Wszyscy piszą książki

Obrazek użytkownika jazgdyni
Blog

W tym jakże ważnym dla nas dniu, gdy żałość serce ściska, myśli nasze błądzą wokół spraw nieco bardziej istotnych niż codzienność i pospolita egzystencja. Mając na uwadze Jego ból i cierpienie nie odważam się dzisiaj pytać – co robić? Choć on zapewne już dobrze wie i w odpowiednim czasie odpowie słuszną myślą.
 
 
 
Tak to się w tych czasach porobiło. Wszyscy piszą książki. A jak już na prawdę nie potrafią, to znajdzie się ktoś, kto za nich napisze. Trzeba wtedy zapłacić oczywiście.
Jak skromna kobieta, żona ex-prezydenta, pani Wałęsowa, która, jak zresztą "sama" napisała, wierzyła mężowi, że co tydzień wygrywał w toto-lotka, gdy przynosił do domu wypłaty za współpracę ze służbami.
Czy ona poczuła potrzebę napisania książki? Bardzo w to wątpię. To kolegium propagandzistów zapewne z jakiejś Czerskiej, czy Wiatracznej, warszawskich ulic, gdzie ustala się aktualny kurs propagandy, zdecydowało, że warto by mieć w swoim portfolio również wyznania skromnej małżonki Wielkiego Polaka, który okazał się obszczymurem i bufonem. To nie było nawet przedsięwzięcie biznesowe, bo półki księgarń uginają się od literatury i jeszcze jedne wspomnienia nie mogą liczyć na zainteresowanie czytelników, których jest w Polsce makabrycznie mało.
Piszą więc te swoje głupoty aktorki, których uroda przeminęła, a one nie mogą się z tym pogodzić i jeszcze raz chciały by błysnąć, choćby słowem pisanym. Piszą byli agenci, których jedynym powodem do chwały jest fakt, że nigdy nie zostali złapani. Bo może byli nic nie warci i przeciwnik nie miał po co się nimi zajmować? Piszą celebryci, którym połknięty bakcyl bycia gwiazdą, choć jednodniową różnych szmatławaców, zrujnował doszczętnie życie i teraz już nie potrafią normalnie egzystować bez ustawicznego podskakiwania i wykrzykiwania: - ja!; ja!
 
No i piszą książki internetowi blogerzy. I to jest masakra. Bo ja też jestem blogerem i też chcę napisać książkę.
Lecz w tym jest całkiem spory haczyk. Taki mniej więcej, jak na tuńczyka.
 
Internetowe prawicowe blogowanie zaczęło się rozwijać na dobre gdzieś koło roku 2008. Najpierw rządy komuchów, którzy żadną siłą nie dawali się oderwać od władzy, a potem Platforma, szybko nazwana ferajną Tuska, jak ten ewidentny karierowicz po kolei wykosił najpierw wspólników od interesu, a potem każdego, kto tylko mógł mu zagrozić na ścieżce kariery, dawały ludziom myślącym anty-ustrojowo dosyć pożywki, by parę razy na tydzień napisać krótkie wypracowanie, raz mądre, raz głupie. Czasy nastały takie, że tematów było w bród. Praktycznie od 2000 roku afera goniła aferę, a i na świecie działy się sprawy ciekawe, choć częstokroć straszne.
Oczywiście, dobre 70 procent tego pisania w internecie to grafomania poprzeplatana cudownymi narzędziami komputerowymi jak " kopiuj i wklej", oraz coś co zmieniło mentalność świata w dochodzeniu do wiedzy – Wikipedia.
To pozwalało się dowartościowywać, bo wystarczyło wyszperać w światowych informacjach dosyć mądry, zborny i chwytliwy tekst jakiegoś zawodowca, trochę go podrasować własnym rozkładem przecinków i WOW! – jestem blogerem! Piszę!
 
Ja również mniej więcej około roku 2008 rozgryzłem internet i odkryłem bliskie moim przekonaniom prawicowe blogerstwo. Pan Bóg widocznie nade mną czuwał i ominąłem zdradliwe rafy onetów i interii. Jakoś nigdy tam nie zaglądałem i nie zaglądam.
Pierwszą osobą, którą zacząłem śledzić w sieci była słynna dama internetu Kataryna. Miała dostęp do niesamowitych informacji i dobre pióro. Później dopiero zrozumiałem, że musiał na nią pracować zespół reserczerów i to nie byle jakich, tylko usadowionych w newralgicznych punktach sprawowania władzy. Nieważne... To ona wciągnęła mnie w sieć i spowodowała, że zacząłem tworzyć niezgrabne komentarze.
 
