Gdzie wdowy chleby piekły tam bandery Lachy siekły

Obrazek użytkownika Sławomir Tomasz Roch
Historia

Gdy zbliżała się wojna 1939 r. miałam skończone ledwie 14 lat i jeszcze nigdzie, po zabawach nie latałam. Może także dlatego, aż do samej wojny, nie spotykałam się z aktami agresji, ze strony miejscowych Ukraińców. Nie słyszałam nawet o przypadkach niechęci, wobec Polaków, ani od rodziców Władysława i Jadwigi Karbowiak z d. Borkowska, ani od innych ludzi w naszej okolicy. Owszem zdarzały się takie sytuacje, jak ta w Kohylnie ok. 1935 r., a zatem jeszcze na kilka lat przed wybuchem II wojny światowej. Mianowicie ja i moja siostra Władysława oraz rodzeństwo: Zdzisław i Józefa Kukułka, byliśmy właśnie w drodze ze szkoły we wsi Barbarówka do naszych domów. Szliśmy więc razem, także przez ukraińską wieś Kohylno, raz że było bliżej, a dwa ponieważ był tam sklep, w którym mogliśmy nabywać wartościowe rzeczy. Najbardziej zależało nam na przedmiotach szkolych, a te właśnie tam były.

Pamiętam dobrze, że miało to miejsce, jeszcze przed śmiercią Marszałka Józefa Piłsudskiego. Pamiętam zatem, że gdy tak szliśmy przez Kohylno, spotkałyśmy niedużą grupkę dzieci ukraińskich w wieku 10 – 11 lat. Były to same chłopczyska, którzy zaczęli na nas pokrzykiwać: „Mazury! Mazury!”. Ponieważ nie zapraszali nas do rozmowy i nie próbowali nas nawet poznać, odebraliśmy to jako rodzaj zaczepki, w każdym razie, była to dla nas, dość nieprzyjemna sytuacja. Na domiar złego, zaczęli w nas rzucać grudami ziemi i patykami i to tak, aby wyraźnie w nas trafiać. Był to już wyraźny przejaw wrogości wobec nas, więc rzuciliśmy się do ucieczki w kierunku Tartaku Kohyleńskiego, ale oni wciąż nie dawali nam spokoju. Tak że spory kawałek drogi nas tak gnali, krzycząc za nami i rzucając w nas, czym się dało i czym popadnie. Na szczęście wieś się skończyła i dopiero wtedy zaprzestali nas ścigać.

Ja i moi pozostali towarzysze, byliśmy b. wystraszeni, a jeszcze bardziej zaskoczeni, wcale nie spodziewaliśmy się, że coś takiego może nam się w Kohylnie przydarzyć. Było to dla nas b. ciężkie doświadczenie, niestety taka sytuacja powtórzyła się w Kohylnie, jeszcze kilka razy i to w dość krótkim okresie czasu. W tej sytuacji ja i moi towarzysze, zmuszeni byliśmy omijać Kohylno, idąc traktem z Włodzimierza Wołyńskiego do Swojczowa, było trochę dalej, ale znacznie bezpieczniej. Były jeszcze inne jaskółki, zapowiadające trudne współżycie wzajemne Polaków i Ukraińców w przyszłości. Oto mój tatuś Władysław, jako gajowy nie mógł uniknąć trudnych spraw sądowych i co chwilę musiał jechać na kolejną rozprawę do miasta Włodzimierza Wołyńskiego.

Raz jeden toczyła się rozprawa przeciwko Ukraińcom, zamieszanych w jakieś sprawy polityczne, gdy on właśnie był w sądzie, a z nim nasza mama Jadwiga. Gdy rodzice wrócili do domu, opowiadali nam wszystkim tak: „Widzieliśmy dziś w sądzie grupę Ukraińców, zakutych w kajdanki, którzy po usłyszeniu wyroku, poczęli głośno śpiewać, swoje pieśni narodowe. W tej sytuacji do sądu przyjechało dużo policji i siłą, dobrze przy tym pałując skazanych, wyprowadzili ich z budynku sądu i gdzieś zabrali.”. Na podstawie powyższych przykładów, widać zatem gołym okiem, że problemów na naszej Ziemi Wołyńskiej na pewno nie brakowało. Generalnie rzecz biorąc, było jednak u nas w tamtych czasach, dość spokojnie i nie zmieni się to, aż do wybuchu, tej demonicznej w swych rozmiarach wojny. Ja sama jako młoda dziewczyna, wcale nie spodziewałam się wybuchu wojny, choć słyszałam jak od marca 1939 r. , ludzie przy różnych okazjach wspominali, że może przyjść do zbrojnego konfliktu.

