Manipulacja. Technika współczucia

Obrazek użytkownika Humpty Dumpty
Idee

Słowa, słowa, słowa… Mówione, pisane, pisane i mówione. Otaczają nas jak nigdy przedtem w dziejach ludzkości.

Może właśnie dlatego coraz mniej mamy czasu, by poddawać je gruntowniejszej analizie poprzestając jedynie na powierzchownym odbiorze.

 

Przede wszystkim zaś liczy się wrażenie, jakie na nas wywierają.

Słowa, a zatem informacja, od czasów pierwszej socjalistycznej rewolucji są traktowane jako broń. Złotousty Trocki, podobnież Lenin, Goebbels czy Hitler instynktownie czuli siłę kłamstwa.

Dr Goebbels sformułował naczelną zasadę, a raczej prazasadę słownej manipulacji: Kłamstwo powtórzone 1000 razy staje się prawdą.

W tym miejscu czytelnik znający jako tako historię powinien zaprzestać lektury i zająć się jakimś innym tekstem.

Bo przecież historia manipulacji stara jest jak świat, a najbardziej bezczelne jej sposoby ujął w słowa niejaki Schopenhauer już w połowie XIX wieku (Erystyka, napisana w latach 1830-31, wyd. 1864).

Tak, ale wcześniejsze sposoby manipulacji odnosiły się do ograniczonego kręgu osób.

Dopiero wiek XX przyniósł masowość komunikacji społecznej.

Wg Lenina kino miało być najważniejszą ze sztuk.

Dopiero masowość radia, masowość kina pozwoliły na sformułowanie przez Goebbelsa prazasady, stanowiącej w zasadzie podsumowanie istniejącej w ówczesnych krajach socjalistycznych praktyki.

I choć był często wyszydzany szczególnie w krajach opanowanych przez reżim sowiecki to przecież nie gdzie indziej, ale właśnie tam idea ta przyświecała władzy ludowej i jej aparatowi propagandy, zwanym teraz mediami.

Myliłby się jednak ten, który by uważał, że to przeszłość na dodatek stanowiąca przypadłość wschodniej strony świata.

W 2005 rok amerykański lewicowy dziennikarz Stephen Colbert „wynalazł” nowe słowo.

Truthiness, na polski tłumaczone jako prawdowatość.

Według idei „prawdowatości” wystarczy żebyśmy odczuwali coś jako prawdę, aby rzeczywiście nią była.

Wraz z prawdowatością stosowana jest jedna z najbardziej prymitywnych technik manipulacyjnych – tzw. techniką współczucia.

Mimo swego prymitywizmu nie daje się wykorzystywać przez wszystkich. Dla zastosowania wymaga bowiem od manipulatora nie tyle cynizmu, co wręcz psychopatycznych cech osobowościowych. Z jednej strony gra on bowiem na uczuciach, z drugiej zaś musi być ich pozbawiony.

Starożytni określiliby ją dość prosto – argumentum ad misericordiam. Takie odwołanie się do będącego w głębi każdego człowieka miłosierdzia.

Trafiające tym mocniej, im bardziej odległy znajduje się obiekt współczucia.

Manipulator porusza nasze wnętrza kreśląc obraz ze wszech miar łzawy, mieszczący się jednak w kręgu naszych pojęć. I „prawdowaty”, by wyłączyć chęć dociekania stanu faktycznego.

Przykładowo dla fanatycznego zwolennika PO będzie to np. opis człowieka skrzywdzonego przez Prezesa.

Wdrukowana wcześniejsza informacja pasuje do przedstawionego skutku.

Tak samo człowiek, bombardowany informacjami o złym stanie Państwa, szczególnie zaś tzw. trzeciej władzy czyli sądownictwa będzie praktycznie w ciemno łykał każdą informację świadczącą o demoniczności panującego układu.

To jest jedno z niebezpieczeństw czarnego PR polskiej Temidy. Od pewnego czasu następuje odwrócenie pojęć – otóż zdarzenia pojedyncze zaczynamy traktować jako rutynowe. Tymczasem nawet najbardziej nieprzychylne sądom statystyki mówią o ok. 30% tzw. błędów sądowych.

Liczba olbrzymia, zgoda.

