ale nie na przekaz owocu badań profesorskich i wprowadzenie studenta w tok metodologiczny otwierający przed nim perspektywę własnych badań. A to zapewnia przecież ciągłość nauki. Kto to chce zmienić, niszczy dorobek wielu pokoleń uniwersyteckich. A to z kolei po czasie jakiegoś opamiętania zmusi do odbudowy całego systemu kształcenia. Czy ktoś wyobraża sobie ogrom wysiłku jaki czeka przyszłe pokolenia. Weźmy chociaż obecne tu i ówdzie podejmowane próby, by przywrócić wykształcenie klasyczne. Na przeszkodzie stoi po prostu brak nauczycieli łaciny. I nie tak szybko oni wrócę, gdyż uczelnie te kierunki likwidują.

Już od tzw. systemu bolońskiego – bubla o wymiarach międzynarodowych – rozpoczął się rozbrat między kształceniem (nie: nauką, bo to dwie różne rzeczy) a ciągłością procesu kulturowego. Jego siedliskiem były dawniej uniwersytety, ale wtedy, kiedy nie każdy mógł się dostać w ich mury, bo uniwersytet to szkoła elitarna, i nie jest tak , bo ktoś tak chce, ale dlatego, że tylko część abiturientów nadaje się do studiowania. Uniwersytet stał się jednak instytucją masową. O dziwo, nie było tak w czasie PRL, choć istniała reglamentacja, gdy schodzi o przyjmowanie. Wiadomo, jakie były kryteria. Ale nie każdy z przyjętych dawał obie radę i tu było sito, dość gęste. Obecnie każdy musi sobie dać radę, bo zaraz oszołomy rozedrą szaty, że kogoś się dyskryminuje, a ów „dyskryminowany”, może przy pomocy anonimów na trawkę posłać profesorów, którzy za wiele od niego wymagali. Jest to system wprost bandycki i łajdacki, bo mnie uczono, że anonimy piszą tylko łajdacy.

Kryzys personelu nauczającego na wyższych uczelniach nabrał rozpędu w chwili wprowadzenia tzw. zaocznej habilitacji – dzieło p. Kudryckiej, przyjazne dla takich uczelni, z jakiej ona sama się wywodzi. Sam byłem przy habilitacjach, nie wiedząc nawet jak habilitant wygląda. Fiasko tego niemądrego procederu ujawniło się szybko, ale nie wypada się wycofywać, skoro urzędnicy ministerialni chcą uchodzić za najlepiej poinformowanych w sprawach nauki. Wróciła więc mutatis mutandis instytucja „docentów z ustępu”. Minęło trochę czasu i młodsi już nawet nie wiedzą jak kiedyś się odbywała habilitacja, kiedy habilitant musiał stawić czoło Radzie Wydziału, uzasadnić wartość swego dorobku, pokazać jak prowadzi wykład, odpowiedzieć na szereg pytań. Nie była to czcza formalność, ale jakiś sprawdzony sposób testowania dojrzałości naukowej, przekonanie się czy ktoś taki potrafi uczyć i kształtować czyjąś sylwetkę naukową.

Teraz podobno nawet ta obecna parodia habilitacji, to coś zbędnego. Co w zamian? Może znowu magia punktowa, a najprawdopodobniej po prostu niczym nie zakrywana uznaniowość.

W jakim kierunku idzie ta przedziwna reforma, właściwie nie wiadomo gdzie wysmażona, do jakich sięgająca wzorców, na jakich oparta presumpcjach, jakie obiecująca skutki? Wiemy tylko, że sprzeciwiają się jej rzekomo starzy profesorowie, chcący utrzymać swe przywileje. Nie wiem czy o mnie też mowa? Jestem stary, od dawna nie uczę, przywilejów nigdy nie miałem i się ich nie spodziewam. Ale jedno widzę. To, co dziś się uniwersytetom gotuje, to przekracza wszelkie dotychczasowe klęski, jakie te instytucje poniosły. Nikt, nawet z wysokości ministerialnego stołka nie wmówi dziś ani staremu ani młodszemu profesorowi, że studia uniwersyteckie przez te kolejne reformy, nie stały się fabrykacją półinteligentów. Tylko niewielki procent zasługuje na coś więcej. Co gorsza, uczelnie muszą udawać, że produkcja jest wartościowa, bo to uzasadnia ich rację bytu. Profesor nie może oceniać według stanu wiedzy, ale czyni to w trosce o wpisy na jego zajęcia. Sam słyszałem kiedyś w jednej ze szkół, w której uczyłem od trzymającego władzę: stawiajcie dwóje, a w następnym roku was tu nie będzie.

Konkluzja: szkolnictwo wyższe nie wymaga kolejnych reform, ale wymaga sanacji, uzdrowienia, bo wskutek majsterkowania przy nim ludzi mających może dobrą wolę, ale nic poza tym, ciężko chorzeje. Dlatego nie można przyjąć za dobrą monetę tego, co dziś na ten temat myślą i mówią władze oświatowe. Z całym szacunkiem, nie można.

Zygmunt Zieliński.

Ocena wpisu: 
Twoja ocena: Brak Średnio: 5 (głosów:9)

Komentarze

Oczywiście to co piszę to jest niewielki przyczynek do dyskusji n/t polskiego wyższego szkolnictwa, które jest chore, ale przyczynek dość symptomatyczny. O funkcjonowaniu zasad moralnych w uczelniach, preferowaniu prawdziwej nauki dość dawno zapomniano. Funkcjonuje tu często poprawność polityczna, która rujnuje wszelką niezależnośc nauki. Istnieją układy, układziki, powiązania polityczne, biznesowe itp Dokąd będą na uczelniach i to na eksponowanych stanowiskach takie osobistości z tytułem profesorskim jak np Hartman, Środa itp i o zgrozo uprawnione do nauczania studentów np etyki to w rankingu światowym uczelnie te będą na szarym końcu. Obecnie na uczelniach w większości kieruje pomiot bolszewicki , który nie dopuszcza innych poglądów jak lewackie tzw "postępowe" i tworzy hermetyczne układy hamujące intelektualny ich rozwój.To jest nie tylko hańba uczelni ale całej III RP.

Podoba mi się!
2
Nie podoba mi się!
0
#1561420

Ale wybitny reformator, pobożny Min. Gowin ma genialny plan: wsypać w to dodatkowe fundusze, włożyć swą ministerialną lagę, zamieszać - komuś się tam tą lagą po omacku dostanie - i trata!

Byle tyko nie było wrzasku o antysemityzm i homofobię to reforma będzie udana.

Podoba mi się!
1
Nie podoba mi się!
0
#1561438

Ale wybitny reformator, pobożny Min. Gowin ma genialny plan: wsypać w to dodatkowe fundusze, włożyć swą ministerialną lagę, zamieszać - komuś się tam tą lagą po omacku dostanie - i trata!

Byle tyko nie było wrzasku o antysemityzm i homofobię to reforma będzie udana.

Podoba mi się!
1
Nie podoba mi się!
0
#1561439