Gdy banderowcy nasilali prześladowanie parafianie patrzyli biadolili i wciąż rodzili nowe nadzieje

Obrazek użytkownika Sławomir Tomasz Roch
Historia

Pamiętam, że latem 1942 r. pod wieczór, byłem właśnie w swoim domu, byli moi rodzice Władysław i Rozalia Życzko z d. Wrońska oraz goście Polak Stanisław Ferenc lat ok. 40 i Hipolit Niemiec również Polak, zwany potocznie „Rudym”. To byli nasi najbliżsi sąsiedzi z Kisielówki, którzy przyszli do nas, aby porozmawiać o obecnej sytuacji w naszym rejonie. Wspólnie naradzaliśmy się, jak postępować w coraz bardziej napiętej sytuacji bowiem, coraz częściej słychać było, że giną pojedyńczy Polacy, prawdopodobnie skrytobójczo mordowani przez Ukraińców. Szczególnie niepokojące było to, że ofiarami padali najczęściej ludzie wykształceni, inteligencja polska, nauczyciele, oficerowie i byli wojskowi. Zatem ogólnie rzecz biorąc wyglądało na to, że Ukraińcy dążą do zgładzenia, jak największej liczby patriotów polskich.

Podczas tego spotkania padały najróżniejsze propozycje, aby się zacząć organizować i próbować stworzyć swoją własną, choćby prowizoryczną samoobronę. I gdy my tak właśnie rozważaliśmy, nagle ktoś zapukał do drzwi i po chwili do domu weszło trzech, lub czterch Ukraińców. Kiedy jednak zobaczyli czterech rosłych Polaków za stołem, tak byli zaskoczeni, że trudno im było ukryć zmieszanie, zaczęli pytać o mnie! Jeden z nich Ukrainiec z Tumina o nazwisku Siańko, chodziłem z nim trzy lata do jednej szkoły i znaliśmy się dobrze, on to właśnie zobaczył mój wojskowy chlebak na ścianie. Zaczął z miejsca namawiać mnie, bym mu chlebak sprzedał, w końcu jednak sam zdjął chlebak ze ściany, a do mnie powiedział: „On już tobie nie będzie potrzebny!”. Teraz zaczęli mnie b. namawiać, abym wyszedł z nimi na dwór bowiem chcą ze mną pomówić. Zgodziłem się i wyszliśmy na drogę, gdy oni wzięli mnie w kółko, ogarnęło mnie jakieś złe przeczucie. Zacząłem się poważnie obawiać, że mogą mnie tu zgładzić, na szczęście blisko nas podeszli także tatuś, Stach i Hipol. To były mocne i potężne chłopy, dlatego ci młodzi Ukraińcy dali sobie spokój, ale na odchodne rzucili krótko: „Spotkamy się jeszcze!”. Po ich odejściu, już długo nie rozmawialiśmy i nasi goście wrócili do swoich domów.

Od tej pory miałem się już na baczności przed Ukraińcami, tym bardziej że miałem ukrytą broń. Zacząłem się ukrywać i najczęściej nie było mnie w domu. Przeważnie nocowałem, u swojej narzeczonej Heleny Furtak, która również mieszkała w naszej kolonii Kisielówka, choć około 300 metrów w pole, od głównej drogi. Jej rodzice Andrzej i Franciszka Furtak z d. Żybura traktowali mnie dobrze, już właściwie jak syna. Chowałem się w stogu siana, w kopkach zboża i na strychu w ich domu. Taka sytuacja trwała do zimy 1942 r., kiedy właściwie nic nie ulegało zmianie, za to nadal ginęli pojedyńczy Polacy.

Poza tym ludność ukraińska, która znała nas od lat, zachęcała nas, abyśmy nie próbowali organizować jakichś kontaktów bowiem one nie są potrzebne. Nawet niektórzy, co pobożniejsi Polacy w naszej kolonii Kisielówka i w okolicy byli zdania, że nie należy nic organizować, co mogłoby rozjuszyć Ukraińców i tylko jeszcze zaognić i tak już napięte nasze wzajemne stosunki. Ludzie ci uważali, że to mogłoby nawet zakończyć się rozlewem krwi, którego Polacy nie chcieli. Więc my młodzi i przeszkoleni żołnierze, mieliśmy wtedy niejednokrotnie związane ręce i niełatwo było, już wtedy podjąć jakieś konkretne działania w celu organizowania zbrojnej samoobrony ludności polskiej. Po prostu nie było wtedy takiej potrzeby społecznej, a nikt z nas w najczarniejszych nawet scenariuszach wydarzeń nie przypuszczał, by za niedługi czas rozjuszone i pijackie watachy zbójów, miałyby przyjść i pod ukryciem nocy, z zaskoczenia wyrzynać całe polskie osiedla. To było wprost nie do pomyślenia! I nawet w tamtych dniach, proroka takich wizji uznano by powszechnie za chorego na „ukraińską wściekliznę”, a może i więcej: za wariata!