Niemniej 70% orzecznictwa jest ok. A to oznacza, że każda sprawa pokrzywdzonego, wydająca się nawet najbardziej oczywistą, musi być zbadana dokładnie. Zbyt łatwo możemy bowiem osobę winną uznać za ofiarę.

Prawdopodobieństwo pomyłki sądowej wynosi bowiem 1:2. Na trzy sprawy przypada 1 pomyłka.

Tak na marginesie tylko – sądzę, że mniej pomyłek byłoby wtedy, gdyby zamiast prawników sędziami uczynić np. inż. metalurgów czy też absolwentów uniwersyteckiej chemii.

I jedni, i drudzy posługiwaliby się (nawet mimowolnie) wpojoną im podczas studiów logiką.

Wróćmy jednak do tematu zasadniczego.

Jak już wspomniałem manipulator porusza nasze wnętrze w celu uzyskania spodziewanego efektu.

Jeśli ktoś myśli, że to wynalazek ostatnich czasów znowu jest w błędzie. Za przykład w literaturze podawany jest Friedrich Schiller, który dzięki dobroczynności swoich przyjaciół mógł utrzymać się przy życiu jako początkujący poeta.

 

Najczęstsza technika budowania współczucia nosi nazwę „reguły wysokości upadku”.

Określenie zbudowano na podstawie obserwacji a także… literatury i sztuki, w tym tragedii Ajschylosa!

Oznacza wzrost współczucia widzów proporcjonalny do wysokości upadku bohatera.

Jeśli więc bohater był przykładowo dowódcą, szlachcicem, rzutkim przedsiębiorcą robiącym karierę czy też dysponującym unikatową w skali europejskiej wiedzą – ogólnie był człowiekiem poważanym i szanowanym, jego upadek budzi współczucie.

Szczególnie wtedy, gdy jest on przedstawiany jako efekt działania spisku. Jakiejś mafii, najlepiej oplatającej swoimi mackami również i tych, którzy mogliby mu pomóc.

Nikogo nie interesuje potknięcie sprzątaczki czy bezrobotnego. Inna sprawa, że spadając z ich wysokości trudno nawet skręcić kostkę.

 

Technika współczucia bardzo często łączona jest z tzw. techniką kaznodziei.

Ta ostatnia bierze swoją nazwę od wędrownych duchownych, jakich pełno było (i jest) w USA.

Manipulator w pewnym momencie zaczyna przemawiać już nie jako osoba pokrzywdzona, czy też broniąca cudzej krzywdy, ale jako jeden z nas.

Wtedy właśnie pierwsza osoba liczby pojedynczej zamieniona zostaje w pierwszą osobę liczby mnogiej.

Zamiast JA CHCĘ! będzie ŻĄDAMY!

Czasem może być to odwoływanie się do tzw. opinii publicznej, przy czym robione w taki sposób, by poddany manipulacji nawet przez chwilę nie zwątpił, że opinia publiczna jest tego samego zdania co manipulator!

Tego typu twierdzenie jest nieweryfikowalne dla ofiary. Nie ma bowiem mechanizmów poza żmudnym i kosztownym badaniem socjologicznym, aby potwierdzić czy zaprzeczyć tezie manipulanta.

Do tego ofiara przekonywana jest co rusz, że manipulator, bądź też ośrodek, w imieniu którego występuje, zna skuteczną receptę na wszystkie bolączki wcześniej jaskrawo przedstawiane.

Przykładowo w przypadku sądów wystarczy tylko wprowadzić sądy przysięgłe By pozbyć się ofiar tzw. psychuszek wystarczy tylko osądić i wywalić z psychiatrii wszystkich bandytów i łowców skór w togach.

I państwo będzie funkcjonować jak nigdy przedtem.

Podobna łatwość mają cechuje wszelkiego rodzaju recepty wygłaszane przy kuflu piwa.A kilkadziesią lat wcześniej - w maglu.

Dlatego potrzebny jest etap kolejny. By uwiarygodniać swoje stanowisko ktoś musi publicznie złożyć podziękowanie. Np. za otwarcie oczu, za trudną i wytrwałą walkę w obronie „rzesz pokrzywdzonych”. W ostateczności zaś – potępić oponenta, który „niegodnie” czy też tylko „po chamsku” atakuje swoistą nadistotę niosącą światło i dobro dla wszystkich.

