NOC DEMONÓW NAD TURIĄ 11 LIPCA 1943

Obrazek użytkownika Sławomir Tomasz Roch
Historia

Dokładnie w tych godzinach, po północy z 10 na 11 lipca 1943 r., b. liczne, upiorne watahy, po kilku i kilkunastu banderowców ze wsi Wołczak i z Lasu Świnarzyńskiego, uzbrojonych w siekiery i inną wszelką broń, otaczały polskie domy. W śpiącej i nieczego się niespodziewającej wsi Dominopol na Ziemi Swojczowskiej na jeden polski dom, przypadało po ośmiu, dziesięciu żołnierzy i chłopów z OUN-UPA. Trzy rakiety wystrzelone nad Dominopolem, były sygnałem do rozpoczęcia Krwawej Niedzieli, czyli okrutnej, demonicznej rzezi niewinnych, nieuzbrojonych ludzi. Rzeź trwała bez ustanku całe dwa dni i dwie noce! Bestialsko wymordowano właściwie wszystkich mieszkańców Dominopola, to jest około 500 osób, z rzezi wyratowało się w cudownych całkiem okolicznościach, może zaledwie 10 osób.

Bronisław Nieczyporowski żołnierz 27 Wołyńskiej DPAK ps. „Krępy” jest jednym z naocznych, wiernych świadków tamtych wydarzeń. Oto poniżej jego wstrząsająca relacja, spisana przez niego osobiście, poprzedzona krótkim opisem sytuacyjnym, nakreślonym przez Czesława Życzko jego sąsiada, przyjaciela i również żołnierza 27 Wołyńskiej DP AK ps. „Orwid”:

[...] Początkiem 1943 r. pojawił się na terenie Swojczowa i w okolicznych miejscowościach jakiś kpt. Dąbrowski, który zaczął organizować polską młodzież. Jego agitacja polegała na tym, aby gromadzić broń do rzekomego powstania. Do pomocy miał kaprala Gronowicza z Oździutycz i Stanisława Sawickiego ze Swojczowa oraz wielu innych współpracowników. Z rozmowy z kpt. Dąbrowskim i okazanej listy „wykazu” jego członków wynikało, że było około 40 ludzi, byli to przeważnie młodzi zapaleńcy. Budziłem obawy, co do jego organizacji i pomimo rozpowszechniania ulotek o treści: „Bracia do walki, Ojczyzna wzywa nas. Za Jej wolność oddamy wszystko.” , nie widziałem perspektywy jej bytu. Organizacja kpt. Dąbrowskiego istniała do 11 lipca 1943 r. .

W dniu 10 lipca 1943 r., t.j. w sobotę kpt. Dąbrowski zwolnił swą grupę na niedzielę, w celu odwiedzenia swych rodzin. A w poniedziałek rano, t.j. 12 lipca 1943 r. polecił stawienie na moście w Dominopolu. Niestety z 11 na 12 lipca cała ludność Dominopola została kompletnie wymordowana przez banderowców, a most na rzece Turii został przez nich opanowany. Wszyscy, którzy stawili się na most, na zbiórkę zostali bezlitośnie wymordowani z kpt. Dąbrowskim włącznie.

Z mojego punktu widzenia rzekomy kpt. Dąbrowski był polskim patriotą, który sprzeniewierzył się Ukraińcom i z tego powodu został zamordowany, a wraz z nim wymordowano większość członków jego oddziału. Wczytajmy się jednak w relację mojego sąsiada i bliskiego kolegi Bronisława Nieczyporowskiego ps. „Krępy”, który był żołnierzem kpt. Dąbrowskiego, a który cudownie wyratowany z masakry Dominopola, jest naocznym świadkiem zagłady tej dużej, starej polskiej wsi, oto ona: „Ja Bronisław Nieczyporowski urodziłem się 20 lipca 1925 r. na kolonii Kisielówka gm. Kisielin, pow. Horochów na Wołyniu. Mieszkałem tam z moimi rodzicami, dwoma młodszymi braćmi i jedną siostrą.

W roku 1943 zaczęły grasować bandy UPA, a widząc zarazem pewną nieufność ukraińskiej ludności do Polaków, wśród naszej społeczności zaczął narastać duży niepokój. Działo się tak niestety, pomimo że razem mieszkaliśmy, razem chodziliśmy do szkoły, razem bawiliśmy się, były nierzadko mieszane małżeństwa i rodziny. Polska ludność była bardzo wierząca, nigdy nie przypuszczała, że może dojść do tak tragicznych morderstw, jakie później miały miejsce, a rozgłosy na ten temat, były nawet nie raz, celowo przyciszane.

