MASAKRA WIERNYCH U ŚWIĄTYNI PW. MATKI BOŻEJ SZKAPLERZNEJ W KISIELINIE NA WOŁYNIU

Obrazek użytkownika Sławomir Tomasz Roch
Historia

Płonęły polskie wsie, lała się strumieniami polska krew na Wołyniu w tym roku pamiętnym 1943. Przerażone resztki ocalałych z banderowskich rzezi, kryły się w lasach i zaroślach, szukały możliwości dotarcia do większych miast, lub do powstałych w obliczu śmiertelnego zagrożenia placówek samoobrony. Nie było jednak szans na skuteczne odparcie dzikich ataków opętanych właściwie banderowców, chciano jedynie ratować się przed śmiercią od kos, siekier, wideł. Placówki owe zostały wkrótce rozbite, ludność wymordowana, zabudowania doszczętnie wypalone. Obrazem tamtych „czerownych nocy” na Wołyniu i Kresach jest wstrząsająca relacja świadka rzezi wołyńskiej pana Prof. Włodzimierza Sławosza Dębskiego, mieszkańca miasteczka Kisielin, syna tamtejszego lekarza. Opisuje on poniżej to co przeżył i co widział na własne oczy w „Krwawą Niedzielę” 11 lipca 1943 r. w jego kościele par. pw. Matki Bożej Szkaplerznej w miasteczku Kisielin, pow. Horochów na Wołyniu.

„.....Dzień 11 lipca 1943 r. był pochmurny. Około godziny 11.00 zaczął padać deszcz. Ludzie jak zwykle w niedzielę, ciągnęli na sumę z okolicznych wiosek, ale nieliczni. W czasie mszy ktoś się zorientował, że coś się dzieje, bo w pobliżu domów okalających kościół od zachodu i północy kręcą się uzbrojeni Ukraińcy. Po nabożeństwie chór jak zwykle zaśpiewał: „Żegnaj Królowo”. Ludzie zaczęli wychodzić. Wtedy ze wszystkich stron nadbiegli upowcy. Zaniepokojeni ludzie cofnęli się z powrotem do kościoła. Bohdan Mazecki, Konstancja Kraszewska, Stefan Janaszek i Wacław Lasocki pobiegli na chór i przez otwór w murze przedostali się nad sklepieniem nawy bocznej, gdzie przeczekali do rana. Większość przeszła z kościoła do bocznej kaplicy i na korytarz plebanii. Po chwili od drzwi, które nie tylko były prowizoryczne, ale do tego zamykane od zewnątrz, dobiegł rozkaz: „Wychodite po szteroch”.

Przebiegłem przez kościół ostatni. Zamknąłem za sobą haki drzwi prowadzące z kaplicy do wnętrza kościoła i z kaplicy na dziedziniec kościelny. Zauważyłem, że niektórzy ludzie stali pod ścianami nieruchomo. Inni pobiegli na piętro, część nawet na strych. Ja próbowałem ucieczki przez okno na ogród, ale zauważyłem, że wszędzie stali napastnicy z bronią wymierzoną w okna. Powróciłem więc na korytarz gdzie natknąłem się na Tadeusza Różyńskiego. Był to dzielny człowiek, ochotnik wojny z bolszewikami w 1920 roku. Stał, nerwowo skręcając papierosa i wołał w naszym kierunku: „Otwórzcie, oni tylko kogoś szukają!”. Zaraz potem córka organisty, Bronisława Janaszkówna, zwróciła się do swojej stryjecznej siostry: „Chodź, Tereska! Otworzymy!”. I poszły obie otwierać. W tym momencie zauważyłem leżącego pod drzwiami klatki schodowej Ignacego Marka, gospodarza z Adamówki. Ten potężny mężczyzna ciężko ranny krzyczał rozpaczliwie: „Dobijcie mnie!”.

Nie zważając na niebezpieczeństwo kilka osób pobiegło na piętro. Ja podążyłem za nimi. Będąc już na miejscu krzyknąłem, żeby ludzie szli za mną na górę, ale nikt się nie odezwał. Nasłuchiwałem jeszcze przez chwilę, a potem zamknąłem drzwi i zasunąłem sztabę. W tym czasie na korytarzu piętra nikogo nie było. Pobiegłem więc po schodach wyżej na strych. Tam, w najciaśniejszych kątach ludzie szukali kryjówek. Zauważyłem, jak jakaś młodziutka dziewczyna usiłowała bezskutecznie wejść do komina. Kilku mężczyzn chowało się na poddaszu księżej spiżami nad kaplicą. Stamtąd wołali do mnie: „To przez ciebie nas tu znajdą”. Przerażony zbiegłem na korytarz I piętra. Dopiero tam dostrzegłem, że trzymam w rękach cegłę. W tym momencie przybiegł mój brat Jerzy.

