Bajka o metodzie "Na dziadka"

Obrazek użytkownika Marcin B. Brixen
Humor i satyra

W telewizji polskiej zapowiedziano w paśmie największej oglądalności... Bajkę.
- O, to nie może być zwykła bajka - zawyrokował dziadek Łukaszka i Hiobowscy zasiedli przed telewizorem.

...wokół zamku królewskiego leżało duże miasto, dalej mniejsze miasteczka, a wokół rozciągała się ogromna puszcza poprzecinana siatką dróg. Drogami tymi wędrowała raz liczna rodzina osadników. Nie byli zbyt lubiani, ciekawe dlaczego i tak wędrowali z miejsca na miejsca.
- Pod zamkiem dużo miasto - powiedziała matka. - Tam ponoć ludzie życzliwi i tolerancyjni. Tam osiądziemy.
- Zaraz tam: osiądziemy - wzruszył ramionami ojciec.
- I pracy sobie poszukasz.
- Zaraz tam: pracy. Praca do życia potrzebna. Pieniądz potrzebny.
- Jak ty chcesz mieć pieniądz bez pracy?
- Już ja coś wymyślę - chełpił się ojciec.
Nie zdążył. Minęli rogatki miasta i dostali się w sam środek koszmarnej awantury. Banda rozbójników opanowała cała uliczkę miasta, napadali na poszczególne domy, rabowali, zabijali. Rodzinę wędrowców też spostrzegli i napadli. Bestialsko torturowali i zabili ojca. Nie wiadomo jaki los by spotkał resztę rodziny... To znaczy: nie wiadomo ile by byli torturowani przed śmiercią, ale udało im się ujść z życiem. Mieszkańcy miasta w ogólnym zamieszaniu wciągnęli ich do swoich domów i przechowali w ukryciu. Wkrótce zresztą wpadło wojsko i przegnało rozbójników.
- Uratowaliśmy was - powiedziała jedna z mieszkanek miasta.
- No fajnie, tylko szkoda, że nie wszystkich - rzekł z przekąsem najstarszy syn wędrownej rodziny patrząc na zwłoki swego ojca. Mieszkanka miasta zamknęła usta, spojrzała na niego jakoś ta dziwnie i się odsunęła. Ale inni się odsunęli, wręcz przeciwnie i pomimo tego, że sami byli w ciężkiej sytuacji to obdarowali rodzinę zabitego różnymi rzeczami. Rodzina znalazła sobie jakiś w miarę ładny i nieuszkodzony domek w sąsiedniej, bliskiej na wschód miejscowości i tam się wprowadziła.
- To nasz dom! - zaprotestował ktoś.
- Zabili nam ojca! - zakrzyknął ze złością najstarszy syn zabitego i zamknął drzwi, a natrętny typ sobie poszedł.
Na drugi dzień matka podjęła temat pracy. Najstarszy syn westchnął, przeszedł się po osadzie i wrócił do domu srogo zawiedziony wysokością proponowanych stawek.
- Ale chyba podejmiesz pracę? - zaniepokoiła się matka.
- Praca, praca, ojca trzeba najpierw pochować! - wybuchnął najstarszy syn. Załadował ciało ojca na wózek i pojechał do wielkiego miasta, bo tam był cmentarz.
W mieście pamięć o napadzie była wciąż żywa.
- Ach to, ty, syn zabitego, jak oni was potraktowali, musi wam być ciężko - wołali mieszkańcy i co raz tam ktoś dał na wspomożenie.
Trudno opisać zaskoczenie matki, kiedy zobaczyła, że syn wrócił i na wózku nadal ma ciało ojca.
- Cmentarz był już zamknięty - wyjaśnił syn lakonicznie i zaczął wytrząsać z kieszeni podarunki. - Zobaczcie tylko co mi dali mieszkańcy.
- O! Jak dużo!
Następnego dnia rano syn znów wyruszył na aby pogrzebać zwłoki ojca. I znów trudno opisać zdumienie matki gdy syn wrócił ponownie z ciałem ojca.
- Znowu cmentarz był zamknięty? - spytała z ironią.
Syn uśmiechnął się z wyższością i znów zaczął wytrząsać z kieszeni - tym razem pieniądze. Rodzeństwo piszczało zachwycone.
- I po co ja mam iść do tej pracy, co? - spytał najstarszy syn. - Przecież ja w życiu tle nie zarobię co tu w jeden dzień. Trzeba zrobić tak: ojca pochować, bo... Bo już trzeba. Ale po cichu, tak by się nikt nie dowiedział. A za te pieniądze zrobi się kukłę ojca i ja ją będę woził na wózku do miasta. Jak dają pieniądze - grzech nie brać.
- A jak nie będą chcieli dać? - spytała matka.
- To ja im przypomnę przez kogo życie stracił - rzekł z dziwną zaciętością najstarszy syn.
- Przez bandytów - powiedziała jedna z siostrzyczek.
- Nie! - krzyknął na nią najstarszy syn. - Przez tych co nas ratowali! Bo ratowali nas źle i za wolno! Płacą, czyli są winni!
Matka pokiwała głową.
- Długo to nie potrwa...