W końcu czerwca 1943 r. dowiedziałem się, że w polskiej wsi Dominopol, leżącej przy rzece Turii i w Lesie Świnarzyńskim, w pow. Włodzimierz Wołyński, niejaki kpt. Dąbrowski organizuje polską partyzantkę. Po zastanowieniu, zdecydowałem wraz z Edwardem Kosiorem, moim bratem ciotecznym, że udamy się tam razem i wstąpimy do tego powstającego oddziału i tak się też stało. Było nas tam 12 młodych chłopaków i byliśmy łącznikami bowiem kpt. Dąbrowski miał popisanych wielu członków tej konspiracji z okolicznych wsi i kolonii, którzy posiadali broń. Razem miało być nawet 120 osób, między innymi Czesław Życzko i Wacław Pogorzelski.

Kapitan Dąbrowski nie wierzył w dobre intencje bandy UPA, a my jako łącznicy pewnej nocy mieliśmy powiadomić wszystkich posiadających broń o możliwym niebezpieczeństwie. To w przypadku gdyby trzeba było się bronić przed bandą i organizować nowe oddziały. 10 lipca 1943 r. kapitan Dąbrowski coś wyczuł i puścił nas na przepustki, powiedział: ‘Jak w poniedziałek będzie cicho, to wstawić się tutaj z powrotem, a ja i kapral Gronowicz pozostaniemy tutaj w Dominopolu’. Z niedzieli na poniedziałek tj. z 11 na 12 lipca w nocy banda UPA okrążyła całą wieś i bez strzału wymordowali wszystkich mieszkańców polskich Dominopola. Uczyniono to tak sprawnie, że na wybudowach około 1 km nikt nie słyszał i nie wiedział, co w Dominopolu stało się tej nocy. Zatem w poniedziałek wszyscy wracali pewni siebie z przepustek, nie spodziewając się niczego nowego, tymczasem tam wszyscy byli już pomordowani. Mój brat mając 12 lat koniecznie chciał mnie odwieźć końmi, bo chciał zobaczyć polskich partyzantów, więc zaczął prosić rodziców, aby go puścili i rodzice wyrazili zgodę.

Wraz z bratem Tedeuszem zaprzęgliśmy konie i żegnając się z rodzicami ruszyliśmy w drogę, było to około 10 km. Około godziny 11.00 dojeżdżamy do mostu na rzece Turii, tam stała warta UPA i zatrzymali nas. Jeden z nich wsiadł na wóz i mówi, że chce podjechać do wioski. Wjeżdżamy już na wieś, a ja zaraz zorientowałem się, że wpadliśmy w zasadzkę! Oto z ludności już nikogo nie widać, a tylko bulbowcy latają do mieszkań i rabują zdobycz po Polakach i w tym momencie ten Ukrainiec mówi do mnie: ‘Stój!’. Ja stanąłem, a z mieszkania wybiega czterech jeszcze i wynoszą szpadel, a do mnie tak mówią: ‘Wykopiesz jamę, bo mamy parę Żydów do zakopania’.

Myślę sobie, to już koniec, z początku nie chciałem, to jeden z nich mnie kolbą po ramieniu, nie było wyjścia, wyszliśmy na ogród za budynki i kazał mi kopać. Zacząłem kopać, z początku chciałem szpadlem rąbnąć choć jednego, już mi ręce drgnęły, ale jakby mi ktoś je zatrzymał i mówił do mnie: ‘Uciekaj!’. A ja sobie zaraz w sercu pomyślałem: ‘Jak z tej obstawy można uciec?’, czterech ich było z ręcznymi karabinami, jeden z ruskim r.k.m. i szósty z pistoletem w ręku. A pomimo to w dalszym ciągu czułem jakby za mną ktoś stał i mówił: ‘Uciekaj!’. Miałem na sobie buty oficerki, które kupiłem od żony oficera i pomyślałem sobie, że w tych butach mnie nie zabiją. Brat Tadeusz stał obok i płakał, żeby go puścili do mamusi.