Gotowi do obrony zaczęliśmy tarasować drzwi klatki schodowej stojącymi kuframi i skrzyniami wyładowanymi wartościowymi przedmiotami i odzieżą, złożonymi tu przez zamożniejszych parafian na przechowanie.

Wkrótce dołączyli do nas inni. Pamiętam, że był Antoni Ziółkowski z synem Stanisławem, Władysław Kraszewski, Józef Bagnecki, Krupiński z synem z Warszawki i ich krewniak Romuald Rodziewicz oraz bracia Chmielniccy, Wacław i Edmund. Ktoś znalazł i przyniósł siekierę. Inni znosili cegły, jeszcze inni deski, które zostały na strychu po zakończonej odbudowie kościoła. W pewnym momencie stary Krupiński, trzymając siekierę, spojrzał na mnie i z wyrzutem powiedział: „Jak łazić i zakładać organizacje, to was było pełno, bronić jak potrzeba, to nie ma!”. Stałem milczący jak skarcony sztubak. Usprawiedliwiałem się w duchu naiwnie, że przecież nie pełnię żadnej kierowniczej funkcji. Myślałem jednak z żalem o karabinie maszynowym Janka Krupińskiego, wymontowanym z radzieckiego czołgu, wraku po bitwie pancernej, która rozegrała się w pobliżu 24 czerwca 1941 roku.

W tym czacie banderowcy zaczęli wyprowadzać tych, którzy poddali się. Wyszło na dziedziniec kościelny drzwiami kaplicy kilkanaście osób. Ukraińcy prowadzili ich za dzwonnicę tą samą drogą, którą wcześniej chodzili w procesji.

„Biedny Józwa!” - odezwał się stojący w pobliżu Wacek Chmielnicki. Józef Pawłowski z Żurawca szedł z czapką w garści, w jasnoszarej kurtce cajgowej i juchtowych butach na ugiętych nogach.

Biedny był ten Józwa, bo w ostatnim czasie cierpiał na bardzo dotkliwą chorobę oczu. Wrastały mu rzęsy w gałki oczne. Podczas tej ostatniej procesji Jadwiga Dobrowolska z Rudni, ubrana w różową bluzkę i niebieską przydługą nieco spódnicę, odeszła na bok. Wtedy młody Ukrainiec w cywilnym, za dużym na niego ubraniu strzelił jej w plecy. Gdy się zwaliła na ziemię, ściągnął z niej bluzkę i tanecznym krokiem pośpieszył za grupą. Innych schwytanych prowadzili na miejsce kaźni przez nawę kościoła. Po tym co zabaczyliśmy, nie mieliśmy złudzeń.

Dopiero gdy doleciały do nas salwy karabinowe, któryś z naszej grupy wykrzyknął: „No to teraz wezmą się za nas!”. I tak było rzeczywiście. Po dłuższej chwili szczęknęła w drzwiach klamka i usłyszeliśmy zza drzwi komendę: „Wychodte!”.

Pośpiesznie usunęliśmy się pod ściany, ustawiając się po jednej i drugiej stronie drzwi. W tym miejscu nie były one zatarasowane. Patrzyłem przerażony, jak ta dająca tyle nadziei zapora pęka pod razami siekiery. Nieoczekiwanie poderwał się stary Krupiński i także zaczął ze wściekłością rąbać w tym samym miejscu. Po kilkunastu minutach siekiery się spotkały. Nagle stojący za drzwiami bandyta zaprzestał uderzeń. Dziura była spora. Nie namyślając się wiele podałem Kurpińskiemu cegłę. Rzucił w otwór. Usłyszeliśmy tupot butów na schodach i głos z dołu: „Cehłami kiedaje, ne można wejty!”. Odetchnęliśmy z ulgą. Zrobiło się nawet raźniej, gdy zrozumieliśmy, że boją się cegieł i można z nimi powalczyć.

Kobiety skupione w gromadkę lamentowały i robiły nam wyrzuty: „Przestańcie, nie brońcie się, bo będą się nad nami znęcać!”. Zdecydowałem się do nich przemówić, by się uspokoiły. Przeszedłem po wszystkich pokojach, zawiadamiając o pierwszym sukcesie. Pierwszy atak odparty!

