Od wiosny nasi chłopcy zapadali się pod ziemię

Obrazek użytkownika Sławomir Tomasz Roch
Historia

Ostatnie Boże Narodzenie na Wołyniu w roku 1942 przeżywaliśmy jeszcze w bardzo spokojnej atmosferze, tak że poza Niemcami nie znaliśmy żadnych innych źródeł niepokoju. Nadal żyliśmy sobie spokojnie i nigdy nawet nie przyszło by nam do głowy, że raptem w ciągu kilku miesięcy, nasza rodzinna ziemia zamieni się w piekło i to prawdziwe. Gdyby ktoś wtedy przekonywał mnie, że za pół roku Ukraińcy będą na nas polować, jak na zwierzęta, po lasach i po wsiach, będą nas dosłownie eksterminować siekierami w najbardziej wymyślny i barbarzyński sposób, nie uwierzyłabym. Może bym nad tym rozmyślała, ale nie przyjełabym tego do siebie, tak bardzo było to nie do pomyślenia. Dlatego jak co roku świętowaliśmy, dużo kolędowaliśmy, ale oczywiście radość nasza była jakby przytłumiona przez tragedię i trudy wojny, podobnie i w nowy rok. Pamiętam nawet, że razem z mamusią Stefanią Południewską, udałyśmy się 31 grudnia na uroczyste Nieszpory z okazji zakończenia starego roku i powitania nowego. Nasza rodzina czyniła tak tradycyjnie, każdego roku, wsiadaliśmy na sanie i jechaliśmy do Swojczowa. W tym roku wyjątkowo poszłyśmy z mamą na piechotę, w kościele jak zawsze było już dużo ludzi. Nabożeństwo zakończyło się około godz. 19.00 uroczystym błogosławieństwem zebranych.

Właściwie cała zima przebiegła dla nas Polaków dość spokojnie i dopiero wczesną wiosną, około marca 1943 r. poczęły dochodzić słuchy, także do mnie, że policja ukraińska, która wysługiwała się Niemcom uciekła z bronią do lasu. I tak to policjanci ukraińscy z Werby, uciekli do lasu Świnarzyńskiego, tam organizując swoją bandę. Tak mówili okoliczni Polacy, ponieważ sami Ukraińcy mówili o sobie, że tworzą partyzantkę ukraińską, aby walczyć przeciwko Niemcom. I Rzeczywiście, na ten czas nikt jeszcze nie obawiał się tych oddziałów zbrojnych, tak było przynajmniej w naszej okolicy i w moim domu rodzinnym. Doprawdy trudno się dziwić moim rodzicom, skoro niektórzy z tych partyzantów, często przyjeżdżali z lasu do naszego domu, bowiem dobrze znali rodziców. Do dziś pamiętam ich twarze i nazwiska: Mikitiuk i Sawczuk, obaj wcześniej byli komendantami posterunku ukraińskiej policji w Werbie. Wiele razy miałam okazję przysłuchiwać się rozmowom mojego tatusia, czy rodziców z nimi w naszej kuchni. Oczywiście wracał temat wojny i ukraińskiej partyzantki, Ukraińcy mówili wtedy zwykle to samo: „My i wy Polacy musimy wspólnie zorganizować partyzantkę zbrojną, wojsko polsko – ukraińskie, aby wspólnie walczyć przeciwko Niemcom. Stworzymy jedno państwo i będziemy razem walczyć. Dlatego wstępujcie do naszej partyzantki, byśmy byli razem. Jeśli macie jakąś broń ukrytą, to bierzcie ze sobą, wszystko się przyda.”.

Takich rozmów pamiętam wiele, może także dlatego, że jakoś nasi ludzie im nie dowierzali i nie bardzo w szeregi ich partyzantki się garnęli. Podobnież i mój brat Feliks Południewski, który miał wtedy 19 lat nie chciał iść z nimi do lasu. Zapamiętałam szczególnie jedną z takich wizyt, kiedy go usilnie znów namawiali, choć nie zmuszali. Na szczęście miał przeczucie i nie poszedł, niestety jego dobry kolega Cezary Omański lat 19, dał się namówić i od tej pory ślad po nim zaginął. To był nasz sąsiad przez miedzę, atkurat dobrze to pamiętam, ponieważ kiedy Ukraińcy jeszcze do nas zachodzili, przychodziła także matka Cezarego, miała na imię Felicja i płakała biedaczka, zatroskana za synem. Na to oni zwykle odpowiadali spokojnie tak: „Proszę się niczego nie obawiać, syn ma się dobrze, a do domu nie może na razie przyjść, bowiem wszystkich nas obowiązuje dyscyplina wojskowa oraz tajemnica służbowa, a to wszystko na wypadek zachowania środków bezpieczeństwa. Jak tylko będzie mógł, dostanie przepustkę i przyjedzie do domu.”. Omańskiego zabrali już około czerwca 1943 r., zatem na przełomie wiosny i lata, wcześniej była ostatnia na Wołyniu Wielkanoc.