Gdy wykopałem dół głębokości sobie po piersi, jeden z nich mówi do mnie: ‘Wyłaź i ściągaj buty.’ i zacząłem ściągać buty. Jednego już zdjąłem, a drugi noga jeszcze była w cholewie, jak dałem susa pomiedzy nich, odbiegłem około 50 m. i o coś się zaczepiłem, przewróciłem się. W tym samym momencie oddano do mnie serię z erkaemu, także tylko mi furażerkę zbito z głowy, ale podnosząc się złapałem furażerkę i zacząłem dalej uciekać. Wtem na koniu zauważyłem jakiegoś oficera, gdyż miał jakieś odznaki, jedzie obok mnie jakieś 50 m. i krzyczy do nich: ‘Nie strzelać!’.

Ponieważ ja biegłem do zabudowania, o mało mnie nie rozjechał koniem, na szczęście furtka była otwarta. Wpadłem na podwórze, wszystko zabudowane i tylko między stodołą a oborą był płot z desek, taka ściana wysoko ponad 2,5 metra. W tym czasie ten na koniu podjechał i z pistoletu do mnie, ale trzeci raz jak strzelił, to ja byłem już po drugiej stronie i dalej uciekałem ile miałem sił w nogach. A ci z tyłu dalej lecą za mną i strzelają, ale oni byli już za mną w odległości około 300 metrów, także ten na koniu nie daje za wygraną, goni mnie zawzięcie dalej. Patrzę, a on jedzie obok mnie, już chciałem stanąć, ale znów ktoś jakby mówił do mnie: „Uciekaj!”.

Przede mną rosły nieduże krzaki, a po drugiej stronie pasło się parę koni, pomyślałem sobie, abym dostał się do tych koni. Gdy przebiegłem przez te krzaki, obejrzałem się, a tego na koniu nie było widać i nie wiem, co się z nim stało. Tak sobie przypuszczam, że jak on jechał pędem to koń musiał ugrząść, bo jak ja biegłem, to też wpadłem po kolana w błoto. Gdy zbliżałem się do tych koni, ten z erkaemu puścił serię po koniach, a te galopa w dalsze zarośla. Tych z tyłu zaś mam około 500 m za sobą i dobiegam do rzeki, ale już nie tylko w płucach, ale i w żołądku miałem sucho. Wskoczyłem do wody i połknąłem kilka łyków, to dodało mi sił i otuchy do dalszej walki.

W tym miejscu rzeka była płytka w pas, przebrnąłem rzekę, a tu trafia się równina, łąki wykoszone, tymczasem ci z tyłu wciąż mnie nękają. Na szczęście mam ich już 800 m za sobą z tyłu, uciekam dalej padając w różne strony jak tylko umiałem. Oglądam się, przez rzekę przeprawia się trzech na koniach, ale konie nie chcą iść. Ja zaś mam już bardzo blisko do polskiej kolonii Popówka, nawet widzę jak uciekają przede mną zaalarmowani ludzie. Przede mną w polu jakieś zabudowanie pomyślałem, że teraz mam zasłonę i nie potrzebuję, coraz to padać. Przede mną duży obszar majątkowego żyta, biegłem ile miałem tchu, wybiegłem na taki wzgórek, ogłądam się, a tych trzech na koniu jedzie za mną, ale już ze dwa km. Odruchowo oceniam sytuację, co mam teraz robić, jak nie uda mi się ich zmylić, to mnie zaraz mają. Dobiegłem do bruzdy gdzie jest małe żyto, aby zgubić ślad i udaję się na lewo do kolonii, ale gdy tylko zbiegłem w dół, tak by ścigający mnie nie widzieli, chyłkiem wycofałem się z powrotem na wzgórze. Ryba wzięła przynętę i jeźdźcy skierowali się na kolonię, aby w ich zamyślę zaskoczyć mnie drogą, spodziewali się, że na kolonii Popówka, będę szukał teraz schronienia i wsparcia. Ja tymczasem uciekam dalej dokładnie w przeciwnym kierunku, dobiegłem do tej samej rzeczki Turii i przepłynąłem na drugą stronę.

