Pokolenie 10. kwietnia

Obrazek użytkownika wilre
Idee

Dr Krzysztof Mazur: My, dzieci posmoleńskie

Dr Krzysztof Mazur: My, dzieci posmoleńskie

Jesteśmy wściekli, że
zrobiono wszystko, by ukraść nam smoleński mit. Jesteśmy wściekli, bo politycy wszystkich opcji
pacyfikują wszelkie przejawy ożywienia społecznego.
Pamiętam ten dziwny sobotni poranek. Wszystko zaczął lapidarny sms od kolegi „Włącz TV”. Po kilku
minutach niedowierzania pojawiła się jedyna sensowna myśl: trzeba wyprasować koszulę, założyć czarny
krawat, iść do Klubu Jagiellońskiego.
To był chichot historii, że tamtej soboty w Klubie trwały zajęcia w ramach dziesięciodniowej wizyty
studyjnej młodych ludzi z Rosji, Białorusi i Ukrainy. Głównym celem tego projektu jest uczenie naszych
sąsiadów ze Wschodu, jak budować silne państwo i kwitnącą gospodarkę. Tak, uczyć młodych Rosjan, jak
budować silne państwo…
Przerwano zajęcia. Prowadzący płakali. Jeden z nich na boku totalnie się rozkleił. Krzyczał do mnie:
„Dlaczego, k..., znowu my?”.
W takich chwilach oczywistym jest, że idzie się do kościoła. Nie chcieliśmy niczego narzucać naszym
gościom, więc daliśmy im tego dnia wolne. Informując ich o tym, miałem w głowie myśl: „Ucieszą się.
Więcej czasu na zakupy”. Z dotychczasowych doświadczeń z wizytami studyjnymi wynikało bowiem, że
zwiedzanie polskiego Sejmu czy lokalnych mediów jest fajne, ale dużo ważniejsze są zakupy ciuchów na
krakowskim targowisku o wdzięcznej nazwie „Tandeta” (jedna uczestniczka powiedziała mi nawet, że to
jedyne polskie słowo, jakiego nauczyła się przed przyjazdem). I tu zaskoczenie. Tego dnia cała grupa
zrezygnowała z zakupów i przyłączyła się do nas. Dla większości z nich to była pierwsza katolicka
msza święta w życiu.
Ten sam odruch miało wielu innych krakowian. Kościół dominikanów, choć nie była to godzina
nabożeństwa, był wypełniony. Paschał owinięty polską flagą przewiązaną kirem.
Nieplanowana msza święta, jedna z tych, które autentycznie wyrywają człowieka z doczesności.
Atmosfera powagi i godności. Żadnych tam banałów, politycznych wycieczek, filozofowania. Po prostu
wspólne przeżywanie cierpienia przyjmowanego z godnością. Udział w zbawczej ofierze Jezusa.
Po wyjściu z kościoła okazało się, że jest nas około pięćdziesięciu. Idziemy porozmawiać do
„Tertio Millennio”. Nikt nie ma nastroju do głębokich analiz, bo w takich chwilach najbardziej przeraża
bezradność pustego gadania. Wygrywa inna potrzeba: by nie siedzieć bezczynnie, żeby coś razem zrobić.
Pojawia się prosty pomysł. Ruszamy pasmanteryjnym szlakiem w poszukiwaniu czarnych wstążek. Siedziba
„Tertio” w kilka kwadransów zamienia się w manufakturę produkującą żałobne aksamitki. Rozmawiamy,
pocieszamy się, czasem milczymy, snujemy domysły. Ale nie siedzimy bezczynnie, bo mamy cel: aksamitki
smoleńskie.
Ktoś wpada na pomysł, by zaprosić osoby z innych organizacji. Dzwonimy do różnych ludzi, także do
młodzieżówek PO i PiS. Tego dnia nie było nikogo, kto by się nie włączył. Przez cały dzień pomaga
nam grubo ponad dwieście osób z różnych organizacji. W dwóch pomieszczeniach ludzie od prawa do lewa
robią… aksamitki smoleńskie. Wszyscy stworzeni do rzeczy wyższych, eksperci, filozofowie. Zajmują
miejsca przy wielkim stole: tną tasiemki, segregują agrafki, spinają, dzielą rozmiarami.
Na mieście spokój. Jakby nic się nie wydarzyło, jakby ludzie się pochowali albo ciągle jeszcze odsypiali
ciężki tydzień. Dlatego wykorzystujemy wszystkie lokalne media, by zwołać ludzi pod Krzyż Katyński u
stóp Wawelu. Pewnie wszyscy i tak by tam przyszli, ale tego wtedy nie wiedzieliśmy. Mieliśmy wrażenie,
jakbyśmy musieli obudzić miasto.
Po paru godzinach i rozdaniu kilkudziesięciu tysięcy aksamitek kończymy akcję. Wawel, plac obok Krzyża
Katyńskiego, Grodzka – wszędzie pełno ludzi. Nie znam słowa, które oddałoby tamtą atmosferę. Każdy
ma taki wyraz twarzy, jakby właśnie był świadkiem metafizycznego prześwitu.
Późnym wieczorem, snując się ulicami Krakowa, spotykamy Pawła Rojka z „Pressji”. Lądujemy w
kawiarni. Paweł stara się spojrzeć na to wydarzenie z szerszej perspektywy. Mówi dużo o Rymkiewiczu, w
którym się wówczas zaczytywaliśmy. Używa metafory czołgu-pułapki z „Kinderszenen”.
Jesteśmy świadkami wydarzenia, które wyrywa Polskę z letargu. Musimy nadać tej katastrofie sens.
Musimy wyprowadzić z tego wydarzenia dobro. Krew i ofiara mogą być fundamentami lepszej Polski. Tak jak dla
Rymkiewicza Powstanie Warszawskie stało się nowym fundamentem wspólnoty, co pozwoliło nam przetrwać
komunizm.
Monolog Rojka przerywa wejście do kawiarni grupy reprezentującej inne krakowskie środowisko. Delikatnie
mówiąc: nie przepadamy za sobą. Atmosfera jednak służy zasypywaniu podziałów; udaje się nawet zgodzić