Zima 1942 r. niewiele wniosła nowego, a wszystko nieco przycichło może także dlatego, że zimy na ogół są dość spokojne. Przy czym nawet wtedy nie opuszczał nas strach, który był już naszym stałym towarzyszem wołyńskich losów. Boże Narodzenie 1942 r., jak się miało później okazać, ostatnie już na Wołyniu, przeżywałem z moją rodziną w naszym domu w Kisielówce. Owszem baliśmy się, ale atmosfera tych tak pięknych Świąt, nieco pomogła nam odpocząć. Jak co roku śpiewaliśmy dużo kolęd, choć może w smutniejszym tonie, brak brata Feliksa zabranego na roboty do Niemiec, dawał nam się wszystkim we znaki. I jak co roku, także i teraz tatuś zaprzegnął bryczkę i pojechaliśmy na Pasterkę do naszego kościoła w Swojczowie. Względny spokój trwał więc przez całą właściwie zimę, aż do wiosny 1943 r., gdy na wołyńskiej ziemi, banderowcy pobłogosławieni przez popów, rozpętali piekło.

 

Banderowcy nasilają prześladowania wybranych

Pamiętam, że wiosną 1943 r., po tym dość spokojnym czasie, nagle wśród ludności polskiej rozeszła się pogłoska, że Ukraińcy prowadzą jakieś wojskowe ćwiczenia w Lesie Świnarzyńskim. Osobiście w końcu kwietnia, gdy rano wyprowadzałem krowy na na nasze pastwisko, słyszałem jakieś dzwonki, strzały karabinowe, jakieś rozkazy wojskowe, a przede wszystkim śpiewy. Już wtedy wiedziałem, że to Ukraińcy ćwiczą swoich ludzi. Przyznam szczerze, że wcale nie dodawało mi to otuchy, ale rodziło jeszcze większy strach. Ukraińcy byli już postrzegani przez, co światlejszych i doświadczonych Polaków, jako niebezpieczni wrogowie i tylko niektórzy nadal twiedzili, że nie podniosą ręki na nas.

W tym właśnie czasie, może nawet w tym samym tygodniu, poszedłem na spotkanie do pewnej Polki. Mieszkała w naszej kolonii Kisielówka, w dawnym domu Niemca Herszta, wywiezionego do III Rzeszy w roku 1940. To było jeszcze za dnia, zebrało się około 10 osób, rozmawialiśmy o naszym, coraz trudniejszym położeniu. Nagle nasza gospodyni Zosia krzyknęła do mnie: „Czesiek dwóch Ukraińców z karabinami czołga się do naszego domu!”. Spojrzałem i rzeczywiście zobaczyłem ich, czułem że nie ma na co czekać, drugim oknem wyskoczyłem na dwór, a tam przez zarośla i łąkę skryłem się w lasku olchowym. Poleżałem tam trochę, a następnie wróciłem do domu, jeszcze w tym samym tygodniu, może nawet następnego dnia rano, udałem się do Lasu Chorostowskiego. Był tam duży 10 ha sad owocowy, należący do hrabiego Szumińskiego, który mieszkał we wsi Tumin.

Hrabia był zięciem hrabiego Leduchowskiego z Ledachowa. Osobiście znałem dwóch synów hrabiego, w tym Michała, który po wojnie prowadził przez lata program w telewizji pt. „Zwierzyniec”. Ogrodnikiem był Polak o nazwisku Maruda lat ok 45, mieszkał na miejscu w gajówce. Słyszałem później pewną informację, że został zamordowany wraz z żoną lat około 40 oraz z ich dziećmi.

Tego dnia orałem przez cały dzień i nie wiedziałem, co się dzieje w naszym domu. Tymczasem do naszego domu pod koniec dnia przyjechali uzbrojeni Ukraińcy na kilku furmankach i otoczyli nasz dom. Jako pierwsza zobaczyła ich Helena Furtak, która właśnie wracała drogą od krawcowej, od Polki i sądziła, że to goście, podobnie myśleli nasi sąsiedzi: Mikulscy i Głogowscy. Tymczasem jeden z tych Ukraińców wszedł do naszego domu do kuchni, gdzie była mamusia i od razu zapytał o mnie. Kiedy mama zaczęła płakać, zaczął ją uspokajać i dobrodusznie tłumaczyć, jakoby nie miała się czego obawiać. Mówił tak: „Nie płacz pani my jesteśmy kolegami Czesława z lat wojny z 1939 r. i chcemy z nim jedynie porozmawiać. My wrócimy za dwie godziny i proszę mu przekazać, że chcemy się z nim zobaczyć.”.