Siedziałem w zoraślach i obserwowałem co oni robią, w tym czasie, ci co ścigali mnie na pieszo, osiągnęli punkt, w którym spodziewali się mnie pochwycić. Zjeżdżali tam raz przy razie na koniach i pieszo, tak ze trzy godziny, ale z niczym musieli w końcu wracać do swoich. Uważnie ich liczyłem, czy aby któryś nie pozostał zamaskowany w ukryciu, bowiem tutaj już się nie bałem, gdyż w pobliżu był duży las. Uklęknąłem i wyjąłem książeczkę od nabożeństwa i zacząłem się modlić. Po jakiejś godzinie czasu okrężną drogą, polami wróciłem do rodzinnego domu, tak niemal cudownie ratując własne życie. Niestety mojego brata Tadeusza, tam na Dominopolu zabili.”

Powyższa relacja b. dokładna, wiernie oddająca bezmiar tragedii mieszkańców Dominopola oraz członków konspiracji kpt. Dąbrowskiego, została mi przekazana przez Bronka Nieczyporowskiego i od tamtej pory przechowuję ją w swoich prywatnych zbiorach. Z myślą o nas wszystkich, udostępniam dziś te fakty i zaznaczam, że jeszcze do wspomnień Bronka i to zaraz, w tej pracy wrócimy. [...] [fragment wspomnień Czesława i Heleny Życzko z d. Furtak z kolonii Kisielówka na Wołyniu, wysłuchał, spisał i opracował S. T. Roch]

Ocena wpisu: 
5
Twoja ocena: Brak Średnio: 5 (głosów:16)

Komentarze

To była zbrodnia zaplanowana. To nie był przypadek - mówi w rozmowie z PChTV ks. prof. Józef Marecki. Zapraszamy do obejrzenia wywiadu Piotra Relicha, pod linkiem: https://www.pch24.pl/na-wolyniu-uderzono-w-samego-boga--video-,61545,tv....

Podoba mi się!
3
Nie podoba mi się!
0

Sławomir Tomasz Roch

#1568105

Potworny dramat rozegrał się we wsi Dominopol.

Dwaj synowie należący do UPA zamierzali zabić matkę – Polkę.

Mąż Ukrainiec, ratując jej życie, zastrzelił jednego z synów.

Po jakimś czasie drugi syn zamordował ojca.

 

https://superhistoria.pl/druga-wojna-swiatowa/70287/Sprawiedliwi-wsrod-U...

Podoba mi się!
4
Nie podoba mi się!
0

zawiedziony

#1568174

Redaktor „wołyńskiego” numeru magazynu „PCh24 Co Tydzień” Michał Wałach, napisał we wstępnym artykule, dostępnego jest periodyku: „75. lat po krwawej niedzieli Polska i Ukraina – właśnie za sprawą bolesnej historii – oddalają się od siebie. My bowiem nie możemy zapomnieć o pomordowanych za to, że byli Polakami, zaś jako fundament pojednania wskazujemy prawdę, przyznanie się do win i żal za grzechy. Ukraińcy również nie chcą zapomnieć – tyle że o Banderze, Doncowie i Szuchewyczu.

Jedyne co nam pozostało, to prosić Pana Boga o przemianę serc naszych błądzących braci. Zarówno żyjących jeszcze katów Wołynia, jak i ich ideologicznych spadkobierców. Prośmy również o miłosierdzie dla sprawców rzezi oraz ofiar ukraińskiego nacjonalizmu. Dlatego też, oddając w Państwa ręce nowy numer e-tygodnika PCh24 Co Tydzień i życząc miłej lektury, proszę o żarliwą modlitwę w tych intencjach”

Cały wpis jest dostępny pod adresem: http://www.pch24.pl/polowanie-na-polakow--dostepny-jest-juz-wolynski-num...

Podoba mi się!
2
Nie podoba mi się!
0

Sławomir Tomasz Roch

#1568203

Ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski w ostatnich dniach w rozmowie z PChTV: „Mój świętej pamięci ojciec napisał w swoim pamiętniku, że Kresowian zabito dwukrotnie: raz przez ciosy siekierą, drugi raz przez przemilczenie.” . Jan Zaleski miał jeszcze potem dodać: „I ta druga śmierć była straszniejsza i boleśniejsza, niż ta pierwsza zadana siekierami”. Przemilczana rzeź wołyńska

Cały wpis jest dostępny na stronie: https://www.pch24.pl/ks--isakowicz-zaleski--dwukrotnie-zabici--przemilcz...

