I takie wsie banderowcy wyrzynali bez miłosierdzia i palili do gołej ziemi

Obrazek użytkownika Sławomir Tomasz Roch
Historia

Nazywam się Antoni Sienkiewicz ur. się 20 lutego 1921 r. w kolonii Piński Most na Ziemi Swojczowskiej. Mój tato miał na imię Michał, a mama Józefa z domu Świstowska. Moja rodzina była polską, miałem trzech braci i jedną siostrę, najstarszy był Hipolit, druga była Leokadia, trzeci był Kazimierz, czwartym dzieckiem byłem ja, a najmłodszy był Eugeniusz. Jako młody chłopak miałem wielu kolegów, przeważnie Polaków, choć jeden był Ukraińcem, nazywał się Piotr Romaniuk i pochodził z kolonii Zarudle. Piński most to była mała kolonia polska, w której mieszkało tylko dwunastu gospodarzy, ale nie w ilości siła. A jakości w naszej kolonii nie brakowało bowiem kilku z nich, należało do elitarnej organizacji, która nazywała się: „Krakusy”. Należało tam dwóch moich rodzonych  braci: Hipolit i Kazimierz oraz Stanisław Hypś i Józef Świstowski. Każdy z nich posiadał swojego konia, swoją lancę i szablę oraz inne potrzebne uposażenie.

Przed wojną nieraz, przeważnie w niedzielę, mogłem ich podziwiać, właśnie tak jeżdżących i ćwiczących. Na polu Stacha Hypsia była „ujeżdżalnia” i pamiętam dobrze, jak wielu kolegów przyjeżdżało do nich, aby poćwiczyć czasami nawet z dość oddalonych miejsc. Dla przykładu z Marianpola przyjeżdżał pan Rak, z Mikołajówki pan Stasilewicz, z Turii pan Dobrowolski, a ich szefem był pan Abramowicz lat ok 40, który był z Dominopola. Wszyscy należeli do szwadronu Kawalerii we Włodzimierzu Wołyńskim, skąd też otrzymali potrzebne uposażenie. Pamiętam, że kiedy się ładnie ubrali to naprawdę było na co popatrzeć, mi osobiście bardzo się podobały specjalne koce pod siodło, na których były biało czerwone chorągiewki i po jednej i po drugiej stronie konia.

Ludności ukraińskiej u nas nie było, za to mieszkała u nas jedna rodzina żydowska o nazwisku Szloma. Stary Żyd miał lat około 70, a jego żona około 65, mieli też trzech synów: Dawid lat około 35, Herszko lat około 30 i Moszko lat ok. 25 oraz jedną córeczkę, której było na imię Łejka lat około 17.

Dla Królestwa Niebieskiego narodziłem się w kościele pw. Narodzenia Najświętszej Maryi Panny w Swojczowie, gdzie już od wieków czczony był łaskami słynący wizerunek Matki Bożej Śnieżnej. Tam też przystąpiłem do pierwszej Komunii Świętej oraz do sakramentu dojrzałości chrześcijańskiej (Bierzmowanie), do dziś bardzo dobrze pamiętam ten dzień, kiedy udzielono mi sakramentu Bierzmowania. Wraz z licznymi kolegami spotkaliśmy się już przed naszym Sanktuarium, było nas dość dużo i byliśmy poubierani w piękne świąteczne ubrania, ale przecież i chwila jak najbardziej stosowna. Potem razem z księdzem Franciszkiem Jaworskim weszliśmy do kościoła. Przybył do nas też ksiądz biskup, który osobiście udzielał nam sakramentu Bierzmowania.

