Widoki i powidoki

Obrazek użytkownika Bielinski
Kultura

Wieczór, początek jesieni, o ósmej wieczorem jest już ciemno, siedzi więc człowiek w fotelu i ogląda telewizję. Trafiłem na film „Powidoki”, w reżyserii Andrzeja Wajdy. Szczerze mówiąc zaczynałem oglądanie nie spodziewając się niczego ciekawego. Ot, myślę sobie, dam mu pięć minut, góra dziesięć minut szansy, potem zmieniam kanał. Mam ambiwalentny stosunek do filmów Andrzeja Wajdy. W młodości je uwielbiałem, obecnie bardziej męczą niż się podobają. Kiedyś obrazoburcze, nowatorskie, antysystemowe, dziś rażą zakłamaniem, wazeliniarstwem, komunistyczną propagandą, która przez nie wyziera, wreszcie (zdarza się) naiwnością. Wajda jest autorem bodaj trzydziestu obrazów, z której to liczby liczą się kilka najlepszych, jak „Kanał”, „Popiół i diament”, czy „Człowiek z marmuru”, o słabszych filmach lepiej nie wspominać. Zresztą tak jest zawsze. Z obszernego dorobku każdego twórcy liczą się tylko dzieła najlepsze. Nieliczne.  

   „Powidoki” to film o Władysławie Strzemińskim. Nie lubię sztuki współczesnej. Współczesnego malarstwa, rzeźby, ani współczesnej muzyki. Jestem tu bezstronny, bowiem nie przyznaję sobie żadnych talentów plastycznych. Muzyka dla mnie kończy na Strawińskim, a malarstwo na wczesnym Picassie i Salwatorze Dali. Czyli około lat trzydziestych XX wieku. Kiedyś uwielbiałem surrealistów. Pamiętam jedną lekcję rysunków w szkole podstawowej, lata temu. Wtedy nazywało się to wychowanie plastyczne. Mieliśmy coś namalować farbami plakatowymi. Dałem z siebie wszystko. Miał to być krajobraz, chyba. Namalowałem żółte pola, niebieskie niebo z chmurami i czarną drogę, czarną lub ciemnobrązową. Byłem bardzo zadowolony z siebie i ze swojego dzieła. A dzieci się śmiały, i pani od rysunków się śmiała. Od tego czasu nie zajmuję się plastyką. Czy stąd bierze się mój uraz? Moja niechęć, a przynajmniej rezerwa do Strzemińskiego, jednego z plejady współczesnego malarstwa, malarza – konstruktywisty, cokolwiek to znaczy?

   Główny bohater filmu Władysław Strzemiński to osoba niezwykła, trzeba to przygnać. Władysław Strzemiński, urodziny w roku 1898 w Mińsku, zmarł 26 grudnia 1952 roku. Malarz, teoretyk sztuki, autor „Teorii widzenia”, w której wyłożył swoje teorie o powidokach, czyli po-widzeniu. W filmie zatytułowanym (sic!) „Powidoki”, ta teoria jest usilnie lansowana, jako niezwykłe osiągnięcie, „odkrycie” Strzemińskiego, co budzi jedynie irytację połączoną z politowaniem. W sumie jest to oczywista oczywistość te powidoki. Widzenie to złożony proces, w którym bierze udział oko i mózg. Są ludzie, którzy mając doskonałe oczy nic nie widzą, na skutek np. urazu mózgu, czy udaru. Ewolucyjnie mózg rozwinął się i ukształtował, aby analizować sygnały pochodzące z oka. Nasze oko odbiera obraz odwrócony, a przecież widzimy „normalnie”. Niemowlęta być może widzą obraz prawdziwy, czyli odwrócony, mózg dopiero się uczy, ale przecież nikt nie pamięta, co widział w wieku dwóch, trzech miesięcy. To mózg odwraca obraz, tworząc obraz urojony, a przecież wierny; nie wpadamy na słup, czy do dziur, omijamy przeszkody. Obraz wierny, ale nie idealnie. Zawsze jest domieszka interpretacji, różna u każdego z nas. Dlatego m. in. się różnimy. Każdy z nas „widzi” tę samą rzecz nieco inaczej. Wszyscy żyjemy w rzeczywistości wirtualnej tworzonej przez nasz mózg. Rzeczywistość wirtualna, tak modna obecnie, to nic nowego. Natura wpadła na ten pomysł miliony lat temu. Osoby chore psychicznie cierpią na omamy wzrokowe, czuciowe, czy słuchowe. Omamy wytwarza mózg. Nie istnieją realnie i co z tego? Dla nich te widziadła są równie realne jak dla mnie widok mojej dłoni. Wszyscy żyjemy w rzeczywistości wirtualnej: każda informacja jest filtrowana, przetwarzana, analizowana przez mózg, przez głębokie podkłady niekontrolowanej podświadomości zanim do nas, do naszej jaźni dotrze, dlatego m. in. tak trudne są związki. On i ona odbierze odmiennie to samo wydarzenie, słowo, gest. Podobnie patrząc na coś, np. na krajobraz, zachód słońca, górski pejzaż widzimy nie to, co jest, ale to, co do nas dociera. Co rejestruje nasza jaźń, zabarwione jest przez to, kim, czym jesteśmy. Jeden kocha zachody słońca, drugi ich nie cierpi.

