Farbowane lisy

Obrazek użytkownika LOS_Polski
Kraj

„Obyś żył w ciekawych czasach” – głosi stare porzekadło, i nie ma co zaprzeczać, żyjemy zaiste w intrygującym momencie naszych dziejów. Dla tych ludzi, którzy przyzwyczaili się do życiowej stagnacji i gnuśnieją w fotelach przed telewizyjnym ogłupiaczem, powiedzenie to jest jak klątwa, zapowiadająca koniec ich błogiego spokoju. Dla innych zaś, którzy są ciekawi życia, choćby miało im ono przynieść masę rozczarowań, jest bodźcem pobudzającym do refleksji.

„Myślę, więc jestem” – stwierdził onegdaj Kartezjusz, dowodząc, że skoro fakt myślenia jest niepodważalny, to w konsekwencji pewne jest także istnienie podmiotu myślącego. Z myśleniem u homo sapiens różnie bywa, zwłaszcza w epoce wszechobecnej propagandy, która na masową skalę ogłupia nasz gatunek, czyniąc z nas idiotes. Jako niepoprawny optymista, wciąż jednak wierzę, że nawet najgłupszemu człowiekowi może się przydarzyć moment iluminacji, gdy nagle między uszami rozbłyśnie mu iskierka myśli. Daj Boże samodzielnej.

Człowiek pogrążony w bezrefleksyjnej wegetacji, którego czujność stale usypiają wszelkiego rodzaju krętacze i manipulatorzy, może przejrzeć na oczy, ale do tego potrzebny jest jakiś wstrząs. Podobno, jak mawiał klasyk komunizmu, najskuteczniej „byt kształtuje świadomość”, co wskazywałoby na to, że „ciemny lud” może wyrwać z letargu jedynie widmo pustego brzucha. Ale w dobie szczodrze serwowanych przez władzę „chleba i igrzysk”, trudno oczekiwać, żeby przeciętny Polak nagle oprzytomniał i stwierdził, że pomimo pozorów, nie wszystko przebiega tak, jakby tego oczekiwał. Dlatego ludzie nieco bardziej uświadomieni, nie czekając na cudowne olśnienie mas, powinni wskazywać na patologiczne zjawiska w życiu publicznym i zdecydowanie je piętnować, aby nikt nie mógł przechodzić nad nimi do porządku dziennego.

Jednym z takich niepokojących zjawisk, którym chciałbym się teraz zająć, jest powrót komuny na polityczne salony III RP, a może właściwie IV RP, jeśli brać pod uwagę, że obecnie rządzi PiS, które niegdyś propagowało ideę zmiany numeru określającego naszą udręczoną Rzeczpospolitą.

W końcu każdy zauważy, nawet największy ignorant, że w ostatnim czasie na naszych oczach przewija się nieustannie kalejdoskop zdumiewających scen i przetacza się korowód dziwacznych kreatur, które wyskakują niczym trupy z szafy, budząc zdumienie i przywołując nieciekawe skojarzenia u osób niezbyt miło wspominających czasy PRL-u. Bo jakoś trudno zapomnieć o tym ponurym okresie, gdy telewizja publiczna z uporem maniaka serwuje nam festiwal przygód porucznika Borewicza, funkcjonariusza MO, stylizowanego na „polskiego” Jamesa Bonda. Trudno stwierdzić, co tak naprawdę skłania kierownictwo TVP do stałego umieszczania takich „dzieł” w swoim repertuarze. Być może decydującym kryterium jest upodobanie Krzysztofa Czabańskiego do komunistycznej kinematografii, które mogło się zrodzić jeszcze w czasach jego aktywności w PZPR. A może jest to panujące w pewnych kręgach władzy zamiłowanie do bon motów wypowiadanych przez „dzielnego” milicjanta, który onegdaj zauważył: – „A ja wobec urzędu prokuratorskiego w ogóle nie mam zdania”.

Powiedzenie to, jak ulał pasuje do rozwijającej się pod opiekuńczymi skrzydłami prezesa Kaczyńskiego kariery reżimowego prokuratora Stanisława Piotrowicza. Uchodzącego, w opinii partyjnych kolegów, za wzór cnót, albo przynajmniej za równego gościa, który podobno w odpowiednim momencie wyskoczył z czerwonego tramwaju, na przystanku… No właśnie, na jakim przystanku?

