Groza szumiących pól (5)

Obrazek użytkownika Anonymous
Humor i satyra

Treści obrzydliwe. Za zgodą rodziców ;-)

Rozdział Piąty
Histeria arcydziekana


Od pamiętnego dnia, w którym arcydziekan nieopatrznie rozbił monitor prezentacyjny wart pół miliona dolarów, Warfeld stał się innym człowiekiem. Dawniej pewny siebie, rubaszny, w ciągu pół roku stał się zastraszonym, małym człowieczkiem, pokrzykującym nerwowo na pracowników naukowych i namolnie domagającym się „afirmatywnych wyników badań”. Dawniej dopuszczano badania, mające „złe” i trudne dla zamawiających je firm wyniki, ale teraz badania miały nieść wyłącznie tchnienie optymizmu, podtrzymywać wiarę w potęgę ludzkiego rozumu i być „pożyteczne” dla klientów instytutu. Nikt z pracowników naukowych nie miał zaś wątpliwości, że wyniki tych badań były uznawane dopóty, dopóki przynosiły zyski i pozwalały instytutowi spłacać długi zaciągnięte jeszcze w czasach Wielkiego Donalda.

Samopoczucie arcydziekana uległo dramatycznemu pogorszeniu rankiem owego dnia, którego Alfred opuścił stolicę „tego kraju”, a sprzątaczka znalazła leżącego na podłodze laboratorium Suzana, który z nieco mętnym spojrzeniem oznajmił jej: „ciebie też kocham, Krysiu”. Oświadczenie to, jak również widok tego monstrum, które chcąc nie chcąc stroszyło kity z pod spódnicy Suzana, doprowadziło ją do wrzasku i desperackiej ucieczki. Tym bardziej, że owa sprzątaczka również miała na imię Krysia.

Tak więc owa czyścioszka Krysia nieopatrznie i nie zawiadamiając dziekana sprowadziła policję, która to policja w osobie podporucznika Herakliusza Potockiego (niekłamanego mężczyzny), z niejakim obrzydzeniem aresztowała Suzana i postawiła na baczność cały obecny tego dnia personel instytutu. Początkowo arcydziekan próbował postraszyć znajomościami owego stróża prawa, ale ppor. Potocki odparł, że policja od dawna ma na oku tę stajnię Augiasza, czyli instytut, i żeby nie podskakiwał, tylko grzecznie współpracował. W budynku zaroiło się od umundurowanych funkcjonariuszy. Arcydziekan próbował wezwać pomoc z rządu, ale połączenia zostały odcięte. W zamkniętym instytucie policja kolejno przesłuchiwała wszystkich obecnych na miejscu członków instytutu. Zabezpieczono całe laboratorium Alfreda.

- Proszę powiedzieć - zażądał Potocki od arcydziekana - jakiego typu eksperymenty przeprowadzał Alfred Kukuruźnik?

Dziekan wił się pod spojrzeniem psa, niczym wąż. Był skrajnie przerażony. Podejrzewał, że Alfred wynalazł specyfik rodem z powiastki Stevensona o doktoru Jekyllu i mister Hyde'm i że w istocie Suzan jest mutacją Alfreda. Gdyby tylko udało się wynaleźć jakieś antidotum, może wtedy bieg wydarzeń by się odwrócił niczym w maszynie czasu i wszystko wróciło do rozkosznego świętego spokoju (w oparach weekendowego grilla z Lemingradu). Niestety, to nie był sen. Dziekan przecierał oczy.