   Nie czytałem „Teorii widzenia”. Być może są tam cenne wskazówki dla artystów, atoli usilne lansowanie w filmie „powidoków”, jako oryginalnego odkrycia Strzemińskiego budzi niejaką irytację. Pośród artystów, rzeźbiarzy, malarzy, również malarzy pokojowych, pewnie jest to jakieś odkrycie. Ale artyści, malarze to misie o słabym rozumku. Ale za to, jakie sprytne to są gady, ci artyści, sprytne, obrotne, próżne i zawistne.

   Pomijając teorię sztuki, zostaje Strzemiński malarz, człowiek. Strzemiński ukończył carską szkołę wojskowej inżynierii lądowej. Był inżynierem wojskowym, miał wykształcenie ścisłe, politechniczne. Żaden artysta. W maju 1915 na froncie roku jeden z jego żołnierzy potknął się i odrzucił grant, który wpadł do okopu, w którym stał Strzemiński. Wypadek. Głupi wypadek. Strzemiński został ciężko ranny. Stracił prawą nogę, lewe ramię i prawe oko. Myśliwi powiadają, że strzelba chociaż raz musi sama wypalić, co dopiero na froncie, gdzie jest mnóstwo ludzi z bronią, granatami, materiałami wybuchowymi.. Wielu żołnierzy ginie, lub odnosi rany właśnie w podobnych zdarzeniach, wypadkach nie do uniknięcia. W szpitalu, podczas rekonwalescencji Strzemiński zaczyna malować. Rodził się Strzemiński malarz. Młody mężczyzna, dwadzieścia dwa lata budzi się w szpitalu, jako kaleka: bez ręki, nogi, oka. Czemu ze sobą nie skończył? Czemu żył, pokonywał dzień za dniem, gdy każda godzina pełna była goryczy, poniżeń i bólu? Przez sztukę, przez malarstwo. Strzemiński to człowiek, który stworzył sam siebie, swoją sztukę ciężką, uporczywą pracą, poświęceniem, no i wrodzonym talentem.

   W szpitalu Strzemiński poznał Katarzynę Kobro, prawosławną Rosjankę o niemieckim pochodzeniu. Również o artystycznych aspiracjach, później została awangardową rzeźbiarką, prywatnie żoną Strzemińskiego. Widziałem kilka jej zdjęć. Wiem, że nie ma brzydkich kobiet, tylko wina czasem brak, tutaj zdecydowanie potrzeba wiele wina. Katarzyna Kobro, oględnie mówiąc, nie grzeszyła urodą. Na niektórych zdjęciach wygląda wręcz koszmarnie. Wysoka, sucha, wychudzona jak anorektyczka. Strzemiński był przystojnym mężczyzną. On genialny malarz i kaleka, ona brzydka i pełna poświęcenia. Przepis na filmowy hit, przepis na życiową katastrofę.