Manipulator będzie zatem wyłapywał nawet najmniejsze oznaki przychylności i je nagłaśniał, a w najbardziej drastycznych przypadkach sam je stworzy.

Chodzi o to, by jak największa liczba odbiorców była przekonana o poparciu manipulatora. Wtedy poparcie będzie tylko przyłączeniem się do już istniejącej grupy.

Czemu to służy?

W najbardziej prostym ujęciu, nazwałbym go na użytek tego teksu schillerowskim, do bezpośredniego zaspokojenia potrzeb manipulanta.

On, jako ofiara prześladowania ze strony „mafii”, zniszczony przez spisek, prosi jedynie o pomoc. Czasem nawet nie dla siebie, ale dla osoby innej, często spokrewnionej, a która wobec doznanych nieszczęść stoi u krawędzi śmierci, nie ma pieniędzy na leczenie, bo np. złe państwo nie chce wynagrodzić szkód, jakich samo narobiło.

Pojawiają się czasem apele, które gdyby były użyte od razu wzbudziłyby jedynie wesołość.

Po wcześniejszym przygotowaniu mentalnym już nie rażą.

Są środki na leczenie Ukraińców i Arabów, ale nie ma dla Polaka poszkodowanego przez skorumpowanych funkcjonariuszy publicznych.

Przyjrzyjcie się bliżej tej grandzie. Okażcie solidarność!

Mamy wszystkie potrzebne elementy. Polak we własnym kraju jest dyskryminowany a na dodatek poszkodowany przez skorumpowanych urzędników publicznych.

To, co go spotkało jest złe i nie wymaga żadnych wyjaśnień.

Bo to GRANDA jest.

A więc nikt nie będzie „grandy” badał.

Bo po co ustalać coś, co już jest ustalone?

 

Oczywiście jednorazowa akcja, choćby nawet miała wycisnąć z oczu Niagarę łez na dłuższą metę ulegnie zapomnieniu.

By tak się nie stało manipulator musi korzystać z tzw. techniki aktualizacji.

Po prostu co jakiś czas pod byle pozorem będzie np. powracać do swoich starych tekstów czy trzeba czy nie. Może też powtarzać w różnym, ale zawsze negatywnym, kontekście nazwisko swojego wyimaginowanego wroga. Chodzi o to, by wyrobić u ofiar manipulacji negatywne skojarzenie. W ten sposób zamiast badania argumentów czytelnik machnie ręką, bo to przecież ten zły znowu atakuje.Technikę taką wykorzystują z powodzeniem Świadkowie Jehowy. Jeśli w dyskusji biblijnej potencjalna ofiara sekty bierze górę znaczy to tylko i aż, że przemawia przez nią szatan. A ten jest przecież inteligentniejszy od człowieka.To powoduje, że sektowy głosiciel jest odporny na każdy argument nie potwierdzajacy strażnicowej wersji.

Odpowiednio wysoki poziom manipulacji jest powodem, dla którego nawet przedstawienie faktów takimi, jakimi są, a nie wyobrażenia o nich, będzie poczytane za kłamstwo.

 

Na wszelki wypadek manipulator będzie starał się uprzedzić atak i przygotować swoje ofiary na niego. Oto ktoś, kto prawdę nazywa po imieniu, czyli wróg manipulatora nr 1, będzie np. określany zwolennikiem bandytów w togach, członkiem mafii psychiatrycznej, opłaconym trollem itp. Na dodatek ze wszech miar trwać będzie kampania poniżania poprzez imputowanie niejasnych powiązań czy też braku wykształcenia (którym sam manipulator pochwalić się nie może, ale stwarza na ten temat legendy) itp.

Wszystko po to, by móc nie odpowiadać merytorycznie nawet na najbardziej racjonalne argumenty.

Manipulator w wielkiej skali jest w stanie pociągnąć za sobą społeczeństwa (vide: Józef Stalin).

Ktoś o ograniczonym zasięgu manipulacji trafia do grupy. Typowym przykładem niebezpieczeństwa, na które narażają się osoby zmanipulowane jest los wyznawców Jamesa Jonesa i jego Świątyni Ludu.

