Nasi chłopcy z SB zaczęli tańczyć kozaka po całej wiosce do rana żaden Lach nie pozostał żywy

Obrazek użytkownika Sławomir Tomasz Roch
Historia

W tym krótkim fragmencie i streszczeniu zawiera się esencja banderowskich tęsknot, żali i haniebnych win z wołyńskiego, kresowego ludobójstwa, które zwaliły się na ukraińskich nacjonalistów po II wojnie światowej i przygniotły ich na wieki. Banderowcy świetnie zdawali sobie sprawę, że należało uczynić coś, co w jakikolwiek sposób zdejmowałoby z nich odpowiedzialność za dokonane, niezwykle bestialskie ludobójstwo na niewinnych, prostych ludziach z Dominopola, z Ziemi Swojczowskiej, z całego Wołynia, Podola i z całych Kresów Południow – Wschodnich. Podumano, policzono i uznano zatem, że tak mniej więcej miałaby wyglądać Krwawa Niedziela 11 lipca 1943 r. oczami banderowca w propagandowym wydaniu lat 90-tych w Kanadzie.

Danyło Szumuk, Ukrainiec od 1987 r. mieszkający w Kanadzie, wyraźnie kreując się na człowieka uczciwego, któremu można zaufać a jakże, utożsamia się właśnie z tą lepszą, nawróconą, dobrą częścią człowieczeństwa ukraińskiego. Wybierając miłosierdzie, pomimo całej swojej niedoskonałości, ale nikt z nas przecież nie jest doskonały, tu sprytnie korzysta z urobionej wersji chrześcijaństwa, wybiera cywilizację miłości. Możnaby skwitować: „Lepiej późno niż wcale”. Rzuca się w oczy, jak łatwo przechodzi od bohaterstwa do zbrodni i od tejże do stanu faktycznego, już po masakrze mieszkańców wsi Dominopol na Ziemi Swojczowskiej.

Kim jest zatem właściwie Danyło Szumuk? Jakże charakterystyczna dla tamtych czasów i bogata jest jego przeszłość: urodzony w 1914 r. przesiedział w więzieniach i łagrach łącznie 37 lat. Najpierw w Polsce za przynależność do Komunistycznej Partii Zachodniej Ukrainy (KPZU), potem w ZSRR za udział w UPA. Wcześniej bowiem rozczarował się do ideologii Komunistycznej i włączył się w ruch nacjonalistyczny, mający na celu odbudowę niepodległej Ukrainy. Autor przemyconych za granicę wspomnień „Za schidnym obrijem” (1974), wydanych powtórnie w roku 1983 w wersji rozszerzonej pt. „Pereżyte i peredumane”. Skrytykował w nich działalność banderowców, w tym i eksterminację Polaków na ziemiach ukraińskich, wywołując szeroką polemikę w środowisku emigracyjnym.

Posłuchajmy arcyciekawego fragmentu jego wspomnień, z punktu widzenia naszych rozważań wprost bezcennego, a zatem tak oto Krwawą Niedzielę relacjonuje banderowiec Danyło Szumuk:

W niemiecko – polsko – rosyjskim trójkącie, w którym rozgrywała się wówczas ukraińska walka powstańcza na Wołyniu, sytuacja była bardzo skomplikowana, zagmatwana i dlatego tragiczna. Poznałem nieco te sprawy w czasie pobytu na terytorium Siczy.

Pewnej niedzieli około godziny 11 przed naszą kwaterą, w której mieszkaliśmy jako instruktorzy kursów szkoleniowych na Siczy, niespodzianie zahamował samochód osobowy. Do środka wszedł dowódca oddziału Sosenko.

            - Sława! - krzyknął, prężąc się po wojskowemu.

            - Bohaterom! - odpowiedzieliśmy.

            - Śniadanie jedliście? - zapytał Sosenko.

            -Tak jest! -odpowiedzieliśmy.