   Ile to powstało filmów, albo książek o genialnym malarzu i jego uroczej muzie. On piękny, młody, no i genialny, ona piękna, czuła i dobra. On ma jakąś skazę, jakąś ułomność, najczęściej to alkoholizm, ale dzięki niej, jej pomocy, jej miłości po licznych perypetiach wychodzi z nałogu, staje na nogi, maluje jakieś genialne dzieło i odnosi sukces. I żyją długo i szczęśliwie. A licznik konta się kręci i kręci, i kręci. Tyle kino. Tu mamy historię prawdziwego związku. Wiele kobiet chętnie nawiąże przelotny romans z genialnym, kalekim artystą, lecz która zechce związać się z kaleką na stałe? Jednakże Katarzyna Kobro była kobietą niezwykłą. Nie przez swoje dzieła, bo te przeminęły, czy teorie, bo też przebrzmiały, ale przez swoje życie. Właściwie dziełem każdej kobiety jest jej życie i dawanie nowego życia. Tu każda jest artystką. Czyżby Bóg uznał, że kobiety rodząc i wychowując dzieci już wystarczająco dosyć tworzą, a twórczość tak zwaną artystyczną przeznaczył dla jałowych w kwestii dawania zżycia mężczyzn – jałowych poza zapłodnieniem, czyli kilku pierwszymi minutami – jako swoistą rekompensatę?

    Najważniejszym wydarzeniem w życiu Katarzyny Kobro był jej wieloletni związek, małżeństwo ze Strzemińskim. Strzemiński i Kobro. On młody, genialny malarz, kaleka, okaleczony w I wojnie światowej, ona młoda, zdolna artystka. Mieli tylko siebie, potrzebowali siebie… Wydawać by się mogło, że między nimi będzie dobrze, musi być dobrze. Było źle, z biegiem czasu coraz gorzej. Jeszcze w dwudziestoleciu międzywojennym, gdy Strzemiński był zdobywającym coraz większe uznanie malarzem, gdy sprzedawał obrazy, gdy żyło im się dostatnio i wygodnie, było jeszcze jako tako. Może nawet całkiem dobrze. Nic tak dobrze nie pokrywa naszych wad jak bogactwo i powodzenie. Ale przyszła wojna numer dwa, niemiecka okupacja, Strzemiński stał się nikim, mniej niż nikim. Polskim kaleką, pasożytem nie zdatnym do pracy nie wartym kartek na żywność. Zaczęła się bieda, nędza, głód i chłód. Początkową miłość, wzajemną fascynację zastąpiła niechęć, wreszcie szczera nienawiść. Podobno pod koniec ich związku nie odzywali się do siebie słowem; porozumiewali się pisząc do siebie karteczki. Strzemiński i Kobro to wyjątkowo toksyczny związek. Ranili się tak zajadle, aż nie pozostał na nich cal skóry niepokrytej ranami. Ranili się dalej i nie mogli przestać, jakby znajdując perwersyjna przyjemność w zadawaniu sobie wzajemnego bólu. Ranili się rzecz jasna słowami, głównie słowami, choć nie jedynie. Poza wszystkim byli to bardzo inteligentni i kulturalni ludzie. Strzemiński i Kobro. Podwójne piekło. Piekło za oknem i piekło w sobie. Albo piekło w piekle.

   Ale o tym film milczy. Katarzyna Kobro to wielka nieobecna filmu Wajdy. Ledwie w nim wzmiankowana. Nie można pisać o Strzemińskim nie pisząc o jego małżeństwie i jego żonie - Katarzynie Kobro. Mieli jedną córkę, która nie przypadkiem, jako dorosła kobieta wybrała zawód lekarza psychiatry. I nie wyszła za mąż. Dość się naparzyła, jako dziecko. "To, co widziałam, wpłynęło na resztę mojego życia, na mój stosunek do otoczenia, do mężczyzn. Bałam się, że w przyszłości moje małżeństwo zamieni się w coś zbliżonego do związku moich rodziców, w którym nigdy nie było czułości, serdeczności, miłości" - pisała Nika Strzemińska. Podobno Strzemiński bił żonę kulami. Ładna opowieść i łzawa, ale coś tu nie gra. Strzemiński mógł uderzyć żonę, ale raz. Nie miał nogi. Gdyby Katarzyna Kobro odeszła, to by jej nie dogonił. Zatem ona musiała się godzić na bicie. Dziwne to był związek, pogmatwany, mroczny i psychopatologiczny, lecz przecież nie jedyny taki. Ani nie najgorszy.

