Robotyzacja dezinformacji

Obrazek użytkownika Rafał Brzeski
Świat

Niedawne gigantyczne rosyjskie manewry Zapad 2017 poprzedziła dezinformacyjna „podgotowka”, której nowym elementem była automatyzacja rozpowszechniania fałszywych wiadomości w mediach społecznościowych. Można było nawet odnieść wrażenie, że rosyjscy trolle przepracowali się, albo Moskwie brakuje funduszy na finansowanie żywych trolli i sięgnęła do powielających fałszywki robotów. Czy była to skuteczna innowacja trudno jeszcze ocenić, ale nie jest tajemnicą, że skoncentrowany w czasie kolportaż spreparowanych wiadomości zwiększa siłę oddziaływania dezinformacji na odbiorców, zwłaszcza młodych, którzy w większym stopniu dają wiarę treściom umieszczanym w mediach ich pokolenia.

Odnotowana w letnich miesiącach robotyzacja dezinformacji obserwowana była przede wszystkim w państwach bałtyckich, które są stale pod informacyjną presją Moskwy. Minister spraw zagranicznych Łotwy, Edgars Rinkëvičs powiedział, że przed manewrami Zapad 2017 w sieciowej przestrzeni jego kraju szczególnie licznie pojawiły się fałszywe informacje i tendencyjne komentarze dotyczące NATO, przy czym roboty rozpowszechniły pięć razy więcej takich dezinformacji niż tradycyjne, żywe trolle. W Estonii stosunek robotów do ludzi był jeszcze większy – 9 do 1.

W opinii Rinkëvičsa zachodni politycy, nie mówiąc już o odbiorcach, nie są przygotowani na zmasowany atak rosyjskich robotów dezinformacyjnych, gdyż z zalewem fałszywych informacji trudno walczyć. „Cóż z tego, że wiemy, skoro bardzo trudno jest uzyskać niepodważalne dowody” – ubolewał szef łotewskiej dyplomacji i zwracał uwagę na konieczność nowelizacji prawa międzynarodowego niedopasowanego do realiów sieciowej wojny informacyjnej.    

Przepisy prawa oraz użytkownicy sieci nie są też przygotowani do kolejnej innowacji rosyjskiej, czyli do „sobowtórów” imitujących internetowe strony znanych i uważanych za autorytatywne organizacji medialnych.

Podszywanie się pod wiarygodne źródło informacji i rozpowszechnianie fałszywek poprzez kanał informacyjny uważany za rzetelny nie jest niczym nowych. W trakcie oblężenia Paryża przez wojska niemieckie w 1870 roku, mieszkańcy francuskiej stolicy komunikowali się z resztą kraju balonami pilotowanymi przez odważnych aerostierów paradujących w wysokich butach i czapkach-pilotkach z wyszytym złotym napisem „Aer”. Jak wiał sprzyjający wiatr wywozili oni na nieokupowane tereny Francji kurierów rządowych, specjalnie preparowane super-lekkie listy i przekazy pieniężne, drukowane w Paryżu gazety oraz gołębie pocztowe, które stanowiły zwrotny kanał informacyjny. Wypuszczone na terenach wolnych od wojsk niemieckich, wracały do Paryża niosąc na płatkach celuloidu mikrofotografowaną korespondencję, którą przy pomocy latarni magicznych rzucano na ekran. Powiększone w ten sposób listy przepisywali kopiści pocztowi, a listonosze dostarczali adresatom. Odważni aerostierzy i skromne gołębie traktowani byli z admiracją należną rzetelnym kanałom informacyjnym.    

