Moc etnicznej polskości

Obrazek użytkownika Tadeusz Korzeniewski
Kultura

Przyszedł mail z marszniepodleglosci.pl. W treści plakat z hasłem „Człowiek aby się wznieść, musi uklęknąć”. Zawsze byłem z Wami, Chłopaki i Dziewczyny. Tylko – tylko za bardzo nie klękajcie, dobrze?

**

We wtorek 6 października 1981 wieczorem opuszczam I Zjazd Solidarności i widzę w wiadomościach na ekranie monitora na zewnątrz Hali Olivii jak grupa egipskich muzułmańskich nadgorliwców robi rzeszoto z ich prezydenta Sadata. Wali do niego jak do kaczki seriami z karabinów maszynowych rękami ekstremistów faktycznie jego naród, bo w układach z odwiecznym adwersarzem pozbawił go argumentu wojny.

Sadat, którego brat pilot poległ w wojnie Jom Kippur, w miarę prezydentowania uległ poważnemu zgniciu. Nic szokującego w polityce, w polityce przeważnie się gnije.

Natura w jej wypiekaniu ewolucyjnym wyfasowała nas na sensowne liderowanie góra paruset bandytami, i po tym prask, szlaban. Na przestrzeni dziejów nasza psychika kolektywna była formowana głównie dla potrzeb niewielkich grupek. „Kraje”, „narody”, czy nawet większe plemienne kombinacje, nawet zwyczajne hordy, to pomysły kolektywne rozwinięte w ostatnich gdzieś dziesięciu tysiącach lat. A co przez poprzednie lat 200 czy 300 tysięcy, czy dwa miliony (zależnie od bieżącej teorii)? Człowiek żył i ewoluował w trzydziestu, pięćdziesięciu, może stu, stu pięćdziesięciu członków liczących bandach przez 95–plus procent jego ewolucyjnego czasu. Kilkanaście lat temu antropolog ewolucyjny Robin Dunbar, oksfordczyk, rozwinął weryfikującą się nieźle teorię, że pojemność kory nowej mózgu (neocortexu) odpowiadąjącej za wysokie funkcje jak mowa, myślenie świadome, jest ewolucyjnie dość konkretnie zlimitowana i operuje efektywnie do około 150 aktywnych znajomości, stąd tzw. liczba Dunbara.

W takim ograniczonym środowisku przez setki tysięcy lat kształtował się kolektywny dynks naszej psyche. Selekcja naturalna odbywała się na korzyść tych, którzy w taki układ potrafili najlepiej się wpasować, byli najbardziej przydatni. I dopiero w ostatnich paru procentach czasowych procesu zaczęły pojawiać się większe tłumobyty, jakieś miasta–państewka greckie, jakieś narodki paromilionowe, jakieś kilkudziesięciomilionowe, kilkusetmilionowe imperia nawet, a dziś już i globalną wioskę na siedem czy osiem miliardów główek próbuje się zakładać.

To powinno instruować nas we wszelkim podejściu do rzeczy wspólnej. Wszelka pozycja polityczna w grupach większych niż określone wyżej grozi politycznym alkoholizmem. Narkomanią. Jakoś nie słyszymy by ktoś żarliwie kwestionował obserwację, że władza korumpuje, a absolutna władza korumpuje absolutnie, prawda? Bo to paskudnie twardy fakt. Za dużo jest we współczesnej władzy politycznej a–ewolucyjnej heroiny. Nigdy, nigdy nie wolno zarządzającym nami w wielomilionowych molochach na 100% ufać. Checks and balances, hamulce i wyważenia, checks and balances, hamulce i wyważenia, i jeszcze raz, i jeszcze. I jeszcze. Sprawdzać, sprawdzać, sprawdzać, jedni drugich i trzecich, drudzy trzecich i pierwszych, trzeci pierwszych i drugich, i znowu od początku. A za najmniejsze podgryzienie wolności publicznej analizy i komunikowania wiedzy, niezależnie czy dotyczy politycznych osób, czy grup politycznych, grup narodowych, czy etnicznych, czy rasowych – grzać i patrzeć czy równo puchnie.