To pomogło. Kobiety umilkły. Zrobiło się cicho. Tylko proboszcz ks. Witold Kowalski zaczął spowiadać „na śmierć”. Po chwili, gdy wróciłem na stanowisko obrony, rozległa się seria z karabinu maszynowego. To upowiec przestrzeliwał zamek. Nie pomogło to jednak, bo drzwi nadal nie mogli otworzyć. Kufry i skrzynie podparte deskami, trzymały dobrze.

Wtem przez wyrąbany otwór wpadł granat i zakręcił się na podłodze. Zesztywnieni wpatrywaliśmy się w niego, ale nie wypalił. Zapadła głucha cisza, tylko deszcz nasilił się i bębnił w rynnach. Nagle jeden z bandytów zawołał zza drzwi: „Wychodite, a to budemo pałyty”.

Podziałało to na ludzi jak grom. Niektórzy nawet pospuszczali ręce, jakby chcieli się poddawać. Wiedziałem, że oddziela nas od parteru sklepienie i ogień nam nie zaszkodzi. Zawołałem więc: „Pały, job twoju mat!” i z całą siłą rzuciłem w otwór w drzwiach kilka kawałków cegieł. Po chwili ktoś ze stojących przy oknach i z boku obserwujący napastników, wykrzyknął z lękiem: „Niosą słomę ze stodoły!”.

Ucichło. Niebawem z otworu w drzwiach zaczął wydobywać się dym. Jednych to przeraziło, inni z zadowoleniem mówili między sobą, że zamknęli sobie drogę do ataku i już nas schodami nie dostaną. Po namyśle doszliśmy do wniosku, że ogień trzeba gasić, aby nie strawił drzwi i przez próg nie przedostał się na piętro. Wody nie mieliśmy. Tylko w kuchni stało pół wiadra. Chwyciłem dwa puste wiadra i wszedłem do pokoju, gdzie ksiądz spowiadał. Zwróciłem się do kobiet, żeby natychmiast zaczęły siusiać. Gdy za chwilę wróciłem, oba wiadra były pełne. W tym czasie inni zajęli się zatykaniem otworu w drzwiach. Posłużyła do tego poduszka. Zahamowało to przewiew i naturalny dopływ tlenu. Wkrótce ogień przygasł, choć tlił się nadal. Pilnujący drzwi mój brat Jerzy Dębski i Józef Bagnecki kilkakrotnie odchylali poduszkę i polewali drzwi moczem. Nie obyło się bez przypadkowego oblania Józka.

Obrona zaczęła się samorzutnie porządkować. Po dwóch, trzech stawaliśmy pod oknami. Bandyci strzelali przez okna z rzadka i bezładnie. Ostrzał szedł również z ogrodu od strony południowej, obijając górne partie ścian z tynku. Aby temu zaradzić, ksiądz proboszcz Kowalski zaczął zasłaniać okno poduszką, sądząc pewnie, że kula przez pierze nie przejdzie. Akurat bandyta strzelił. Pocisk przebił poduszkę i głowę księdza. Proboszcz upadł na kanapę i raz po raz wstrząsały nim drgawki. Pocisk przeszedł przez kość policzkową, wyszedł poza uchem, napychając pierza w ranę. Kapłan żył jednak. Zajęły się nim kobiety. Z czasem oprzytomniał i uspokoił się. Był to nasz pierwszy ranny.

W którymś momencie zaczęły się ataki przez okno: z dziedzińca, od strony północnej, od południa z ogrodów było znacznie wyżej, bo tam dochodziła jeszcze wysokość piwnic. Napastnicy przynieśli długą drabinę z kościoła. Stała tam jeszcze z czasów odbudowy. Przystawili ją do pierwszego okna, od przyczółka zachodniego. Stąd zaczęły się ataki. Najpierw strzelali z wszelkiej broni aż tynk się sypał. Powstał wielki kurz. Potem rozległo się dzikie „hurrrraaaa!” i jeden z napastników zaczął wchodzić po drabinie.