Kiedy podszedł do mnie i zobaczył moje kalectwo, stała przy mnie moja mama i powiedziała, że błaga, że modli się o zdrowie dla mnie i o moją, niepewną przyszłość. Bardzo martwiła się, jak ja sobie dam radę w życiu. Tymczasem ksiądz biskup pogłaskał mnie czule po głowie i powiedział: „Wszystko w mocy Boga, to nic nie szkodzi, może długo żyć.”. I proszę żyję do dziś, mam się całkiem dobrze i moja rodzina także, choć przecież czasy, w których przyszło mi zmagać się ze zwykłą codziennością, rzeczywiście nie należały do najłatwiejszych. Muszę jednak podkreślić, że w najtrudniejszych chwilach zawsze uciekałem się do naszej umiłowanej Matki Bożej Swojczowskiej, a ona zawsze wspierała mnie swoją macierzyńską pomocą. Nawet w dzisiejszych czasach, kiedy tylko mogę, to jadę 8 września na uroczysty odpust do Otwocka pod Warszawę. Właśnie tam znalazł swoje miejsce nasz cudowny wizerunek przeczystej i niepokalanej Panienki ze Swojczowa i tam też od lat, pielgrzymują nasze wołyńskie rodziny. 

To już losy powojenne, póki co w ołtarzu głównym w naszym kościele wciąż znajdował się ukochany Obraz Matki Bożej Swojczowskiej. Zwykle zasłonięty był innym obrazem, przedstawiającym Pana Jezusa unoszącego się w powietrzu, a pod nim na ziemi leżało trzech albo 5 pięciu ludzi i patrzyli w górę. To było chyba Zesłanie Ducha Świętego. Gdy obraz był odsłaniany, śpiewano piękną pieśń maryjną, my w tym czasie klęczeliśmy, a ministranci pięknie dzwonili dzwoneczkami. Obraz odsłaniał kościelny kręcąc korbką, która znajdowała się po lewej stronie Ołtarza, natomiast zakrystia znajdowała się po prawej stronie Ołtarza. W naszym kościele nie było pięknej tradycji obchodzenia Ołtarza do około, którą można spotkać w innych znanych Sanktuariach Maryjnych i dawniej i dziś. Oprócz Ołtarza gł. w naszej świątyni było jeszcze dwa piękne ołtarze boczne, ale nie pamiętam już dziś komu były poświęcone. Przy jednym z nich, niekiedy modlił się ks. Symon, przeważnie przyjeżdżał do nas na Odpust. Po wojnie służył w Horodle w kościele św. Jacka i Matki Bożej Różańcowej.

Warto dodać, że przy naszym kościele w Swojczowie był przepiękny chór, złożony z dorosłych osób, które ładnie potrafiły śpiewać, przy czym wtórowały im nasze piękne parafialne organy. Maryjny kult mocno promieniował nie tylko na Swojczów i naszą okolicę, a objawiało się to, nie tylko lgnięciem wiernych do maryjnych nabożeństw, ale przede wszystkim zamiłowaniem do pieśni religijnych, ale i wszystkich innych. W tamtych czasach na Wołyniu naprawdę kochano śpiewać, kochano te wspólne rodzinne spotkania i wieczory kiedy płynęła z piersi radosna i rześka pieśń patriotyczna. To był zarazem piękny model wychowania i niezwykła, swoista kultura i to zarówno Polaków jak i Ukraińców, wszyscy śpiewali. Poszczególne święta w roku miały swoje obrzędy i oczywiście pieśni.

Jeszcze przed wojną, jako młody chłopak sam wykonałem gwiazdę i wraz z kolegami chodziliśmy po naszej kolonii oraz po sąsiednich wsiach i kolędowaliśmy. Pamiętam, że wraz ze mną chodził Antoni Dobrowolski z koloni Piński Most oraz parobek u sąsiada, który nazywał się Wieszczak. Kolędowaliśmy przeważnie w koloniach Wandywola i Zarudle, omijaliśmy natomiast bliski Dominopol bowiem tam było dużo podobnych grup, a więc duża konkurencja. W tej pięknej i kultywującej tradycje wsi, wierni robili nawet przedstawienie nazywane: „Herody”, w którym występowały takie postacie jak: śmierć, diabeł rogaty, Marszałek Polski Józef Piłsudski i sam Herod. Nie chodziliśmy dla pieniędzy, raczej dla radości, że w ten sposób mamy drobny wkład w podtrzymywanie pięknych tradycji, śpiewania pięknych kolęd polskich. To zawsze dodawało nam skrzydeł, dlatego kolędowaliśmy nawet podczas II wojny światowej i właściwie nikt, z tego powodu nie robił nam przykrości. Niektórzy w naszych stronach kolędowali jeszcze w roku 1942 r. .