Czego by nie powiedzieć o Piotrowiczu, to jest bardzo użyteczny dla nowej władzy, szczególnie w pacyfikowaniu sejmowej opozycji, nad której losem nie zamierzam ubolewać, bo ani jej nie cenię, ani nie lubię, co niniejszym szczerze przyznaję. Jeśli zaś chodzi o naszego „bohatera”, to swoją robotę wykonuje wzorowo, może bez nadzwyczajnego wdzięku, ale za to skutecznie. No cóż, w końcu stara szkoła…

Jakiś czas temu, gdy na sejmowym firmamencie rozbłysła gwiazda Piotrowicza, media wzięły go na warsztat i publika oniemiała z wrażenia, gdy ujawniono jego życiowe dokonania. Skupiono się zwłaszcza na okresie PRL-u, bo wtedy droga jego kariery była niezwykle prosta, i wbrew temu, co on sam o sobie mówi, pozbawiona większych zawahań i zakrętów. Ot, typowa droga aparatczyka, który zaraz po zrobieniu aplikacji prokuratorskiej z zapałem oddał się na służbę władzy „ludowej”. A było to w 1978 roku, czyli świeżo po brutalnym spacyfikowaniu robotników w Radomiu i Ursusie, gdzie komuniści po raz kolejny zaprezentowali swój pogardliwy stosunek do społeczeństwa. Piotrowiczowi widocznie to nie przeszkadzało, bowiem w tym samym roku wstąpił do PZPR, w której należał do zakładowej egzekutywy, a także pełnił funkcję kierownika szkolenia partyjnego. Potem już piął się po szczeblach prokuratorskiej kariery, niczym bluszcz porastający zmurszałe gmaszysko. Wykazywał się przy tym „klasową dojrzałością”, gdy w stanie wojennym oskarżał za kolportaż ulotek działacza antykomunistycznej opozycji. Nie może więc dziwić, że za wybitne osiągnięcia w utrwalaniu władzy „ludowej” został w 1984 roku nagrodzony Brązowym Krzyżem Zasługi, a przełożeni wystawili mu wzorową laurkę, stwierdzając, że był „pracownikiem pilnym i zdyscyplinowanym, ambitnym i wydajnym”.    

Na jego przykładzie wyraźnie widać, że łatwiej zmienić przynależność partyjną niż charakter, który ujawnił w całej pełni na służbie nowej władzy. Do PiS-u przytulił się w 2005 roku, gdy po raz pierwszy został wybrany z listy tej partii na senatora. W obecnej kadencji parlamentu jest posłem i zarazem przewodniczącym Komisji Sprawiedliwości i Praw Człowieka. I trzeba przyznać, że realizując inicjatywy swoich politycznych patronów, robi to z dużym zaangażowaniem, co zapewne, niejaki Borewicz, skwitowałby celną uwagą: – „Ja jedną rzecz w życiu traktuję serio. I jedna rzecz się dla mnie liczy. To, co robię”. Jednak należałoby się zastanowić nad tym: czy styl, w jakim Piotrowicz wypełnia swoje powołanie, przysparza jego pryncypałom większych strat czy korzyści?

Zdumiewające jest to, z jaką łatwością, a może nawet z upodobaniem, politycy PiS-u sięgają do rezerwuaru kadrowego odziedziczonego po poprzednim systemie. Z jednej strony partia rządząca bezustannie epatuje nas swoim antykomunizmem, który przynajmniej w jej propagandzie brzmi dość wiarygodnie. Odbiera też przywileje emerytalne ubekom, za co słusznie należy się jej uznanie, a rękami ministra Macierewicza dokonuje głębokich czystek w wojsku, zwalniając ze służby nawet tych oficerów, którzy w LWP dorobili się zaledwie stopnia porucznika. Z drugiej zaś toleruje w swoich szeregach starych partyjniaków, których jest tam wielu. Nie jest to raczej przypadek, lecz jakaś fatalna prawidłowość w polityce tej partii, że chętniej sięga ona po „stare” i „wypróbowane” kadry, niż po młodych i szczerych patriotów, którzy nie dźwigają na sobie garbu komunistycznej przeszłości. Opisywany tu prokurator Piotrowicz nie jest jedynym przykładem na powierzanie komuchom reformy wymiaru sprawiedliwości. Minister Ziobro, w okresie swoich pierwszych rządów (2005-2007), wylansował przecież sędziego Andrzeja Kryże, którego „błyskotliwa” kariera rozwinęła się za wiedzą i zgodą najwyższych czynników partyjnych. W jego przypadku, bardziej nawet niż w sprawie Piotrowicza, ujawniły się patologiczne skłonności elit III RP do sięgania po „sprawdzone”, aczkolwiek skompromitowane kadry. Kryże nie dość, że był aktywnym działaczem PZPR, aż do jej rozwiązania, to jeszcze pełnił różne funkcje w regionalnym aparacie partyjnym. Zasłynął zaś tym, że w czasach PRL-u skazywał opozycjonistów na kary więzienia za urządzanie obchodów Święta Niepodległości. Wiele osób słusznie mu wypominało, że należy do swoistej dynastii sędziowskiej oraz że jest kontynuatorem niechlubnej „tradycji” rodzinnej, ponieważ jego ojciec Roman był funkcjonariuszem stalinowskiego aparatu represji i orzekał w procesach politycznych. Brał udział m.in. w mordzie sądowym dokonanym na rotmistrzu Witoldzie Pileckim, a także przewodniczył składowi sędziowskiemu, który wydał wyroki skazujące w tzw. aferze mięsnej. Bezwzględność okazywana przy wydawaniu wyroków śmierci przyczyniła się nawet do ukucia powiedzenia: „Sądzi Kryże – będą krzyże”.

