Buckley

Obrazek użytkownika Tadeusz Korzeniewski
Historia

W Nowym Jorku mieszkałem najpierw w rodzinnym brownstonie na Upper East Side. Nexus sił świata, można powiedzieć. Moim gospodarzem był profesor Princetown, jego żona oddawała się globalnie w sąsiedzkim UNICEF, jego brat był autorem przemówień JFK. Za Cartera miał zostać szefem CIA, ale ciągnęła się za nim sprawa Chappaquiddick, w której był consigliere Kennedy’ch.

Dwa bloki na zachód przy Madison Ave Richard Nixon chciał kupić co-op, żeby jego chorowita Pat miała bliżej do szpitali, ale rada mieszkańców nie wpuściła go za próg.

Blok na północ od tych post-McCarthy’owskich poprawin nowoczesny patrycjusz William F. Buckley Jr. miał duplex. Media drugiego sortu, czyli wszystkie politycznie na prawo od zboczonego i tak milę w lewo centrum, nie mogły się nachwalić jak to na rautach bywało tam „więcej głów państw niż w sąsiednim ONZ!”. To był złoty czas dla Buckleya, gdyż czytelnik jego National Review i kolega wprowadził się na osiem lat do Białego Domu.

Goldwater, Reagan, Buckley

Republikanin z irlandzkich katolików, Buckley był ojcem tak zwanego nowoczesnego amerykańskiego konserwatyzmu, jednej z wielkich amerykańskich klęskidei drugiej połowy XX wieku. Oczywiście, na pierwszy rzut oka ten „nowoczesny” amerykański konserwatyzm wyglądał jak sensownie podciągnięty meme. Odrzucał izolacjonizm Starej Prawicy, co pozwaliło krajowi pójść na otwarte kopy ze światową komuną. Zwalczał infiltrację amerykańskiej elity władzy przez czerwonych, zwłaszcza zalęgłych od kadencji F. D. Roosevelta. Uwalniał gospodarkę kraju od socnaleciałości New Dealu, co zaowocowało efektywną Reagenomiką. Last but not least, wyczyścił główny nurt amerykańskiej prawicy z antysemityzmu i antysemitów. W sferze idei jednak nie stworzył ów „nowoczesny amerykański konserwatyzm” nic specjalnie trwałego, biorąc większość siły wznoszącej z przeciwstawiania się tzw. liberalizmowi, czyli demoliberalizmowi po europejsku, a najlepiej dziś nazwać gada gadem czyli kulturmarksizmem.

Technicznie największym błędem Buckley’a było wylanie dziecka z kąpielą w sprawie antysemityzmu. To łatwo postrzegalny fakt, że psychika eurska słabo sobie radzi z plemiennością żydowską. Owszem, my etniczni Eurowie też potrafimy uplemiennić się do przesady, ale do tego potrzebujemy przekrwienia instynktów, jak np. w wojnie. W spokojnym czasie jesteśmy raczej supersolistami, czego świadectwem nasza dwutysiącletnia obłapka ze skrajnie personalistyczną religią. Kolektywna obecność żydowska podżega naszą psychikę do stanu neurotycznego niepokoju. W peryferyjnych przypadkach prowadzi to do zachwiania osobowej równowagi, którą system psychiczny stara się przywrócić czy to przez generalizującą niechęć, czy generalizujące lgnięcie do obiektu jątrzącego.