I teraz dochodzimy do moich dwóch następnych idoli, od których po czasie nauczyłem się jednego, a właściwie nawet dwóch rzeczy. Pierwsze, to to, że nie opłaca się być w swoim pisaniu zbyt szczerym, a drugie, to fakt, że można z blogowania uczynić sobie sposób na życie. Nie chodzi tu tylko o hobbystyczne zajęcie i psychologiczną terapię, ale również zarabianie pieniędzy, zrobienie z tego biznesu, pozwalającego utrzymać rodzinę.
Teraz właśnie dochodzimy do tematu – pisanie książek przez blogerów.
 
Oczywiście każdy wykapuje, że ci dwaj ówcześni moi idole, to w chronologicznej kolejności Krzysztof Osiejuk  - "Toyah" i Gabriel Maciejewski – "Coryllus".
 
Powrócę zaraz do nich, lecz muszę wtrącić tu postać mojego kolegi po fachu, też marynarza na kapitańskim stanowisku, Tomka Mierzwińskiego – "Seawolfa", niestety przedwcześnie zmarłego. Ale tak to jest z pracą na morzu. Tomek pisał swoje przemyślenia hobbystycznie. W pełni go rozumiałem, tym bardziej, że mieliśmy identyczne poglądy i perspektywiczne spojrzenie marynarza z drugiego końca świata, na cuda, które w ukochanym dalekim kraju się wyprawiały. Potwierdzało się to zresztą w naszej korespondencji.
Tomasz też wydał książki. Trochę zapewne z próżności, lecz gdy teraz o tym myślę - on wiedział, że dużo mu nie pozostało i chciał by był jakiś ślad po nim. Byśmy o nim pamiętali, chociażby, gdy czasem odkurzamy półki z książkami. A szczególnie jego kochająca rodzina, bo marynarskie rodziny są bardzo specyficzne – ojca jest zawsze za mało a każdy powrót, to wielkie święto.
Żałuję strasznie, że nie uzyskałem krótkiej notki w jego "Alfabecie". I żeby ktoś sobie nie pomyślał, że ja poprzez bycie marynarzem stawiam siebie obok niego. W żadnym wypadku. Dużo jeszcze muszę pracować, by zbliżyć się do jego poziomu.
 
Kiedyś Toyahowi w komentarzu napisałem, że powinien pisać literaturę, że przypomina mi nieco Jerzego Pilcha. Parsknął tylko na to i wyczułem, że raczej był zły za to porównanie. Lecz czasy się zmieniły, potrzeby finansowe wzrosły i dzisiaj już nie zliczę ile jest wydanych książek Krzysztofa Osiejuka.
Nie byłoby to możliwe, gdyby nie jego przyjaciel, drugi bloger Coryllus.
Gdy Krzysztof jest raczej niezdarą, co dobitnie wykazało jego kandydowanie z ramienia PiSu, to Maciejewski okazał się człowiekiem interesu. Mając za sobą przeszłość dziennikarską i znajomość rynku wydawniczego, bardzo trzeźwo skonstatował, że najlepiej i najłatwiej jest wylansować samego siebie zakładając swoją własną firmę wydawniczą. To autentycznie był świetny pomysł.
Tak samo jak dobrym propagandowo pomysłem było świadome przyjęcie na swoich blogach postawy odpychającej i aroganckiej, tworzącej pewien klimat wyższości i ekskluzywności. Coryllus i Toyah nie zniżali się do dyskutowania z byle kim, często obrażali innych i tworzyli kluby wiernych wyznawców. To powodowało, że ci zakompleksieni i niedowartościowani, których w internecie jest mnóstwo, walili drzwiami i oknami na ich portale, tworząc w ten sposób szeroki front klientów przyszłych książek. Doprawdy iście mistrzowska zagrywka.
 
 
Krótka forma. Czy to się faktycznie sprzedaje?
Nie jestem o tym do końca przekonany. Duże wydawnictwa raczej nie oferują tego typu literatury. A wiadomo, jak bardzo oni biznesowo są nastawieni. A dystrybutorzy, różne księgarnie jeszcze bardziej.
Jednakże jest sporo małych wydawnictw, które jak się dowiedziałem raczej robią bokami. I wyczuli niszę. To właśnie blogerzy, ci najbardziej poczytni, którzy już mają kupę materiału, wielu z nich po tysiąc i więcej tekstów. Zawsze można coś z tego wybrać i wydać jako zbiór krótkich form.
Rozmawiałem z kilkoma osobami powiązanymi z takimi wydawnictwami. Są chętni do współpracy. Tylko nie ma co liczyć na jakiekolwiek zarobki. To raczej działalność non profit, a jeżeli policzyć własny trud i zużyty czas, plus oczywiście pracę umysłową, to działalność wybitnie deficytowa. Abstrahując od oferowanych stawek, to dodatkowo nakład oscylujący w obszarach jednego, dwóch tysięcy, daje autorowi świadomość operowania w niszowej luce.
 
