Pedagogika wstydu, czyli propaganda długoterminowa

Obrazek użytkownika Rafał Brzeski
Idee

W ogłoszonej przed rokiem opinii profesjonalistów z  Zarządu Głównego Związku Nauczycielstwa Polskiego „teoria pedagogiczna nie zna terminu pedagogika wstydu”, a zatem coś takiego nie istnieje. Zdaniem tychże profesjonalistów „pojęcie” pedagogika wstydu ma charakter propagandowy i służy dla „usprawiedliwienia” negacji „części wiedzy historycznej”.[1] Innymi słowy mówiąc, terminem nie istniejącej pedagogiki wstydu posługują się ci, co nie zgadzają się z jakimś elementem lub fragmentem opisu historii, ale z braku argumentów merytorycznych, chcą jakoś usprawiedliwić swą ignorancję.   

Zgodnie z definicją pedagogika to zespół nauk o wychowaniu, istocie, celach, treściach, metodach, środkach i formach organizacji procesów wychowawczych. Natomiast wstyd to reakcja na sytuacje, zachowania i opinie, które zagrażają pozytywnej samoocenie człowieka. Porównując obie definicje istnienie zorganizowanego procesu wychowawczego zagrażającego samoocenie człowieka wydaje się możliwe. Profesjonalni bakałarze uważają jednak inaczej, ale przynajmniej nie kwestionują istnienia propagandy, czyli planowanego oddziaływania na ludzi zmasowanymi bodźcami o charakterze informacyjnym.

Większość teoretyków i praktyków zgadza się, że propaganda to krótko lub długoterminowy proces intencjonalnego rozpowszechniania poglądów i przekonań, podczas którego nadawca stara się manipulować odbiorcami drogą rozbudzania emocji oraz zwodniczą lub pokrętną argumentacją. Innymi słowym mówiąc prowadzi specyficzną pedagogikę i stara się wychowywać odbiorców zgodnie ze swoimi zamiarami.

Propaganda może być wykorzystywana w działaniach niekontrowersyjnych, w promocji spraw przyczyniających się do ogólnego dobra, ale najczęściej sięga się do niej w sytuacjach konfrontacyjnych lub dla powolnej, ale konsekwentnej, zmiany postrzegania rzeczywistości lub historii przez odbiorców poddawanych działaniu propagandy. Propaganda może być zamaskowana lub otwarta, grająca na emocjach lub odwołująca się do zdrowego rozsądku. Może również łączyć grę na uczuciach odbiorców z zimną logiką i prawdę z fałszem, bowiem ludzka skłonność do kłamania zadziwia w mniejszym stopniu niż zaskakująca wprost gotowość do wiary w nieprawdziwe informacje.[2]

Stosowanie różnych wariantów propagandy adresowanej do różnych środowisk ma prowadzić do kreowania „obsesji wywołanej przez plotkę, rozdmuchanej przez powtarzanie, wzmocnionej przez histerię, aż w końcu uzyska akceptację mas”.[3]  Propaganda może być jawna, czyli „biała” albo  tajna zwana „czarną”, ale bez względu na rozgraniczenie jest to psychologiczne wymuszanie określonych zachowań. To, czy odbiorca wierzy w podawany mu przekaz jest mniej ważne, istotne jest żeby zachował się w sposób zaplanowany przez autora kampanii propagandowej.[4] Celem takich kampanii jest tworzenie intelektualnego i poznawczego chaosu, wpajanie przekonania o bezcelowości oporu, likwidowanie w zarodku wszelkich inicjatyw, promocja cynizmu prowadzącego do korupcji oraz paraliżowanie prób organizacji życia społecznego. Rezultatem takiego sterowania ma być klimat poznawczego chaosu prowadzący do  podporządkowania całych społeczności kłamliwej narracji opracowanej przez autorów kampanii propagandowej.  

Kłamstwo jest obecnie kolportowane powszechnie. „Całe narody wytresowano już w przyjmowaniu kłamstwa za prawdę...”[5] Kłamstwa konstruuje się pod egidą luminarzy nauk społecznych, często po wnikliwych sondażach i badaniach ankietowych, albo po dokładnym komputerowym profilowaniu. Od jakości głoszonego kłamstwa zależy bowiem w dużej mierze skuteczność propagandy. Inny fałsz podsuwany jest wyrobionym odbiorcom, a inny masowym. Istnieje wprawdzie pewne niebezpieczeństwo, że bardziej zorientowani odbiorcy zdemaskują kłamstwo szyte zbyt grubymi nićmi, ale jest ono niewielkie, bowiem „mieszkańcy burs akademickich są równie łatwowierni, co mieszkańcy slumsów”.[6]

W pierwszych latach po II wojnie światowej nazywano rzeczy po imieniu. Zbrodni wojennych dokonywali Niemcy, egzekucje uliczne były dziełem Niemców, mordowali, palili, rozstrzeliwali Niemcy. Ale w 1949 roku powstała Niemiecka Republika Demokratyczna - państwo miłujące pokój i budujące socjalizm. Po drugiej stronie Łaby była Niemiecka Republika Federalna (później przemianowana na Republikę Federalną Niemiec) pełna odwetowców, rewanżystów i neofaszystów. Byli więc dobrzy Niemcy oraz źli Niemcy i ówcześni propagandyści musieli coś z tym zrobić. Wymyślono „hitlerowców”. Termin „hitlerowcy” jako zamiennik „Niemcy” przysechł. Do tego stopnia, że nie znaleźli się dotąd młodzi ludzie, którzy by poszli na ulice Warszawy i słowo „hitlerowcy” na tablicach ku pamięci rozstrzelanych zakleili nalepkami ze słowem „Niemcy”.