Największe uroczystości zawsze gromadziły w Swojczowie tłumy wiernych, którzy przyjeżdżali nawet z odległych stron. Szczególnie Odpusty stawały się takim czasem, kiedy mogliśmy spotkać wielu gości, a było u nas dwa odpusty, mniejszy przypadał 15 sierpnia na Matki Bożej Wniebowziętej i trwał tylko jeden dzień. Drugi wypadał 8 września w święto Narodzenia Najświętszej Maryi Panny i ten był najważniejszym Odpustem w naszej parafii, a trwał bagatelka przez trzy dni. Pamiętam, że trwało wtedy uroczyste 40 – godzinne nabożeństwo, które zaczynało się o godzinie 18.00 nieszporami, dwa dni przed właściwym Odpustem. Następnego dnia, tj. 7 września modlitwy trwały przez cały dzień, a nasi wierni z nadzieją i wiarą powierzali Maryi swój los, swoje życie, powołanie, codzienne troski i kłopoty. W tych dniach, przychodziły do Swojczowa piesze pielgrzymki z takich miejscowości jak: Horodło nad Bugiem, Sielec, Poryck, Kisielin, a nawet z odległego Sokala. Wiele razy widziałem, jak Ci radości i rozmodleni pielgrzymi, całymi grupami wchodzili do naszej wsi, aby pokłonić się naszej pięknej i dobrej Królowej. Na ich czele zwykle kroczył kapłan, gdy byli już blisko na przeciw nich wychodził nasz proboszcz ks. Franciszek Jaworski, w otoczeniu wielu wiernych naszej parafii i radośnie witał w Imię Jezusa Chrystusa, przybyłych pielgrzymów, niemal całował pobożnie ich błogosławione stopy. Uroku tej chwili przydawały jeszcze, radośnie bijące dzwony w przykościelnej dzwonnicy.

Trzeciego dnia, tych wielkich świąt w naszej parafii, były już wokół kościoła prawdziwe tłumy wiernych, rozradowanych i religijnie rozśpiewanych. Ludzie jak zwykle przybywali ubrani bardzo odświętnie, a zarazem bardzo różnie, było więc wesoło i kolorowo. A muszę dodać, że mieliśmy tam na Kresach, piękną i postawną młodzież, chłopcy rośli, a dziewczęta urodziwe. Tak więc choć plac przykościelny był naprawdę dość duży, mimo wszystko, niemal cały zapełniał się furmankami, tak że wielu z tych, którzy przybyli później, musiało już korzystać z łąki naszego organisty, Polaka o nazwisku Jakubicki.

Szczególnie uroczysta była procesja, która odbywała się zarówno podczas małego, jak i wielkiego Odpustu. Jak zawsze na koniec nabożeństwa szliśmy radośnie dookoła naszej świątyni, chyba trzy razy, a razem z nami kroczył sam Pan Jezus. Ludzie nieśli wtedy zwykle nasze sztandary oraz obrazy, a dziewczynki, które w tym roku przystąpiły do I Komunii Świętej, sypały wdzięcznie kwiatki. Biły radośnie dzwony, a ludzie wyjątkowo głośno i radośnie śpiewali. Na koniec, już w kościele wszyscy otrzymywali szczególne błogosławieństwo, połączone z odpustem zupełnym pod zwykłymi warunkami.

