Zasadzka na człowieka noszącego krzywdę w sercu

Obrazek użytkownika Godny Ojciec
Kultura
zło

Uniknęliśmy tragedii dzięki wierze... Tak, dzięki wierze w Boga. Dzięki temu, że wcześniej udało nam się oczyścić serce z rozpaczy, przezwyciężyć poczucie krzywdy i wyleczyć się z nienawiści do bliźnich

 

 

http://godnoscojca.salon24.pl/671321,o-tym-jak-szefowa-skierniewickiego-mopr-u-bawila-sie-w-bonda  

Rodzina przyjęła mój powrót na plac zabaw w sposób entuzjastyczny. Żona, jak każda kobieta w podobnej sytuacji była ciekawa szczegółów mojej rozmowy z radnym T.

http://godnoscojca.salon24.pl/670940,egzorcyzmy-na-hipokryzje-i-apostazje

Od dzieci otrzymałem całą masę całusków i zostałem zasypany wrażeniami na temat zalet infrastruktury nowootwartego placu. Kątem oka dostrzegłem, że pani Janina Wawrzyniak nie podziela entuzjazmu moich dzieci. Spoczęła na kolistej ławeczce oplatającej rosłego dęba, który jeszcze przed chwilą służył jej jako parawan do tajnych obserwacji mojej rodziny. Nadal służył jej jako parawan, ale tym razem raczej ukrywający konsternację wynikającą z przyłapania jej przeze mnie na nieprzyzwoitym uczynku.

Zanim cokolwiek zrelacjonowałem żonie z przed chwilą odbytej konferencji, zapytałem czy zauważyła coś niepokojącego. Niczego nie zauważyła, ale zaczęła się niepokoić. Zapytałem czy naprawdę nie zwróciła uwagi na to, że ma zaszczyt być śledzoną osobiście przez samą panią dyrektorkę skierniewickiego MOPR-u.

  • No nie gadaj! - Czujnie rozejrzała się wokoło, ale nikogo wyglądającego na dyrektora nie zauważyła - Jak mogłam zauważyć tę W skoro nawet nie wiem jak wygląda? Ja jej nie znam!

  • Siedzi zaraz przy wejściu na plac – szepnąłem - Trochę zasłania ją pień drzewa wokół którego wykonano ławeczkę - Pani W właśnie na siłę próbowała zagadnąć siedzącą obok mamuśkę. Młoda kobieta jednak niezbyt była zainteresowana jej przesadnymi umizgami. Po chwili wstała i zostawiła naszą bohaterkę w towarzyskiej próżni. Wyglądało to dość zabawnie.

Żona dyskretnie spojrzała we wskazanym przeze mnie kierunku.

  • Ta chuda babcia to jest szefowa MOPR-u? - z niedowierzania miała szeroko otwarte oczy, a jeszcze szerzej usta - rzeczywiście ta kobieta kręci się po placu od jakiegoś czasu, zaczepia dzieci i rodziców. Z początku myślałam, że to jakaś nawiedzona opiekunka któregoś z dzieciaków, ale wygląda, że jest samotna... Raz nawet trochę się przestraszyłam kiedy A przebiegła tuż przed jej nosem. Miałam nieodparte wrażenie, że z trudem powstrzymała się żeby jej nie schwytać.

  • Tu jest zbyt wiele świadków żeby mogła sobie pozwolić na takie wybryki - Uśmiechnąłem się uspokajająco.

Usiedliśmy i zacząłem relacjonować spotkanie z radnym T. Kątem oka jednak obserwowałem igraszki dzieci, i od czasu do czasu zerkałem co też porabia szefowa MOPR-u. Pani Janina tymczasem zmieniła taktykę, ogarnęła się z zakłopotania i znów była pełna energii. Zaprzestała wysiłków zmierzających do wtopienia się w tło. Przeciwnie, od paru minut usiłowała zwrócić na siebie naszą uwagę, nawiązać kontakt wzrokowy. Jej spojrzenia stawały się coraz bardziej natrętne i wyzywające. Odczułem z tego powodu pewien dyskomfort.

  • Czego ta baba od nas chce – zirytowała się w końcu żona.

  • Też masz wrażenie, że się nam przygląda coraz bezwstydniej? - upewniłem się. Żona przytaknęła skinieniem – cóż chyba najlepiej będzie zignorować jej zaczepki?

Przyniosło to skutek nieomal natychmiastowy. Natrętka widząc bezskuteczność swoich wysiłków przerzuciła swą uwagę na dwie kolejne mamuśki, które w międzyczasie przysiadły opodal. Tym razem poszło lepiej, udało się jej dość szybko wkupić w łaski słuchaczek i na tyle zdobyć ich zaufanie, że już po 15 minutach pozwoliły jej obejmować swoje dzieci i nawet sadzać na kolanach.