Te dzisiejsze na przykład regresiarskie mrzonki o powrocie monarchii, zdają się pomijać fakt, że monarchia to nie tylko taki bardziej udekorowany feudalizm i podobna stąd dbałość landlordów o stan żywy i nieżywy ich latyfundiów, ale także, jak u wszystkich homo rzekomo sapiensów w takim fiksie, haj władzą. Zwróćcie uwagę jak nagminnie egzogamowali się oni między sobą, ci udzielni książęta, królowie, cesarze, imperatorowie. Nikt nie myśli chyba, że dlatego, bo te zagraniczne laski były takie ekstra ruchliwsze. Więcej tam o polityczną heroinę tj. zwiększenie dawki chodziło, niż o laski, choć to oczywiście też, bo składnikiem politycznej heroiny jest testosteron.

Ale czy rzeczywiście było bez znaczenia, że przy tak notorycznej egzogamii monarchowie podcinali jednocześnie biologiczny instynkt, materialną nić łączącą ich z ich naturalną biologiczną wspólnotą? Popatrzmy najlepiej na naszych, przecież nawet tacy piastowscy Piastowie też w to prawie od początku wdepli. Niektórzy mówią, że oni byli w ogóle skandynawscy, jak u pra-Ruskich, i dlatego dopuścili potem do bezwyczuciowego rozbicia dzielnicowego przez Krzywolipnego w 1138, czy sprowadzenia patogenów Prusliszaju przez Konrada M. w 1226. Może byli skandynawscy, może nie byli, może np. pochrzanili od nadmiaru w linii rodowej niemieckich żon. Bo polećmy po pewniejszym historycznie, ich żonach, a potem i potomkach, przecież z obcych etnicznie żon powstępowały ich na polski tron, państwowy czy dzielnicowy, całe korowody. U Piastów nie było endogamii prawie od startu, od Ody Dytrykówny, Ody Miśnieńskiej, Rychezy Lotaryńskiej i jadziem, jadziem, panie Zieliński. Odpuszczam, bo nie jest tu instytut historii, tylko brandowa proza, rzeczy się łapie, nie na nich leżakuje.

A w Polsce elekcyjnej co się działo, mózg odpada. Ilu „naszych” elektorskich królów było obcych i ilu grało do swojej prywatnej w związku z tym bramki, czy łapało dwie, trzy, pięć srok za ogon. Parę wyjątków nie wymazuje sumarycznej autodestrukcji tego typu dilów. Masz u takich najczęściej mieszane potomstwo i mieszane w związku z tym genetyczne lojalności. To real, nie bądźmy tacy kumbaye, świętoszki świata jednej posoki. Genetyczne Moce Słoneczne istnieją. I są mocne jak bimber na czczo. Wojny to nie tylko starcia władzy z władzą, to gryzienie się genetyk, genetyki przeciw genetykom. Tak było i tak będzie, dopóki Słońca. Tracili więc tacy monarchozi w wyniku egzogamii oryginalny instynkt podłączający ich do własnego narodu etnicznego, ów głębiej umocowany rozumodruch, bezpośredni przekaz wspólnoty o jej biologicznym dobru, kierunku, przeznaczeniu. Heroina politycznej władzy dla władzy miała monstrualny udział w cross–żeniaczkach monarchów Europy, nie tylko obiektywna strategia zwiększania stanu posiadania. Heroina polityczna czyli nietrzeźwość za sterem własnego państwa narodowego, utrata etnicznego politycznego rozumu.