Dlatego niech się nikt nie dziwi, że wywołuje u mnie obrzydzenie, gdy Piotrowicz, z właściwą dla niego bezczelnością, deklaruje, że swoich poglądów nie zmienił oraz że w okresie wysługiwania się komunistom był „wrogo nastawiony do PRL-u”. Nie przekonują mnie wcale próby bagatelizowania jego zasług dla komunistycznego reżimu, za to oburza mnie, gdy robi się z niego główną figurę firmującą „dobrą zmianę” w polskim prawodawstwie. Fakt, że osobnicy pokroju Piotrowicza nadal zasiadają w ławach parlamentu i mają czelność wykrzykiwać z sejmowej mównicy – „precz z komuną” – jest kpiną z polskich patriotów, którzy wynieśli PiS do władzy. Jest też prawdopodobnie główną przyczyną tego, że reformy wymiaru sprawiedliwości idą jak po grudzie, trudno bowiem oczekiwać, aby czerwoni najmici, charakteryzujący się zazwyczaj ciasnotą umysłową i pogardą dla społeczeństwa, dokonali takich zmian, jakich ono oczekuje.

 Postacią z innej bajki, chociaż równie czerwonej, jest Magdalena Ogórek, reprezentująca młode pokolenie lewicowych aktywistów, która obecnie przechodzi proces „nawrócenia” i aklimatyzacji do nowej rzeczywistości politycznej. Procesowi jej przemiany światopoglądowej towarzyszy rozwijająca się zadziwiająco szybko kariera medialna, która w oczywisty sposób łagodzi u niej ewentualne rozterki ideowe. Do wytrwałości w podążaniu nową ścieżką polityczną, zachęcają ją również słowa podziwu dla jej uroku osobistego, wypowiadane często przez prawicowych pochlebców. Jednak warto zauważyć, że ocenianie kogoś pod kątem jego wyglądu zewnętrznego, nacechowane jest dużą dozą subiektywizmu, wszak to, co się nam podoba lub nie podoba jest kwestią gustu, a ten u różnych osób bywa bardzo odmienny. Dlatego nie zamierzam się skupiać na powierzchowności pani Ogórek, bo nie ma to wiele wspólnego z treścią tego artykułu. Dla porządku rzeczy chcę tylko zaznaczyć, że nasza „bohaterka”, przypominająca trochę postać Makowej Panienki z pewnej czechosłowackiej bajki, zdołała nawet oczarować Leszka Millera, kreowanego niegdyś na „rasowego” macho.

Magda ma zapewne dużą wprawę w zalotnym trzepotaniu rzęsami, bo do tego stopnia omotała lidera postkomunistów, że ten, nie zważając na zastrzeżenia swoich partyjnych towarzyszy, obwołał ją kandydatką SLD w wyborach prezydenckich w 2015 roku. Walory estetyczne nie były oczywiście decydującą przesłanką, którą kierował się Miller przy podejmowaniu tej ryzykownej decyzji, ponieważ, jak sam stwierdził, do kandydowania: – „Nie było innych chętnych. Wszyscy mówili, że to wybory na niby”. Niemniej jednak rzucił na szalę resztki swojego „autorytetu”, jaki posiadał wśród czerwonej hołoty i próbował wykreować ją na nową „lwicę lewicy”, która miała tchnąć ożywczego ducha w rozkładające się truchło SLD. Magda, choć nie przypominała w niczym owego drapieżnika, a raczej prezentowała się jak „słodki kociak” rodem z „Pudelka”, to dość szybko zerwała się ze smyczy i zaczęła brykać. W efekcie całkowicie położyła kampanię wyborczą i ostatecznie uzyskała jedynie 2,38% głosów. Nie pomogły jej ani zalotne miny robione do elektoratu, ani wykształcenie, ani to, że była jedyną kobietą wśród kandydatów. Przepadła z kretesem, pogrążając swojego patrona i wbijając gwóźdź do trumny lewicy, która ostatecznie została wyeliminowana z parlamentu.