Otrzymaliśmy informację o tym od kolegów stojących przy nie atakowanych oknach. Zaczęliśmy rzucać połówkami cegieł na oślep we wskazanym kierunku. Rzucaliśmy dużo i szybko. Ja stałem plecami do ściany i rzucałem prawą ręką w tył. Suchodolski stal przodem do ściany po lewej stronie okna i rzucał prawą w przód. To poskutkowało. Bandyta zawrócił i zeskoczył z drabiny. Koniec ataku. Przez jakiś czas na dole napastnicy naradzali się, a potem znowu rozpoczęły się ataki. Teraz powtarzały się regularnie. Wszystkie jednak zakończyły się dla nas szczęśliwie.

Było jednak kilka wydarzeń wręcz niebezpiecznych. Powstało duże zagrożenie, gdy jeden z bandytów wlazł na dach obory, stojącej o 5 - 6 metrów od przyczółka plebani. Usiadł okrakiem na kalenicy i zaczął nas ostrzeliwać. Widział nas stamtąd dobrze, bo pole jego ostrzału sięgało do drugiego okna. Po kilku strzałach zauważył go mój brat Jerzy. Chowaliśmy się po kątach lub siadali przy ścianie południowej korytarza. Gdyby ostrzał ten był skoordynowany z atakami z drabiny, to mogliby się do nas dostać. Na szczęście coraz to bardziej lało i w silnym deszczu nie wytrzymał długo na dachu i opuścił to stanowisko.

Następny bandzior pojawił się niespodziewanie na daszku letniego ołtarza, przylegającego do plebani. Strzelał z bliska w nasze okno. Dostrzegł go Romuald Rodziewicz i zaryzykował. Wychylił się z okna i przyłożył napastnikowi w tył głowy półcegłówką. Ugodzony zamachał rękami i runął w dół na ziemię. Po tym fakcie zrezygnowali z tej drogi dojścia do nas.

Atakowali nas jednak od strony zabarykadowanych drzwi. W przerwach, gdy my siadając na podłodze paliliśmy skręty, oni wykrzykiwali pod naszym adresem po polsku: „Stachu, oddaj złoto to cię wypuścimy! Józek, mamy twoju Andziu, to ją oddamy!”. Aby osłonić się nieco od ataków i utrudnić im dostęp, postanowiliśmy zasłonić okno arkuszem grubej pofałdowanej blachy, pochodzącej jeszcze z I wojny światowej. Uchwyciłem arkusz i niosąc go przed sobą, skierowałem się ku oknu. Nagle Marian Suchodolski wyrwał mi blachę, padł na podłogę i czołgając się dopchał ją do okna. W tym momencie poszła seria strzałów. Patrzyłem z boku, jak kule dziurawiły blachę w miejscu, gdzie przed chwilą były moje piersi.

Po ustaniu ataków do tego okna, szukali dojścia innymi drogami. Zaczęli ostrzeliwać drewniany sufit spiżarni księżowskiej kulami zapalającymi. Był to przypuszczalnie pomysł Iwana Fediuka, przezywanego Iwanem Klocem ze względu na zwalistą, niezgrabną figurę. Przed laty służył on u księdza i dobrze znał ten budynek. Sufit się jednak nie zapalił. Strzelanina ta wykurzyła kilku naszych dekowników chowających się nad spiżarnią.

Potem nastąpiła dłuższa przerwa w walce, zaległa cisza. Nam zaczęły „puszczać nerwy”. Zrobiło się wokół jakby ciemniej. Jakoś tak zielono. Wszystko wydawało mi się wielkie, a słowa to znikały, to znowu dudniły potężnym echem. Zdawało mi się, że za blachą przysłaniającą okno czają się do nowego ataku bandyci. Usunąłem więc blachę. Ktoś zabrał ją i założył między drzwi i kufry, bo drzwi zaczynały się już smażyć.

Swąd dymu i smród moczu używanego do gaszenia spowodowały u pilnujących drzwi wymioty. W pewnej chwili dzielnie walczący na całej długości korytarza Janek Krupiński wylazł na kufry i zajrzał przez wyrąbany w drzwiach otwór na schody. W świetle dziury dostrzegł go z tamtej strony bandyta i strzelił. Ugodzony Janek stoczył się na podłogę. Jedynaka podniosła zrozpaczona matka. Już nie żył. Nie było czasu na płacze. Pilnujący okien południowych donieśli o uciekinierze biegnącym przez łąki w stronę lasu. Był to Marian Suchodolski, ten sam, który uratował mnie od śmierci, wyrywając z rąk blachę. Upowcy strzelali, ale trafili go tylko w łokieć. Zdążył jednak dobiec do lasu i zniknął wśród drzew. Zastanawialiśmy się, jak to zrobił? Pewnie wykorzystał dzikie wino obrastające południową ścianę kościoła. Potem przemknął się przez maliny, między młodymi wiśniami i pod drutami na łąkę za stodołę. Dalej wskoczył jakoś do rowu melioracyjnego i posuwając się po jego dnie kilkadziesiąt metrów w prawo znalazł się poza zasięgiem skutecznego ognia karabinów.