Po co mi się więc chce napisać książkę? Otóż nie po to by zobaczyć w oknie wystawowym okładkę z moim nazwiskiem.
 
Tutaj mam swoje przemyślenia – literatura versus publicystyka.
Nie mam najbledszego pojęcia, co sądzą literaturoznawcy. Czy publicystyka, opracowania historyczne, felietony i reportaże to już literatura? Ja uważam, że nie. To tylko komentarze do rzeczywistości – bieżącej i minionej.
Moje pojęcie literatury zakłada kreatywność; wytwarzanie nowej rzeczywistości, oczywiście w oparciu o świat prawdziwy lub świat fikcyjny. To budowanie wymyślonych postaci z całą osobowością, charakterem i cechami zewnętrznymi. To konstruowanie przebiegu akcji, plotu, intrygi, całej fabuły.
Literatura to jest specyficzna praca twórcza, niewątpliwie zaliczana do sztuki. Publicystyka częstokroć też jest bardzo twórcza, lecz sztuką nie jest.
 
Oczywiście są krótkie formy, które według mojego opisu jak najbardziej są literaturą. Wychowany zresztą jestem na Marku Twainie, czy Kurcie Vonnegucie. Również nasz nieoceniony Stanisław Lem też często sięgał do krótkiej formy, że wspomnę takie zapadające w pamięć postaci, jak pilot Pirx, czy profesor Tarantoga, bohaterowie wspaniałych opowiadań.
Sam też napisałem parę kawałków i muszę przyznać, że sprawiło mi to przyjemność.
Jednak napisanie powieści to inna para kaloszy – inny poziom, inny wysiłek oraz, jeżeli cel ma zostać osiągnięty – prawdziwy talent.
 
Rynek amerykański ostatnimi laty wyprodukował nowy gatunek pisarzy – rzemieślników pióra i łowców bestsellerów. To tacy twórcy, jak Robert Ludlum. Stephen King, czy John Grisham. Należy to im uczciwie przyznać, że są bardzo utalentowani. Jednakże swój talent, swoją kreatywność skomercjalizowali do maksimum. Stąd, czytając dziesiątą powieść Ludluma ma się złudzenie, że się ciągle czyta tą pierwszą. Jak tego dokonują? Oczywiście dzięki komputeryzacji i niesamowitym zdolnością MS Worda, choć właściwie odpowiedniego edytora tekstu, bo oni wszyscy używają Maca. Tworzą schemat, na którym zarobili pierwszy milion i twardo się tego trzymają. Są oczywiście pisarzami i to o nie byle jakiej renomie, jednak trudno powiedzieć, że ich działalność ma dużo wspólnego ze sztuką. Lecz książek na całym świecie sprzedają, że ho, ho! Tylko jest w tym jakiś fałsz. Skrupulatnymi badaniami rynku sprawdzili na jaki towar jest zapotrzebowanie i jada z tym koksem.
Pewien jestem, że ani James Jones pisząc "Stąd do wieczności" ( From Here to Eternity), czy "Cienką czerwoną linię" (The Thin Red Line), czy Joseph Heller z "Paragraf 22" (Catch 22), że skoncentruję się tylko na amerykańskiej powieści wojennej, nie mieli brzydkich, komercyjnych zamiarów i po prostu napisali świetne książki, które sprawdziły się na całym świecie i będąc dziełami sztuki, również zostały bestsellerami.
 
No więc ja chciałbym napisać taką książkę. Prawdziwą, szczerą i oryginalną. I bez stosowania tych wszystkich nowoczesnych trików, bo coś mi się wydaje, że współcześni polscy autorzy, ci, akurat dobrze się sprzedający, też nauczyli się stosować brzydkie chwyty z tak zwanego warsztatu pisarza. Czyli – za dużo rzemiosła, a za mało własnej oryginalnej koncepcji.
 