Ktoś mało zorientowany w meandrach polskiej polityki, mógłby uznać, że wpadka SLD z kandydaturą Ogórek, to jakiś przypadek lub efekt fatalnego zauroczenia, lecz jeśli się temu dokładniej przyjrzeć, to z łatwością można zauważyć, że jest wprost przeciwnie. Magda była bowiem od wczesnej młodości zaangażowana w działalność obozu postkomunistycznego, jest też typowym produktem lewicowej kuźni kadr. Odbywała staże w kancelarii (p)rezydenta Kwaśniewskiego, pracowała w MSWiA za rządów SLD, a następnie zatrudniono ją w klubie poselskim tego ugrupowania. Na kilka lat związała się z Grzegorzem Napieralskim, wspierając go aktywnie w wyborach prezydenckich, a w 2011 roku bezskutecznie próbowała się dostać z lewicowej listy do Sejmu. Wyszła też za mąż za dość wpływowego polityka SLD, Piotra Mochnaczewskiego, który znany jest z tego, że prowadził samochód w stanie upojenia alkoholowego, za co został nawet ukarany, oraz że ma lepkie ręce, ponieważ zasiadając we władzach jednej z prywatnych uczelni, wykorzystał okazję i ukradł sztućce za pół miliona złotych. Jego nazwisko znalazło się także na tzw. liście Macierewicza, jako tajnego współpracownika służb specjalnych PRL. Widać więc, że Magda nie zaniedbywała żadnych sposobów na lewarowanie swojej politycznej kariery, której przebieg może budzić przeróżne skojarzenia, lecz trzeba przyznać, że miała wszelkie dane do tego, aby dochrapać się poważnego awansu na lewicowych salonach. Na przeszkodzie stanęła jej jednak degradacja tego środowiska.

Polityczny romans Magdaleny Ogórek z Leszkiem Millerem, przypomina perypetie bohaterów tandetnej opery mydlanej, co może mieć jakiś związek z jej wcześniejszymi doświadczeniami, ponieważ zagrała kilka epizodycznych ról w podrzędnych produkcjach filmowych. I jak to często bywa w życiu, a jeszcze częściej zdarza się w telenowelach, po intensywnym związku nierzadko następuje burzliwe rozstanie. Tak też się stało w przypadku Magdy, która zakończyła nie tylko współpracę z obozem lewicy, ale podobno porzuciła także swojego męża, który przestał być dla niej użyteczny, a mógłby stanowić przeszkodę na drodze do nowej kariery, tym razem na prawicowych salonach.

Magda, jak przystało na bardzo zaradną osóbkę, wyczuła doskonale nie tylko zmieniające się wiatry historii, ale także słabość, jaką mają do niej niektórzy prawicowi politycy, co ułatwiło jej kokietowanie kolejnego starszego pana, którego przychylność ma niebagatelny wpływ na rozwój jej osobistej kariery. W nagrodę za porzucenie „ciemnej strony mocy” została zatrudniona w TVP, gdzie prowadzi nawet własny program. Bryka zresztą w różnych zakątkach prawicowego salonu, stała się bowiem nie tylko „uznanym” i „cenionym” komentatorem politycznym, ale także autorką wielu wpadek, a nawet skandali… Nie można przecież inaczej nazwać lansowania się Magdy na tle szczątków ofiar komunistycznego terroru, wydobytych podczas prac ekshumacyjnych na tzw. Łączce na Powązkach, czy też wpadki z fałszywym powstańcem warszawskim, któremu ostentacyjnie okazane zainteresowanie miało jej zaskarbić większą sympatię w środowiskach patriotycznych.