Naturalnie jak jak i dziś, tak i w tamtych czasach, zjeżdżało się wielu handlarzy, którzy rozstawiali swoje kramy. Tam to dopiero był ruch i prawdziwy jarmark, który robiły przeważnie dzieci, uradowane tak wymyślnymi słodyczami i przeróżnymi zabawkami. Jeden z mieszkańców Wólki Swojczowskiej, która przylegała do Swojczowa Ukrainiec Aleksiej Wydychaj, wpadł na dobry pomysł i postanowił zrobić dobry interes na tych tłumach ludzi. Jako zdolny człowiek zbudował karuzelę, którą w tych dniach stawiał na placu przykościelnym, widać miał pozwolenie księdza i robił na tym niezłe pieniążki, a dzieciaki miały przy tym dodatkową radochę. Karuzela była oczywiście napędzana ręcznie przez same dzieci. My przeważnie ponieważ nie mieliśmy swojej rodziny w samym Swojczowie, zaraz wracaliśmy spiesznie do swojego rodzinnego domu, na smaczny i uroczysty obiad.

W Swojczowie służyłem wiele razy do Mszy Świętej jako ministrant, a zawdzięczam tę łaskę naszym wspaniałym nauczycielom ze Swojczowa, którzy w każde święto prowadzili nas czwórkami, na godzinę 9.00 rano do kościoła na Mszę Świętą. Była poza tym zrobiona lista, wg której kolejne osoby służyły przy Ołtarzu, to mi się bardzo podobało. Nie był  to jedyny przejaw głębokiej wiary i patriotyzmu naszych wychowawców i nauczycieli. Bardzo miło wspominam także lekcje prowadzone przez naszego dyrektora szkoły, Polaka Stefana Stępień, który o ile dobrze pamiętam, uczył nas języka polskiego. Gdy rozpoczynał lekcje mówił krótko: „modlitwa”, wtedy wszyscy wstawali w klasie w swoich ławkach, a on odwracał się przodem do tablicy nad którą wisiał Krzyż i wspólnie głośno odmawialiśmy modlitwę, oto jej słowa: „Duchu Święty, który oświecasz serca i umysły nasze, dodaj nam ochoty i zdolności, aby ta nauka była pożytkiem doczesnym i wiecznym przez Chrystusa Pana naszego Aman.”. Potem wszyscy siadaliśmy na swoich miejscach i trwała normalna lekcja, sytuacja powtarzała się, gdy kończyliśmy już swoją naukę. Znowu wspólnie odmawialiśmy modlitwę, tym razem dziękczynną, dopiero po niej szliśmy do domu. Modliliśmy się wspólnie i nikt się temu nie sprzeciwiał, chociaż w mojej klasie, była nawet jedna Żydówka oraz dwóch Żydów. Jeden z nich miał na imię Abram, a drugi Herszko, obaj pochodzili ze wsi Widełka, od strony miasta Włodzimierza Wołyńskiego, to były wysokie chłopaki, ale nie wiem co się później z nimi stało.

W mojej klasie byli też Niemcy, w tym Herman Negier z kolonii niemieckiej Wandywola oraz Ukraińcy, dla przykładu Liwiniuk ze wsi Wólka Swojczowska. Szczerze mówiąc nie wiem czy modlili się razem a nami, ale nie pamiętam, aby kiedykolwiek żalili się, że ich ktoś prześladuje, albo składali jakieś protesty do dyrekcji naszej szkoły. W szkole odbywała się także religia, przychodził do nas ks. Franciszek Jaworski, a do młodzieży ukraińskiej pop prawosławny ze Swojczowa. Niedaleko szkoły, tylko zaledwie 50 metrów, była wysoka, drewniana i piękna cerkiew, pamiętam że była pomalowana na zielono i pokryta blachą.

