„Nasz papież” to zdrajca i demoralizator katolików

Obrazek użytkownika miarka
Idee

„Nasz papież” miał niedawno kazanie dla księży, w którym przekonywał ich, aby łatwiej dawali ludziom rozgrzeszenia. Sprawa ma już wymiar niszczenia Kościoła nie tylko na rzecz protestantów i żydów, zwłaszcza faryzeuszów, ale i jego poganizacji.

 

Jest o tym krótki filmik: https://youtu.be/CTjSgrAP6Ew

 

Sprawa wygląda tak, że spowiednik załatwia relację penitenta z Bogiem, a i to przy zdecydowanej dobrej woli penitenta, ale nie z ludźmi – tu może dać tylko naukę. – Tak więc pochopne rozgrzeszenie może to być tylko pustym gestem z którego wyniknie szkoda na duszy, a tle będą jeszcze najgorszy faryzeizm i protestantyzm.

 

Typową zalecaną przez Franciszka postawą księdza wobec spowiednika miało być zapewnianie go, że „Bóg go kocha bardzo”.

To prawda że kocha, tylko tu trzeba jeszcze wiedzieć czym jest miłość. A na pewno nie jest ona pobłażliwością dla zła. Bo czymże jest pochopne przebaczenie jak nie pobłażliwością dla zła, tolerancją tego, na co zgody być nie może. Papież a tego nie wie?

 

Taka miłość byłaby satanizmem i faktyczną nienawiścią. Kochać rzeczywiście to kochać dobro i chcieć jego wzrastania w osobie kochanej. A tu jest wręcz zachęcanie do rezygnacji z pracy nad sobą, z pracy bez której to dobro nie wzrośnie. – Po co pracować? - Przecież skoro „Bóg kocha” to się to wiąże z Jego łatwym wybaczaniem grzechów...

To już i protestantyzm – „prawo do wybaczenia grzechów”, oraz „prawo do miłości” – prawa widziane drapieżnie, bezwzględnie. – Należy mi się to wszyscy się mają dostosować – nawet Bóg. To stawianie chrześcijaństwa na głowie.

Herezja protestancka nie rozumie, że choć Jezus umarł za nasze grzechy, to nie znaczy to, że przebaczenie naszych grzechów i pojednanie z Bogiem już się dokonały, a jedynie że otworzył nam ku temu drogę, że wiara bez uczynków jest martwa. Papież a tego nie wie?

 

Bo miłość nie należy się nikomu, gdyż miłość to łaska, a nie dar . Dar ze swojej natury jest gotowy do użycia, tymczasem łaska, aby z niej skorzystać, wymaga pracy, uczynków, przemiany życia, nawrócenia.

Bo kochać to i wymagać podążania osoby kochanej za miłością. A podążania to po to, aby współpracować z łaską aż po osiągnięcie jej celu - po to, aby już żyć jako osoba wolna od grzechu.

Bo podążać za Jezusem to „nie grzeszyć więcej”. Czyż można podążać za Jezusem bez takiej woli?

 

Nie grzeszyć więcej nie tylko dlatego, że to niegodne osoby ludzkiej, osoby dziecka Bożego, a więc nie grzeszyć aby nie obrażać Boga Ojca, ale i nie grzeszyć ze względu na relacje z innymi ludźmi, a nawet ze względu na relacje wspólnotowe i społeczne.

A zaznaczyć trzeba, że tak rozumiane nie-grzeszenie nie ma zrozumienia ani u protestantów (indywidualizm traktują priorytetowo przed wspólnotowością), ani u żydów (społeczność nieżydowską traktują jako gojów, czyli bydło, społeczności z nimi nie tworzą, nie integrują się. Wyjątków jest niewiele).

 

 

„Nasz papież - demoralizator katolików” przewrotnie przywołał za wzór nawet postać Jezusa Chrystusa jako tego który „przebaczał ofiarując swoje życie razem z modlitwą”

Tutaj przewrotnie, bo Jezus umarł raz, a kapłan by musiał umierać wraz z każdym spowiadanym. Jezus umierał raz, i raz miał starczyć – grzesznik miał „nie grzeszyć więcej”

Przewrotnie, bo Jezus umierał, ale nie po to, aby grzesznik upewniał się w przekonaniu, że „nic się nie stało”, tylko „żeby Jego owce miały życie”, a to „mieć życie” to życie w prawości i moralności, to i życie wieczne w sobie.

Tutaj kłamliwie, bo Jezus albo „przebaczał ofiarując swoje życie”, albo się modlił, aby to Bóg Ojciec wybaczył tym, którym On wybaczyć nie może.

Przebaczenie jest łaską, ma swoje warunki.