Minęło wiele lat. Rodzina rozrosła się znacznie, dorastało już kolejne pokolenie, który Wielki Napad znał już tylko z opowiadań. Swojej rodziny oraz rodzin rozbójników, którzy mieszkali po przeciwnej stronie miasta. Dom rozrósł się do gigantycznych rozmiarów i dorównywał najpyszniejszym rezydencjom z miasta. Matce się już zmarło i była pochowana obok ojca, zwanego teraz dziadkiem. Całym klanem rządził najstarszy syn. który w szczególnych przypadkach brał wózek i jeździł w towarzystwie kilku osób z rodziny na rynek do miasta. Tam wozili zwłoki dziadka po rynku z krzykiem "Mordercy! Zabiliście go!". I mieszkańcy miasta bez szemrania płacili, bowiem ich wspomnienia o Wielkim Napadzie był nadal żywe. Ale już niedokładne. A dbał o to najstarszy syn, który opłacał w mieście całą armię ludzi. Ludzi ci pilnowali, aby mieszkańcy miasta płacili rodzinie regularnie duże sumy. Bo inaczej znów ujrzą zwłoki na rynku. "Tylko nie to" mówili zestrachani mieszkańcy i płacili. Ludzie ci też pilnowali, aby o rodzinie nie mówiło się źle, lecz z szacunkiem i zazdrością. Wśród młodych ludzi panowała także moda na naśladowanie rodziny, a szczytem ich ambicji było wżenienie się w rodzinę.
I tak to się kręciło, aż pewnego razu...
Trudno wskazać moment, kiedy to wszystko się zaczęło. Najpierw się zmienił jeden urzędnik, potem jakiś nowy magnat zastąpił poprzedniego, a nowoprzybyli kręcili nosami na rodzinę i podważali jej wersję Wielkiego Napadu.
A potem stało się coś, czego się nikt nie spodziewał. Zmarł król i zastąpił go nowy.
- No to co, no to co? - mitygował swoich najstarszy syn. - Mało to już władców było? Zawsze traktowali nas przychylnie. Jutro biorę zwłoki dziadka na wózek, jadę miasta i zobaczymy kto kogo.
I tak jak zwykle wjechał z synami swoimi na rynek, młodzi już rozbiegli się wrzeszcząc zwyczajowo "Mordercy! Zabiliście go!". Ale mieszkańcy miasta już nie reagowali tak jak kiedyś.
- Przecież to nie byliśmy my - odparł jeden z nich obojętnie się przyglądając zawartości wózka.
- Jak to nie?! - zapienił się najstarszy syn.
- Oczywiście, że nie, waszego dziadka zabili rozbójnicy.
- Nie zgadzam się, aby tak to nazywać!!! To byli mieszkańcy miasta!!!
- Ale co pan opowiada - wtrącił się jeden z rozbójniczej rodziny, który przypadkiem zaplątał się na rynek, kupował bowiem narzędzia tortur do domu. - To nasz dziadek zabił waszego dziadka.
Najstarszy syn złapał go za koszulę i przyciągnął do siebie.
- Czyś ty zwariował? - syknął mu do ucha. - Milcz i spadaj, wieczorem pogadam z twoim ojcem, nie tak się umawialiśmy! Co, miasto wam za mało płaci? To wasza sprawa, a nie psujcie wy mi interesu!
- A tak a propos interesu - odezwał się jeden z mieszkańców który stał blisko i słyszał wszystko. - Ile myśmy już wam zapłacili, co? Przecież to myśmy byli celem ataku, a nie wasz dziadek. Nas też zginęło podczas Wielkiego Napadu. I to o wiele więcej! Więc w zasadzie rozbójnicy powinni nam zapłacić i to bardzo dużo!
- No i widzisz durniu, co żeś narobił?! Zjeżdżaj! - najstarszy syn odepchnął wnuka rozbójnika i zaczął krzykiem dochodzić swoich racji przedstawiając je jako jedyne sprawiedliwe.
I wtedy przez tłum przepchnął się strażnik.
- Co to? - spytał wskazując na wózek.
- Głupie pytanie - parsknął najstarszy syn. - To ciało naszego dziadka zabitego podczas Wielkiego Napadu! A co, może kwestionuje pan Wielki Napad?!
- Nie kwestionuję, tylko to już chyba trochę czasu minęło...
- No to co?
- A to, że król wydał właśnie rozkaz, że kto nie żyje ma być pochowany w ciągu miesiąca.
W najstarszego syna jakby piorun strzelił.
- A jak nie? - zapytał ktoś.
- To trzy lata więzienia.
Na rynku wybuchł rejwach. Co prawda ludzie opłacani przez rodzinę próbowali jeszcze gardłować: "Barbarzyństwo! Tak się nie godzi!", "A jak ktoś zapadł w śpiączkę, to co, pochowają go żywcem!", "A jak umrze ktoś bezdzietny to kogo ukażą?", "Lepiej podatki podnieść, myśleć o przyszłości niż o czymś takim!" i "To ohydna gra trumnami!". Jednak większość mieszkańców entuzjastycznie przyjęła ten rozkaz.
Najstarszy syn już wiedział, że przegrał. Wrócił z kukłą na wózku do domu i oznajmił wściekle swojej rodzinie, że ci mieszkańcy miasta, to nie tylko mordercy. Ale i złodzieje.

Na drugi dzień po emisji bajki największe polskie dzienniki przedrukowały nocne oświadczenie premiera pewnego małego państwa na Bliskim Wschodzie. Oświadczył, że ta bajka to o nich, że to wszystko prawda, że się przyznają, przepraszają i zapłacą. Odpowiadając na pytania zszokowanych dziennikarzy przypomniał, że jego naród ma na całym świecie jednoznaczną opinię. Złą. W związku z tym premier zaprasza przedstawicieli Polski do konsultacji ustawy o potępieniu zdrajców jego narodu, którzy w czasie wojny denuncjowali swoich rodaków za pieniądze.
-------------
marcinbrixen.pl
http://www.wydawnictwo-lena.pl/brixen3.html - blog w formie książki
https://pl-pl.facebook.com/marcin.brixen

Ocena wpisu: 
5
Twoja ocena: Brak Średnio: 4.7 (głosów:9)