Zabrali się i pojechali gdzieś dalej, ledwie 10 minut później, nadjechałem ja wozem na podwórko i od razu zobaczyłem spłakaną mamę, która opowiedziała mi wszystko, co właśnie u nas zaszło. Od razu zorientowałem się, że to jakiś podstęp, że chcą mnie dziś załatwić, podobnie sądzili moi rodzice. Wiele nawet się nie przebierałem, zabrałem broń i udałem się przez drogę do mojego przyszłego teścia Furtaka. Tam oczekiwałem na dalszy rozwój wypadków, nie mogłem tej nocy spać, także Helena i jej rodzina w napięciu oczekiwali na to, co się może teraz wydarzyć. Po około dwóch godzinach rzeczywiście usłyszeliśmy, że turkoczą furmanki, które zatrzymały się przy naszym domu, potem była już cisza.

Na drugi dzień rano mój teść Andrzej Furtak poszedł do naszego domu, aby wywiedzieć się, co się tam tej nocy wydarzyło. Okazało się, że i tym razem przyszli moi koledzy, tak przynajmniej się podawali, byli bardzo grzeczni i wypytywali się o mnie, interesowali się, co ja odpowiedziałem na ich wizytę. Kiedy nic nie wskórali pokazali swoje prawdziwe oblicze, przewracając w domu wszystko i zapamiętale szukając mnie i ukrytej broni. To jeszcze można było znieść, w końcu zapowiedzieli że przyjadą znów za tydzień, żebym wtedy już na nich czekał. Mówili już wyraźnie z pogróżkami tak: „Niech syn na nas czeka, bo inaczej będzie gorzej!”. Zabrali się i pojechali, tatusia na razie nie czepiali, póki co nie był im potrzebny.

W tej sytuacji cały tydzień siedziałem u Furtaków, było w miarę spokojnie. W końcu przyjeżdżają trzeci raz, dwoma furmankami i z bronią. Ojciec bardzo przeżywał ten tragiczny czas i nie trzymała się go wcale robota, chodził tylko, palił tytoń i niespokojnie wyglądał, czy nie jadą znowu „rezuni”. On także nie wierzył w ich dobre zapewnienia! Dlatego gdy w końcu nadjechali rzucił się do ucieczki, niestety i tym razem było ich wielu, tak że udało się ojca złapać. Przede wszystkim przyszli jednak po mnie, ale ponieważ i tym razem się wymknąłem, więc wściekli się i zaczęli demolować dom, a przy tym dużo bluźnili. Tatuś opowiadał mi później, że początkowo uważnie pilnowali go na podwórku, potem zmusili go do udania się z nimi. Jak się później dowiedziałem, chcieli go w lesie skrytobójczo zamordować, ale udało mu się szczęśliwie uciec. Wyrwał się znad własnej, nieznanej mogiły, ale Ilu jest tam wciąż, po dziś dzień Takich, którym los był mniej łaskawy.

Mój tatuś Władysław tak opisuje to osobiście: „W zieloną sobotę 1943 r. w trakcie zachodu słońca nasz dom, zostaje otoczony przez uzbrojonych napastników ukraińskich z zamiarem schwytania mego syna Czesława, ukrywającego się po ucieczce z obozu Boroczyce. Część oprawców otoczyła całe zabudowania, a drudzy wchodząc do pomieszczeń, wyposażeni w broń automatyczną z pogróżkami domagali się bym wydał, gdzie obecnie przechowuje się mój syn Czesław. Po zdemolowaniu całego mieszkania syna nie znaleziono. Zaczęto mnie torturować, bito mnie i kopano, abym wydał gdzie ukrywa się mój syn Czesław, czego nie uczyniłem. Po ciężkim pobiciu mnie przez oprawców, wciągnięto mnie na jeden z wozów, a było ich ponad pięć wypełnionych oprawcami. Kazano mojej żonie Rózi, by przyniosła łopatę, a było wiadomo po co.