W lgnięciu, w filosemityzmie, znaleźć można nierzadko ślady syndromu sztokholmskiego, zwłaszcza u tchórzliwych z natury jajogłowych. To następny łatwo obserwowalny fakt: wśród zwykłych spokojnych ludzi filosemityzmu prawie nie ma, jest ogólnoczłowiecze wyrozumienie dla Żydów jak dla każdego innego, o ile nie ma z nim/nimi za dużo kontaktu, i z drugiej strony standardowa życiowa ostrożność. Wiele za to jest filosemickiego lgnięcia wśród aspirujących jajogłowych, którzy sobie to tłumaczą i próbują wcisnąć ten kit ludziom zwykłym i spokojnym, że to z powodu ich szerszych horyzontów myślowych. Bujda na żydowskich resorach. Filosemityzm, poza oportunizmem i wysublimowanym rodzajem tchórzostwa intelektualistów, zaspokaja często archaiczną potrzebę intensywnego środowiska u jajogłowych. Człowiek przez większość ewolucyjnego czasu adaptował się w grupach nieprzekraczających 100-150 luda, to mamy w archagenach. Typowy jajogłowy pnąc się w górę z racji szczególnego uzdolnienia czy zwyczajnie ambitnego intelektowania, alienuje się częściowo od swojego naturalnego podłoża. I pojawiając się w pewnym punkcie kariery z prowincji czy innego środowiska w elitarnej Warszawie, czy innym Nowym Jorku, napotyka wśród elity ścisłoplemienny krąg żydowski, który znajdziesz bez wyjątku we wszystkich kulturach europejskich. I odnajduje w nim prastare małoplemienne zaspokojenie. „O matko, jestem znowu w Raju!” denat ma ochotę wykrzykiwać z dachów, tak nagle robi mu się wśród Żydów socmiło i socprzytulnie. I przymilając się, przepełniony neolitową przyjemnością, kokosząc się, moszcząc, pogruchuje wdzięczny „ja do Żydów mam słabość”, „ja z Żydami zawsze się dogadywałem”, idąc w górę, w górę, a przynajmniej nie w dół, o ile śpiewa zgodnie z chórem, lub przynajmniej nie przechyla łódki. W ostatecznym bilansie zawsze z mniejszą lub większą szkodą dla swojej naturalnej wspólnoty.

Oczywiście, Buckley i jego "nowocześni” konserwatyści robili jak najbardziej krok do przodu wytłumiając antysemityzm konsumpcyjny. Te pobrzeżne przypadki karlej woli mocy z jej ludożerczymi sykami: „Podłożę ogień antysemityzmu pod was, Żydzi, mam Moc, bójcie się Mnie!”. Z drugiej jednak strony było niewybaczalnym błędem Buckleya odcięcie się od naturalnych mechanizmów obronnych – więc świętych – jakie my etniczni Eurowie wytwarzamy organicznie przeciw wznoszeniu się żydowskiemu. Przeciw nadreprezentacji interesu żydowskiego w centrach dyspozycjnych naszych etnicznych narodów. Te naturalne mechanizmy obronne są szczególnie dla nas żywotne od czasu Oświecenia, które znacznie wzmogło możliwości awansu żydowskiego przez przedłożenie indywidualizmu nad podmiotowość grupową, oczywiście w tylko naszych szeregach.

Snobizm starej WASP-owskiej elity w tym względzie, do której Buckley nie należał z przyczyny krwi, to fenomen z którymi należało postępować niepochopnie. Ten snobizm powinien był być przechowany i noszony dziś dumnie jako dystynkcja honorowa i świadectwo solidarności ze Swoimi. W konsekwencji, gdyby ostał się taki do dziś, stałby się częścią naszego Euroetnosu w sposób naturalny. Nie musielibyśmy go dziś odzyskiwać z trzymania żydowskiego poprzez wyszarpywanie pośród ujadania.

Ale Buckley nie dał współczesnemu amerykańskiemu konserwatyzmowi szansy cywilizowanego starcia politycznego między Euro-Amerykanami i Żydami. Jakie bałwaństwo. Najrozsądniej byłoby tak zrobić, interesy obu grup są przecież w jednych sprawach zbieżne, w wielu innych nie, nawet diametralnie nie, w tym w niektórych w stanie wrodzonej kolizji. O niektóre rzeczy trzeba się po prostu potrykać i najlepiej otwarcie, bo jeśli nie, to zostaną one tak czy inaczej „otwarte” przez dużo większe siły i najczęściej z opóźnieniem, co na ogół jest kosztowniejsze i czego przykładów historia nie skąpi.