W Stanach Zjednoczonych przy dobrych uniwersytetach, są kursy pisania książek. Może powinienem, zanim zabiorę się do pracy, skorzystać z takiej szkoły? Znalazłem nawet w sieci stronę – "10 uniwersytetów oferującej darmowe kursy pisarskie online" [http://study.com/articles/10_Universities_Offering_Free_Writing_Courses_... ] . Jest tam nawet moja ulubiona uczelnia z Bostonu, Massachusetts Institute of Technology (MIT). Trzeba będzie pomyśleć. Chociaż Dostojewski, Tołstoj, Tomasz Mann, czy nawet Dorota Masłowska na żadne kursy nie uczęszczali. Ale oni mieli, czy w wypadku pani Doroty z pobliskiego Wejherowa, mają talent. A czy ja mam talent? Nie mam pojęcia.
Napisanie powieści, nie mówiąc już o dobrej powieści, takiej powyżej 500 stron w typowym wymiarze książki w miękkiej oprawie, to kupa roboty. I cholernie dużo dyscypliny. I to nie tylko samo pisanie; to także przygotowanie, planowanie, szkic, a potem poprawianie, adiustacja, redagowanie. Zakładając, że w godzinę można napisać 3 – 4 dobre strony, pracując po 4 – 5 godzin dziennie, bo raczej więcej się nie da, a ja już też dosyć leniwy jestem, to wychodzi, że pracując dzień w dzień napisać to można nawet w pięćdziesiąt dni, ale bądźmy poważni, święta, imprezy, niespodziewana totalna pustka umysłowa, to w ciągu roku można taką książkę wyprodukować.
I pierwszej książki nikt nie zasponsoruje. To się robi całkowicie na własny koszt i z ryzykiem, że cała praca na koniec znajdzie się w koszu. Nikt tego nie wyda, bo marne to jakoś.

Lecz na samym początku trzeba sobie taką książkę wymyślić. I to jest dopiero problem. Wydawać by się mogło, że czas współczesny jest tak gęsty, tak przesycony wydarzeniami, że tylko czerpać pełnymi garściami i pisać, pisać...
Ba... tak, to każdy potrafi i czyni, blogując bez opamiętania. Ale weź to połącz, zepnij klamrą i nadaj temu zamknięty, skończony kształt. Tu jest właśnie ten myk, gdzie pisanie zamienia się w sztukę. Ta iskra Boża, która zamienia wodę w parę, albo lód. A tekst w książkę.
Tutaj przychodzą do głowy myśli filozoficzne. Myśli nad sensem działania człowieka. Czy jeśli można coś zrobić, czuje się, że można to zrobić i jest się zdolnym to zrobić, to należy to wykonać? Właśnie – jaki jest sens takiej postawy? Lecz z kolei zaniechanie, jest dosyć poważnym grzechem. A za grzechy trzeba płacić. Prędzej, czy później.
Widzę, że będę musiał na ten temat poważnie podyskutować z Panem.
Jeszcze mnie nigdy w swoich poradach nie zawiódł. Oczywiście, gdy jestem poważny i nie chcę rozmawiać o doczesnych głupstwach.
 
.

.

Ocena wpisu: 
Twoja ocena: Brak Średnio: 5 (głosów:7)

Komentarze

amerykańskiej; Steibecku, Scottcie, Caldwellu, i innych, myślę że wywarli na mnie duży wpływ jak na młodego chłopaka. Jestem "technokratą'  ale doceniam wagę i znaczenie literatury dla jak to się brzydko mówi - rozwoju jednostki. Życzę więc tej iskry bożej i radosnego Alleluja!

Podoba mi się!
3
Nie podoba mi się!
0

hobo

#1472311

Witaj

 

Ja również głównie na amerykańskiej literaturze. Oprócz oczywiście obowiązkowych Europejczyków, w tym Polaków.

Muszę czytać bez przerwy i książka, tak jak papieros weszła mi w nawyk.

 

 

Również Wesołego Alleluja!

Podoba mi się!
3
Nie podoba mi się!
0
#1472322

Dobrze jest spotykać ludzi, których część drogi w czasie młodych lat wiodła podobnie. Tak, Erskine Caldwell, Faulkner, Steinbeck, Scott Fitzgerald  i kilku innych, to było to co wywierało na nas duże wrażenie, a takie dzieła jak Poletko Pana Boga, Sługa Boży, czy Wielki Gatsby pamiętam do dzisiaj. Szkoda, że dzisiaj niektórzy z nich stają się powoli zapominani

Podoba mi się!
4
Nie podoba mi się!
0
#1472343

Witaj

 

tego się nie zapomina. Nigdy.

Dodaj jeszcze Buszującego w zbozu, Tomka Sawyera i Hockelberry'ego Finna. A potem cała masa.

Chyba jesteśmy z tej generacji, gdzie ucieczka przed Panem Samochodzikiem , Chłopami i Lalką wiodła do prozy amerykańskiej, która była taka świeża.

Potem jeszcze przyszedł okres iberoamerykański - 100 lat samotności, Pantaleon i wizytantki....

 

A teraz już jest wszystko.

Po raz pierwszy zostały wydane dzieła wszystkie świątego Tomasza z Akwinu- 32 tomy za 1 100 zł. Ostrzę sobie zęby. Muszę to mieć, tylko gdzie ja to postawię. Ściany już nie mają miejsc na dalsze półki.

 

Radosnego Alleluja

Podoba mi się!
4
Nie podoba mi się!
0
#1472345