Przykładów niestosownego zachowania się tej „rasowej” celebrytki jest o wiele więcej, jednak nie warto ich tu wymieniać, ponieważ poświęcono im tyle uwagi w mediach, że każdy, kto zachce się bliżej im przyjrzeć, bez większego problemu odnajdzie potrzebne informacje w sieci. Jej zachowanie można by skwitować powiedzeniem, że: „kto się wróblem urodził, kanarkiem nie umrze”, co idealnie pasuje do podejmowanych przez nią nieudolnych prób wpasowania się w prawicowe klimaty. Niestety, nie wróżę Magdzie wielkich sukcesów w tej materii, ponieważ nie posiada ona odpowiedniego wyczucia patriotycznych nastrojów i nawet dobre rozpoznanie słabostek u paru ważniejszych prawicowych polityków, nie zagwarantuje jej życzliwości całego środowiska. Zachowuje się bowiem jak „słoń w składzie porcelany”, gdy bezceremonialnie wykorzystuje narodowe świętości do swoich partykularnych celów. Tylko osoba ukształtowana w środowisku postkomunistycznym może się charakteryzować brakiem wrażliwości i niezrozumieniem tego, że o ile takie żenujące zachowania mogły być dobrze przyjmowane przez czerwoną hołotę, to jej taniec na grobach narodowych bohaterów musi być zdecydowanie potępiony przez patriotów. Dlatego nie może dziwić fala krytyki, która ją za to spotkała.

Jak na razie nic nie zagraża jej karierze, ponieważ składając publiczne wyznanie „wiary” w nieomylność prezesa oraz deklarując, że jej nową misją jest „mówienie, kto szkodzi Polsce”, zaskarbiła sobie przychylność, a nawet sympatię pewnych środowisk, czego dowodem może być zaproszenie tej „gwiazdy” na „Zlot Prawych”. Ta odbywająca się w Chojnicach impreza, jest stosunkowo niewielkim wydarzeniem, ale można rzec elitarnym, bowiem zjeżdża się na nią wielu prawicowych tuzów, którym pozdrowienia przesłał ostatnio nawet prezydent Andrzej Duda.

Magdalena Ogórek jest niewątpliwie przykładem „błyskotliwej” kariery na salonach nowej władzy, ponieważ „w dwa lata przepoczwarzyła się z wysługującej się SLD gąsienicy w pięknego motyla Dobrej Zmiany”. I pomimo rozlicznych zastrzeżeń, co do szczerości jej „nawrócenia”, cieszy się poparciem i opieką możnych protektorów, którzy dbają o to, aby bajka „O Makowej Panience i smutnym Emanuelu” miała swój dalszy ciąg…

Magda nie jest jedynym głosem lewicy, który rozbrzmiewa w rządowych mediach. Wprawiło mnie bowiem w zdumienie, gdy pewnego czerwcowego wieczoru na antenie TVP, wystąpił z komentarzem do rozgrywającego się na naszych oczach spektaklu z obrad komisji Amber Gold, niejaki Marek Formela, który robił tam za „eksperta”. Muszę uczciwie przyznać, że jego wypowiedź nosiła znamiona dobrego rozeznania w tej tematyce, ale nie to zwróciło moją uwagę, lecz raczej jego wątpliwe kwalifikacje etyczne, których brak powinien go wykluczać spośród „autorytetów” w zakresie rozliczania aferzystów. Nie jest bowiem tajemnicą, że Formela został parę lat temu skazany przez Sąd Okręgowy w Gdańsku za udział w aferze Stella Maris i pranie brudnych pieniędzy, na rok i trzy miesiące więzienia z warunkowym zawieszeniem na trzy lata. Być może o zaproszeniu go do tego programu zdecydowało to, że w 2015 roku przed drugą turą wyborów prezydenckich, jako członek Rady Krajowej SLD, wystosował apel do lewicowego elektoratu i władz swojej partii o poparcie dla Andrzeja Dudy. Przedstawił wtedy dość trafną analizę sytuacji politycznej i namawiał do zaangażowania się po stronie kandydata PiS-u, twierdząc, że leży to bardziej w interesie SLD „niż grzebanie w garderobie Magdaleny Ogórek”. Stwierdził również, że: „Zbieżności społeczne z programem A. Dudy powinny mieć pierwszeństwo przed różnicami w tzw. nadbudowie”. No cóż, terminologię zaczerpnął z dialektyki marksistowskiej, ale instynkt niezawodnie podpowiedział mu na jakiego „konia” postawić w prezydenckim wyścigu.