W latach 1990. bardziej etnicznie uwarunkowani członkowie redakcji National Review zaczęli przebąkiwać, że robi się podbramkowo i być może to ostatni dzwonek dla Euro-Amerykanów żeby zatrzymać zalew kraju przez trzecioświatowe tsunami. Statystyki nieubłaganie wskazywały, że w ciągu następnego półwiecza amerykańscy Eurowie spadną do statusu mniejszości we własnym z siebie wywiedzionym kraju. Ale kiedy ci prorocy ostatniej etnicznej godziny zaczęli faktycznie robić falę i organizować uwagę publiczności wokół krytycznego faktu, Buckley zrobił bezlitosną czystkę, wycinając co bardziej spostrzegawczych, włącznie ze zdjęciem rednacza, który dopuścił do prezentacji tak niewłaściwych postaw. Taka niewłaściwa spostrzegawczość musiałaby bowiem doprowadzić w pewnym momencie do uświadomienia przez szeroką publiczność nieproporcjonalnego – w porównaniu do innych etnicznych grup – zaangażowania żydowskiego w obalenie preferującego etnicznych Europejczyków Aktu Imigracyjnego 1924 i narzucenie w jego miejsce Aktu Imigracyjnego 1965, zapewniającego praktycznie zalew kraju przez kolorowy tłum. Takie coś nie miało prawa zaistnieć, gdyż antysemityzmu czyli ograniczania w jakimkolwiek obszarze aktywności żydowskiej, a już zwłaszcza bezczelne antysemickie pociąganie Żydów do odpowiedzialności za niektóre destruktywne pomysły, w nowoczesnym amerykańskim konserwatyzmie nie miało prawa być. Nie, nie i nie. No i poleciały głowy.

Tak więc w latach 1990. kiedy Euro-Amerykanie w parę dekad zjechali z 90% do 60% populacji, euro–amerykańscy jajogłowi wystąpili z inicjatywą oporu. I nie mówię tu tylko o lekkopółśrednich zawodnikach Buckleya, zasięg reakcji był szerszy. Ale wszystko to padło jak noworoczne rezolucje pijusa. Euro–amerykańska klasa intelektualna najwyraźniej nie miała tężyzny, ni liczby, by sprostać potrzebie dziejowej chwili. Wszystkie te 972 czy 973 amerykańskie uniwersytety w pierwszym tysiącu najlepszych w świecie – i taki zbuk. Jajogłowi to z natury tchórze, nawet z Drugą Poprawką za pasem i tłustymi amerykańskimi tenurami. Byli przez wieki tchórzami na garnuszku u monarchów; jeszcze bardziej takimi są na etatach w totalitarnych demokracjach naszego czasu. Ja, robotnik budowlany, malarz przemysłowy i pokojowy, instalator biurowy, przeprowadzkarz, ogrodnik, przewodnik, hotelarz, bibliotekarz, ochroniarz i cokolwiek jeszcze między pustym żołądkiem rano i kopiastym talerzem wieczorem, mówię to od początku świata.

Co do naszego Mr. Cleana, to czyszcząc redakcję ze zwolenników „anty-żydowskiego” prawa imigracyjnego doniósł publicznie (1992) na rodzonego ojca jako notorycznego antysemitę, tak mu te „więcej głów państw niż w sąsiednim ONZ” w pałce pokopało. Kiedy sam stuknął w kalendarz w 2008, jego małozdolny syn sprzedał jego z kolei za 15 minut sławy ujawniając w popularnym magazynie, że w finalnych latach William F. Buckley Jr. zwykł uchylać drzwi limuzyny i sekretnie wypróżniać pęcherz w publiczne smugi highwayu. Tak zakończył się amerykański nowoczesny konserwatyzm, sikiem.

 

Ocena wpisu: 
5
Twoja ocena: Brak Średnio: 4.9 (głosów:13)

Komentarze

Witaj!

 

Jedna refleksja nasuwa się natychmiast; nie da się zbudować poważnego konserwatyzmu bez solidnych i głębokich korzeni.