Pierwszego kapłana, którego pamiętam w Swojczowie, to był ks. Kurowski, ale niestety jego posługa spotkała się z krytyką naszych parafian. Wtedy przyszedł do naszego kościoła ks. staruszek, który tym bardziej nie dawał sobie rady z posługą w tak wielkiej parafii. Wiem o tym dobrze ponieważ, nasi parafianie publicznie o tym dyskutowali wiele razy. Dopiero gdy do Swojczowa przyszedł ks. Franciszek Jaworski, nasza parafia zaczęła tętnić życiem, już od pierwszych dni można było zauważyć, że wspaniale się u nas czuje i doskonale daje sobie radę. Nasi ludzie także bardzo go polubili i chętnie udzielali wszelkiej pomocy przy rozwoju naszej parafii.

Jednym z pierwszych jego dzieł, była więc aktywizacja kościoła, który budują przecież parafianie i ich rozmodlone serca, potem były następne. Dla przykładu nowa, ładna kaplica zbudowana tuż obok naszej świątyni, o ile dobrze pamiętam poświęcona była Matce Bożej. Stała po lewej stronie kościoła i była zwrócona przodem do Ołtarza głównego. Ks. Franciszek poszerzył też plac wokół kościoła oraz zbudował na zewnątrz poddasze, pod którym księża spowiadali tłumy wiernych, szczególnie w czas niepogody. Obok kościoła stała też murowana, piękna i zabytkowa dzwonnica. Były tam 3 dzwony, jeden z nich był tak duży, że słychać go było bardzo daleko, nawet na odległość 15 km. Niektórzy parafianie mówili, że dzwony ze Swojczowa słychać nawet we wsiach Kowalówka i w Budy Ossowskie. Gdy jednej zimy, około 1929 r., mrozy w naszych stronach dochodziły nawet do 40 stopni, jeden z tych dzwonów nie wytrzymał i pękł, wtedy odlaliśmy nowy dzwon. Każdy z nich miał swoje imię, a jeden to był chyba Bartek.

Do piewszej szkoły chodziłem w niedaleko położonej, dużej i pięknej wsi polskiej Dominopol. Tam pod Lasem Świnarzyńskim znajdował się duży drewniany dom pod blachą, który należał do gospodarza Pawła Buczko. Pan Buczko wynajmował swój dom dla potrzeb naszej 4 – klasowej szkoły. Oczywiście w szkole miałem bardzo wielu kolegów i koleżanek, ale znowu prawie wyłącznie Polaków bowiem na około 120 rodzin mieszkających w Dominopolu, prawie wszyscy byli narodowości polskiej. Mieszkało tam tylko dwie rodziny ukraińskie: Stefana Dubczuka i Teodora Dubczuka.

Pamiętam, że bardzo lubiłem ludzi z Dominopola bowiem pięknie potrafili śpiewać i to zarówno podczas różnych uroczystości, jak i w swoich rodzinnych domach. Bardzo miło wspominam także te chwile, kiedy wraz z nimi gromadziłem się przy figurze, stojącej w środku samej wsi. To był nowy, wysoki i piękny krzyż z drzewa przy którym w maju śpiewaliśmy nabożeństwo majowe. Drugi krzyż w tej wsi, stał tuż obok naszej szkoły przy drodze do ukraińskich wsi: Wołczak i Rzewuszki, jeszcze dziś przypomina mi się ten zwyczaj zdejmowania tam naszych czapek. Ponieważ w Dominopolu naprawdę ludzie pięknie potrafili śpiewać, zauważył to także nasz nauczyciel z Teresina i utworzył młodzieżowy chór, w którym dużo śpiewano, nawet na głosy. Także ja trafiłem do tego chóru, śpiewaliśmy raz w tygodniu w szkole. Nasz repertuar obejmował najróżniejsze pieśni, w tym patriotyczne i religijne, ale ja najmilej wspominam kolędy na uroczystość Bożego Narodzenia.