Z naszej rodziny najbliższej, nikt nie poszedł we wrześniu 1939 r. na front, nawet nasz tatuś nie został zmobilizowany do armii. Jedynie Antoni Buczko, mój szwagier otrzymał powołanie, jeszcze w sierpniu, ale już następnego dnia wrócił do swego domu. Pierwsze dni wojny, były u nas b. spokojne, w całej okolicy, a już tym bardziej w naszej leśnej głuszy, nic specjalnie się nie działo. Siedzieliśmy sobie spokojnie i właściwie niewiele się baliśmy. 17 września mój tatuś udał się do miasta Włodzimierza Wołyńskiego, aby zorientować się w sytuacji, zabrał ze sobą mundur gajowego oraz broń osobistą. Na torach, opodal miasta, zatrzymał go sowiecki zwiad i odebrał mu broń, ale na szczęście puścili go wolno. Tak rozpoczęła się sowiecka okupacja.

Na samym początku tatuś stracił posadę gajowego i był zmuszony podjąć pracę w Tartaku, dowoził drzewo z lasu do Tartaku. Także ja i moja siostra Irena otrzymałyśmy pracę w Tartaku i byłyśmy tam zatrudnione, aż po czerwiec 1941 r. , gdy na te tereny wkroczyli Niemcy. Za Sowietów zanim poszłam za pracą do Tartaku, przez pewien czas, chodziłam na kolonię Teresin do Kaczkowskich i robiłam u nich na drutach chustę, lub sweter. Dobrze mi się z nimi rozmawiało, dali jeść i cały dzień siedziałam i robiłam na drutach. Czasy nie były dla nas łatwe, do lasu nikt bowiem zimą, specjalnie nie przychodził, a żyć przecie trzeba, tym bardziej, gdy ma się tak liczne rodzeństwo. Co innego latem, zawsze było dużo ludzi i drzwi nigdy nie były zamknięte na klucz.

Przez cały okres pobytu Sowietów w naszych stronach, Ukraińcy zachowywali się dość spokojnie i nadal nie pamiętam, by w okolicy zdarzały się antypolskie akcenty. I nawet gdy chodziłyśmy z siostrą Marysią do pracy do Tartaku, a praca była od 14.00 aż do 22.00 nikt nas specjalnie nie zatrzymywał i nie napastował. Dopiero gdy przyszli Niemcy, to Ukraińcy zaczęli podnosić głowy, choć po wsiach jeszcze nawet i tego się nie odczuwało. Najgroźniejsze w tym czasie były wywózki polskich rodzin na daleką Syberię. Z naszej okolicy Sowieci zabrali rodzinę Barańskich, a szykowali się także do wywiezienia i naszej rodziny i to jeszcze w tym samym czerwcu 1941 r. , jak wielu innych, uchronił nas paradoksalnie atak hitlerowców na ZSRR. Wiem o tym dobrze bowiem w naszej okolicy, często się o tym potem mówiło, kiedy odnaleziono całą listę rodzin, przeznaczonych do następnej wywózki. Ogólnie nic nie uległo zmianie, jedynie życie towarzyskie wyraźnie osłabło, ludzie siedzieli „cicho”, jak mysz pod miotłą.

Tak jak szybko Sowieci do nas przyszli, tak jeszcze szybciej od nas uciekali, właściwie nie widziałam żadnej walki, a już organizowała się nowa, niemiecka okupacja. I tym razem Ukraińcy zachowywali się w naszych stronach spokojnie i póki co, nie było u nas żadnych, antypolskich incydentów. Aczkolwiek moi rodzice jeździli parę dni później do Włodzimierza Wołyńskiego i już wtedy widzieli na ulicach, uzbrojonych Ukraińców z opaskami niebiesko – żółtymi. Byli to jakoby policjanci w mieście, ale na tamten czas zachowywali się spokojnie.

Na początek Niemcy rozprawili się z Żydami, których większość pomordowali w lasach, w okolicy Piatydni. Także nasi Żydzi, którzy mieszkali i pracowali na Tartaku Kohyleńskim, zostali przez Niemców zabrani i zapewne pomordowani. Byłam osobiście świadkiem rozrywek i pomysłowości niemieckich zbrodniarzy, gdy pewnego razu niemieccy żołnierze zaprzęgli do wozu dwóch starych Żydów lat około 60 i kazali sobie ciągnąc ten wóz. Gdy Żydzi tak się trudzili, Niemiec okładał Ich batem, aby się żwawiej przy tym ruszali. Trudno dziś uwierzyć, ale to prawda pamiętam, że nie mogłam na to patrzeć.

Niedługo po tym wołyńskim holokauście, przyszła kolej na polską i ukraińską młodzież, których wysyłano na przymusowe roboty do III Rzeszy. Przy czym Polaków wywożono, wydaje się znacznie częściej. Z mojej rodziny nikogo nie zabrali, choć mało brakowało, bym ja sama nie została wywieziona. Było to już w lutym 1943 r. , ukraińska policja urządzała łapanki na polską młodzież. Pamiętam jak zorganizowano zabawę taneczną dla młodzieży na Teresinie, z okazji Ostatków. Gdy się tak bawili w najlepsze, nagle wpadli Ukraińcy i wszystkich zagarnęli, a potem zabrali do dużej, ukraińskiej wsi Werba. I chociaż nie byłam na tej zabawie, przyszli i zabrali i mnie z naszego domu.