            - To pojedziemy w goście do naszych sąsiadów - powiedział Sosenko uśmiechając się chytrze. Do jakich sąsiadów? -zapytałem. Wsiedliśmy: Sosenko, Browa, Lisowyk i ja i ruszyliśmy malutką drożyną poprzez błota. Mniej więcej po dwóch kilometrach zobaczyliśmy starą chałupinę na skraju lasu. Zza rogu celowała w nas czarna lufa karabinu maszynowego. Usłyszeliśmy stamtąd donośną komendę:

            „Stój!”. Stanęliśmy i Sosenko uchylił drzwi samochodu. „Hasło!”. Sosenko powiedział. Raptem z chaty wyskoczył i zameldował się przed Sosenką komendant placówki. Podjechaliśmy jeszcze ze sto metrów i stanęliśmy obok ładnego, nowego domu. Ku memu wielkiemu zdziwieniu ze środka wyskoczył w pełnym umundurowaniu polski porucznik i z właściwym dl a Polaków drygiem stuknął obcasami, zasalutował dwoma palcami i powiedział: „Czołem panu!”. Sosenko również przyjął postawę zasadniczą i przywitał się z porucznikiem. Porucznik uścisnął wszystkim rękę i zaprosił nas do środka, gdzie mieścił się sztab. Zza stołu wyszedł kapitan i także przywitał się z Sosenką i z nami. Na stole stała maszyna do pisania, przed nią siedziała młoda, wysmukła, bardzo piękna Polka.

            - Proszę siadać, panowie - eleganckim gestem kapitan wskazał krzesła i wrócił na swoje miejsce przy stole.

            - Panie kapitanie, czy nie pora już dać chociaż kompanię wojska do wspólnej obrony przed Niemcami? Dawno już tę sprawę uzgodniliśmy - zaczął Sosenko.

            - Nic mamy ani wojska, ani broni po tej stronie Bugu - odparł kapitan.

            - To w jaki sposób możecie nam pomóc? - zapytał Sosenko.

            - Chleba możemy dać - odpowiedział kapitan.

            - Chleb to mamy swój - odparł Sosenko, - Dajcie chociaż broń, amunicję.

            - Niestety, nie mamy ani amunicji, ani broni - rzekł kapitan. - Przedstawimy wasze postulaty naszemu dowództwu.

            W powrotnej drodze do sztabu Sosenko informował:

            - W tej wiosce Dominopol mieszka około 150 rodzin polskich i dwie ukraińskie. Polacy zawsze traktowali nas jako ludzi niepełnowartościowych. Teraz też utworzyli tu swój „sztab”, coś w rodzaju „ambasady” do pertraktacji z nami, a faktycznie jest to sztab polskiego wywiadu, zbierającego wszystkie dane o naszych ruchach. Interesują się zwłaszcza rozlokowaniem magazynów. Wiemy o tym i obserwujemy ich, lecz niebawem trzeba będzie tę ciuciubabkę skończyć. Później wyruszyliśmy na dalsze tereny. Lisowyk z Soscnką pojechali oglądać oddziały UPA w powiecie włodzimierskim, ja z Brową udałem się z tym samym celu do powiatu Horochów. (...)

            Przy drodze gospodarz kosił trawę. Po przywitaniu zaczęła się pogawędka: co słychać we wsi, co myślą i mówią teraz chłopi.

            - Chłopi chcą pokoju na ziemi. Musimy orać ziemię, siać, bydło karmić. Przecież to chłop musi wszystkich nakarmić, miodem i mlekiem napoić - cedził wolno i cicho gospodarz. Wziąłem jego kosę i zacząłem kosić. Chłop uważnie przyglądał się.

            - O, to pan dobrze kosi, widać że gospodarski syn - powiedział z zachwytem.

            - Wszyscy my, gospodarzu, ludzie pracy, tylko czas taki nastał, że musieliśmy zająć się czym innym.

            - A długo tak będzie? - zapytał, patrząc błagalnie w oczy.

            - Dopóki wróg będzie deptać naszą ziemię świętą, zabijać nasz naród, dotąd będziemy zmuszeni z nim walczyć. Swoją ziemię trzeba kochać, uprawiać, a w ciężkiej chwili bronić - odpowiedziałem również cicho. [...]

Kiedy w powrotnej drodze jechaliśmy przez znany już polski Dominopol, rzucało się w oczy, że wieś jakby wymarła, drzwi i okna były wszędzie pootwierane, nigdzie nie było widać żywej duszy. I posterunku pod lasem także już nie było. Duszę ogarniał jakiś ciężki, niezrozumiały smutek.

            A we wsi Wołczak, do której wróciliśmy, ruch był jak przedtem. Wszyscy krzątali się wokół swoich spraw. To tu, to tam słychać było stukot maszyny do pisania.