Wymiana wiadomości między władzami i mieszkańcami oblężonego Paryża a światem zewnętrznym irytowała niepomiernie „żelaznego kanclerza” Otto von Bismarcka, który drogą rozsiewania plotek oraz drukowania fałszywych wydań lokalnych gazet i podrzucania ich paryżanom usiłował poderwać morale broniących się. Na jego polecenie ujętych aerostierów traktowano nie jako jeńców wojennych, lecz jako szpiegów zaś do zwalczania balonów w zakładach Alfreda Kruppa wyprodukowano pierwsze działa przeciwlotnicze. Propagandziści Bismarcka wykorzystali też dwa „wzięte do niewoli” gołębie pocztowe z rozbitego balonu i odesłali je do Paryża z listem wzywającym do kapitulacji, gdyż „wszelki opór jest beznadziejny”. List podpisany był przez przebywającego rzekomo na prowincji znanego urzędnika państwowego. Niemcy mieli pecha. Urzędnik przebywał w stolicy, pracował w obronie miasta i paryżanie zamiast popaść w depresję zataczali się ze śmiechu.        

Znacznie lepszy rezultat osiągnęli w latach 80-tych XX wieku specjaliści od  „działań aktywnych” ze Służby A Pierwszego Zarządu Głównego KGB. Przeprowadzili oni udaną kampanię dezinformacyjną obliczoną na zrzucenie winy za pojawienie się wirusa HIV na amerykański program wojny biologicznej. Kampanię rozpoczęła w 1983 roku publikacja anonimowego listu  „znanego amerykańskiego naukowca” w hinduskiej gazecie Patriot sposorowanej potajemnie przez sowiecki wywiad. Uczony „ujawniał”, że wirus HIV to sztuczne dzieło amerykańskich mikrobiologów z tajnego laboratorium wojny biologicznej w Fort Derrick. Nieco później historii AIDS sfabrykowanej w siedzibie Pierwszego Zarządu w Jaseniewie pod Moskwą wiarygodności dodał pozorujący francuskiego naukowca, a w rzeczywistości mieszkający w Niemieckiej Republice Demokratycznej, dr Jakob Segal, który firmował opracowany przez KGB „naukowy raport”. Rewelacje „raportu Segala” zaczęły publikować najpierw pro-sowieckie media w różnych państwach afrykańskich i azjatyckich, potem media lewicowe, a później fałszywka „przesiąknęła” do światowych mediów głównego nurtu. W rezultacie do 1987 roku fabrykację KGB powielono w 80 krajach i 30 językach. Dały się nawet na nią wziąć redakcje  konserwatywnego dziennik londyńskiego Daily Express, brytyjskiego kanału telewizyjnego Channel 4 oraz niemieckiej Deutschland Rundfunk. Raz zakorzenionej dezinformacji nie daje się całkowicie wyplenić. Nie pomogło wyznanie dr Segala opublikowane po upadku NRD i zjednoczeniu Niemiec, a nawet oświadczenie szefa Służby Wywiadu Zagranicznego Rosji, Jewgienija Primakowa, który przyznał, że była to operacja KGB. Fałszywka funkcjonuje do dzisiaj i ma swoich zagorzałych wyznawców w internecie.

Sieć daje dezinformatorom wiele nowych możliwości. Przede wszystkim bezpośredni dostęp do odbiorców bez konieczności korzystania z „zaprzyjaźnionych” organizacji medialnych. Wiarygodnym kanałem warto się jednak zawsze podeprzeć i stąd zaczęły się pojawiać bardzo umiejętnie podrobione rosyjskie fałszywki imitujące publikowane w internecie artykuły renomowanych mediów. Od początku bieżącego roku wykryto fabrykacje internetowych stron portali: telewizji Al-Dżazira, anerykańskiego miesięcznika The Atlantic, izraelskiego dziennika Haaretz, a ostatnio belgijskiego dziennika Le Soir i brytyjskiego The Guardian.

Świetne odtworzone graficznie, rosyjskie „podróbki” utrzymywane są w sieci w domenach łudząco podobnych do oryginalnych. Przykładowo w „sobowtórze” domeny brytyjskiego dziennika literę „i” w domenie „guardian.co.uk” zastąpiono tureckim literą „ı” tworząc replikę trudną do rozpoznania na pierwszy rzut oka.