- No, tego... - wybełkotał - prosiłem go, aby przeprowadził badania nad produktami firmy Zielone Jabłuszko S. A.
- Pan wie jaki był temat habilitacji pana Kukuruźnika?
- No, chodziło o te bakterie na planetoidzie między merkurym a wenus...
- To proszę mi wyjaśnić dlaczego Kukuruźnik hodował w szafie pancernej skorpiona z genem kukurydzy?
- Że... że co?
- Panie Warfeld! - powiedział Potocki z naciskiem - czy pan wie, że pracami pańskiego instytutu poważnie interesują się trzy służby specjalne? Jesteście na podsłuchu od dwóch lat!
- Te... te... teraz też?
- Nie, otoczyliśmy to miejsce szumem i odcięliśmy elektryczność. Niech pan się cieszy, że ma pan na karku nas, bo wojskówka już przebierała nóżkami, żeby nas ubiec. Ale na szczęście okazało się, że pańska jednostka badawcza przyciąga niezłe dziwolągi...
- Proszę tak nie mówić! - wykrzyknął dziekan - wy, policjanci, odbywacie szkolenia przeciwko homofobii...
Porucznik zmrużył oczy i powiedział zjadliwie:
- Możecie mi wyjaśnić, towarzyszu, w jakim celu instytut permanentnie fałszuje wyniki badań?

Arcydziekan milczał, wybałuszając oczy. Potocki pokiwał głową:

- Tak myślałem. Moje dziecko je codziennie te wasze płatki śniadaniowe. Wchłania ten szajs z waszego laboratorium. I pomyśleć, że ja takim pasożytom płacę swoje podatki!
- Proszę mnie nie obrażać! - arcydziekan na chwilę odzyskał resztki dawnej godności - wypełniamy polecenia rządu! Dbamy o jakość zarządzania! Mamy liczne certyfikaty i nagrody...
- Dość! - Potocki huknął pięścią w stół, a gdy arcydziekan zamarł ze strachu, policjant wysyczał do niego cicho:

Pójdziecie siedzieć, kochaniutki, na wiele, wiele lat. A jeśli źle pójdzie, to was wymienią za chińskich obrońców praw człowieka i zobaczycie jak się postępuje w Chinach z takimi jak wy!

Arcydziekan struchlał ze strachu. Istotnie, konserwatywny minister sprawiedliwości Gromosław Głowin zawarł kiedyś z Chińczykami taką umowę. Amnesty International była szczęśliwa, bo dzięki temu ratowano chińskich dysydentów przed pewną śmiercią, natomiast środowiska Ziebrystów i Mikkowców też zadowolone, bo w ten sposób społeczeństwo nie musiało łożyć tak wielkich środków na utrzymanie „tych darmozjadów, więźniów”. Więźniowie jechali więc koleją transsyberyjską do Chin i tam byli osadzani w więzieniach skomercjalizowanych, skąd oczywiście rząd w każdej chwili mógł ich odwołać i przewieźć z powrotem do kraju. Powszechnie jednak wiadomo było, że rząd nigdy tego nie zrobi, gdyż dokumentację Chińczycy prowadzili znakomicie, więźniowie byli doskonale karmieni i utrzymani. Natomiast o tym co się z nimi dzieje naprawdę, krążyły wyłącznie legendy. Rząd ich nie dementował. Plotki te skuteczniej utrzymywały w strachu, niż tortury czy kara śmierci. Nota bene uwolnieni dysydenci chińscy też nie mieli lekkiego życia. „W tym kraju” co prawda oferowano im rozmaite kursy i szkolenia, ale zazwyczaj osadzano w jakimś peryferyjnym ośrodku dla uchodźców. Kursy odbywały się w stolicy, a na dojazdy brakowało funduszy. W rezultacie na kursy nikt nie chodził, rząd twierdził, że uchodźcy są leniwi i mają postawę roszczeniową, a urząd imigracji co roku chwalił się przed rządem „górką” oszczędności (która lądowała w rezerwie budżetowej) oraz wnioskował o redukcję budżetu, czym zasługiwał na poklask posłów i senatorów z komisji praw człowieka.