Długo można by jeszcze wymieniać podobne transfery do salonu nowej władzy, ale myślę, że przedstawione przykłady wystarczą, aby wzbudzić refleksje, co do sposobu układania listy pasażerów płynących okrętem „Dobrej Zmiany”, w kierunku znanym jedynie „Wielkiemu Sternikowi”. Mam też świadomość, że niniejszy artykuł może się nie spodobać bezkrytycznym wielbicielom nowego układu, którzy zapewne woleliby, abym się zajął huczną imprezą w willi Romana Giertycha, na której balowali przedstawiciele upadłej koalicji. A bawili się tak doskonale, że musiała nawet interweniować policja, wezwana przez sąsiadów rozrywkowego mecenasa. W tym kontekście nasuwa się pytanie: co wprawiło wspomniane towarzystwo w szampański nastrój, przecież zgodnie z zapewnieniami rządzących oni już dawno powinni siedzieć za kratkami? Odpowiedzi na to pytanie niech każdy poszuka samodzielnie. Ja tymczasem mam zamiar wytykać palcami, choć zdaję sobie sprawę z tego, że to mało eleganckie, tych osobników, którzy jeszcze do niedawna stali tam, gdzie stało ZOMO, a teraz, korzystając z niezwykłej dla nich przychylności, przenikają do szeregów prawicy. Uważam ich bowiem za farbowane lisy, a ich nagłe „nawrócenia” za akty koniunkturalizmu, za co zapewne przyjdzie nam kiedyś słono zapłacić, bo zamiast wykreowania nowej i zdrowej moralnie elity, mamy znowu do czynienia z próbą asymilacji komuchów…

Wojciech Podjacki

Ocena wpisu: 
4
Twoja ocena: Brak Średnio: 3.7 (głosów:12)

Komentarze

Tekst muszę uznać za błędny, oparty na błędnej metodologii i apeluję do autora o chwilę refleksji i poprawę błędu.

Otóż w analizie obecnej rzeczywistości politycznej, musimy stosować odpowiednie narzędzia. Rolę człowieka określamy poprzez miejsce zajmowane przez niego w strukturze politycznej systemu, a nie poprzez jego pochodzenie. Analizujemy więc synchronię , a nie diachronię. Autor popełnia błąd metodologiczny mieszania tych dwóćh perspektyw.

W poprawnej metodologii elementem systemu postkomunistycznego są osoby tkwiące w strukturach tego systemu jak pan Święcicki, Frasyniuk czy Rulewski. Nie mogą być nimi pan Kryże, pan Piotrowicz czy pani Ogórek, jako że są elementami struktur antysystemowych. Powtarzam - pochodzenie się nie liczy ze względów logicznych.

Takie błędy są NIEDOPUSZCZALNE.

Podoba mi się!
3
Nie podoba mi się!
0
#1547132

Źle oceniony komentarz

Komentarz użytkownika Verita nie został doceniony przez społeczność niepoprawnych.. Odsuwamy go troszkę na dalszy plan.

O chwilę refleksji nie apeluję..bo to daremne, apeluję o piękny język polski bez popisów synchronii i diachronii, bez mieszaniny dwóch perspektyw w strukturze politycznej i analizie rzeczywistości przy stosowaniu odpowiednich narzędzi i powtarzaniu względów logicznych.

Zacytuję ciebie "Czyżby portal Niepoprawni stał się zamiast niepoprawnych politycznie portalem ludzi niepoprawnych logicznie i merytorycznie ? Ludzie, wy się pozbierajcie!#1547023

Tekst LOS'a jest zrozumiały i na czasie. Mam ochotę zapytać jak układa się mu współpraca ze Zjednoczoną Prawicą?
Pozdrawiam LOS'a.

Podoba mi się!
3
Nie podoba mi się!
-8

Verita

#1547135

synchronia i diachronia to żadne wielkie mecyje, elementarna logika wypowiedzi wymaga nie mieszania tych wymiarów. Zwykłe blogowe pisarstwo też powinno uwzględniać te zasady, choćby ze względu na  przejrzystość i spójność  wypowiedzi.

Obawiam się, że dla niektórych prymitywne "kodziarstwo"  funta kłaków nie warte jest ważniejsze od poprawności językowej i nie mam tutaj na myśli LOS'a, żeby było jasne.