co do współpracy na kilku frontach. Długo rozmawiamy, wyjaśniamy dawne spory. Dyskusja w naturalny sposób
schodzi także na kulisy i przyszłe skutki katastrofy.
Zgadzamy się, że zaraz po niej należało wysłać oddział GROM, by uczynić miejsce katastrofy obszarem
czasowo eksterytorialnym.
Rosjanie, wobec skierowania na nich uwagi światowej opinii publicznej, nic nie mogliby zrobić. A my siłą
zapewnilibyśmy sobie kontrolę nad wrakiem i godną sekcję zwłok członków naszej delegacji. Wtedy jeszcze
nie wiedzieliśmy, że zrealizowanie tego oczywistego dla nas pomysłu pozwoliłoby uniknąć piekła, które
miało nadejść.
W trakcie kolejnych dni kilka razy jeździmy do Warszawy. Chcemy oddać hołd, ale przede wszystkim postać w
tłumie, który właściwie nie jest tłumem, ale wspólnotą. Spokój, powaga, publiczne manifestowanie
przywiązania do Polski – jakby spełniał się sen. Napełniamy płuca czymś, czego na co dzień w naszym
powietrzu tak bardzo brakuje. Obcy przecież ludzie stojący przed Pałacem Prezydenckim chcą ze sobą
rozmawiać. Podniosłą atmosferę burzy tylko rozmowa z pociągu. Przypadkowo spotkany pasażer mówi: „Po
śmierci Jana Pawła II też przeżywaliśmy piękne chwile. Ale bardzo szybko esbecja wyciągnęła kwity na
o. Hejmo i cały nastrój prysł. I tym razem też coś wymyślą, by nie trwało to zbyt długo”.
Przekonuję go, że to czarnowidztwo. Kilka tygodni później, obserwując „spór o krzyż” na Krakowskim
Przedmieściu, muszę przyznać mu rację.
W tych dniach rozmawiam z Piotrem Dardzińskim, który blisko dziesięć lat wcześniej zaraził mnie
postacią Karola Wojtyły. Przypomina mi, że w trakcie II wojny światowej młody Wojtyła mieszkał na
terenie parafii salezjańskiej na Dębnikach. W 1941 roku gestapo aresztowało, a następnie zamordowało tam
9 księży. Rok później dokładnie 9 młodych chłopaków z tej parafii wstąpiło do seminarium, wśród
nich Wojtyła. Ofiara zasłużonych księży była wezwaniem dla młodych, by mieli odwagę ich zastąpić.
Piotr widzi w tym wydarzeniu wyraźną analogię do obecnej sytuacji. Po tej rozmowie już wiem, że Smoleńsk
widziany z perspektywy Dębnik wywróci moje życie do góry nogami. Mam przeczucie, że podobnie będzie w
przypadku Piotrka.
Decyzja o pochówku Lecha Kaczyńskiego na Wawelu sprawia, że nagle Kraków staje się centrum kolejnych
wydarzeń. Przyjeżdża do nas bardzo wielu przyjaciół Klubu z Polski i Litwy. W wigilię pogrzebu pary
prezydenckiej organizujemy konsolacje. Ma to być uroczyste spotkanie, które poświęcone jest wspomnieniom
na temat zmarłych osób.
Nie chodzi jednak o samo wspominanie, ale o wyartykułowanie testamentu, który nam zostawili.
W konsolacjach bierze udział ponad sto osób, wśród nich ludzie z różnych stron politycznej barykady
(m.in. Krzysztof Szczerski, Jarosław Gowin, Ryszard Terlecki, Krzysztof Bosak, Stanisław Kracik). Zasady są
bardzo egalitarne – nie ma panelistów, każdy może wygłosić własne przemówienie.
Pamiętam, choć mogę się mylić, że wszyscy uczestnicy tego spotkania mówili prawie jednym głosem. W tej
katastrofie zginęli przedstawiciele całej polskiej elity ze wszystkich obozów politycznych. Śmierć
Prezydentów II i III RP, wielu wybitnych postaci, w tym dowódców wojskowych, jest oczywistym dowodem
słabości naszego państwa. Nie szukajmy winy w innych – znajdźmy ją w sobie.
To my jako wspólnota polityczna ponosimy odpowiedzialność za kształt państwa. To my jako ludzie
aspirujący do miana przywódców tej wspólnoty jesteśmy wezwani, by podjąć dziedzictwo osób, które
zginęły w Smoleńsku.
Musimy spróbować je zastąpić. Musimy wreszcie stworzyć silną Polskę na miarę naszych marzeń. Dopiero
wtedy Smoleńsk nie będzie tylko kolejną tragedią w polskiej historii, ale momentem przełomowym,
wybudzającym nas z letargu. To był jeden z najważniejszych momentów w historii naszego środowiska. Duże
zadanie, ale za to jasny kierunek.
Następnego dnia idę na ul. Kościuszki, by oddać hołd Prezydentowi Rzeczpospolitej Polskiej. Jego ciało,
przykryte wojskowym proporcem, majestatycznie jedzie na lawecie w kierunku Rynku Głównego. Dwa miesiące
później będę stał w tym samym miejscu i z niepokojem obserwował stan wałów na Wiśle. W wyniku
powodzi, która objęła południową Polskę, Kraków jest zagrożony. Woda przelewa się przez Most
Dębnicki, pękają mury klasztoru Sióstr Norbertanek na Salwatorze. Pięćset metrów od mojego domu w
ciągu kilku tygodni dwa wydarzenia, które burzą spokój postpolitycznego spektaklu. Nagle okazuje się, że
polityka to nie żaden PR-owy żart, ale sprawa życia i śmierci. Dosłownie: życia i śmierci. I chodzi
zarówno o społeczne skutki decyzji politycznych, jak i gotowość do zapłacenia najwyższej ceny przez
samych polityków.