- Uwierzcie mi, kochany - powiedział Potocki cicho - jestem waszym jedynym przyjacielem. Jeśli będziecie współpracować, postaram się o łagodny wyrok. Na razie interesuje mnie przede wszystkim sprawa Kukuruźnika oraz waszej współpracy z Nankin-Group.
- Pan chce rozwalić wszystko, co stworzyłem... - wyszeptał dziekan.
- Nie! - odparł podporucznik - ja chcę wam ocalić dupę, idioto! Wspierał was tylko gospodarczy. Wojskówka jest przeciw wam. Kontrwywiad wojskowy także. Straż graniczna prowadzi dochodzenie w sprawie importu ziaren kukurydzy. Zostaliście wyznaczeni na kozła ofiarnego. Chcecie, żebym oddał sprawę wojskowym? Tam są sadyści przez duże S i oprawcy przez duże O. Jak się dostaniecie w ich tryby, to was wymną jak mokrą szmatę...

Podporucznik pozostawił dziekana, aby zobaczyć jak przebiega przesłuchanie Suzana. Prowadziła je młoda policjantka. Oczywiście na miejscu okazało się, że Suzan ją oczarował. Starannym pismem klasowego kujona płodził teraz na piśmie dwudziestostronnicowe wypracowanie o samym sobie, ze szczególnym uwzględnieniem trudnego dzieciństwa, uczucia do Alfreda i jego piwnych oczach, o Krysi, potem znów o sobie, o swoich problemach życiowych, zawodowych i miłosnych. O trudnościach w zdefiniowaniu własnej tożsamości płciowej. Policjantka czytając na bieżąco to dzieło życia zalewała się łzami.

- Pani Aniu - poprosił podporucznik z lekką irytacją - pani się zajmie czymś kreatywnym. Na przykład zrobi mi kawę.

Gdy policjantka (wielbicielka filmów Almodavara) poszła zrobić mu kawę, Potocki wyrwał Suzanowi elektroniczny długopis i rzucił nim o ścianę. Suzan zbladł. Robiąca kawę policjantka słyszała tylko wrzaski zza ściany:

- Myślisz, ty wuju niemyty, że ktoś to będzie czytał? Te twoje wyznania prześlij na konkurs teatru Roman i Julian!

Przez chwilę trwała cisza, w czasie której Suzan zapewne składał kolejne namiętne wyznania, tym razem ustne. Policjantka, robiąc kawę, łkała gorzko. Tymczasem znów usłyszała głos tego tyrana, podporucznika:

- Siadaj, s...synu. Co, myślisz, że mi zaimponujesz takim fiutem? W ZOO widziałem większe.

Znów zapadła cisza. Suzan chyba próbował się odszczekiwać.

- Szacunek?! - usłyszała znów ryk podporucznika - wrodzona to jest głupota, a nie homoseksualizm! W pizdu mam twoje dowody naukowe! Ty się zatrzymałeś w rozwoju na poziomie nastoletniego onanisty i to jest ten wasz cały „homoseksualizm”! To się kiedyś leczyło! To żeście poprawili wszystkie hasła w encyklopediach, to nie znaczy, że normalni ludzie nie wiedzą jak jest naprawdę!

Policjantka postanowiła zareagować. Weszła z kawą i powiedziała do podporucznika:

- Tylko spokojnie, panie poruczniku, tylko spokojnie. Z nimi trzeba łagodnie.
- Dobrze, dobrze - burknął Potocki - dziękuję za kawę. Niech pani tu usiądzie. A ty pisz dalej te swoje dyrdymały, ale konkretnie i na temat. Od kiedy pracujesz w gospodarczym. Co wiesz o Alfredzie i jego badaniach. A jak coś pominiesz... - zniżył głos, pochylił głowę i powiedział przesłodzonym głosikiem - zamknę cię do ciupy z takimi ciotami, że nawet w swojej chorej głowie nie umiesz sobie wyobrazić do czego są zdolni... A z tym fantem zrobisz u nich wielką karierę...

Wyprostował się, spojrzał groźnie na zdruzgotanego delikwenta i wrócił do arcydziekana.