Na początku XX w. te przeolbrzymione, przeżarte władzą dla władzy gmachy polityczne jeden po drugim waliły się w gruz – z kulminacją w Wielkiej Wojnie – na rzecz etnicznych państw narodowych. A owe etniczne narody nie pojawiły się znikąd, nie zaistniały przecież jak grom z jasnego w XIX w. w związku z pojawieniem się ideologii narodowej. To właśnie idologia narodowa wydobyła wreszcie na scenę główną polityki potężne organizmy etniczne, które rozwijały się i integrowały pod przemożniejszą, jak dotąd, polewą polityczno–ekonomiczną na przestrzeni tysięcy lat. I okazało się, że pan i jego chłop są w ostatecznej instancji bardziej braćmi, niż nasz pan fraternizujący się z jego odpowiednikiem germańskim czy ruskim w Karlsbadzie czy Biarritz. Zawsze byli braćmi, tylko na koniec przez intelektualne prace odkrywkowo–narodowe wyszło to wreszcie w XIX w. na polityczne światło.

Narody etniczne były, są i będą rosnąć, i to jak na drożdżach jeszcze. Nie dajcie się tak nabierać graczom w etniczne trzy karty, trzy lusterka, etnicznego dupaka, niezależnie co jeszcze cwańszego i przewrotniejszego te oczajdusze ryjące wśród naszych etnicznych narodów będą usiłowały nam przez jakiś czas wcisnąć. Pamiętacie przecież, że kiedy zawalały się wielkie folwarki monarchiczne Europy, to wszyscy oni byli między sobą siedemnaście razy na krzyż pokoligaceni. Kuzyni na tronach z innymi kuzynami na tronach targali się za loki za pośrednictwem poddanych dupków. I co takich mieszańców instynkt „etniczny” mógł im dalekowzrocznego w sprawie przeznaczenia ich poddanych podpowiedzieć?

Sposób w jaki skończyła 17 lipca 1918 wynaturzona, pozbawiona solidnego naturalnego linku z etnicznym narodem, carska rodzina Romanowów jest tego zwieńczeniem. Przelećmy się po tym tronowym fiksie, punktując choćby Piotra III, urodzonego jako Karl Peter Ulrich von Holstein–Gottorp. Czy jego następczynię, chłapczywą Niemrę Sophie Friederike Auguste von Anhalt–Zerbst–Dornburg, alias Katarzyna II Wielka. „Wielka”. Ogromna! Jak Ruski cykor przed Kitajem dzisiaj. Przecież ona głównie, ta „ogromna”, zapaszczękowała ziemie polskie wschodnie w trakcie 34 lat bauerowania Rosją (zeszła w 1796). Zapaszczękowała razem z reprodukującymi się ówcześnie na potęgę Żydami, liderami tego wyścigu w Europie dziewiętnastowiecznej. Sam Sołżenicyn mówił, że to wykończyło Rosję. A dziś to już i zwykli Rosjanie po kątach zaczynają skwierczeć, nu da, da, wot może nie było jednak takim najlepszym płanom to zajumanie w 1772 (i kolejnych rozbiorach) wschodnich spłachów Polski. No bo razem z nimi „obdarowała” przecież siebie Rosja bogatymi skupiskami Żydów. Z których wyłoniły się półtora wieku później tak niezbędne dla przewrotu bolszewickiego elity. Ano wyłoniły, co miały nie. Aż ziemia krwią wymiotowała. Ja tu o jedno tylko chciałem zapytać: Smakowało, Rosjanie? He? Nie słyszę... No smakowało czy nie?

Banda kalek, sami wystawili się Kitajom.

Jasne, jak dać Naturze popracować z narodami, nawet stumilionowymi, nawet miliardowymi jakie dziś nam się wykrzaczają, to za jakieś 20 czy 30 milionów lat nawet i to by dla nas przemacerowała. Wytworzylibyśmy, kosztem kolejnych konzentrationlagrów i gułagów, wystarczająco duży zasób takich, którzy na hektolitry politycznej heroiny reagowaliby jak na dwie butelki wina, tops.