Na co dzień natomiast spotykamy się z manipulacją w Internecie.

Na szczęście jest ona ograniczona do pojedynczych blogów, czasem – portali.

Dzisiaj już nie ma wątpliwości, że upadający na naszych oczach NEon24 jeszcze jako Nowy Ekran miał właśnie takie zadanie.

Wyraźnym krokiem w kierunku utworzenia zgrai internetowych zombie była nieudana na szczęście próba utworzenia tzw. republiki blogerów i komentatorów.

Ale zabrakło cierpliwości gienierałom. NE mógł powoli i niepostrzeżenie przekonywać do swoich celów coraz liczniejszych. Szczególnie dlatego, że zarówno warsztatowo jak i merytorycznie pierwsza obsada redakcji była mocna. Nieliczne wyjątki zajmowały się pisaniem komentarzy czy też budową nikomu niepotrzebnej struktury quasisamorządowej.

Projekt padł ze względu na chciwość i chęć „zaoszczędzenia” drugiego miliona.

Nie tylko NE/NEon pełni rolę manipulatora.

Czasy „szczurów z Mysiej”, czyli cenzury mamy za sobą. Jednak cenzura państwowa paradoksalnie pozwalała na przemycanie informacji o których dzisiaj nawet nie można zamarzyć, by je opublikować.

Mam to szczęście, że pierwszy tekst opublikowałem jeszcze za czasów tow. Edwarda Gierka.

Głęboko przekonany o istnieniu wszechcenzury zamiast pisać o SZMP (Socjalistyczny Związek Młodzieży Polskiej) użyłem w tekście słowa „organizacja”.

Jakież było moje zdziwienie, gdy podczas redakcyjnego dyżuru nagle zadzwonił telefon, a w słuchawce rozległ się głos…. cenzora.

Pytał, czy może rozmawiać z autorem tekstu. Wybąkałem, że jest przy telefonie. Zapytał mnie, czemu nie piszę, jaka to organizacja. Palnąłem, że to dlatego, iż jest cenzura.

Facet wybuchł śmiechem, i poinformował mnie, że właśnie cenzura domaga się nazwy organizacji.

Podałem, tekst ukazał się z właściwą nazwą, co wzbudziło zdumienie nie tylko moje.

Moja autocenzura, wynikająca z fałszywych wyobrażeń, okazała się silniejsza od tej realnej.

Dzisiaj, niestety, cenzura nie jest subtelna.

Ktoś, kto pisze np. na portalu inaczej, niż życzy sobie grupa trzymająca lokalnie władzę po prostu wylatuje.

Ban. I po kłopocie.

Albo też musi się liczyć z tym, że jego teksty przelatują tak, że są na granicy oglądalności.

Człowiek inteligentny, a jednocześnie pozbawiony zasad, raz dwa się dostosuje.I załączy autocenzurę.

Ktoś, kto ma wyrobiony światopogląd odmienny od obowiązującego skazany jest na marginalizację lub niebyt.

 

Jak długo jeszcze to potrwa?

Coraz wyraźniej widać, że zamiast walki o rzeczywiste zmiany kanalizuje się aktywnych wokół zupełnie odjechanych celów. Czasem też po kilku latach walki nagle dostrzegamy, że ofiara, za którą dawaliśmy z siebie wszystko, to osoba zaburzona psychicznie, wymagająca stałej opieki lekarskiej, często działająca na szkodę własnej rodziny. Albo też jest to były agent komunistycznych służb specjalnych, nagle obrzezany na prawicowca.

Demaskowanie tych ludzi jest wymogiem przetrwania Polski. Inaczej będziemy ganiać za cieniem tak długo, aż opadniemy z sił.

A jeszcze wcześniej zapomnimy o celu.

c.d.n

 

3.08 2019

Ocena wpisu: 
Twoja ocena: Brak Średnio: 3.6 (głosów:10)

Komentarze

Komentarz niedostępny

Komentarz użytkownika Polak Polak został oceniony przez społeczność bardzo negatywnie i jest niedostępny. Nie można go już odkryć. Bardzo nam przykro.. :(

#1598852