- Ten pedał z fiutem złożył już obciążające zeznania - oświadczył na wstępie bez ogródek - i chętnie bym was razem wsadził do jednej celi. To jakiś koneser starszych profesorków. Na pewno chętnie się wami zaopiekuje...

Warfeld zbladł.

- Co mogę zrobić, żeby...
- Siadaj i pisz! - wręczył elektroniczny notes i pisak.
- Ale o czym mam pisać? - zapytał Warfeld chytrze.
Porucznik spojrzał na niego złowrogo:
- A może o fałszowaniu faktur u księgowej? - zapytał zjadliwie.

Warfeld był blady jak ściana:

- Proszę... o trochę cierpliwości... - i gorliwie chwycił za pisak.
- Co piszecie? - zapytał Potocki.
- O naszej współpracy z Nankin Group... Może być?
- Tak - odparł policjant - a nie zapomnijcie napisać o niejakim Savonaroli. No nie wytrzeszczajcie tak oczu! Przecież to pracownik Eden, firmy-córki Nankin-Group. Nie uwierzę, że go nie znacie... No, piszcie. Tylko, żeby się wam ręka za bardzo nie zmęczyła. Bo czeka was wiele pracy... Ma być ze szczegółami, literackim językiem i bez żadnych pominięć.

Tymczasem przed budynkiem instytutu pojawił się niemały tłumek pismaków, nasłanych przez wszystkie krajowe i zagraniczne służby specjalne. Samochody medialne WSI24, Mossatu, Hiper stacji i innych telewizji i radyj zatarasowały ulicę; w ich wnętrzach wszyscy próbowali się włamać przez stworzoną przez Potockiego barierę radiową. Nad instytutem krążyły aero-auta. Zebrał się też niemały tłumek gapiów, który narastał z każdą chwilą.

Podporucznik Potocki stanął przy oknie wspólnie ze swym ulubionym współpracownikiem, chorążym Waciakiem.pl.

- No, masz czego chciałeś - powiedział Waciak.pl, wskazując zbiegowisko - będziesz bohaterem jednego dnia.
- Nie było innego sposobu - odparł Potocki - a sprawa jest zbyt poważna. - przełknął ślinę -  Mój dzieciak wcinał płatki kukurydziane i właśnie trafił do szpitala z twardą wysypką na całym ciele. Są doniesienia o kilkudziesięciu tysiącach podobnych przypadków. Tego już się nie da ukryć, ale można zamazać odpowiedzialność.
- Chciałbyś zawalczyć z całym systemem? To będzie zbyt trudne. Ludzie boją się rzeczywistości, w których obowiązuje zdanie większości. Wolą postrzegać świat jako konflikt różnych mniejszości: samotnych ojców, samotnych matek, transseksualistów, transfetyszystów, homoseksualistów, heteroseksualistów, biseksualistów, metroseksualnych i czego tam jeszcze. W tym wszystkim społeczna normalność zanika; dobro wspólne nie istnieje; liczy się tylko dobro „mojej” mniejszości...