Bo kimżesz w tej całej Ameryce byli WASPowie? Niestety, tak jak w Australii, potomkami wyrzutków i uchodźców.

Patrz - Molier "Mieszczanin szlachcicem", To to samo zjawisko i cały ten pan Buckley.

 

Pozdrawiam

Podoba mi się!
4
Nie podoba mi się!
-1
#1539501

Zgadza się. Najsilniejszy dziś etnos z europejskich w USA jest germański. Oni nie mają kompleksu pogromców autochtonów, trzon imigracji niemieckiej to druga połowa XIX w. Z drugiej strony amerykańscy Niemcy walczyli po stronie Aliantów w II Wojnie, więc tu też ich nie można przygwoździć. Najmniej podatni na politpoprawność. No ale ten Wotan, Wotan. Łatwo ześlizguje się wiemy w co. I tym łatwiej Systemowi dzisiejszy "bunt białych" w dużej mierze wypływający z German-Americans neutralizować:

Podoba mi się!
7
Nie podoba mi się!
0
#1539502

Smakowite !

Zwłaszcza gdy w młodości wszelkie informacje na temat USA dostępne były z pozycji "kulturmarksizmu".

W potocznym polskim brak słowa: "meme" używany jest "mem" rodzaju męskiego, ten mem, tych memów.  

Podoba mi się!
3
Nie podoba mi się!
0

#1539511

Z radością czytam kolejną, „amerykańską opowieść” – bo przecież przebija się zza wartkiej (choć wymagającej intelektualnego wysiłku, by nie przeoczyć żadnego smaczku) narracji jej prawdziwy cel: Dobro Polski!

W tym względzie chciałbym polecić dwa, dopiero co opublikowane, teksty:

http://z-glupia-frant.salon24.pl/777436,polskosc

http://naszeblogi.pl/46552-kim-jest-radoslaw-sikorski

- zwłaszcza ten drugi wymagałby (o ile to możliwe) Pańskiego addendum…

Oba pochodzą, jeśli tak pozwolę sobie to wyrazić, „z mojej stajni” – co tłumaczy tę prośbę.

Serdecznie pozdrawiam

Podoba mi się!
6
Nie podoba mi się!
0
#1539514

Też polecam "Radosława". Puściłem już go w świat. Wyjątkowy agent.

 

Pozdrawiam

Podoba mi się!
2
Nie podoba mi się!
0
#1539522

polecenie działa, sądząc po zainteresowaniu czytelniczym :)

No i aż trzy niepiśmienne (czyt. beznotkowe) spełniły swą nikczemną powinność: to wielu, jak na NB

Pozdrawiam

Podoba mi się!
4
Nie podoba mi się!
0
#1539529

Dzień dobry!

A to Panu kiedyś wpadło w oko... ?

http://rebelya.pl/post/777/najnowszy-hit-internetu-artykuy-radka-sikorskie

Co do pierwszego linku to nacjonalizm jest w porządku, a szowinizm też może być w porzo w pewnych sytuacjach. Niezdrowi hierarchowie polskiego Episkopatu namieszali maluczkim w głowach w tym ich liście w temacie ostatnio, nie wolno tak gorszyć odruchów życia maluczkich, za to kamień młyński.

Pozdrowienia

TK

Podoba mi się!
4
Nie podoba mi się!
0
#1539524

- uznaliśmy jednak, że to tylko kolejny etap w odbywaniu służby - a jak Pan celnie zauważył - szefowie się zmieniają... nie mówiąc już o tych geopolitycznych resetach. "Bohater" jest mi "bliski" z uwagi na Smoleńsk, czym się głównie zajmuję.

Dziękuję za życzliwą uwagę: hierarchowie też są, poniekąd na służbie (u Franciszka) - może będą odważniejsi, gdy Arcybiskup krakowski zostanie kardynałem? - bo powinien z urzędu (ale jakiż znak, gdy nie zostanie!)...

 

 

 

Podoba mi się!
5
Nie podoba mi się!
0
#1539528