 

Gdyby żyli w innym, lepszym świecie, może ich historia skończyłaby się inaczej. Lecz Strzemiński i Kobro nie żyli w hollywoodzkiej bajce, lecz w realnym świecie i w środku piekła: w Polsce. Trafili na cyklon historii. Huragan, którzy ich przemielił, okaleczył podobnie jak miliony innych ludzi. Urodzeni pod koniec XIX wieku. Pokolenie, które doświadczyło najgorszego. Pierwsza wojna światowa, rewolucja październikowa w Rosji z jej barbarzyństwem, krótkie dwudziestoletnie intermezzo – oko cyklonu, gdzie jest spokojnie i pogodnie, lecz tylko przez chwilę – potem druga wojna światowa, okupacja niemiecka, terror, mordy, strach i sowieckie wyzwolenie, no nowe rządy terroru świeżo osadzonego komunistycznego reżimu.

   W czasie okupacji Katarzyna Kobro podpisała rosyjską listę narodowościową. Strzemiński żoną i córką mieszkali w Litzmannstadt (Łodzi) na terenach włączonych do Rzeszy. Rosjanie byli traktowani lepiej niż Polacy w pierwszym etapie wojny do ataku Niemiec na ZSRR. Katarzyna Kobro podpisała listę rosyjska, lecz nie niemiecką, a przecież pochodziła z niemieckiej rodziny. Strzemiński, który też podpisał list rosyjską, nie mógł jej tego wybaczyć. Żyli w biedzie, właściwe w nędzy, w głodzie i chłodzie z małą córką. Wojenne zimy były strasznie ciężkie, śnieżne, ciągnące się bez końca mrozy po dwadzieścia, trzydzieści stopni. Katarzyna Kobro spaliła własne drewniane rzeźby, żeby jej córka nie zamarzła. Takie to były czasy i taka to była kobieta. Strzemiński nie mógł wybaczyć Katarzynie narodowości, prawosławnego wyznania; wszystko mu w żonie przeszkadzało. Jak się chce psa uderzyć… Katarzyna Kobro umarła pierwsza na raka. W dwa lata później umarł Strzemiński.   

   Po śmierci żony Strzemiński oddał córkę do przytułku. Czy chciał jej oszczędzić życia w nędzy ze sobą? To łagodniejsza hipoteza. A może córka za bardzo przypominała mu żonę i w ten sposób ostatni raz na mścił się na Katarzynie Kobro, gdy ta już leżała w grobie? Władysław Strzemiński był fatalnym mężem, był fatalnym ojcem; umiał tylko malować. Tylko czy aż?

 

Strzemiński i Kobro planowali wyjazd do Paryża. Strzemiński zaczął robić karierę artystyczną, w Polsce zżyło im się dobrze i wygonie. Co by było z nimi, gdyby wyjechali z Polski? Strzemiński być może zrobiłby karierę w Paryżu, zdobył sławę i uznanie, sprzedawał swoje prace za dobrą cenę. Otoczyłoby go grono pięknych wielbicielek jego talentu. Uniknąłby głodu i chłodu. Z pewnością rozstałby się z Kobro, skończyłby ten nieudany związek. Miałby wiele kobiet i wiele dzieci, każde z inną. Lecz Strzemiński został malarzem przez przypadkowy wybuch granatu, przez swoje kalectwo. Gdyby nie kalectwo byłby dobrze opłacanym, rozsądnie myślącym, statecznym inżynierem. Jego twórczość wynikała z cierpienia. W Paryżu byłby inny Strzemiński. Od siebie, od własnego cienia nie da się uciec.

