Euro-armia – spisek czy utopia?

Obrazek użytkownika Rafał Brzeski
Świat

Szok „Brexitu” zaowocował w Brukseli chóralnym wezwaniem do zwarcia szeregów pod hasłem „więcej unii w Unii”. Biurokraci i politycy apelowali, prosili i grozili, aby Unię rozszerzać i pogłębiać, powtarzając na różne głosy truizmy przypominające do złudzenia slogany z czasów realnego socjalizmu Rady Wzajemnej Pomocy Gospodaczej. Jako jeden z głównych  elementów pogłębiania unijnej integracji wymieniano współpracę obronną, co miało doprowadzić do „silnej Europy w świecie pełnym niepewności”. Tak przynajmniej głosiło ultimatum sygnowane przez ministrów spraw zagranicznych Francji i Niemiec, które w czerwcu br. Frank-Walter Steinmeier przywiózł do posłusznego zatwierdzenia  na spotkanie Grupy Wyszehradzkiej w Pradze.      

Czegóż w tym dokumencie nie było. Były frazesy, że  „budowanie pokoju i stabilizacji globalnej, leżą w samym sercu projektu europejskiego”, że Unia powinna mieć „możliwość planowania i przeprowadzenia zarówno cywilnych jak i wojskowych operacji w sposób bardziej efektywny, ze wsparciem stałych cywilno–wojskowych łańcuchów dowodzenia”, nie mówiąc już o „wykwalifikowanych siłach szybkiego reagowania”. Wspominano o tworzeniu „europejskich zdolności odwetowych” , a także  „europejskich korpusów obrony cywilnej”. Grupa Wyszehradzka zignorowała ultimatum i prawdę powiedziawszy Steinmeiera też.

Koncepcja utworzenia europejskich sił zbrojnych nie jest nowa. Winston Churchill proponował utworzenie europejskiej armii już w 1950 roku, ale pod warunkiem, że będzie ona podlegać „demokratycznej kontroli”. Wówczas propozycję Europejskiej Wspólnoty Obronnej odrzucili Francuzi, a później powstało NATO i do koncepcji wrócono przed trzema laty, kiedy zaproponowano utworzenie europejskich sił powietrznych. Tym razem projekt utopili Brytyjczycy. Teraz jednak Brytyjczycy są jedną nogą poza Unią i temat euro-armii powraca, zwłaszcza, że UE oraz Niemcy mają ambicje prowadzenia polityki globalnej.

W opublikowanym w czerwcu br. obszernym opracowaniu „Globalna strategia polityki zagranicznej i bezpieczeństwa Unii Europejskiej” stwierdzono, że „dla zagwarantowania naszego bezpieczeństwa, rozszerzenia naszego dobrobytu i ochrony naszej demokracji będziemy wzmacniali nasze bezpieczeństwo i naszą obronę”. Dokument wprawdzie odnotowuje istnienie Paktu Atlantyckiego, ale podkreśla konieczność tworzenia możliwości „autonomicznego działania, jeśli i kiedy to będzie konieczne”. Dlatego jest kwestią dla Europy istotną utrzymanie „odpowiedniego poziomu ambicji i strategicznej autonomii”.  Kilka zdań dalej Bruksela już nie ukrywa, że „bardziej wiarygodna europejska zdolność obronna jest konieczna dla zdrowego transatlantyckiego partnerstwa ze Stanami Zjednoczonymi”.  Innymi słowy mówiąc, obecny model obrony oparty na Pakcie Atlantyckim i amerykańskich siłach zbrojnych jest chory i trzeba go zastąpić autonomicznym, kierowanym przez europejski establishment polityczny. Ponieważ, w ocenie Brukseli, żadnego kraju nie stać na samodzielną obronę swych granic, konieczne jest „zgrane działanie i wspólny wysiłek”. Dlatego establishment europejski ma „stopniowo synchronizować i wzajemnie adaptować cykle narodowego planowania obronnego oraz pragmatykę rozwoju zdolności obronnych, co może wzmocnić strategiczną konwergencję państw członkowskich”. Przekładając brukselski żargon biurokratyczny na język, którym posługują się normalni ludzie, euro-establishment planuje stopniowo pozbawić państwa narodowe nadzoru nad ich siłami zbrojnymi i przejąć nad nimi pełną kontrolę w imię zaspokojenia swych globalnych ambicji politycznych. Po drodze wypchnięte zostaną z Europy ostatnie oddziały wojsk amerykańskich, dowództwo NATO zastąpi Europejska Agencja Bezpieczeństwa a Niemcy uwolnią się wreszcie z resztek wprowadzonej po II wojnie światowej kurateli zwycięskich mocarstw.   

