Jak skierniewicki MOPR szyje mi brudne buty. Przygotowanie pod pacyfikację?

Obrazek użytkownika Godny Ojciec
Kraj
http://niepoprawni.pl/sites/default/files/galerie/10436-Godny%20Ojciec/prawdy_ani_troche_0.jpg

Dnia 03.09.2015.r. moja żona znów wróciła z pracy ze łzami w oczach. Zapytałem co się stało. Nie była w stanie wypowiedzieć słowa, nie pozwoliła się nawet przytulić. Podała mi tylko gazetę, „Głos Skierniewic” i wybuchła płaczem. Lokalny tygodnik był otwarty na dziesiątej stronie. Krzyczał z niej wielki tytuł: „Opiekunka środowiskowa zaatakowana przez podopiecznego”.

Uśmiechnąłem się z rezygnacją, spodziewając się, że to kolejny z licznych incydentów z udziałem funkcjonariuszy skierniewickiego MOPR-u, o którym prawdy z pewnością nie dowiemy się z prasy. Nie śmiej się, to niby o Tobie – załkała żona – jak ona mogła napisać coś takiego? Tyle kłamstw, takie ordynarne manipulacje, przecież zna sprawę, poznała dzieci, dostaje dokumenty...

Wiedziałem, że mówi o Annie Wójcik-Brzezińskiej czołowej dziennikarce „Głosu”.

http://mm.salon24.pl/ds/cn/dscn1832-579b18f57cb5af846a37c38,2,0.jpg

 

Pani Ania przed dwoma laty napisała o naszej sprawie artykuł. Był w miarę zgodny z prawdą, nie licząc kilku niezbyt fortunnych sformułowań i drobnych nadinterpretacji, które uznałem za przypadkowe wpadki warsztatowe. W sumie byłem z niego zadowolony bo przebił klosz milczenia i przyhamował podłą kampanię oczerniania naszej rodziny, a tego bardzo wówczas potrzebowaliśmy. Wciąż jestem pani Annie wdzięczny za tę publikację, choć dziś oceniam ją nieco inaczej. Od tamtego czasu pani Ania jest obecna prawie na każdej mojej rozprawie, zawsze słucha z uwagą i pilnie notuje. Od roku zaczęło mnie niepokoić, że pomimo takiego zaangażowania dziennikarki w sprawę, pomimo sensacyjnych precedensów zdarzających się prawie na każdym posiedzeniu sądu, od dwóch lat nic się w „Głosie” na temat naszej sprawy nie ukazało.

Od roku zacząłem podejrzewać, że nie o takie newsy chodzi, że gdyby to były jakieś fakty świadczące na moją niekorzyść to co innego... Ale w końcu coś spłodzić było trzeba. No i doczekałem się. Co prawda już parę miesięcy temu ukazał się w „Głosie” artykuł użalający się nad fobiami co niektórych funkcjonariuszy MOPR, którzy poczuli się zagrożeni podobnym nieszczęściem jakie wydarzyło się akurat w pobliskim Makowie, ale ordynarne aluzje do mojej osoby były w nim tak głęboko zawoalowane, że czytelne chyba jedynie dla mnie i najbardziej wtajemniczonych. Pani dyrektor MOPR Janina Wawrzyniak publicznie zażądała wówczas od prezydenta miasta Krzysztofa Jażdżyka potężnych inwestycji w wykrywacze metali, ochroniarzy i całodobowy monitoring swojej twierdzy. Przekroczyła wówczas wszelkie granice śmieszności, więc dyskretnie przywołano ją do porządku. Przynajmniej tak mi się wydawało. Po dzisiejszej publikacji „Głosu” wiem, że w Skierniewicach nie da się przekroczyć granicy śmieszności. Tu nie istnieje opinia publiczna, która by ją potrafiła wyznaczyć.

Początkowo zamierzałem zamieścić tu link do omawianej publikacji. Niestety nie ma tego tekstu na oficjalnej stronie „Głosu”. Przeczytałem niedawno, chyba u Michalkiewicza (?), że najgrubsze szwindle w prasie publikowane są jedynie w wersji papierowej. Ciekawe dlaczego?

Zainteresowani czytelnicy będą się więc musieli zadowolić kiepskiej jakości fotokopią, za co z góry przepraszam.

http://mm.salon24.pl/ds/cn/dscn1833-c65c70a62b59d16cab421e5,2,0.jpg

 

 

 

Ocena wpisu: 
Twoja ocena: Brak Średnio: 5 (głosów:3)