Polska w przededniu kolejnego wyborczego fałszerstwa?

Obrazek użytkownika Mariusz Cysewski
Kraj


Jesienią zeszłego roku rząd zamachowców PO-PSL sfałszował wybory samorządowe. W tamtych sfałszowanych wyborach PSL miało rzekomo osiągnąć wyniki kilkakrotnie przekraczające jego rzeczywiste poparcie. Oczywiste jest dla mnie, że proceder ten bynajmniej nie jest nowy. Zrządzeniem losu, w Katowicach udało się zdobyć dowody największego przekrętu, którego dokonano w komisji na szczeblu województwa. Pani Dorota Stańczyk - studentka, która reprezentowała stronę społeczną w wojewódzkiej komisji wyborczej - złożyła wtedy stosowny protest wyborczy. Protesty wyborcze rozpatruje wymiar niesprawiedliwości, będąc kolejnym zbrojnym ramieniem totalitarnego państwa, podobnie jak i fałszerze; stąd od początku jasne było, że protest Doroty Stańczyk będzie odrzucony jak wszystkie inne. Na procesie nie było ani TV Republika, ani TV Trwam. Jedynie Wolny Czyn opublikował pełne relacje. Protest pani Stańczyk zignorował też PIS; ujmując ogólnie, bo interesowało się nim kilku-kilkunastu najbardziej aktywnych działaczy lokalnych, których PIS marginalizuje jak może. Nawet oni starali się postępować dyskretnie i nie afiszować się z obecnością. Poza kilkoma wzmiankami, o procesie było cicho.
 
Cicho było i o groźbach, jakie przed apelacją pod adresem Doroty Stańczyk kierowali „nieznani sprawcy”. Tę ciszę mam za przejaw jak nie szczególnego łajdactwa „mediów niezależnych”, to z pewnością ich głupoty i nonszalancji, grożącej pani Stańczyk nieobliczalnymi skutkami. Wszak nieznani sprawcy liczą właśnie na obojętność i zastraszenie świadków, ale w Polsce do tego dochodzą u świadków rozmaite nikczemne kalkulacje. Sam o tych groźbach dowiedziałem się z opóźnieniem i natychmiast je nagłośniłem, po czym sprawę podjęli inni.
 
PIS co prawda sfałszowanie wyborów odnotował i publicznie potępił; pamiętamy, że z trybuny sejmowej ogłosił to prezes Jarosław Kaczyński. Wkrótce jednak potem, na przełomie roku 2014-2015, ozwały się głosy znakomitych publicystów niezależnych, którzy na wyścigi, jeden przez drugiego jęli łapać się za głowę, załamywać ręce i wzywać, by o sfałszowaniu wyborów samorządowych nie mówić głośno. Byli to bodaj czy nie ci sami ludzie, co od lat skutecznie wzywają do niemówienia głośno o zamachu smoleńskim. „Nie warto głośno mówić” – tak brzmi tytuł powieści Józefa Mackiewicza o dwuznacznej a tragicznej sytuacji, w jakiej w czasach Drugiej Wojny Światowej znalazła się Armia Krajowa, zmuszona traktować Sowiety nie jak śmiertelne zagrożenie dla Polski, a „sojusznika naszych sojuszników”. Na tych łamach wielokrotnie i czasem gwałtownie polemizowałem z podobną a współczesną odmianą filozofii „niemówienia głośno” o sprawach najważniejszych.
 
Warto jednak zrozumieć logikę jej proponentów. Pragnęli oni, jak to widzę, uniknąć polaryzacji i radykalizacji stanowisk, które uznali za zgubne dla normalnej partii politycznej, ubiegającej się o władzę środkami pokojowymi i legalnymi. Jasne jest, że retoryka takiej partii nie może być rewolucyjna. Nie może ona wrogów uważać albo przynajmniej określać jako wrogów, a to samo dotyczy zamachowców, zbrodniarzy, fałszerzy i tak dalej. Skoro nie może mówić prawdy, a po pewnym czasie nawet jej myśleć, to i musi kombinować. Proszę darować sarkazm tych określeń. Opisane podejście ma ten ogromny plus, że oszczędza Polsce kosztów odsunięcia od władzy zbrodniarzy z PO-PSL, a konkretnie oszczędza rozlewu krwi. Po drugie, opisane podejście („nie warto głośno mówić”) koniec końców zostało przez PIS przyjęte i dobrze to czy źle, ale w końcu to ono okazuje się dlań skuteczne, skoro za kilka dni PIS wygra wybory. Z drugiej strony, wygrana ta wynikać może z innych powodów, a polaryzacja, radykalizacja i otwarte stawianie spraw trudnych – co trzeba też umieć robić… - wygraną tę przynieść mogły wcześniej. Polska nie straciłaby tych lat.
 
Tego jednak nie rozstrzygniemy, jak wszystkich dylematów „co by było gdyby”. Jak było naprawdę, proszę zgadywać samemu.
 
Tak czy siak, o ile politykę „nie warto głośno mówić” przyjął opozycyjny mejnstrim, to świadomość sfałszowania wyborów – czemu na swą skromną skalę służyć miały też relacje Wolnego Czynu - najwyraźniej przejęły elementy antysocjalistyczne. I postanowiły coś z tym zrobić.
 