Nas ostrzeliwali nadal. Szyby były już dokładnie powybijane, a ramy okienne poprzestrzeliwane. To ułatwiało im wrzucanie granatów. Około godziny 17.00 na dziedzińcu kościelnym rozległo się wołanie: „Marysiu...! Marysiu...!”.

Po tym wezwaniu wybiegła na korytarz Ukrainka Marusia, kochanka lekarza weterynarii i zaczęła rozpaczliwie wołać: „Haniu! Haniu! Ja tu!”. Potem podeszła do ściany i otworzyła resztki okna. Przez moment chciałem ją zatrzymać jako zakładnika, ale zrezygnowałem. Zeszła na dół po drabinie i odeszła w asyście upowca w czarnym mundurze, wymachującego szablą w kierunku domu.

Stałem przy otwartym oknie przyglądając się całej scenie, gdy nagle usłyszałem krzyk: „Sławek! Granat do ciebie!”. W tej samej sekundzie coś stuknęło o podłogę i przed mymi oczyma zakręcił się granat sowiecki z rączką. Wzdłuż szpary mignął na koszulce zielony ogień, owiało mnie gorące powietrze i coś mnie uniosło w górę. Poderwałem się jednak i pobiegłem w drugi koniec korytarza do ostatniego pokoju. Za mną już pędził mój brat wołając: „strasznie krwawisz z prawej nogi!”.

Usiadłem i spojrzałem na rany. Napchało we mnie żelaza. Najgorsza była rana pod kolanem prawej nogi. Tam przerwana została arteria i nastąpił wielki krwotok. Wszystkich szczegółów nie poruszam. Najbardziej pomogła mi przyszła żona Anielka Sławińska. Z grubo złożonych gazet zrobiła tampon, przyłożyła pod krwawiącym kolanem i ciasno owinęła. To zatrzymało krwotok. Położono mnie na podłodze koło księżego łóżka. Wtedy rozkleiłem się na krótko i zacząłem rozmyślać, jaki to jest prezent od bandytów za wypuszczoną Ukrainkę. W tych chwilach nie przyszło mi nawet do głowy, że gdybym za nią zamknął okno, to napastnicy mieliby utrudnione wrzucanie granatów. A to był przecież wynik braku znajomości rzemiosła wojennego.

Leżałem ranny, ale walka trwała nadal. Ataki granatami przybrały nawet na sile. Nie wszystkie jednak wybuchały. Te, które były wrzucone z bliska, miały za małe szarpnięcie i nie zaskakiwała iglica na spłonkę. Zorientowawszy się, że jest to choć ryzykowne, ale możliwe, nasi zaczęli odrzucać je z powrotem. Wybuchały ku naszej radości na dole za oknem. To na krótko powstrzymywało atakujących.

Aby uchronić się od coraz częściej wpadających do środka granatów, nasi budowali różnego rodzaju zasłony z desek, koszów, skrzynek i lżejszych mebli. Siedzieli w tych „bunkrach”, lecz gdy tylko na zewnątrz rozległo się „hurra”, wyskakiwali jak koty i przez okna rzucali cegłami i razili atakujących z drabin. Zdarzało się, że w tym czasie byli rażeni niezbyt groźnie odłamkami, ale nie wycofywali się z walki.

Obserwacja nieprzyjaciela wymagała coraz śmielszego wychylania się przez okno. W związku z tym było coraz więcej postrzałów. Ranny został w łokieć były urzędnik gminy Władysław Kraszewski i około pól godziny potem zmarł z upływu krwi. Garczyńskiego z Zabary postrzelono w głowę. Ten też po kilku dniach zmarł, nie odzyskawszy przytomności. Przestrzelone płuca miał też Antoni Ziółkowski. Opatrzono go pośpiesznie i siedział w kącie. Jego syn Stanisław, który uczył nas wszystkich bezpiecznej sztuki odrzucania granatów, po założeniu temblaku na przestrzeloną rękę, poszedł walczyć dalej. Na miejsce zabitych i rannych przychodzili inni. W tym czasie włączyli się do walki Tadzko i Bronisław Kraszewscy oraz stary organista Janaszek.