- Chcę się przede wszystkim dowiedzieć co się naprawdę dzieje - odpowiedział podporucznik - prawda mi się należy i wszystkim ofiarom też. Wygląda na to, że inwazja skorpionów i szerszeni zbiega się w czasie ze wzmożoną aktywnością słońca. Ktoś to musiał zaplanować.
Myślisz, że ten Savonarola?
- Być może.
- Przepraszam panie poruczniku - rozmowę przerwał im sierżant Kciuk, podając w plastikowej torebce migoczący jak fajerwerki kawałek papieru - to znaleźliśmy w kieszeni marynarki Alfreda Kukuruźnika.
Potocki ujął torebkę w ręce.
- Aaa, wizytówka - mruknął - pani Beata Motylkowska, dziennikarz obywatelski. Sprawdźcie mi gdzie publikowała i kto wykonał tę wizytówkę. Muszę wiedzieć kto to jest i jak wygląda. Może macie coś z echelonu?
- Zaraz sprawdzimy! - odparł sierżant i odszedł niezwłocznie.
- A wracając do tematu - powiedział Potocki - mam wrażenie, że zbliża się koniec cywilizacji jaką znamy. Po prostu koniec. Na te skorpiony nie ma antidotum. One lęgną się już dosłownie ze wszystkiego. Wyłażą z drzew i krzaków. Krążą pogłoski, że ich geny zostały wchłonięte przez wszystkie rośliny na naszej planecie. Łatwo sobie wyobrazić co będzie dalej. Ktoś wpadnie na pomysł, aby je zgładzić przy użyciu broni konwencjonalnej. Zacznie się wojna z przyrodą, przy użyciu napalmu. To nakręci koniunkturę. Gospodarka będzie uratowana, a my już niestety nie. Po prostu umrzemy z głodu i chorób.
- A nie przyszło ci do głowy - powiedział Waciak.pl - że jednak przyroda nie jest taka głupia i w tym wszystkim jest jakiś głębszy sens?
- Na pewno. Tylko wolałbym, żeby ten „głębszy sens” ominął mnie i moje dziecko.
- Podobno emisja wiatru słonecznego zmalała. Są tacy, którzy twierdzą, że emisja powróci po letnim przesileniu.
- No to mamy najwyżej dwa miesiące - westchnął Potocki - przez ten czas musimy wskazać winnych.
Kurde, cały czas zachodzę w głowę jak ty żeś się uchował - pokręcił głową Waciak.pl - sam przeciw wszystkim...
- Wychowałem się w heteroseksualnej mniejszościowej rodzinie. A ty?
- Mówiłem ci już. Moja mama była biseksualna. Miałem troje rodziców.
- Czyli poligamia - podsumował Potocki żartobliwie i poklepał go po plecach - To się mieści w normie, bo jest życiowe i sprawdzone. Będą z ciebie ludzie!
- O ile coś z nas w ogóle zostanie po tej aferze - mruknął Waciak.pl ponuro - najpierw padniemy ofiarą zamachów, a jak przeżyjemy, to nas wykończą te skorpiony...
- Popatrz! - przerwał mu podporucznik, wskazując niebo.

Waciak.pl oniemiał. Spomiędzy chmur z dużą prędkością wyłonił się wojskowy kosmolot.

- Słuchaj, oni chcą nas zbombardować... - wyszeptał Waciak.pl - popatrz, wozy transmisyjne odjeżdżają...
- Uwaga uwaga! Ogłaszam natychmiastową ewakuację! - krzyknął Potocki do komunikatora. - proszę wszystkich świadków wsadzić do windy ewakuacyjnej. Wszyscy funkcjonariusze mają użyć windy ewakuacyjnej specjalnego przeznaczenia. To nie są ćwiczenia! Grozi nam poważne niebezpieczeństwo!

W oka mgnieniu korytarze zaroiły się znów od ludzi. Świadków zakuto w kajdanki i wepchnięto do windy ewakuacyjnej, która gubiąc ślad cyfrowy odleciała w nieznanym kierunku. Większość funkcjonariuszy zebrała się w głównym korytarzu, w pośpiechu pakując materiał dowodowy. Potocki i Waciak.pl natychmiast do niech dołączyli.

- Wszyscy obecni? - zapytał Potocki - nikt nie może zostać w budynku! Proszę natychmiast wypuścić wszystkich pracowników instytutu, nie będących świadkami.
- Co się dzieje, panie poruczniku? - zapytała policjantka Ania.
Odpowiedź nadeszła sama. Rozległ się huk i ze stropu posypał się tynk i cegły.
- Trafili nas! - krzyknął Waciak.pl.
- Nie! - krzyknął Potocki - dopiero nas namierzają. Panie i panowie: natychmiast do windy!

Na korytarz wylegli pracownicy instytutu. Była wśród nich mocno przestraszona profesor Kobyła.