W Dominopolu zawiązała się i aktywnie działała organizacja szlachty zagrodowej, która podtrzymywała tradycje szlacheckie i polskie. Widziałem jej przedstawicieli, jak wiele razy brali udział w uroczystościach z okazji narodowego Święta 3 Maja przy naszym kościele parafialnym w Swojczowie. Do tej organizacji należały takie rodziny jak: Potoccy, Ulerycy, Turowscy, Wasilewscy, Magreccy, Buczki, Traczyńscy i Zawadźcy.

W tym czasie moim najlepszym przyjacielem był Stanisław Czyżewski z 1921 r., Polak z kolonii Zarudle, z którym razem chodziłem do jednej klasy. To były bardzo radosne lata, często bywałem gościnnie, u moich kolegów w ich domach, najczęściej oczywiście na  Dominopolu. Miałem więc wiele okazji, aby dobrze przyjrzeć się ludziom, którzy tam mieszkali i zauważyłem, że to byli bardzo dobrzy i spokojni ludzie. Przed wojną nie przypominam sobie, aby między Polakami i Ukraińcami w naszych stronach panowała jakaś niezgoda czy choćby wzajemna niechęć. Było bardzo spokojnie i panowała zgoda, poza tym Ukraińców spotykałem raczej bardzo rzadko i siłą rzeczy nie mogłem mieć do nich jakiś uprzedzeń.

Gdy ukończyłem 4 – klasową szkołę w Dominopolu swoją naukę kontynuowałem w niedalekim Swojczowie, gdzie zaliczyłem jeszcze 3 klasy. Tym razem do szkoły miałem już 4 km, latem chodziliśmy na piechotę, a zimą jeździliśmy tam saniami. Był to wiek kiedy ja i moi koledzy, mieliśmy szereg różnych zainteresowań, a które mieliśmy wielką ochotę rozwijać. Dla przykładu, żywo interesowaliśmy się rolnictwem i braliśmy udział w różnych kółkach problemowych.

Po ukończeniu nauki w Swojczowie miałem więcej czasu na pomoc w naszym domowym gospodarstwie, podjąłem też naukę w zawodzie szewskim. Bardzo chciałem nauczyć się dobrze robić buty i w tym celu całą zimę chodziłem do kolonii Wandywola. Pobierałem tam naukę, u mojego kolegi Karola Pietruszka, który był dwa lata starszy. W 1940 r. Sowieci powołali Karola do swojej armii i od tej pory wszelki słuch po nim zaginął. Wydaje mi się, że zginął jak wielu innych, podczas krwawej wojny w Finlandii. Niedługo później, podjąłem też pracę jako sprzedawca we wsi Dominopol. Sklep w którym sprzedawałem najczęściej artykuły spożywcze, należał do Spółdzielni Rolniczej „Zgoda”, miałem wtedy okazję, jeszcze bliżej poznać te rodziny, które i tak już bardzo dobrze znałem z mojego dzieciństwa. Po jakimś czasie znałem i to dobrze, właściwie wszystkich mieszkańców w tej tak bardzo polskiej wsi.

Jako młodzieniec, mimo mojej wrodzonej wady stóp, nie stroniłem od rozrywki i dobrego towarzystwa, dlatego często bywałem na imprezach i na potańcówkach, gdzie zbierała się młodzież. Podczas tych wieczorów nie przypominam sobie, abym spotkał się z jakimikolwiek aktami wrogości do Żydów czy Ukraińców. Może poza jednym przypadkiem. Był pewien Ukrainiec o imieniu Wasyl, który pochodził gdzieś od strony Świnarzyna. On rzeczywiście prześladował Żydów, ale do nas Polaków nie ujawniał żadnej niechęci. Wiem o tym dobrze ponieważ pasłem z nim krowy na łąkach nad rzeką Turią.