Dekownicy tymczasem siedzieli na strychu. Nie wymieniam ich nazwisk. Żyją ich potomkowie, a to sprawiłoby im przykrość. Po pewnym czasie zaczęło brakować cegieł do walki. Zdesperowani obrońcy zaczęli rozbierać piec i ściany wewnętrzne. To bardzo zmartwiło oprzytomniałego już ks. Kowalskiego, który mówił: „Nie rozbierajcie pieców! Czym będziemy ogrzewać się w zimie?”.

Około 22.00 rozsierdzeni naszą obroną napastnicy podpalili stodołę, oborę, parter plebani! i wnętrze kościoła. Chcieli przez to oświetlić sobie plac boju i żeby ogień przeniósł się na dach plebanii. Niebawem doniesiono nam ze strychu, że bardzo rozgrzała się dachówka, jednak laty się nie zapaliły. Blask ognia rozświetlił natomiast nasz korytarz od strony północnej. Staliśmy się dobrze widoczni do ostrzału. Trzeba było kryć się jeszcze lepiej. Wszyscy byli okropnie zmęczeni, ale walczyli nadal dzielnie. Wśród nich wyróżnili się bracia Chmielniccy, Romuald Rodziewicz, Józef Bagnecki i mimo ran Jerzy Dębski.

W tym czasie atakując z drabiny jeden z banderowców chwytał się już za parapet okna. Nie namyślając się wiele Bronek Kraszewski z Janaszkiem chwycili maszynę do szycia i rzucili na napastnika. Efekt był piorunujący. Trafiony został skutecznie i spadł z drabiny. Ryczącego przeraźliwie upowca wyniesiono z placu boju i pojechał furmanką na punkt zborny w pobliżu cerkwi. Tam przy placu na strychu siedział Stanisław Janaszek, bratanek organisty i przez szparę między deskami oglądał i rozpoznawał Ukraińców biorących udział w napaści. Słyszał też krzyki ugodzonego maszyną do szycia.

Nielicznych odpierających ataki zaczęły wspierać dziewczęta. Szczególną walecznością odznaczały się dwie z Zapustu: Teresa Masłowska i Teresa Świderska. Elzamina Romanowska, Tumiła Sławińska, Adela Ziółkowska i kilka innych opiekowały się rannymi, bądź donosiły cegły.

Powoli zapadała noc. Napór nieprzyjaciela na kościół coraz bardziej słabł. Strzelanina ustawała. Na koniec wybuchł gdzieś na dole granat i nastała cisza. Parter palił się nadal i płomienie docierały do okien na piętrze. Około północy ktoś zauważył, że bandyci ustawiają się na rynku w kolumnę. Wiadomość podano szeptem. Po krótkim czasie przeleciało, że ze śpiewem odchodzą.

Nieoczekiwanie powstała dla nas nowa sytuacja. W księżowskiej sypialni, gdzie leżałem nadal na podłodze i gdzie pod łóżkiem chrapał czternastoletni Józek Daczkowski, odbyła się narada. Prowadził ją Wacław Chmielnicki. Szybko przyjęto plan działania. Postanowiono spuścić siennik po linie, żeby narobić hałasu i przekonać się, czy nie ma podstępu. Potem jak najszybciej wysłać czterech mężczyzn, aby dotarli do Rudni, Zaturzec, Mańkowa w celu ściągnięcia pomocy. Wszystko odbyło się zgodnie z planem. Nie dotarli jednak pod wskazane adresy. Nie mogli, czy też nie chcieli? Niełatwo powiedzieć, czy byli to ludzie tchórzliwi i ze strachu zawiedli, czy też wyznawali zasadę: „Mnie się udało, ich jak mają pobić, niech pobiją. Nie trzeba się sprzeciwiać!”.

Po mężczyznach spuściliśmy na dół cztery kobiety. Akcja przebiegała bez zakłóceń. Pierwszą z kobiet, która zjechała na dół, była Krupińska, matka poległego na początku obrony Janka. Po dłuższej chwili rozległo się jej przyciszone wołanie: „Nie ma nikogo! Schodźcie!”.