Treściowo imitacje utrzymane są w wiarygodnym stylu i ich argumentacja bądź narracja może trafić do mniej zorientowanych i wyrobionych odbiorców. Oni też są głównym adresatem rosyjskich dezinformatorów. Fałszywa strona telewizji Al-Dżazira informowała, że saudyjscy dyplomaci przekupują rosyjskich dziennikarzy, aby nie pisali negatywnie o ich kraju i saudyjskiej monarchii. Podróbka artykułu z dziennika Haaretz zawierała wiadomości o wielomilionowych inwestycjach w Izraelu prowadzonych przez rodzinę prezydenta Azerbejdżanu. Przed wyborami prezydenckimi we Francji, rzekoma publikacja Le Soir demaskowała tajny fundusz wyborczy Emmanuela Macrona, którego kampania miała być finansowana przez saudyjski dwór. Natomiast zawieszona w sieci w sierpniu imitacja strony Guardiana zawierała „wypowiedź” sir Johna Scarletta, byłego szefa brytyjskiego wywiadu zagranicznego MI6, który rzekomo wyznał, iż „Rewolucja róż” 2003 roku w Gruzji została zorganizowana przez służby wywiadowcze Wielkiej Brytanii i USA celem zdestabilizowania Rosji.

Kierowane do rosyjskiej i międzynarodowej społeczności „sobowtóry” demaskowane są wprawdzie szybko i po kilku lub kilkunastu godzinach usuwane są z sieci, ale ściągane na różne komputery zaczynają jednocześnie żyć własnym zyciem. Zwłaszcza, że są umiejętnie „reanimowane” przez media rosyjskie lub pro-rosyjskie. Przykładowo po usunięciu fałszywej strony Guardiana „wyznanie” byłego szefa MI6 powtórzyła sprzyjająca Kremlowi Ren TV. Na portalach w Armenii powtarzano natomiast zdemaskowaną  fałszywkę dziennika Haaretz. Sfabrykowane w Moskwie „rewelacje” belgijskiego dziennika Le Soir są „odgrzewane” również w polskiej sieci i można je przykładowo znaleźć nadal na stronach Kurnika Politycznego pod tytułem „Macron jest na liście płac królestwa wahabickiego”, w komentarzach pod materiałem w fakty.interia.pl, czy na portalu alexjones.pl. Ponad pół roku po zdemaskowaniu!

Można się spodziewać, że pełne sensacyjnych „rewelacji” imitacje stron znanych organizacji medialnych będą się powtarzać coraz częściej, bowiem sfabrykowanie strony pod łudząco podobną domeną jest dużo łatwiejsze (i tańsze) niż zhakowanie oryginalnej witryny. Dla dezinformatora profit jest przy tym podwójny. Po pierwsze – rozpowszechnienie spreparowanych treści. Po drugie – poderwanie wiarygodności znanego, rzetelnego medium.

Spadek wiarygodności organizacji medialnych uważanych powszechnie za rzetelne powoduje wzrost zainteresowania portalami, blogami i stronami „bocznego nurtu”, a w takich mediach łatwiej jest uplasować zgrabną fałszywkę. Równolegle poważnym redakcjom nie jest łatwo usunąć imitacje swoich stron z sieci oraz przekonać Google’a oraz media społecznościowe do usunięcia linków prowadzących do „sobowtórów”. Zwłaszcza, że brak odpowiednich i skutecznych środków prawnych. Użytkownikom internetu pozostaje więc zdrowy rozsądek, posiadana wiedza i „nos” ułatwiający rozpoznanie co prawdziwe, a co śmierdzi fałszem.