Tak powstał Ruch Kontroli Wyborów. W Ruch Kontroli Wyborów zaangażowali się moi przyjaciele, w taki czy inny sposób właściwie wszyscy. Poświęciło mu czas i energię wielu ludzi, których lubię i szanuję. RKW cenić trzeba; jest to pierwsze od długiego czasu przedsięwzięcie konkretne, dające stronie polskiej instrument władzy (wprawdzie tylko kontrolnej), a więc element bliskiej dla każdego piłsudczyka polityki faktów dokonanych, organizacji, siły. A nie tradycyjnych telewizyjnych tańców na rurze.
 
Jednak o ile mi wiadomo, RKW do dziś nie obliczył samodzielnie wyniku wyborów prezydenckich. Na mieście swego czasu krążył dowcip, że z wstępnych obliczeń wychodziło mu, że wybory wygrywa Bronisław Komorowski, wobec czego postanowił tą razą jednak mimo wszystko zaufać Państwowej Komisji Wyborczej ;) Zapewniam, że w mojej miejscowości – jak i sąsiednim  powiecie – Andrzej Duda wygrał wybory większością zdecydowaną; tyle że z wynikami cząstkowymi (a nie ogólnopolskimi) niewiele moglibyśmy zrobić, gdyby Rasa panów postanowiła wybory znów sfałszować. Naturalnie, gdy się nie ma co się lubi to się lubi co się ma i skoro nie było innego wyjścia – trzeba było uznać wynik podany przez Trzecią Rzeszę. Wszelako PKW mogła rozmyślnie uznać zwycięstwo prezydenta Dudy, by uśpić czujność i tym łacniej oszukać nas w wyborach kolejnych, skądinąd ważniejszych. Za kilka dni.
 
Prezydent Duda nie wygrał wyborów przez to, że uczciwość w PKW wymusiła aktywność „blogerów” (whatever…) ani – bo krążyła taka „narracja” - istnienie Ruchu Kontroli Wyborów, którego komuniści mieli się wystraszyć. Nie sądzę, by komuniści bali się RKW i to nawet gdyby był on w stanie obliczyć wynik wyborów przed PKW, a nawet miał kadry zdolne wyprowadzić ludzi na ulice.
 
W kwietniu, maju sam Bronisław Komorowski jak i jego otoczenie zdawali się być niemal absolutnie przeświadczeni o swej wygranej wbrew wszystkim negatywnym dla siebie tendencjom. Może byli z kimś dogadani co do tego zwycięstwa?

Uznanie wygranej Andrzeja Dudy przez PKW nie oznacza jednak automatycznie, że PKW zachowywać się będzie zgodnie z interesem Polski zawsze; tym bardziej po innych wyborach, samorządowych, sfałszowanych nie dalej jak rok temu. Pamiętajmy: łaska pańska na pstrym koniu jeździ.
 
Dlatego przed wyborami prezydenckimi i później, podsumowując ich wyniki, proponowałem pokornie kilka usprawnień i intensyfikację działania RKW. W tym jego formalizację, dublowanie struktur i próby generalne na wzór prawie wojskowy. Propozycji usprawnień było więcej, bo potrzeba ta była oczywista dla wielu patriotów. Pewnie były też propozycje bardziej kompetentne. Jak wiemy, nic z tego nie wyszło. W dodatku RKW się podzielił, co wpłynąć może tylko na dalszy spadek jego skuteczności.
 
Oto idziemy więc do tych najważniejszych od lat wyborów goli i weseli. Jak nie przymierzając – prawiczek do burdelu. Na haju i w uśpieniu wywołanym wygranymi wyborami prezydenckimi. Bez sporej części wolontariuszy, którzy angażowali się w maju. Jak w soczewce skupić się mogą wszystkie niedociągnięcia i zaniechania z ostatniego co najmniej roku. Gdyby po sfałszowaniu wyborów samorządowych jesienią ubiegłego roku zamiast kombinować, PIS spokojnie i stale przypominał o fałszerstwie - choćby i ogólnikowo; np. opowiadając się za „demokracją” i uczciwie liczonymi wynikami - byłoby mu łatwiej, prócz oczywiście wiedzy o rzeczywistym wyniku wyborów i dostępie do czynnika, który określam jako instrument skromnej bo skromnej, ale realnej siły strony polskiej - na kolejne miesiące utrzymać i poszerzyć zaangażowanie społeczne, nie mówiąc o własnej bazie wyborczej.
 
I dlatego, obserwując cały ten teatr pomyłek, jak i zobojętnienie dla prawdziwego wyniku wyborów zastanawiam się, czy to Komorowski był dogadany z Właścicielem (Kontrolerem?) Państwowej Komisji Wyborczej.
 
Właścicielem i Kontrolerem wyniku wyborów.
 
Właścicielem i Kontrolerem państwa.
 
Ale… skoro niezależnie od wyniku wyborów, właścicielem i kontrolerem państwa jest stale np. komisja ambasadorów, to jaki sens mają same wybory?
 
 
Mariusz Cysewski
 
Kontakt: tel. 511 060 559
ppraworzadnosc@gmail.com
https://www.facebook.com/groups/517163485099279
https://twitter.com/MariuszCysewsk
https://sites.google.com/site/wolnyczyn
http://www.youtube.com/user/WolnyCzyn  
http://mariuszcysewski.blogspot.com  
http://www.facebook.com/cysewski1









 

Ocena wpisu: 
3
Twoja ocena: Brak Średnio: 2.4 (głosów:9)