Po jej słowach nastąpiła pośpieszna ewakuacja przez wschodnie okno. Tam było najwyżej, ale nie było po drodze okna na parterze. W tej grupie pierwszego spuszczono rannego probosz¬cza i jego najbliższych. Potem dalsze kobiety, dziewczęta i żonatych. Ja zostałem w ostatniej czwórce. Przywiązano mnie do miotły, żeby usztywnić poranione nogi i tak zjechałem na dół. Za mną zjechała jeszcze Anielka Sławińska, siedemnastoletni Józef Biesiega i na samym końcu mój brat Jerzy. Zawieźli mnie, sykającego z bólu, w maliny, żeby nie być na widoku. Po naradzie Anielka z Józkiem, który mieszkał po sąsiedzku, pobiegli ogrodami nad łąkami do domu zobaczyć, co się tam dzieje? I sprowadzić dla mnie pomoc.

Zostaliśmy z bratem sami. Obok wiatr szarpał gałęziami smukłych jesionów, układając je w straszne widziadła. Drobny deszcz padał mi na rozpaloną twarz. Miałem dreszcze...” [Leon Karłowicz, Polska – Ukraina Smutne refleksje, Lublin 2002 r., s. 34-45]

Niezwykle wymowne, jasne i przejmujące świadectwo banderowskiego ludobójstwa! I pomimo tak wielu dokumentów, jak i ten powyższy, tysięcy innych relacji naocznych świadków, spisanych pomimo trumy osobistych przeżyć, złożonych w tak wielu archiwach, pomimo tak wielu źródłowych opracowań, Ukraińcy z błogosławieństwem Cerkwi grecko – katolickiej wynoszą tych podłych, okrutnych, zdziczałych zbrodniarzy na narodowe piedestały.

Czemu się zatem dziwić, że pod koniec swojego życia, bohaterski żołnierz 27 Wołyńskiej DP AK, poczciwy Leon Karłowicz ps. „Rydz”, żołnierz por. Władysława Czermińskiego ps. „Jastrząb”, żali się tymi oto słowami, zapisanymi właśnie w tej książce pt. „Polska – Ukraina Smutne refleksje”, Lublin 2002. Pisze tam zatem: „Ale na seminariach (Polska – Ukraina Trudne pytania, dod. S.R.) historycy zza Buga stawiali nieustannie zarzuty, jakoby Polacy także ‘mordowali Ukraińców’. Wtórowały im głosy Kuroniów, Michników, Siwickich i im podobnych, nie mówiąc już o Droździe, a zwłaszcza Stachiwie, na którego rękach jeszcze nie obeschła polska krew. Nikt dostatecznie nie wyjaśnił, że owe ‘mordowanie’ przez Polaków, to nic innego, jak tylko akty rozpaczliwej obrony, bez szans na uratowanie życia. Broniło się do końca tylko Przebraże, broniły się Zasmyki i Bielin. W czasie nieustannych ataków padali i nacierający, lecz tego ‘mordowaniem’ nazywać nie można. A nasi historycy kłamstwa swoich ukraińskich kolegów odpierali nieśmiało, anemicznie, czasem z kurtuazją dla bezczelnie kłamiących przeciwników. A fakty?.

I ja na zakończenie tego wpisu dodam i od siebie, już ponad setny raz na tym moim blogu: "No właśnie a fakty"­?!

Ocena wpisu: 
Twoja ocena: Brak Średnio: 5 (głosów:6)

Komentarze

Jest to znakomity, klarowny wywiad Aleksandra Szychta ze znanym i cenionym kompozytorem polskim Krzesimirem Dębskim, synem Prof. Włodzimierza Sławosza Dębskiego, opublikowany 18 listopada 2015 r. . Znajdziesz go w całości na stronie: http://prawy.pl/11379-krzesimir-debski-nie-wierzcie-ukrainskim-nacjonali...

 

 

Podoba mi się!
6
Nie podoba mi się!
0

Sławomir Tomasz Roch

#1536562

Podoba mi się!
2
Nie podoba mi się!
0

Wielkie nazwiska uprawdopodobniają największe idiotyzmy, gdyż tłum ma naiwną pewność, że wielcy ludzie bredzić nie mogą. (Zbigniew HERBERT)

#1536628

Józiu nasz milutki, co oznacza zatem ścierwo i jak to się ma do upomnienia braterskiego?! Otóż posłuchajmy naszego mistrza Jezusa z Nazaretu:

Gdy brat twój zgrzeszy (przeciw tobie), idź i upomnij go w cztery oczy. Jeśli cię usłucha, pozyskasz swego brata. Jeśli zaś nie usłucha, weź z sobą jeszcze jednego albo dwóch, żeby na słowie dwóch albo trzech świadków oparła się cała sprawa. Jeśli i tych nie usłucha, donieś Kościołowi! A jeśli nawet Kościoła nie usłucha, niech ci będzie jak poganin i celnik! Zaprawdę, powiadam wam: Wszystko, co zwiążecie na ziemi, będzie związane w niebie, a co rozwiążecie na ziemi, będzie rozwiązane w niebie.