Wydawało się, że pani Wawrzyniak znalazła w końcu swoje powołanie i tak się zajęła kokietowaniem nowych przyjaciół, że wreszcie o nas zapomniała. My też o niej wkrótce przestaliśmy pamiętać. Przez ponad godzinę mieliśmy spokój. Zdążyłem opowiedzieć żonie wrażenia odnośnie radnego T, docenić walory architektoniczne pobliskiego kontenera z toaletą w środku, podyskutować ze znajomymi, a nawet popodziwiać sprawność fizyczną i umysłową naszych pociech wyróżniających się na tle innych dzieci tym że biegały na bosaka.

W pewnym momencie zauważyłem, że pani Wawrzyniak wraz z towarzystwem przesiadła się bliżej nas. Szefowa MOPR-u z przejęciem coś opowiadała a towarzyszące jej mamuśki z coraz większym zainteresowaniem taksowały nas wzrokiem, co prawda nieśmiało i wstydliwie, ale z dziwnymi uśmieszkami. Kiedy udało jej się złowić moje spojrzenie, rozprostowała się i ostentacyjnie przeciągnęła wypinając sztuczny biust, dbając przy tym by jeszcze bardziej sztuczny od biustu uśmiech, przyklejony do jej twarzy nie zmienił wyrazu ani na jotę. Co to miało znaczyć? Po prostu zamurowało mnie. Pierwszy raz miałem do czynienia z tak ostentacyjnymi „zalotami”, do tego w wykonaniu osoby wyglądającej na lat 70! Żona zauważyła moje zmieszanie więc podążyła wzrokiem do jego przyczyny. Obdarzona została przez panią Janinę równie demonstracyjnymi zalotami, kocim prężeniem tułowia, oraz trzepotaniem rzęs. Żona spojrzała na mnie zdezorientowana

  • Czy ona ma do nas jakiś interes? - zapytała z niedowierzaniem.

  • Niby jaki? - wzruszyłem ramionami – dopiero teraz, jak jej się koło tyłka pali? Kiedy w sądzie wyszły na jaw jej matactwa?

  • Może chce jakoś tę sprawę zakończyć po ludzku? Może naszły ją wyrzuty sumienia?

Moja żona ma dobre serce, widzi człowieka czasem nawet tam gdzie go nie ma, pomyślałem.

  • Nawet jeśli, to już nie mają na sprawę żadnego wpływu – odparłem ze smutkiem – gdyby chociaż nie odrzucili oferty mediacji...

Co do tej mediacji: Na początku rozprawy mój adwokat wpadł na pomysł żeby zaproponować MOPR-owi mediację. Dobry pomysł dla ludzi cywilizowanych, przyznałem ze smutkiem. Retorycznie zapytałem co na tym możemy zyskać? Odpowiedział, że co prawda mediacja nie wiąże sądu, ale przyjęte jest, że jak strony zawrą kompromis to ją akceptuje. Znając już sąd, tylko uśmiechnąłem się wyrozumiale. Jaki my możemy zaoferować kompromis? - zapytałem. No na przykład zgodzi się pan przeprosić ich za zbyt obcesowe potraktowanie, albo coś w tym stylu, a oni wycofają zarzuty. A prokurator? - zapytałem. Spuścił tylko oczy. Uśmiechnąłem się. Jestem pewien na 100%, że nie zgodzą się na żadną mediację, odparłem z ponurą miną. Dlaczego tak pan uważa, zapytał zdziwiony. Bo od początku kłamią. Oni chcą mojej krwi, odparłem. Bo miałem czelność przeciwstawić się ich zamiarom co do naszych dzieci chyba jako pierwszy w tym mieście, ujawnić ich niekompetencję i zakłamanie, pokazać ludziom co tak na prawdę się kryje za wycmokaną i wypieszczoną w mediach wydmuszką ich autorytetu. Dlatego zgadzam się żeby im pan tę mediację zaproponował. Zmierzył mnie nic nierozumiejącym spojrzeniem.

Zrozumiał dopiero gdy ujrzał zawzięte miny przedstawicieli MOPR-u kiedy odrzucali jego naiwną ofertę. Czy zauważył wówczas minę sędziego? Ja zauważyłem i ciarki przeszły mi po plecach.

Sędzia niepostrzeżenie usiłował ściągnąć uwagę funkcjonariuszy MOPR na siebie - bez skutku. Próbował dawać im dyskretne znaki żeby mediacji nie przyjmowali - nie zauważyli. Niepotrzebnie się niepokoił, MOPRowcy odrzucili naszą dłoń wyciągniętą w kierunku ugody, zupełnie bez jego udziału.

Tymczasem na placu zabaw pani dyrektor Wawrzyniak świdrowała już nas wzrokiem jak wiertarka, bez żadnej przerwy, a towarzyszące jej mamuśki wprost lewitowały z podniecenia. Za chwilę coś miało się wydarzyć. Tylko co? Nie wytrzymałem.