Zatrzymaliśmy się koło sztabu, ale nic zastaliśmy ani dowódcy, ani szefa sztabu. Zaszliśmy więc do buńczucznego. Przywitał nas zmęczonym, smutnym wzrokiem. Był to starszy człowiek, dawny wykładowca gimnazjum w Horochowie.

            - Co się stało z Dominopolem? - zapytałem. Buńczuczny spojrzał na nas ze zdziwieniem i spytał po chwili.

            - A gdzie wyście przez ten czas byli?

            -Oglądaliśmy piękno Horochowszczyzny - odpowiedziałem.

            - A to dlatego nie wiecie jeszcze nic o Dominopolu - niby do siebie powiedział buńczuczny.

            -To było gniazdo polskich szpiegów i baza wroga. Trzy dni temu Dominopol zlikwidowano -dodał.

            - Jak to, zlikwidowano? I ludzi też? - zapytałem.

            -Tak, i ludzi...- westchnął ze smutkiem buńczuczny.

            Nie pytałem o nic więcej i wyszedłem. Browa też wyszedł bez słowa.

Koło sztabu stał adiutant dowódcy oddziału Woron z jakimiś dwoma młodymi chłopcami.

Chłopcy ubrani byli po cywilnemu, lecz z pistoletami. Wesoło rozmawiali, przy nas jednak zamilkli, a Woron zameldował:

            - Dowódca oddziału nieobecny. Będzie jutro rano.

            - A o czym to tak wesoło rozprawialiście? - zapytał Browa.

            - Opowiadaliśmy, jak Lachów biliśmy w Dominopolu - odpowiedział Woron.

            - A co to za cywile z pistoletami przy pasie? - zapytałem.

            -To chłopcy ze Służby Bezpieczeństwa - odpowiedział Woron. - Fajni chłopcy, tłukli Polaków lepiej od innych. O, ten - Woron skinął głową na krępego bruneta - dwudziestu siedmiu sprzątnął. Krępy brunet stanął na baczność.

            - To opowiedzcie, jak to było z tymi Polakami - powiedziałem do Worona.

            I Woron zaczął:

            - Dominopol otoczyliśmy około dwunastej. Z dowódcą oddziału i całą świtą podeszliśmy do polskiego sztabu. Zapukałem do drzwi. Porucznik spojrzał w okno i szybko zorientował się w sytuacji, lecz nie miał wyjścia i otworzył drzwi. Zastrzeliłem go na progu. Kapitana zastrzeliłem w łóżku, a maszynistka wyskoczyła przez okno i tam ją zastrzelili nasi chłopcy. W międzyczasie dowódca oddziału wystrzelił ze swej rakietnicy, dając w ten sposób sygnał, że sztab zlikwidowano i można zaczynać. Wówczas nasi chłopcy z SB zaczęli tańczyć po całej wiosce. Do rana żaden Lach nie pozostał żywy - skończył zadowolony Woron.

            - Wiecie co, chłopcy? - powiedziałem. - Wasze „bohaterstwo” jest obrzydliwe. Oto w klasztorze zahorowskim czterdziestu czterech strzelców podjęło walkę z półtora tysięczną jednostką Niemców. Bój trwał około 18 godzin. Zabito około czterystu Niemców, a naszych trzydziestu trzech. Przy czym Niemcy atakowali klasztor przy pomocy trzech samolotów i pięciu czołgów. To jest nasza duma! To jest sława! A chwalić się zabójstwem bezbronnych, w dodatku sennych ludzi, w żaden sposób nie wypada. Będzie to czarna plama w historii walki wyzwoleńczej na tle heroicznych zmagań bohaterów z Zahorowa.

            - Czarna plama? - powtórzył z gniewem obrażony brunet z SB.

            - A gdyby pańską matkę Polacy wyciągnęli za włosy z domu, zamordowali na pana oczach i rzucili do Bugu, jak to było w 42 roku za Bugiem? Gdyby pańskiego ojca rozstrzelali na pana oczach? Gdyby pańską siostrę, 16 - letnią, zgwałcili, pokłuli bagnetami i wrzucili do Bugu? Czy wtedy też by pan powiedział „czarna plama"? - ze łzami w oczach, oburzony do głębi pytał brunet z SB.

- Zbrodni zbrodnią nie wymażesz i złem zła nie zwyciężysz - odparłem. - Te wszystkie straszliwe zbrodnie z 1942 roku okryły Polaków wielką hańbą przed całą ludzkością, a wy oto przykryliście ich ohydne zbrodnie własnymi ohydnymi zbrodniami.