Dalej, zaprawdę, powiadam wam: Jeśli dwaj z was na ziemi zgodnie o coś prosić będą, to wszystkiego użyczy im mój Ojciec, który jest w niebie. Bo gdzie są dwaj albo trzej zebrani w imię moje, tam jestem pośród nich. (Ewangelia wg św. Mateusza roz. 18)

Podoba mi się!
2
Nie podoba mi się!
0

Sławomir Tomasz Roch

#1536652

O. Jacek Salij OP radzi w tym niełatwym dylemacie: „Istnieją różne tradycyjne sposoby moralnego potępienia za złe postępowanie. Na przykład podlecowi szanujący się człowiek nie podaje ręki, nie mówiąc już o tym, że unika wszelkiego z nim towarzystwa. Taka kara ma sens: jednych powstrzyma przed niegodziwym postępkiem, innych może doprowadzi do opamiętania. Ale przecież polega ona na okazywaniu komuś swojej pogardy. Czy da się to pogodzić z miłością bliźniego?”. Cały wpis O. Jacka Salija OP znajdziesz na stronie:

http://mateusz.pl/ksiazki/js-pn/js-pn_39.htm#top

Podoba mi się!
2
Nie podoba mi się!
0

Sławomir Tomasz Roch

#1536653

Inwektywa adekwatna do tej banderowskiej kanali

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

zawiedziony

#1536668

Krakowski kościół św. Józefa był w czwartek 6 kwietnia 2017 r. odpowiednikiem rzymskiej świątyni św. Apolinarego. Jak zauważył Metropolita Krakowski abp Marek Jędraszewski, tego dnia wokół relikwii świętego zgromadzili się wierni w Rzymie, którzy zapewne rozważali same początki nowego, Bożego ludu jakim jest Kościół. Abp Marek Jędraszewski mówił: „Na męczeństwie wszystkich prześladowanych wtedy chrześcijan, którzy dla wiary byli gotowi oddać własne życie budował się w trudnych czasach Kościół i buduje się także dzisiaj.”.

Pasterz Krakowa przypomniał, że już św. Jan Paweł II wiek XX nazwał ponownym „wiekiem męczenników” i dodał, że tak samo można nazwać także wiek XXI. Mówił zatem dając odważnie świadectwo: „Około 300 mln chrześcijan w różnych częściach świata cierpi prześladowania dla Jezusa. Statystycznie, dzisiaj także kilkunastu z nich dla Chrystusa odda swe życie.”.

Odwołał się również do postawy Abrahama, który zdaniem arcybiskupa uwierzył słowu Bożemu i z tą wiarą poszedł w nieznane. Przekonywał też, że wszyscy, którzy podobnie jak on uwierzyli Bogu, niezależnie od trudności, jakie ich spotykają, idą w Jego imię. I podkreślił: „Cóż dopiero powiedzieć o tych wszystkich chrześcijanach, którzy tym bardziej łączą swój los z Jezusem Chrystusem - pierwszym z męczenników. Na ich wierze, na ich krwi i na ich świadectwie buduje się Kościół.”. [...]

Abp Marek Jędraszewski zauważył też, że rozmodlony Kościół wpatruje się w Chrystusa wraz z Piotrem, Jakubem i Janem podczas przemienienia na Górze Tabor. Ponadto, Kościół żyje Eucharystią. Mówił: „Żyje tą wielką tajemnicą Chrystusa, który daje się nam jako pokarm niebiański pod postacią chleba i wina (...) A my dzisiaj prosimy Boga, aby pogłębiał naszą wiarę, umacniał naszą nadzieję i sprawiał, że możemy powiedzieć: „Boże znam cię, bo jesteś miłością, bo jesteś miłosierdziem, bo jesteś naprawdę moim Ojcem” – zakończył arcybiskup metropolita krakowski ks. Marek Jędraszewski. (KAI MWł)

Cały wpis możesz przeczytać na stronie: http://www.pch24.pl/na-krwi-meczennikow-buduje-sie-kosciol---przypomina-...

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

Sławomir Tomasz Roch

#1536661