W Dominopolu mieszkała także pani Rakowska, właścicielka młyna, który poruszany był siłą wody, ale także motorem spalinowym, prądu u nas wtedy jeszcze nie było. Pani Rakowska była już wdową i miała 3 córki: najmłodsza Ewa, wyszła za mąż za nauczyciela o nazwisku Stasiak. On właśnie posiadał radio lampowe i to on informował nas podczas wojny, o tym co się dzieje na froncie. Tymczasem ja prawie do samej wojny pracowałem w sklepie w Dominopolu, w naszych okolicach wciąż było spokojnie. W końcu maja zastąpił mnie w sklepie Mirosław Turowski, a ja miałem wtedy więcej czasu na pomoc w pracach domowych. [fragment wspomnień Antoniego Sienkiewicza z kolonii Piński Most na Wołyniu, wysłuchał, spisał i opracował S. T. Roch]

Ocena wpisu: 
5
Twoja ocena: Brak Średnio: 5 (głosów:11)

Komentarze

wyglądały poskie wsie na kresach, gdzie liczna była szlachta zagrodowa, gdzie istniały tradycje patriotyczne i kulturalne polskie, gdzie żywa była wiara i polska tradycja!

Tak też o tym opowiadali moi Rodzice, oboje Lwowiacy.

Niemniej - dużo podróżowali i wędrowali po tamtych stronach, zwłaszcza Tatko - wieloletni harcerz.

Tamto - minęło, zabite -  odeszło.

Dziś - gdy bliżej mi do kresu moich dni, aniżeli do początku - myślę, że także spotkam tamtych ludzi, zobaczę tamte wsie, tamte banderie, jeźdźców, konie, te piękne dziewczęta, usłyszę piękne chóry, ujrzę gospodynie w odświętnych strojach... gospodarzy - poważnych, w kapeluszach, ciemnych, odświętnych ubraniach, z fajkami...

Tak bardzo chciałabym ich spotkać! Wierzę, że tak się stanie!

Dziekuję - za pawdę o tamtych czasach, miejscach, ludziach!

Bardzo serdecznie pozdrawiam!

Podoba mi się!
6
Nie podoba mi się!
0

_________________________________________________________

Nemo me impune lacessit - nie ujdzie bezkarnie ten, kto ze mną zacznie

katarzyna.tarnawska

#1507374

Serdecznie pozdrawiam Katarzynę Tarnawską rodem z Kresów i z zawsze wiernego Lwowa. Dziś Kresowianie, rodziny kresowe rozsiane są niemal po całej Polsce, po Europie i jakże często po wielu miejscach na wszystkich kontynentach świata, ale łączy nas jakaś przedziwna nić miłości, która zawsze splata się w naszych rodzimych, ojczystych stronach, gdzieś tam na Wołyniu, na Podolu, na Polesiu, Pokuciu, na Wileńszczyźnie, na Grodzieńszczyźnie i w Nowogródku i w tak wielu innych miejscach.

I nie jest to tylko melancholia, czy bynajmniej tania tęsknota, raczej jest to sposób na życie, w którym zawiera się głębokie przesłanie kultury kresowej, objawiające się nie tylko w zamiłowaniu do tych dworków przepięknych, do tych wsi zielonych, strojnych kwieciem, owocowymi sadami obsadzonych, ale jest to raczej pragnienie tamtego stylu życia, potocznie znanego nie tylko ze wspomnień, pamiętników, czy literatury pięknej, jako sielanka kresowa. Lecz i ten obraz nie był zupełnie pełny, gdyby nie ów przedziwne zamiłowanie Kresowian do wiary i ojczyzny polskiej, które już w swoim zaraniu zawsze rodziło rycerskiego ducha i poczucie odpowiedzialności nie tylko już za swoją rodzinę, ale także za drogą ojczyznę. Reszte można już sobie doczytać, dopowiedzieć, albo jakby to powiedzieli batiary lwowskie: dośpiewać.

Podoba mi się!
5
Nie podoba mi się!
0

Sławomir Tomasz Roch

#1507377