  • Chyba zaraz pójdę do tych ładnych pań i zapytam czym sobie zasłużyłem na taką adorację? - parsknąłem.

  • Jak chcesz – skrzywiła się żona – ale one chyba tego właśnie chcą?

  • Może jednak lepiej dajmy sobie z nimi spokój? - zdecydowałem - Późno już... Dzieci wyglądają na zmęczone... chyba ponad cztery godziny zabawy na placu wystarczy?

Zebraliśmy się więc i ruszyliśmy w kierunku wyjścia. Dzieci w ogóle nie protestowały, co oznaczało, że są nasycone zabawą aż po brzegi. O dziwo nawet wyraziły zadowolenie z faktu, że już wracamy do domu. Wymijając panią Janinę odczuliśmy ogromne napięcie narastające w całej jej drużynie. Spodziewają się, że rzucimy się na nie i pogryziemy czy co? Przemknęło mi przez głowę. Przy wyjściu z placu zatrzymaliśmy się na chwilę bo żona spotkała znajomą. Korzystając z tego obejrzałem się w stronę naszych niedawnych adoratorek. Zanotowałem coś niezrozumiałego. Panie siedziały teraz jak manekiny, jakby nagle spuszczono z nich powietrze. Gapiły się z zakłopotaniem w czubki własnych butów w ogóle już ze sobą nie rozmawiając. Z tym, że młode mamy miały miny raczej zaskoczone i zdezorientowane, natomiast pani Wawrzyniak wyglądała na wielce zakłopotaną. Jakby znów została przyłapana na jakimś nieprzyzwoitym uczynku? Co też ona im o nas naopowiadała? Nie ważne... To ich problem, pomyślałem.

 

*

Wieczorem po kolacji obrazki z pobytu w skierniewickim parku wróciły. Nie dawało nam spokoju zachowanie dyrektorki MOPR. Gdyby chciała porozmawiać, załagodzić sprawę, wynagrodzić za krzywdy nam wyrządzone miała przecież lepszych sposobności bez liku. Mogła w ostateczności wysłać nam oficjalne zaproszenie do swojego biura. Dlaczego nie? Mogła skontaktować się z naszym adwokatem, albo przekazać wiadomość przez przewodniczącego rady. Więc nie chodziło jej o cywilizowane zakończenie afery...

  • Gdybym wtedy podszedł i zapytał być może już bym wszystko wiedział? - kombinowałem na głos.

  • Kiedy? Wtedy gdy Wawrzyniakowa prowokowała nas wzrokiem do ataku jak jakieś wściekłe psy?! – wybuchnęła żona – Już byś siedział! A idiotki obok niej które z podniecenia aż zapomniały o swoich dzieciach, z przekonaniem świadczyłyby w sądzie że jesteśmy wariatami bez powodu atakującymi spokojnych ludzi na ulicy.

  • Rzeczywiście! - zajarzyłem - Ona nas prowokowała dokładnie tak jak się prowokuje psy do okazania agresji. A więc to była po prostu kolejna prowokacja!

  • Wredna baba – żona pokręciła głową z niesmakiem.

Tak, to musiała być kolejna misterna pułapka z zimną krwią zastawiona na niczego nie podejrzewające ofiary, rozmyślałem. Przypomniały mi się dziwne wypadki jakie mają miejsce w naszym życiu od kiedy wkroczył w nie skierniewicki MOPR. Każdy z nich mógł doprowadzić naszą rodzinę do katastrofy.

Uniknęliśmy tragedii dzięki wierze... Tak, dzięki wierze w Boga. Dzięki temu, że wcześniej udało nam się oczyścić serce z rozpaczy, przezwyciężyć poczucie krzywdy i wyleczyć się z nienawiści do bliźnich którzy zbłądzili.

Nie ma co, kobieta zna się na ludziach. Zwłaszcza na ludziach skrzywdzonych, zaszczutych, wyalienowanych ze społeczeństwa, przepełnionych żalem i bólem. Oni są jak tykająca bomba. Wystarczy wiedzieć w którym miejscu nakłuć taką bombę i mamy bum! Wystarczy na tę okoliczność przygotować odpowiednią legendę, wiarygodnych świadków, może fotografa, który zrobi zdjęcie? I już można wtrącić „patologię” do tiurmy. A potem spokojnie wysłać dzieci do pogotowia opiekuńczego. Kilkadziesiąt lat doświadczenia daje ogromną wiedzę. A wiedza daje władzę. A władza?

Najczęściej prowadzi do piekła.

 

Dziękuję Ci Panie Boże za twą opiekę i łaskę.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Ocena wpisu: 
Twoja ocena: Brak Średnio: 5 (głosów:2)