 

Przebaczenie win, czy odpuszczenie grzechów to nie magiczna formułka, a życiowa decyzja współuczestniczenia w przemianie życia ku nawróceniu się tego winowajcy czy grzesznika, oraz naprawy tego, co tą winą zostało zepsute.

 

Przewrotnie, bo Jezus pokazał, że właściwą postawą wobec grzesznika który się chce nawrócić jest wziąć na siebie jego winę, ale z nią żyć tak jak z własnym błędem, szukając sposobów na naprawę złych skutków złej decyzji, a w to miejsce podjęcia dobrej (bo nie wystarczy przepędzić zło, ale jeszcze miejsce po nim trzeba zaraz zasiedlać dobrem – szerzej o tym w notce - http://niepoprawni.pl/blog/miarka/jak-walczyc-z-ruchami-ideologicznymi-t...), i że nie jest to tylko problem jakiejś „higieny duchowej” spowiednika, czy w ogóle każdego człowieka, który odpuszcza winy swojemu winowajcy.

– To problem takiego odtąd życia, aby cały ład duchowy relacji grzesznika zostawał przywrócony do stanu sprzed grzechu, a nawet aby skrzywdzony miał zrekompensowane i to, czego nie zyskał a wtedy mógł, gdyby ten grzech go nie dotknął.

Problem, że taka rekompensata może już przekraczać możliwości zarówno winowajcy, jak przebaczającego.

 

Jasne, że nikt mający tego świadomość nie może takiego grzechu odpuszczać. Jedno co mu zostaje, to modlić się do Boga, aby to on ten grzech odpuścił.

Spowiednik tu zadaje jakąś symboliczną pokutę, a co naprawy skutków winy i rekompensaty to mówi „na ile możesz”, albo i o tym nawet nie wspomina. Tymczasem właśnie to jest sednem dobrej spowiedzi.

Najlepsi spowiednicy (ojciec Pio, św. Leopold) spowiadali długo i często nie dawali rozgrzeszeń. Oni dobrze wiedzieli, że tu każda „droga na skróty” przynosi uszczerbek na duszy. - I to nie tylko duszy w jej funkcji organizacji życia ciała, ale i duszy w jej funkcji organizacji życia społecznego oraz duchowego).

 

Tam, gdzie wda się zło nie starczy go usunąć – przestrzeń po nim trzeba jeszcze zasiedlić dobrem. Pochopne rozgrzeszenie sprawy nie załatwia. Zło wróci. Wróci do mnie, Wróci do Ciebie, stracimy do siebie zaufanie, będziemy żyli między sobą, dotąd „swoimi”, ale faktycznymi obcymi, zacznie się pasmo kłamstw, zdrad i destrukcji.

Życie obok osoby której nie ufamy to już tyle co życie obok demona – ono i nas odczłowiecza. Ono czyni nas poganinem w najgorszym, satanistycznym, niewolniczo, materialistycznie i konsupcjonistycznie interesownym sensie.

 

„Nasz papież” odwodząc katolików od rzeczywistego nawracania się ze swoich grzechów jest tu zdrajcą katolików, nie tylko przez to, że ich osłabia duchowo i burzy ich dążenie by być „doskonałymi jak doskonałym jest Ojciec nasz niebieski”, ale i w niczym nie narusza postawy protestantów i żydów wobec grzechu.

A cóż to znaczy jak nie dawanie im forów w rywalizacjach społecznych? – Czynienie nas odpowiedzialnymi za dobrą przyszłość, a ich z tego zwalnianie?

Tu, gdzie my mamy hamulce ze względów społecznych – u nich będzie bezwzględność i bezczelność, będzie sięganie po dobra limitowane i „prawa” „po trupach”, „za wszelką cenę”, nawet po „prawo do zysku” kiedy dana umowa jako całość zysku nie przynosi.

 

Przecież u nich te sfery obrosły pokładami cwaniactwa i prawnictwa, a to już w relacjach z nami musi skutkować zdobywaniem przez nich przewag, a naszymi krzywdami.

Żyjemy w zupełnie innych rzeczywistościach duchowych – tu nigdy nie można naszych społeczności otwierać.

Aby przetrwać koniecznymi są granice.

Z UE, która tych naszych granic nie chroni musimy wystąpić.

O odsunięcie od władzy Franciszka, który tu robi sabotaż duchowy musimy zabiegać.

– I koniecznym jest dystans jak do obcych, nawet do wrogów, którzy wypowiedzianą czy nie, ale wojnę przeciw nam prowadzą.

– A tam gdzie kontakty wzajemne są koniecznymi potrzebna jest rywalizacja w dobru, a nie „równouprawnianie wszystkich i wszystkiego”, którego chce dzisiejsze lewactwo.

Ocena wpisu: 
Twoja ocena: Brak Średnio: 3.8 (głosów:9)