 

 

 

 

Podoba mi się!
3
Nie podoba mi się!
-1
#1547136

Słucham właśnie wypowiedzi Szenfelda w TVPinfo i mam doskonały przyklad mieszania perspektywy diachronicznej z synchroniczną. Jeżeli wypowiadamy się na tematy polityczno-społeczne, to musimy porzucić język potoczny i stosować pojęcia politologiczna, socjologiczne i teorii systemów, bo do dziedziny wyspecjalizowanej musimy stosować naukową siatkę pojęciową. Jeżeli chcę się wypowiedzieć zwięźle, to muszę zastosować język z danej dziedziny.

Nie ma lekko, po to jest nauka żeby opisywać rzeczywistość, bo przy pomocy innych narzędzi nie da się tego zrobić. Można sobie tylko pitu, pitu...

 

Podoba mi się!
5
Nie podoba mi się!
0
#1547137

Znam podejście diachroniczne i synchroniczne stosowane w językoznawstwie, jesteś anglistą i językoznawcą więc wiesz o co mi chodzi. Używam potocznego języka, gdy mówię o tych zjawiskach, ponieważ to nie jest konwersatorium z językoznawstwa historyczno-porównawczego czy teorii języka na Uniwersytecie lecz lużna wymiana zdań na portalu. 

Podoba mi się!
3
Nie podoba mi się!
-1
#1547139

... pitu, pitu... Verito. Jeśli znaczenie słów jest dla ciebie niezrozumiałe, to... buzia w kubeł! Po raz kolejny "wychodzisz przez przed orkiestrę", a wszyscy Niepoprawni (słyszą) widzą, że fałszujesz. Pytam zatem: - kiedy ty w końcu pójdziesz po rozum do głowy???

Satyr

Podoba mi się!
9
Nie podoba mi się!
0

___________________________
"Pisz co uważasz, ale uważaj co piszesz". 

© Satyr

 

#1547140

A dziadek z wehrmachtu? Te błędy są dopuszczalne w "wyjątkowych sytuacjach", tak?

Po dwakroć zdrajcy, ci którzy wiedzieli, że Wałęsa i Frasyniuk to sprzedawczyki, jednocześnie wprowadzając w błąd ogół społeczeństwa popierając ich! Rozumiem, że świętowanie rocznicy sierpnia to jakieś wypaczenie, bo to świętowanie zdrady narodowej?

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
-2
#1547198

"Po dwakroć zdrajcy, ci którzy wiedzieli, że Wałęsa i Frasyniuk to sprzedawczyki, "

Kluczowe jest słówko "WIEDZIELI". Co znaczy "wiedzieli" w tym przypadku? jeżęli mówimy o "wiedzy" to obowiązują żelanzne kryteria i klania się metodologia.

Podoba mi się!
2
Nie podoba mi się!
0
#1547215

Jak twierdzą ostatnio niektórzy uczestniczący w strajkach, dobrze wiedzieli, że Wałęsa współpracował z SB, wtedy nie wiedzieli (i teraz kłamią) albo wiedzieli a nie powiedzieli, a dzisiaj jak się pomawia Wałęsę to twierdzą że wiedzą i wiedzieli, ale jak krzyczeli Lechu, to się im chwilowo zapomniało...

I ponawiam, jeżeli za porozumieniami sierpniowymi stoi SB, jak twierdzą niektórzy, to nie wiem co tu świętować...

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
-3
#1547309

Bardzo trafny cytat  z powyzszego artykulu przytaczam ponizej

"...w ostatnim czasie na naszych oczach przewija się nieustannie kalejdoskop zdumiewających scen i przetacza się korowód dziwacznych kreatur, które wyskakują niczym trupy z szafy, budząc zdumienie i przywołując nieciekawe skojarzenia u osób niezbyt miło wspominających czasy PRL-u..."

Ciekawy tekst. choc nieraz wydaje mi sie, ze autor troche "przegina" Np. z ta pania Ogorek. Coz moze ta kobieta za przekrety bylego meza.,( co nie znaczy, ze pania Ogorek doceniam.).
 

Ja osobiscie jestem za tym, by w rzadzie, ministerstwach czy TV byli przede wszystkim specjalisci a nie politykierzy. Dlatego nieraz trzeba przeskoczyc  partyjne granice, aby stworzyc cos wartosciowego.

Nie wiem czy opisane przez Pana osoby sa na tyle wartosciowe, czy rzeczywiscie chca  po prostu egoistycznie robic kariere. Panski artykul oceniam pozytywnie, bo powoduje przynajmniej we mnie chec sprawdzenia tych wiadomosci i obserwowania dalszego rozwoju powyzszych osob.