Podoba mi się!
2
Nie podoba mi się!
0

Sławomir Tomasz Roch

#1568204

Dr Leon Popek z Lublina wygłosił wykład podczas konferencji: „Ludobójstwo na kresach południowo-wschodnich, 1943-1944: aspekt eklezjalny i teologiczny”. Zapraszam do obejrzenia i wysłuchania.

Cały wpis jest dostępny na stronie: https://www.pch24.pl/-czy-zamordowani-przez-ukrainskich-nacjonalistow-ka...

Podoba mi się!
2
Nie podoba mi się!
0

Sławomir Tomasz Roch

#1568232

Ks. prof. dr hab. Franciszek Longchamps de Berier wygłosił w Krakowie wykład pt. „Misterium nieprawości”, podczas konferencji naukowej „Ludobójstwo na kresach południowo-wschodnich 1943-44: aspekt eklezjalny i teologiczny”. (25.06.2018)

Cały wpis z możliwością odsłuchania tego wykładu na stronie: https://www.pch24.pl/misterium-nieprawosci--poruszajaca-refleksja-ks--pr...

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

Sławomir Tomasz Roch

#1568328

Oto fragment ciekawego opracowania Andrzeja Solaka, opublikowanego w ostatnich dniach na PCh24, przy okazji 75 rocznicy ludobójstwa na Wołaniu i Kresach: „W niedzielny poranek 11 lipca 1943 roku ktoś załomotał do drzwi plebanii w Porycku, małym miasteczku w powiecie włodzimierskim, na Wołyniu. Proboszcz, ks. Bolesław Szawłowski ujrzał na progu zdyszanego mężczyznę. Przybysz był Ukraińcem z pobliskiej wioski. Przybiegł z ostrzeżeniem – jego rodacy z Ukraińskiej Powstańczej Armii szykują rzeź; uderzą w czasie Mszy św. rozpoczynającej się o godzinie 11.00. Ksiądz Szawłowski natychmiast rozesłał po miasteczku ministrantów, by kołatali do drzwi domów, przekazując straszną wieść. Ale ogromna większość mieszkańców nie uwierzyła, że ich sąsiadami są barbarzyńcy zdolni do mordu w świątyni. O godzinie 11.00 kościół wypełnił ufny, rozmodlony tłum.

Najpierw rozległ się krzyk. Mała dziewczynka wpadła do kościoła wołając, że na zewnątrz gromadzą się uzbrojeni ludzie. Zaraz potem huknął strzał – na progu stanęła zakrwawiona, chwiejąca się na nogach kobieta. Wśród wiernych wybuchła wrzawa, zaraz zagłuszona jazgotem broni maszynowej. Strumienie pocisków wpadały przez drzwi i okna, kładąc pokotem zgromadzonych.

Po chwili kanonada umilkła. W świątyni słychać było jęki rannych i przeraźliwy szloch. Wtedy rozległy się głośno wypowiedziane słowa modlitwy. Ksiądz Szawłowski, jak dotąd nietknięty, stał u ołtarza i udzielał wiernym zbiorowego rozgrzeszenia. Z zakrystii wyłonił się uzbrojony Ukrainiec. Wymierzył do kapłana. Po strzale ksiądz zachwiał się, ale dalej odmawiał modlitwę. Dopiero druga kula cisnęła nim o posadzkę.

Dwaj mordercy, z karabinami w dłoniach, urządzili obchód kościoła. Szli między ławkami, przyglądając się leżącym. Jeżeli zauważyli oznaki życia, dobijali ofiary pojedynczymi strzałami. Robili to bez pośpiechu, metodycznie, a ich działania cechowała upiorna sumienność. Potem bojówka UPA ruszyła na miasto, w poszukiwaniu pozostałych Polaków. Tych, których udało się zaskoczyć w domach, zabijano na miejscu, całymi rodzinami.

W ów straszny dzień krew lała się w dziesiątkach miejscowości Wołynia. Bandyci UPA uderzyli niemal równocześnie na 99 polskich wsi i miasteczek. W ciągu nocy i następnego dnia liczba zmasakrowanych siół wzrosła do 167. Podczas tych kilkudziesięciu godzin zamordowano co najmniej 11.000 bezbronnych ludzi. [...]”

Cały artykuł Andrzeja Solaka można przeczytać na stronie: http://www.pch24.pl/wolyn-43--bohaterowie-i-rezuny,61547,i.html#ixzz5LLK...

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

Sławomir Tomasz Roch

#1568329