Po wakacjach, na początku września, ministrowie obrony Francji i Niemiec, Jean-Yves Le Drian oraz Ursula von der Leyen przedstawili w sześciostronnicowym dokumencie ramy umacniania „europejskich zdolności obronnych”, czyli budowy euro-armii. Londyn przeciwstawiał się dotychczas wszelkim próbom tworzenia struktur równoległych do NATO, ale teraz  - jak podkreśla dokument – „w świetle podjętej przez Wielką Brytanię decyzji opuszczenia UE” należy stworzyć „wspólne dowództwo wojskowe”, nowe dowództwo koordynujące pomoc medyczną, logistyczny ośrodek nadzorujący aktywa o znaczeniu strategicznym, na przykład  lotnictwo transportowe oraz centrum analizy danych wywiadu satelitarnego. Należy też zadbać o „europejskiego ducha” i „europejski etos” w projektowanej euro-armii drogą albo utworzenia europejskiej akademii wojskowej albo wprowadzenia kursów i studiów europejskich na narodowych akademiach wojskowych. Odpowiadając w Wilnie na pytania dziennikarzy, Ursula von der Leyen stwierdziła, że niemiecko-francuska propozycja zmierza do utworzenia „obronnego Schengen”, w którym nie będzie narodowych granic.

Tydzien później przewodniczący Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker zalecił w Parlamencie Europejskim, że Unia winna się „utwardzić” i nie „jechać dłużej na barana na plecach innych”, czyli Stanów Zjednoczonych. Zaproponował również rozwiązania szczegółowe. Jego zdaniem, należy tworzyć „stałe struktury” i „jedno dowództwo”. Trzeba łączyć „militarne aktywa”, z których część będzie „własnością Unii Europejskiej”. Zapowiedział, że pod koniec bieżącego roku przedstawiony zostanie projekt Europejskiego Funduszu Obronnego, na który złożą się wszystkie państwa, a jego zadaniem będzie nadanie finansowego „turbo przyspieszenia” programom naukowo-badawczym dla przemysłu zbrojeniowego. Trzy kraje, które mają najsilniejszy przemysł zbrojeniowy, Niemcy, Francja i Włochy (Wielka Brytania już się nie liczy), ochoczo przyklasnęły tej inicjatywie gotowe skonsumować składki pozostałych 24 krajów.

Konsekwentne i przyspieszone przepychanie koncepcji euro-armii wymaga zastanowienia i postawienia pytań, od trywialnych po strategiczne. Na przykład w jakim języku będzie wydawana komenda? Językiem NATO jest angielski, ale przecież Wielka Brytania opuszcza Unię. A więc francuski, niemiecki, a może flamadzki, bo mówi się nim i w Belgii i w Holandii. A może rosyjski, bo jest zrozumiały dla kadry oficerskiej wschodniej flanki od Finlandii po Turcję?

Składając przysięgę żołnierze ślubują swoim państwom i narodom. Zobowiązują się wypełniać  cele i zadania postawione im przez narody, do których należą. Ewentualna walka w obronie własnego narodu, pod własną flagą ma sens. A w euro-armii? Będą przysięgać wierność unijnym ideałom na 27 gwiazdek?