- Macie windę ewakuacyjną? - zapytał Potocki profesor Kobyłę. - grozi wam śmierć.
- Niestety nie - odparła Kobyła - rezultat oszczędności. Mamy tylko możliwość katapultowania wszystkich na orbitę okołoziemską.
- Wykonać! - zarządził Potocki. Tłum ruszył do katapultownika.

Waciak.pl otarł czoło.

- Jak znam procedury, to oni pobędą na orbicie przez dwa tygodnie. Czy mają tam zapasy jedzenia?
- A skąd mam wiedzieć. Ja nie przygotowywałem ewakuacji tego budynku.
- Dajmy im chociaż kilka puszek...
- A po co? Żeby się zatruli? Cała żywność jest zatruta. Dwa tygodnie postu o wodzie im nie zaszkodzi.
- A co z nami?
- Do windy! - krzyknął Potocki, chwytając pierwszą z brzega skrzynię z materiałem dowodowym - naprzód!
Pobiegli, słysząc narastający szum silników kosmolotu. Tylko sekundy dzieliły ich od śmierci... gdy nagle szum ustał. Gdzieś wysoko usłyszeli stłumiony odgłos eksplozji. Wszyscy przystanęli, sapiąc głośno.
- Tam do licha! - krzyknął Waciak.pl - chyba ktoś nam pomaga!

Rzeczywiście, wiele wskazywało na to, że kosmolot przestał istnieć. Kilka ciężkich przedmiotów głośno uderzyło o dach, przebijając w nim dziurę. Znów sypnął się tynk.

- Dalej! - krzyknął porucznik po pierwszym szoku - winda już niedaleko!

Winda specjalnego znaczenia działała na innych zasadach, niż zwykłe windy. Przede wszystkim szybkość przelotu była większa, niż w zwykłej windzie ewakuacyjnej. Mieściła też więcej ludzi i sprzętu. Gdy więc do budynku wkroczyły oddziały specjalne wojskówki na czele z pułkownikiem Trepelickim, zastały już budynek cichy i opuszczony. Komandosi i komandoski posuwały się ostrożnie wzdłuż ścian. Od czasu do czasu tynk spadał im na głowę.

Pułkownik Trepelicki stanął w laboratorium Alfreda i ujrzał wybebeszoną szafę pancerną. Sięgnął po komunikator:

- Ubiegli nas we wszystkim. Może coś jeszcze znajdziemy, ale to mało prawdopodobne. Acha, wiadomo już coś w sprawie katastrofy tego kosmolotu?
- Przyczyny bada specjalna komisja - odparł głośniczek.
- Nie gadajcie głupot! Raportować co się stało!
- Według danych z wirtualnej czarnej skrzynki pilot dostał nagle palpitacji i duszności. Zawartość jego żołądka wskazuje na to, że jadł wcześniej zdrowe muesli z dodatkiem płatków kukurydzianych...
- K... mać! Tyle razy ostrzegałem dowództwo, żeby zapewnili wojsku dostawy żywności ekologicznej z Antarktydy! Jak mamy dobrze walczyć, jak nie możemy być pewni samych siebie? Przez te głupie płatki kukurydziane zdołali się nam wymknąć! A mogliśmy ich wszystkich uśpić i pojmać na miejscu! Dziękuję, bez odbioru.

Pułkownik zadumał się. Wojna służb rozpoczęła się. Za wschodnią granicą Niedźwiadek przebierał nogami. Trzeba będzie albo szukać protekcji u zachodniego sąsiada, albo w ogóle myśleć tylko o sobie i zwiewać gdzieś daleko. Może tak na orbicie Jowisza? Dałoby się tam założyć jakieś małe, agroturystyczne gospodarstwo i spędzić resztę życia na uprawie ekologicznych warzyw...

Pozostawimy pułkownika Trepelickiego z jego osobistymi dylematami. Wróćmy do losów Alfreda i jego przyjaciółek.

Ocena wpisu: 
0
Brak głosów