Święta Zmartwychwstania Pańskiego przebiegały u nas jeszcze w miarę spokojnie, ale ludzie byli już niespokojni bowiem od czasu do czasu dochodziły i do nas słuchy, że Ukraińcy potajemnie mordują Polaków. Ale to było gdzieś daleko na południe, bo u nas wciąż panował względny spokój. Po temu ja i moja rodzina wybraliśmy się na Rezurekcję, w kościele było mnóstwo ludzi, panował tłok, ale wszyscy modlili się spokojnie, podobnie i same święta przebiegły spokojnie. Około dwa tygodnie od zabrania Omańskiego, Ukraińcy znowu przyjechali do naszego domu, ale tym razem nie byli układni i mili, tylko wręcz groźnie i zdecydowanie zarządali od brata, aby wydał im broń, którą ukrywał mówiąc: „Południewski oddaj broń, którą przechowujesz!”. Ale brat się nie przyznał, dlatego przemocą zabrali go ze soba do Lasu Świnarzyńskiego. Razem z nim zabrali jeszcze dwóch Polaków z kolonii Jesionówka: Władysława Buczko lat około 19 i jego stryjecznego brata, także Władysława Buczko lat ok. 20.

W lesie przeprowadzili nad nimi śledztwo i nasz brat Feliks przyznał się, że ma ukrytą broń: rosyjską „Finkę”. Ponieważ się przyznał na razie darowali mu życie, ale na jego oczach rozstrzelali obu Buczków, ci bowiem wciąż zapewniali, że broni nie mają. Potem wzięli brata z powrotem na wóz i przywieźli pod nasz rodzinny dom, tak że ich zobaczyliśmy. Bardzo się wszyscy ucieszyliśmy i od razu Bogu dziękowaliśmy w sercach, za cudowne jego ocalenie, bowiem z ich ręki właściwie mało kiedy zdarzało się, aby ktoś uniósł duszę. W tej intencji ja i cała nasza rodzina trwaliśmy z różańcem w ręku, tę ostatnią noc na modlitwie. Do końca życia nie zapomnę tamtej nocy oraz naszej gorącej i błagalnej modlitwy. Tymczasem obaj Ukraińcy nie zatrzymali się obok domu, tylko prosto pojechali na łąkę, gdzie brat miał ukryty ruski karabin, automat nazywany „finką”. W tym momencie Ukraińcy mogli przecież brata wykończyć, ale stał się nowy cud. Nie tylko, że brata nie zabili, ale nawet puścili wolno.

Wtedy jeszcze, wciąż nie wiedzieliśmy, że prawdziwe piekło dopiero przed nami, dlatego wszystko składaliśmy na ręce żywo obecnej i działającej Opatrzności Bożej. A dziś myślę tak samo, choć z perspktywy czasu i późniejszych, apokaliptycznych wprost rzezi i pogromów, myślę sobie że Bóg mógł się posłużyć także ich złymi zamysłami serc. W taki mianowiecie sposób, że banderowcy w pysze swojej na razie oszczędzili brata, aby nie robić postrachu, u żyjących jeszcze Polaków, a wszystko po to tylko, aby oszukać, okłamać, a nas tak właśnie otumanionych, potem wszystkich z zaskoczenia i w jak największej liczbie, dosłownie, już wyrżnąć. Po ludziach tamtego pokroju i tamtych czynów, można się było spodziewać wszystkiego, niestety dowiedzieliśmy się o tym zbyt późno. I gdy zrozumieliśmy w końcu na co się zanosi, na tworzenie polskiej samoobrony, było już za późno, nie było większych szans i nie było środków. Ukraińcy poczuli się bowiem panami w terenie, a nasza młodzież zdolna do walki, już była niemal zdziesiątkowana, zostały tylko dzieci, kobiety i często niedołężni starcy.

Brat Feliks wrócił więc szczęśliwie do domu i od razu zaczął nam wszystko opowiadać, a nie był nawet pobity, mówił tak: „Ukraińcy obu Buczków na moich oczach zastrzelili w lesie, chcieli na gwałt od nich broni, ale jej nie dostali dlatego pewnie ich zabili.”. Od tych wydarzeń mój brat Feliks, ja i cała nasza rodzina oraz większość mieszkańców Jesionówki, przejrzała na oczy i nabrała głębokiej nieufności wobec Ukraińców. Już nie dowierzaliśmy ich gorącym zapewnieniom o ich dobrej, przyjacielskiej woli. Konsekwencją tego było powszechne, już chowanie się ludności naszej kolonii w różnych miejscach: schronach, podziemnych bunkrach, w zbożu, w lesie, na łąkach i w sadach, gdzie tylko można było.

Ukraińcy zaraz zwąchali, że ludzie przestali wierzyć w ich zapewnienia o przyjaźni. Możliwe że przestraszyli się, aby Polacy nie rzucili się zawczasu do broni i nie zorganizowali samoobrony, dlatego jeszcze bardziej wzmożyli swoją propagandę. Polegało to na tym, że niemal codziennie przyjeżdżali całą furmanką na naszą kolonię i rozchodzili się po domach, wszem i wobec zapewniając, że to co ludzie mówią o zaginionych Polakach to zwykłe plotki. I zwykłą nieprawdą jest, że tych mężczyzn pomordowali, jakoby w lesie Ukraińcy mówili wprost, że to trzeba włożyć między bajki. Dalsza ich oracja była już taka sama jak przed miesiącami: „Jesteśmy przyjaciółmi i powinniśmy razem walczyć z Niemcami.”.  Rozdawali przy tym dużo ulotek w języku polskim, a nawet rozklejali plakaty na płotach naszych domostw. Była to „Odezwa do Polaków”, właśnie o powyższej treści. Widziałam te plakaty i ulotki, ale nie starałam się ich osobiście czytać, treść znam od mojego tatusia Kazimierza Południewskiego, który się tym żywo interesował. [fragment wspomnień Leokadii Michaluk z d. Południewska z kolonii Jesionówka na Wołyniu]

Ocena wpisu: 
5
Twoja ocena: Brak Średnio: 5 (głosów:9)