Wszystko, co następuje potem, rodzi tylko gorzki smak w ustach. W pierwszą rocznicę Smoleńska
zorganizowaliśmy kolejne konsolacje. Tym razem przyszła garstka osób.
Jesteśmy wściekli, że zrobiono wszystko, by ukraść nam smoleński mit. Jesteśmy wściekli z powodu
gorszącej walki o krzyż.
Jesteśmy wściekli, że nic nie wiadomo w sprawie przyczyn katastrofy.
Jesteśmy wściekli, że Anodina zhańbiła godność generała Błasika, a polskie państwo nie zareagowało,
choć nie było żadnych dowodów jego odpowiedzialności.
Jesteśmy wściekli, że media podchwytują każdą
bzdurę suflowaną przez Putina i podają ją jako fakt.
Jesteśmy wściekli, że nie można o tym normalnie
rozmawiać, bo „dajcie już spokój z tym Smoleńskiem”.
Jesteśmy wściekli, bo politycy wszystkich
opcji, bojąc się utraty dotychczasowej pozycji, pacyfikują wszelkie przejawy ożywienia społecznego.
Jesteśmy wściekli, bo Rosjanie przez długie lata będą rozbijali nas wewnętrznie za pomocą „gry
wrakiem” czy wypuszczając kolejne przecieki.
Jesteśmy wściekli, że na uniwersytecie nie mogliśmy
zorganizować rzeczowej debaty na ten temat, bo jest on „zbyt polityczny”. Jesteśmy wściekli, bo
Platforma użyła Smoleńska jako ostatecznego argumentu w wojnie z PiS-em. Jesteśmy wściekli, bo PiS użył
Smoleńska jako ostatecznego argumentu w wojnie z PO. Jesteśmy wściekli, bo jesteśmy zbyt słabi, by się
temu przeciwstawić.

W trakcie tamtego spotkania narodziło się w nas jednak silne poczucie pokoleniowej odrębności. Nasz mit
smoleński nie opierał się na szukaniu winy w czynnikach zewnętrznych, ale w nas samych. Nasz mit
smoleński nie służył do petryfikowania podziałów, ale był wielkim wezwaniem do współpracy. Nasz mit
smoleński nie miał służyć straszeniu kogokolwiek, ale był pozytywnym wezwaniem do zaangażowania.
Jednocześnie czuliśmy bezradność, bo z taką interpretacją nie byliśmy w stanie się przebić. Nasz
głos został zagłuszony przez dwa wrogie obozy, które użyły Smoleńska jako paliwa w trwającej od lat
wojnie. Właśnie w pierwszą rocznicę tragedii zrozumieliśmy, że ten spór jest absolutnie jałowy. Że
testament smoleński można zrealizować dopiero po wyjściu poza jego logikę. Dlatego postanowiliśmy
zachować pamięć o tym, czym była dla nas katastrofa w pierwszych dniach po tym wydarzeniu, nim zaczęło
się systematyczne niszczenie tego mitu. Zapamiętać źródłowy sens, nawet gdyby inni zapomnieli.

 

Ocena wpisu: 
Twoja ocena: Brak Średnio: 5 (głosów:4)