Nie wykluczone, że wymyślony po wschodniej stronie Łaby termin „hitlerowcy”, po zachodniej stronie rzeki zapoczątkował wieloletni proces zsuwania z niemieckich pleców ciężaru winy za wojenne zbrodnie. Po „hitlerowcach”, którzy szli w ekstazie za głosem fuehrera niosąc, obok partyjnych, flagi Trzeciej Rzeszy, przyszli „odnarodowieni” naziści.  „Odnarodowieni”, gdyż wszelka niedouczona a wrzaskliwa lewica mianem „nazistów” obdarzała coraz to nowe grupy społeczne kierujące się co bardziej konserwatywnymi poglądami.

Po ugruntowaniu się „nazistów” przyszedł czas na podzielenie się odpowiedzialnością Niemców za zbrodnie wojenne, w tym przede wszystkim zbrodnię Holocaustu. Partnerem w zbrodni zaczęto robić Polaków. Trudno ustalić kiedy po raz pierwszy pojawił się w przestrzeni publicznej termin „polski obóz śmierci”. Według Wikipedii było to w 1944 roku. Redakcja popularnego wówczas amerykańskiego tygodnika Collier’s tytułem „Polish Death Camp” opatrzyła artykuł polskiego kuriera Jana Karskiego, który bezskutecznie próbował zwrócić uwagę wielkich tego świata na eksterminację Żydów. Karski spędził potajemnie, w przebraniu, kilka godzin w obozie zagłady w Bełżcu i swej relacji naocznego świadka dał tytuł „In the Belzec Deathcamp”. Trudne słowo „Belzec” amerykańscy redaktorzy zamienili na „Polish”.

Taki był początek. W negatywnym dla Polaków kontekście terminu  „polski obóz śmierci” użył świadomie Jean-Francois Steiner w ksiażce Treblinka wydanej we Francji w 1966 roku. W 1978 roku Isaak Kawa pisał już w brazylijskim tygodniku Manchette o „nazistowskich partyzantach z polskiej Armii Krajowej, którzy mordowali Żydów”.[7] Ja spotkałem się z określeniem „polski obóz śmierci” w 1988 roku, pracując w Serwisie Światowym BBC. Termin ten  znalazł się w biuletynie wiadomości przeznaczonych do emisji w różnych językach. Interwencje w redakcji biuletynu zignorowano.

Eliminacja ze świadomości międzynarodowej Niemców i zastępowanie ich Polakami następowała powoli i stopniowo.

Wczesny okres był etapem prawdy  – niemieckie obozy koncentracyjne,

Potem nastąpił etap półprawdy – nazistowskie obozy koncentracyjne,

Później był etap dezinformacji opartej na skojarzeniu – nazistowsko-polskie obozy koncentracyjne.

I w końcu – polskie obozy koncentracyjne.

W ocenie Waldemara Łysiaka, który taką obserwację odnotował w 1995 roku „była to sztuczka semantyczna niby niewiele znacząca, lecz w istocie o kapitalnym znaczeniu.”[8] Na potwierdzenie, Łysiak przywoływał dane zachodnich sondażowni, zgodnie z którymi prawie jedna trzecia młodych ludzi tak zwanego Zachodu na pytanie, kto mordował Żydów poczas II wojny światowej odpowiadała – Polacy. Mniej więcej w tym samym okresie Andrzej Kiełczyński, swego czasu wpływowy aparatczyk partii Likud a jednocześniej cenny agent CIA w Izraelu, ostrzegał Polaków przed przemyślaną kampanią wpychania ich w kompleks winy za Holocaust.

Andrzej Kiełczyński nie był świetlaną postacią.  Prawdę mówiąc był kryminalistą i terrorystą. Zaczynał karierę w partii Herut, a później Likud, jako zaufany, chłopak do czarnej roboty ówczesnego premiera Izraela Menachema Begina. Ponieważ był dyskretny i lojalny, szef rządu powierzył mu realizację programu wpędzenia Niemców w kompleks winy za Holocaust. 