W tym czasie konwój wraz ze mną ruszył w kierunku wygonu, skręcając na lewo w kierunku lasu. Wygon to była na 10 metrów szeroka, piaszczysta droga, służąca do pędzenia bydła na pastwiska z Tumina do lasu. Wieziono mnie przez całą kolonię Kisielówka, a w lesie skręcono na prawo, 50 metrów przed gajówką. Mieszkał tam gajowy Paweł Gnatiuk, został wywieziony wraz z rodziną na Sybir 10 lutego 1940 r.. Gdy oprawcy wieźli mnie przez kolonię Kisielówka, moja żona Rózia i syn Longin biegli za wozami. Słyszałem straszliwy płacz i lament, byliśmy rodzinnie związani. Po wjechaniu wozów do lasu usłyszałem kilka serii z broni maszynowej, przyszła mi do głowy straszna myśl, że oprawcy załatwili moją żonę i syna Longina bowiem płacz i lament ustał.

Nie dojeżdżając do gajówki wozy skręciły w prawo, w zarośla i tam zatrzymały się, oprawcy ściągają mnie z wozu. Dano mi łopatę do rąk i kazano kopać dół o wiadomych rozmiarach. W trakcie kopania dołu odebrano mi pamięć, drżałem z bólu i pobicia, ale zdałem się na Boską pomoc. W tym czasie zapadł zupełny mrok, a ja kopiąc dół widzę, że oprawcy pomiędzy sobą o czymś rozmawiają. W tym momencie jeden z oprawców podchodzi do mnie, a dół miałem już wykopany prawie na pół metra głębokości i mówi do mnie: ‘Skidaj czobuty!’ – znaczy: zrzucaj buty! Zatem postanowiłem odłożyć łopatę i zrzuciłem jednego buta, następnie drugiego buta i przekazuję swemu oprawcy, stojącemu nade mną. W tym momencie ‘coś’ mnie pchnęło do przodu i ‘szepnęło’ do ucha: ‘Uciekaj, bo i tak śmierć!’. Zrobiłem skok do przodu, następnie w zaroślach skręciłem w bok. Zaczęto strzelać w moim kierunku, po czym zmieniłem kierunek i w ten sposób udaje mi się uratować moje życie, dzięki Boskiej Opatrzności. Tą tragedię trudno opisać, zrozumieć oraz w nią uwierzyć. Pragnąłbym, aby moje młode pokolenie takiej tragedii nie przeżywało.

Po ucieczce od kul oprawców, gdzie uniknąłem tragicznej śmierci, opanował mnie zupełny obłęd, nie wiedziałem także, co się dzieje z moją żoną i synem Longinem, całą noc błąkałem się po lesie, nasłuchiwałem. Położyłem się w zaroślach, by nieco odpocząć, a w międzyczasie opatrywałem swoje pokaleczone nogi, kawałkami swojej koszuli. Ponieważ byłem do pasa mokry dostałem dreszczy, a przebywając w lesie, dopiero nad ranem zorientowałem się, gdzie jestem pomimo że las ten, był mi dobrze znany. Przez cały dzień ukrywałem się w tym lesie, dopiero na drugą noc spotkałem się z żoną i dziećmi. Do własnego domu podkradałem się, jak pies do własnej budy. Czołgałem się do wybudowanego schronu, tam właśnie było umówione nasze miejsce spotkania, gdzie spotkałem żonę i syna Longina. Natomiast syn Czesław w tym czasie, ukrywał się w zaroślach. Po niecałej godzinie, po odsunięciu desek, do schronu wsunął się syn Czesław, pomyślałem: ‘Dzięki Bogu jest nas czwórka!’. W tym czasie wszyscy Polacy na Wołyniu, przeżywali taką samą tragedię. Wybudowane schrony nie były pewne i bezpieczne, gdyż oprawcy wyciągając Polaków ze schronów, na miejscu ich mordowali.”

Tak oto cudownie mój ojciec Władysław uniknął pewnej śmierci, ja tymczasem postanowiłem uciekać do wsi polskiej nazywanej Zaturce gm. Kisielin pow. Chorochów. Tam zatrzymałem się u naszej rodziny polskiej o nazwisku Wrońscy i Gregorowicze. To była bliska rodzina naszej mamusi Rozalii, która była z domu Wrońska. Juliusz Wroński to był mamy rodzony brat, pomagali mi jak mogli. Mieszkałem tam około miesiąca, w tym czasie pracowałem w gorzelni, gdzie kierownikiem był Polak o nazwisku Łyżwański. W tym czasie nie wiedziałem, co dzieje się w moim domu i w ogóle w naszych stronach. (fragment wspomnień Czesława i Heleny Życzko z d. Furtak z kolonii Kisielówka na Wołyniu, wysłuchał, spisał i opracował S. T. Roch) 

Ocena wpisu: 
5
Twoja ocena: Brak Średnio: 5 (głosów:6)