Pozdrawiam

Podoba mi się!
6
Nie podoba mi się!
0

Gosia

#1547142

Dość dobrze pamiętam jak dr Ogórek SLD "pchała się" na prezydenta  RP.

Wypuszczona ze stajni Jerzego Milera wylądowała na marginesie polskiej polityki ot i cala kariera.

Podoba mi się!
1
Nie podoba mi się!
-4
#1547162

Ludzi pojawiających się w mediach mozna dośc precyzyjnie określić zwracając uwagę na ich język i cechy osobowościowe, które przy okazji takich wystapień objawiają. A jako lingwista mam niezłe rozeznanie w tej materii i dlatego bardzo sobie cenię panią Ogórek - poza tym trzeba dużej odwagi i charakteru, by, tak jak ona, stawić czoła mainstreamowi i lewackim hejterom z drugiej strony sceny politycznej.

Podoba mi się!
5
Nie podoba mi się!
0
#1547165

... pani dr Magdalena Ogórek była lansowana nie przez Jerzego Milera, a... Leszka Millera (nazwisko pisane przez dwie litery "L"!). Tenże ubzdurał sobie, że ta sympatyczna i... co tu dużo mówić - piękna kobieta przyczyni się do wzrostu poparcia SLD.  Mówiąc kolokwialnie, - pani Magdalena olała Leszka Pierwszego Szyderczego, jak również całe jego postkomunistyczne ugrupowanie SLD i Lesio... pożegnał się z sejmem w jesiennych wyborach parlamentarnych.

Co do kariery pani Magdaleny, to wystarcza jej praca naukowa na uczelni oraz cykliczny udział w programie "W tyle wizji" pod egidą Marcina Wolskiego na TVP Info. Tak się składa, że śledzę tę audycję i nie zauważyłem, by telewidzowie "jechali" na pani Magdalenie, jak... na łysej kobyle. Wręcz przeciwnie, - cieszy się poparciem i dużą sympatią telewidzów.

Pozdrawiam,

Satyr

Podoba mi się!
6
Nie podoba mi się!
0

___________________________
"Pisz co uważasz, ale uważaj co piszesz". 

© Satyr

 

#1547184

Niektóre kobiety są chorobliwie zazdrosne. Boję się, żeby tylko nie popadła w jakąś psychozę. Jeszcze tego brakowało, żeby zaczęła wypisywać niestworzone historie w internecie na jej temat, wklejać dziwne zdjęcia, szpiegować i nękać niedoszłą panią prezydent. 

Niech Ci będzie, ze to Leszek a nie Jerzy w sumie na jedno wychodzi.

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
-6
#1547186

Panią Magdalenę Ogórek oglądam i słucham wraz z mężem, -...nie śledzimy, - jak przypisujesz mojemu mężowi! To po pierwsze.
Po drugie: nie jestem o nią zazdrosna, ponieważ mój mąż ma ten przywilej, że doceniając piękno i urodę osób publicznych - ma pełne prawo wyrażać również publicznie swoje zdanie, a tym mi niczym nie ujmuje jako kobiecie i jego żonie, że o mojej urodzie nie wspomnę przez skromność.

Też jestem rada, gdy osoby które występują w TV prezentują klasę, której przeciwieństwem jest taki żeński twór, jak na przykład kobieta o nazwisku Lubnauer z Nowoczesnej.pl. Mój mąż mówi, że jest to taki pospolity kocmołuch (nie znam odpowiednika czeskiego tego słowa), który chce zaistnieć, a nic sobą nie prezentuje.

Pozdrawiam,

   

Podoba mi się!
5
Nie podoba mi się!
0

#1547196

Pani Magdalena ma klasę i jest damą, a sprawą odzyskania zrabowanego w czasie wojny dzieła sztuki bardzo dobrze zasłużyła się Polsce. Ta druga kojarzy mi się tylko i wyłącznie z hałaśliwą przekupką z bazaru - nie obrażając ciężko tam pracujących, pełnych godności kobiet.

Podoba mi się!
1
Nie podoba mi się!
0

parodystka

#1547273

Językiem potocznym mozna się poslugiwać, owszem, ale na wstępnym etapie. Jeżeli chcemy sięgnąć po dowody, to musimy korzystać z wiedzy nieco bardziej specjalistycznej i specjalnego języka.

Podoba mi się!
4
Nie podoba mi się!
0
#1547163

oczywiście zgadzam się z Tobą w 100%.

Podoba mi się!
1
Nie podoba mi się!
-2
#1547164