Było to możliwe bowiem od roku 1942 zamieszkaliśmy na kolonii Teresin w jednym z pożydowskich domów. Ojciec nasz przytomnie zajął opuszczone mieszkanie i ziemię Mośku Kaca, którego zabrali i zamęczyli wcześniej hitlerowcy. Była to także okazja, by zamieszkać między ludźmi. Tym bardziej, że w lesie nie było pracy, a czasy stawały się, coraz to bardziej niebezpieczne. Zabrana zatem z domu na Teresinie, trafiłam do dużej, ukraińskiej wsi Gnojno. Tam właśnie policja ukraińska ściągała młodzież polską z wszystkich stron i ładowała na transport do miasta Włodzimierza Wołyńskiego. Przetrzymywano nas tam przez kilka godzin i właśnie wtedy, wiele osób zdołało nawiać, w tym także i ja sama.

W tym trudnym czasie, jeszcze w listopadzie 1942 r. nasza siostra Irena urodziła córeczkę Cecylię i mieszkała razem z nami. Z kolei nasza siostra Maria, wyszła za mąż za Stanisława Rokickiego i wyprowadziła się do swego męża do Ludmiłpola, gdzie 14 lutego 1943 r. powiła pięknego chłopczyka Kazimierza. Można by sądzić, że szczęściło nam się w nieszczęściu, ale prawdziwe trudy miały dopiero nadejść.

Na początku roku 1943, już zaczęło się robić bardzo niespokojnie. W Wielkim Poście w naszym domu, jak zwykle dyskutowaliśmy o tej niełatwej, naszej sytuacji i pamiętam z tamtych dni, następującą historię, którą opowiadali, albo moi rodzice, może rodzeństwo, a może jeden z naszych gości, w każdym razie, było to tak: „W każdej wsi ukraińskiej, gdzie była wdowa, otrzymała polecenie, aby upiec siedem chlebów, a następnie roznieść do siedmiu wiosek, do domów, gdzie także mieszkały ukraińskie wdowy, a one znowu piekły i roznosiły dalej tak samo, jak te pierwsze. Potem zrodziło się w naszej polskiej społeczności słynne powiedzenie: ‘Gdzie piekli, tam siekli!’”. W opinii mojej rodziny, to roznoszenie pieczonych bochenków chleba, było znakiem rozpoznawczym do mordowania polskiej ludności, zresztą nie tylko my tak sądziliśmy, ale ogół naszych wołyńskich rodaków. A niepotwierdzona wieść niosła zarazem, że w tych chlebach miała być ukryta kartka, a w niej przysięga, czy rozkaz, by wymordować miejscowych Polaków.

Poza tym, było u nas spokojnie, aż do Wielkiego Tygodnia 1943 r., kiedy to ludzie zaczęli ze sobą rozmawiać, że Ukraińcy gdzieniegdzie mordują pojedynczych Polaków. Wieczorami zaś, każdy mógł osobiście zobaczyć, wielkie łuny na niebie, a nasi ludzie komentowali to jednoznacznie: to palą się polskie wsie i kolonie, a Ukraińcy właśnie mordują tam ludzi. Pierwszą ofiarą w naszych stronach, o której mi wiadomo, to był Polak ze wsi Smolarnia o nazwisku Łuszczak. Gdy tylko mama Jadwiga dowiedziała się o tym, zaraz po świętach, już we wtorek, wybrałyśmy się tam. Chciałyśmy się dowiedzieć, jaka była przyczyna tego zajścia z Ukraińcami i dlaczego Łuszczak zginął, ale nikt nic nie wiedział, jakby bez żadnej przyczyny.

Gdy przyszłyśmy do domu Łuszczaków, jego żona opowiadała nam osobiście przebieg tej tragedii, mówiła tak: „W nocy z niedzieli na poniedziałek do naszego domu przyszło dwóch Ukraińców z bronią. Gdy mój mąż ich zobaczył, rzucił się do gwałtownej ucieczki na strych, widać coś przeczuwał, lub coś wiedział, bał się i nie chciał się z nimi spotkać. Wtedy oni zaczęli za nim strzelać, niestety trafili go, jak był na dachu, ranny mąż spadł na ziemię i się zabił. Ukraińcy przynieśli ciało do domu i odeszli.” . Łuszczakowa była mamusią chrzestną, mojej rodzonej siostry Władysławy, już jako wdowa wraz z dziećmi, przeżyła wojnę i wyjechała na Pomoże i osiadła w miejscowości Pszczółki k. Gdańska. Dowiedziałyśmy się jednak przy tym, że w niedalekim Chobułtowie, Ukraińcy wymordowali całą i liczną, polską rodzinę Rudnickich. Oprócz tych tragedii, przez całe Święta Wielkanocne, aż do krwawego lipca, panował w naszych stronach, jeszcze dość względny spokój. [fragment wspomnień Heleny Wójtowicz z d. Karbowiak z Osady Budki Kohyleńskie na Wołyniu, wysłuchał, spisał i opracował S. T. Roch]

Ocena wpisu: 
Twoja ocena: Brak Średnio: 5 (głosów:3)