- Pan nie powinien o tym mówić! - twardo rzekł Woron.

Tak, macie rację, z wami nie powinienem mówić o tym.

[Jerzy Dębski i Leon Popek, Okrutna przestroga, Lublin 1997 r., s. 363-365]

           

Nad żalami Ukraińców wdzięcznie zauważonymi w powyższej relacji przez autora, jakże mógłby bowiem nie wykorzystać takiej szansy, by raz jeszcze je wymienić, w moim krótkim podsumowaniu zatrzymywać się nie będę, bo o tym trabią na około, wszędzie i przez niemal 24 godziny na dobę nawet dziś. Na szczęście większość tych banialuków Polacy, a szczególnie Kresowianie systematycznie oczyszczają, a niejednokrotnie obalają. Natomiast uderzające w tej relacji banderowca Danyło Szumuka jest wdzięczne pochylenie się nad pracującym, jednym chłopem, pewnie i dlatego że nie wszystkich udało się zarąbać, a właśnie w tych latach coraz więcej świadków zaczęło publikować swoje wspomnienia z tamtych krwawych nocy. Oczywiście obraz rezuna – banderowca utrwalony na kartach tych relacji naocznych świadków,  za nic się ma do obrazu bohatera lansowanego, już wtedy przez ukraińską propagandę. Naturalnie Polka pracująca w polskim sztabie musiała być wyjątkowo piękna, a to tylko tak dla przypomnienia, że chadzanie na Laszki, to była nielada frajda dla rezunów, czyż nie panie Szumuk? Może dla Szumuka jednak nie, ale świetnie wpisuje się w zbrodniczą pamięć innych masowych gwałcicieli spod znaku tryzuba i czerwono – czarnej flagi.

Oczywiście polskiego kapitana musiano zastrzelić jeszcze w łóżku, szkoda tylko że nie nakryto go tam z ową piękną Polką, no ale z drugiej strony mogłoby to wywołać, u czytającego podejrzenia o nieczystość intencji Szumuka. Dla badacza tych krwawych zapustów, rzuca się w oczy brak nawet jednego słowa o losie 30 żołnierzy nauczyciela ze Swojczowa Stanisława (Celestyna) Dąbrowskiego (kapitana), o tym jakoś Szumukowi nawet przez gardło nie przeszło, czyżby dlatego, że zostali zwyczajnie zdradzeni przez banderowców i wystrzelani, jak kaczki pod lasem z ukrytego karabinu maszynowego, gdzie zostali wyprowadzeni przed rzezią, niby to na nocne ćwiczenia. Swoją drogą czy ktoś widział kiedykolwiek oddział partyzancki, wychodzący na nocne ćwiczenia, bez swojego dowódcy, który właśnie leży w łóżku i smacznie śpi?! Dla polskiego patrioty to niezwyczajne i niepojęte, ale dla banderowca owszem już nie.

Rzeź mieszkańców Dominopola, starej polskiej wsi zwanej perłą Wołynia została opisana właściwie jednym zdaniem, wyeksponowanym przeze mnie w tytule! Wreszcie szokujące jest elegancko i rozlegle opisane zadowolenie banderowców z dokonanej rzezi, tu autor też banderowiec poświęcił nawet kilka znacznych dialogów. Wszak Szumuk wiedział dobrze, co się starym dziadom benderowcom i nie tylko, podobało szczególnie, ku czemu mieli specjalne upodobanie i do czego najczęściej nawet po latach w rozmowach przy wódeczce chętnie wracali.

Tak zatem wygląda propagandowa wersja rzezi Dominopola z 10 na 11 lipca przez banderowców, a jak było w rzeczywistości, jak właściwie przebiegała Krwawa Niedziela w tej pięknej, starej wsi polskiej z szlacheckimi tradycjami, której banderowcy obawiali się w sposób szczególny i którą po temu zdradzicko wyrżneli na Ziemi Swojczowskiej jako pierwszą. Zainteresowanych odsyłam do licznych wpisów o rzezi we wsi Dominopol, które już zamieściłem na swoim blogu oraz do mojego następnego wpisu, który opublikuję w najbliższych dniach.

Ocena wpisu: 
5
Twoja ocena: Brak Średnio: 5 (głosów:9)