Premiera: Kurier WNET

 

Ocena wpisu: 
Twoja ocena: Brak Średnio: 5 (głosów:6)

Komentarze

Do dziś pamiętam smaczki akcji HIV kontra Aids. Nie było łopatologii ! Wykreowano sztuczny konflikt uczonych amerykańskich i Instytutu Pasteura o pierwszeństwo w odkryciu  wirusa, pierwszeństwo publikacji naukowych. Było to obliczone na odbiorcę nieco "oblatanego" w sprawach publikacji naukowych, pierwszeństwa odkryć. Majstersztykiem było podprowadzenie czytelnika do wyciągnięcia przez niego własnych wniosków. Najpierw wzbudzono sympatię do ekipy francuskiej, która włożyła dużo ciężkiej pracy w pozyskiwanie i naukowe opracowanie mutacji wirusa Aids z Afryki. Kiedy już pałamy sympatią do Francuzów, okazuje się, że jednak Amerykanie mają wcześniejszą mutację wirusa, nazywanego przez nich HIV. Mutację tak wczesną, że nie znaleziono jej w Afryce ! Podobno, nawet mniej zjadliwą, więc nie spieszyli się z publikacją. 

Resztę pracy robi inteligencja czytelników, którzy zadają sobie pytania, równocześnie odpowiadając tak jak sobie zażyczono : "ktoś" wyselekcjonował lub wyhodował zjadliwą mutację i zbrodniczo zaraził nią Afrykanów.

Podoba mi się!
4
Nie podoba mi się!
0

#1549703

"Nie pomogło wyznanie dr Segala opublikowane po upadku NRD i zjednoczeniu Niemiec, a nawet oświadczenie szefa Służby Wywiadu Zagranicznego Rosji, Jewgienija Primakowa, który przyznał, że była to operacja KGB."
 

I słusznie nie pomogło, bo zgodnie z zasadą wyznawaną przez rosyjskiego polityka Aleksandra Michajłowicza Gorczakowa (ros. Александр Михайлович Горчаков; 1798–1883), to:"Nie wierzę w niezdementowane informacje."

               

 

Podoba mi się!
2
Nie podoba mi się!
0
#1549713

przykładowy Kurnik Polityczny jest dobrze znany paru osobom, to gniazdko trybeusa, blogera neon24pl (bywał i tu), zwyczajny szuryzm choć z powiązaniami w sieci (antysemitniki i nazbole).
dziś szuria i fejki są już normą w necie a wraz z dezami są zwyczajną codziennością. jeszcze bardziej przełomowe wydaje się to, że wpływ internetu wydaje się większy niż tv.
cóż, potrzebna jest edukacja a pewnie i zaszczepienie mody na przeciwstawianie się dezom, powiedzmy jako rodzaj antysystemowości czy czegoś. to i tak mało, bo natłok informacji jest za wielki a w necie podobne przyciąga podobne i wyskakują info pod własne upodobania. sądząc po mediach społecznościowych, ludziom nie chce sie wgłębiać, odruchowo wrzucić w wyszukiwarkę czy czasem to i czytać ze zrozumieniem. ale moze ktoś wreszcie wymyśli stronkę do sprawdzania prawdziwości tekstów i zrobi na tym majątek.

Podoba mi się!
3
Nie podoba mi się!
0

„Od rewolucji światowej dzieli nas tylko Chrystus” J. Stalin

#1549732

Charles Bukowkli w Faktotum ubolewał,że nie lubi roboty, nie dla samej roboty tylko dlatego,ze nie znosi tych posiadówek przed biurkiem u jakiegoś faceta i opowiadania jakie ma kwalifikacje, zeby zarobić na kromkę chleba.

Bukowski narzekał strasznie na robotę: "no bo z jakiej, do cholery, racji, człowiek miał być zadowolony z tego, że wyrwany ze snu przez budzik, wyskakiwał z łóżka o 6.30 rano, wmuszał w siebie jakieś jedzenie, wysrał się, wysikał, umył zęby, przyczesał włosy, naużerał się z ulicznymi korkami, po to żeby dostać się tam, gdzie przysparzać miał grubszych pieniędzy komuś innemu i gdzie w dodatku oczekiwano od niego wdzięczności za to, że mu taką szansę oferowano." i dlatego wolał leżeć całymi dniami w łóżku, to niestety nie było przytulne gniazdko tylko barłóg.

 

 

 

 

Podoba mi się!
2
Nie podoba mi się!
0
#1549734