Na 27 państw Unii Europejskiej 5 krajów jest neutralnych. Zapewne żaden z nich, przynajmniej w początkowym okresie, nie „dorzuci” swych oddziałów do europejskiej „puli”, ale zgodnie z postanowieniami traktatu z Lizbony decyzje w sprawach bezpieczeństwa UE podejmowane są jednomyślnie przez wszystkie kraje. Wygląda więc na to, że państwa neutralne będą mogły decydować o zadaniach euro-armii, ale nie będą w niej uczestniczyć. Władza bez opowiedzialności?

Jeżeli w euro-armii reprezentowana będzie tylko część państw członkowskich, na zasadzie dobrowolności, to kogo będzie taka armia bronić. Tylko część państw członkowskich UE? A jeśli jakieś państwo wierząc w swą neutralność nie będzie chciało być bronione? Na przykład Austria, która nie leży na obrzeżu lecz w centrum Unii Europejskiej.

Dotychczasowa praktyka operacji ponadnarodowych, przykładowo w Afganistanie, udowadnia, że wielonarodowe oddziały zbrojne nie potrafią walczyć skutecznie w warunkach kiedy podlegają różnym instrukcjom politycznym. Unia Europejska od lat posiada dwie wielonarodowe „grupy bojowe”, ale ile razy jeden kraj zaproponuje, aby wykorzystać je do jakiejś interwencji pokojowej lub humanitarnej, to zaraz inny kraj jest temu przeciwny.  Do tego dochodzą skrępowania wewnętrzkrajowe, jak na przykład przepisy prawa pracy, które zmusiły wiosną 2016 roku oddziały niemieckie do wycofania się z manewrów NATO w Norwegii po przekroczeniu wyznaczego przez ministra obrony limitu godzin pracy i braku funduszy budżetowych na godziny nadliczbowe.  

Żołnierze, którzy nie mogą walczyć zgodnie z literą prawa i politycznym interesem własnego państwa i narodu, mogą stworzyć tylko armię, która będzie budzić uzasadnione podejrzenia, że nie jest w gruncie rzeczy przeznaczona do walki z agresorem, lecz do wykorzystania jako narzędzie do demontażu resztek suwerenności państw narodowych  oraz do podporządkowania słabszych państw UE potentatom „starej unii” – Francji i Niemcom – autorom dokumentów proponujących utworzenie euro-armii i rysujących jej założenia. W sytuacji, kiedy Francja jest praktycznie zdominowana, jeśli nie zwasalizowana, przez Niemcy, kiedy Wielka Brytania została już wypchnięta za Kanał La Manche, to z trzech zachodnich mocarstw okupacyjnych III Rzeszy w militarnych strukturach NATO pozostały de facto tylko Stany Zjednoczone. Ale cierpliwości. Ambicje Berlina stale rosną. W 2004 roku ówczesny kanclerz Gerhard Schröder bez ogródek twierdził, że „Niemcom należy się mandat” stałego członka Rady Bezpieczeństwa ONZ z prawem veta. Dziesięć lat później, w styczniu 2014 roku, na Monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa prezydent Bundesrepubliki Joachim Gauck podkreślił, że w sytuacji kiedy Stany Zjednoczone „prowadzą reasumpcję skali i roli swego zaangażowania” w sprawy globalnego bezpieczeństwa, a Europa „wpatruje się w swój pępek”, Niemcy „po prostu nie mogą zachowywać się tak, jak dotychczas”.

Premiera w Kurier WNET    

Ocena wpisu: 
Twoja ocena: Brak Średnio: 4.8 (głosów:13)

Komentarze

Witam. Jak w tytule spisek czyli nieczyste intencje .Pruba zawłaszczenia narodów.

Podoba mi się!
2
Nie podoba mi się!
0

Zakamarnik

#1526153