Ale my jesteśmy w dziś i taki Sadat, prezydent blisko stumilionowego ekstra historycznego narodu, za garść daktyli (w proporcji do mocy wyrobowych własnej ludożerki) i protekcjonalne poklepanko przez salon globu pląsa przed nim na zadnich jak niedźwiedź przy fujarce. Czy na trójnogu lew. Dziwić się, że żywy naród sprowadza go w końcu w przerobową glebę? Natura w jej wypiekaniu ewolucyjnym przypasowała nas, jak mówię, do liderowania góra paruset bandytami – wykuć na blachę i zawsze nosić w górnej kieszonce. Bandytami, bo kim my ludzie stajemy się w każdym politycznym wypadku, kiedy druga strona okazuje się ciamciaramcią? Kiedy jest ważąca dysproporcja politycznej siły? Bandziornią. A jaka była metoda zwycięska dla Polski w 1980, czy aż tak różna od tego co obrazowała ta oliwska „synchroniczność”? Czy bez ziemskiej siły, prostackiego zwiniętego za plecami piąchacza, z wypranymi z groźby inwokacjami niech–zstąpi–duch–twój, można było zesmolony bolszewicki real w kraju spuścić? Duch owszem zstąpił, tylko miecz zapomniał przypiąć. Czyżby aż tak świat prygnął do przodu, odciął się od milionów lat ewolucji, że byłby dziś jak syn niesłychany co nie potrzebuje już wyjść z ojca matki? Nie ma takiego syna. Co to za wyprzęgnięta sytuacja, żeby w podejściu do żywotnego starcia kapłani programowali jak drapieżną naród organizuje i jak drapieżnie okazuje siłę. Organizowanie i okazywanie siły należy do żołnierzy narodu, do ich generałów wojny, to ich instynkt, nie kapłanów. Bez żołnierzy naród zginie, i nie mówimy tu tylko o tych od fizycznej broni, i nie mówimy tylko o fizycznej walce. Bóg lubi drapieżność. A za naddrapieżnością to już przepada. W pewnych wypadkach.

Ocena wpisu: 
Twoja ocena: Brak Średnio: 4.5 (głosów:9)

Komentarze

...klękajcie ale w kościele, nie na marszu.
A co do drapieżności...
Ludzie mają taką władzę, na jaką zasługują. I to samo dotyczy kościoła.
Pozdrawiam

Podoba mi się!
5
Nie podoba mi się!
-6

Verita

#1550936

O tym, jaki to są kręte drogi dochodzenia do mądrości narodów, to najlepiej widać na wplecionych w "opowieść" wątkach z historii Rosji.

Pozdrawiam

Podoba mi się!
2
Nie podoba mi się!
0

jan patmo

#1550960

czego przykładem choćby Szwecja (eksperyment lewactwa ). To, że Polska się wybroniła jest dużym szczęściem, iż miała mało efektywnych durniów przy władzy. Autor ma rację o tyle, iż naród powinien walczyć, ale czasami niema takiej możliwości mając za przeciwnika realną siłę (armia, policja jawna i tajna) oraz tzw. "elity" jedzące obcy chleb.

Podoba mi się!
3
Nie podoba mi się!
0

Apoloniusz

#1550966

Rzecz naturalna, jak oddychanie . Dość pamiętać, że całej istoty człowieczeństwa nie wyczerpuje. Przytoczona liczba 150 to jednak dużo a nawet bardzo dużo gdy pomyśleć o 10 palcach pianisty czy 64 polach szachownicy.

Podoba mi się!
1
Nie podoba mi się!
0
#1551019

Witaj!

Jak my, tzn. techniczni, inżynierowie przecież, zaczynami zastanawiać się nad społecznościami to zawsze wychodzi taki felieton.

A przecież cały czas pamiętamy o sprzężeniu zwrotnym. I to - patrzcie, patrzcie - dodatnim i ujemnym. I o prawie Ohma - czyli, im większy opór, to mniej prądu popłynie. No i ten paskudny cykl graniczny Nyquista, który, jak się przekroczy go, to wszystko się rozpierdzieli. No i jeszcze te bezpieczniki (dawniej - korki).

Będąc humanistą w duszy, nigdy nie należy zapominać, kim się jest po polibudzie, Szanowny Panie Inżynierze. W szczególności po gdańskiej PG.

 

Serdeczności

Podoba mi się!
3
Nie podoba mi się!
0
#1551021