W drugiej połowie lat 1990-tych rozmawiałem z Andrzejem Kiełczyńskim wielokrotnie. Plan Begina nazywał „makiawelicznym”. Wracając do czasów, kiedy był człowiekiem premiera do zadań specjalnych wspominał: "mialem...realizować beginowska politykę wpędzania Niemców w kompleks żydowski aż po trzecie pokolenie...Czy istniał lepszy sposób by Izrael mógł dostać od Niemców np. pomoc wojskową i materialną, odszkodowania...?"[9]

Bardzo szybko Kiełczyński stał się profesjonalistą. Podpalał biura Lufthansy, prowadził strajki głodowe, zajął zbrojnie ambasadę RFN, przykuł się do fotela przewodniczącego Bundestagu. Jak się dobrze poszuka w internecie i w bibliotekach to znajdzie się wycinki prasowe świadczące, że to nie puste przechwałki. Skutecznie i dobitnie przypominał obywatelom i władzom Republiki Federalnej Niemiec, kto jest odpowiedzialny za zbrodnie „ostatecznego rozwiązania”. Jego zdaniem  "trudno przecenić korzyści płynące z tego iście makiawelicznego pomysłu Begina. Pomysłu, który jego następcy przejęli w odniesieniu do innych narodów, nie tylko Niemców. Być wyrzutem sumienia na politycznej mapie świata to przecież wymarzona pozycja!”[10]

Na kilka godzin przed odlotem z Polski, Andrzej Kiełczyński pożegnał mnie ostrzeżeniem: „nasi” - miał na myśli Izrael – „porozumieli się z Niemcami, żeby wspólnie wpędzać was, Polaków, w kompleks winy. Proszę mi wierzyć ja się na tym znam. Niech pan przekaże te słowa komu trzeba.”

Kiełczyński ostrzegał nie tylko mnie. Pisząc o przywódcach Izraela stwierdził: „Koniec końców ta polityka zaszczepiania kompleksu żydowskiego tak im weszła w krew, że od pewnego czasu prowadzona jest wobec Polski.”[11] Pisał to w 1993 roku.

Z biegiem czasu niemiecko-izraelska współpraca we wpędzaniu Polaków w kompleks winy stawała się coraz bardziej logiczna. Pierwsi wraz z wymieraniem wojennego pokolenia  coraz bezczelnej usiłują podzielić się winą za popełnione zbrodnie, drudzy mają na celu korzyści materialne.

Ponad pół wieku temu Sefton Delmer, w latach II wojny światowej szef „czarnej propagandy” kierowanej z Wielkiej Brytaniido okupowanej Europy, ostrzegał, że Niemcy celują w „użalaniu się nad sobą” oraz „są mistrzami w zrzucaniu na innych odpowiedzialności za własne nieprawości i zawinione przez siebie nieszczęścia”.[12]  Czas płynie nieubłaganie. Odchodzą ci co pamiętają niemieckie zbrodnie z własnego doświadczenia lub widoku ulic i relacji rodziców. Jeżeli  Polacy począwszy od rządzących a na szeregowych obywatelach skończywszy nie będą zdecydowanie i każdy wedle swoich możliwości reagować na propagandowe kłamstwa i insynuacje rzekomo nieistniejącej pedagogiki wstydu, to „nasze wnuki usłyszą, że Niemcy tworzyli getta, by chronić Żydów przed ludobójczym antysemityzmem Polaków, lecz część starozakonnych trafiła jednak do polskich łagrów, gdzie ich zagazowano.”[13]

 

[1] Stanowisko ZG ZNP z dnia 14 lutego 2018 roku.

[2] Arthur Ponsonby, Falsehood in War-Time: Propaganda Lies of the First World War, London, George Allen & Unwin, London, 1928, Introduction, http://www.vlib.us/wwi/resources/archives/texts/t050824i/ponsonby.html

[3] Arthur Ponsonby, Falsehood in War-Time: Propaganda Lies of the First World War, London, George Allen & Unwin, London, 1928, Introduction, http://www.vlib.us/wwi/resources/archives/texts/t050824i/ponsonby.html

[4] Garnett, David, The Secret History of PWE: The Political Warfare Executive 1939-1945, Londyn, St. Ermin’s Press, 2002, str. 41.

[5] Bobkowski, Andrzej, Szkice piórkiem, Warszawa, CiS, 2011, str. 170.

[6] Ponsonby, Arthur, Falsehood in War-Time: Propaganda Lies of the First World War, London, George Allen & Unwin, London, 1928, Introduction, http://www.vlib.us/wwi/resources/archives/texts/t050824i/ponsonby.html

[7] Łysiak, Waldemar, Na łamach 3, Warszawa, PLJ, 1995, str. 110

[8] Łysiak, Waldemar, Na łamach 3, Warszawa, PLJ, 1995, str. 111

[9] Kiełczyński Andrzej, Ginalski Robert, Amerykański piorun, Warszawa, Da Capo, 1993, str. 59

[10] Ibid. str. 76

[11] Ibid. str. 76

[12] Delmer, Sefton, Black Boomerang, Londyn, Secker & Warburg, 1962, str. 227.

[13] Łysiak, Waldemar, Na łamach 3, Warszawa, PLJ, 1995, str. 117

Ocena wpisu: 
Twoja ocena: Brak Średnio: 5 (głosów:5)