 

Miałem pisać o filmie „Powidoki”, a rozpisuję się o Strzemińskim i Kobro. W filmie Katarzyna Kobro się nie pojawia. Wielka szkoda, choć można zrozumieć wybór Wajdy. Film, w którym pojawiłaby się Katarzyna Kobro i Władysław Strzemiński razem to byłby całkiem inna opowieść. Opowieść nie dla grzecznych dzieci, dla których świat jest miłym, ciepłym, przyjaznym miejscem pełnym dobrych ludzi. Być może ktoś kiedyś nakręci film o Strzemińskim i Kobro, ale mała to szansa. Ilu znajdzie się chętnych, by zapłacić za bilet na taki film? Bardziej prawdopodobne, że ktoś napisze książkę. 

   Zatem Katarzyny Kobro nie ma w filmie, a co jest? Jest ulubiony temat Wajdy: człowiek mielony w machinie historii. Temat jego najlepszych filmów. Przełom lat czterdziestych i pięćdziesiątych, tryumfujący komunizm zda się niezwyciężony i niepowstrzymany. Sławny, kaleki malarz Władysław Strzemiński jest profesorem w łódzkiej Akademii Sztuk Pięknych. Przed wojną Strzemiński związał się z gronem mocno lewicujących artystów. Dziwne, bowiem Strzemiński był w Moskwie w 1918 i wiedział, co znaczy komunizm, ale takie były czasy. Lewicowy światopogląd był modny w kręgach artystycznej bohemy nawet w Polsce. Wydawać by się mogło, że artyście o lewicowych sympatiach będzie w komunistycznej Polsce jak w raju. Nic z tego. Po zagarnięciu pełni władzy, po wymordowaniu i zamknięciu w więźniach i łagrach przeciwników realnych lub mniemanych, komuniści zajmują się i sztuką. Do sztuki wkracza jedyna słuszna idea: socrealizm. Na to Strzemiński już nie może się zgodzić. Malarstwo było jego życiem. Tyko malowanie się dla niego liczyło. Musiałby wyprzeć się całego swego życia, jedynego, co posiada, co mu pozostało. Sztuka, malowanie i dwie drewniane kule.

   Strzemiński jest sam. Żyje w biedzie. Zaczyna się mielenie Strzemińskiego. Do młyna wpadł kolejny mały kamyczek; żarna zwolna się obracają krusząc i mieląc kamień. O tym jest film. Jest kaleki Strzemiński, dziewczynka – jego nastoletnia córka, która się nim opiekuje na ile może to robić dziecko, stado studentów, pełnych entuzjazmu, ale silnie zestrachanych, no i stalinowscy czynownicy. Ci, co wydają rozkazy i ci, co je wykonują: milicjanci, ubecy, tajniacy. Strzemińskiego wyrzucaj z akademii, nie może znaleźć żadnej pracy, żyje w nędzy, w głodzie. Kaleki, genialny malarz utrzymuję się przy życiu z malowania sklepowych szyldów. Tak wyglądał prawdziwy, komunistyczny raj niepokornego twórcy. Podobno Strzemiński umarł z głodu. Tak naprawdę umarł na gruźlicę, w szpitalu. Ale gruźlica to choroba wieloletnia, rozwija się, atakuje i zabija głodujących, wyniszczonych.

   Na filmie władze uwzięły się jedynie na Strzemińskiego nie wiedzieć czemu. Pozostali żyją biednie, ale w miarę normalnie i patrzą obojętnie jak niszczą malarza. A przecież to lata 1950-52, szczyt stalinowskiego terroru. Aresztowania, ludzie znikają, pokazowe procesy i wyroki śmierci, tortury, skryte egzekucje, setki tysięcy ludzi siedzi w więzieniach, do wiezienia można trafić za opowiedzenie dowcipu. Tego strachu, tego terroru na filmie nie zobaczysz. Jest Władysław Strzemiński  jedyny prześladowany przy dziarskich dźwiękach Międzynarodówki. Tak naprawdę to Władysław Strzemiński miał szczęście. Komunistyczne władze potraktowały go... łagodnie. Wyrzuciły z pracy, wpisały na czarną listę i tyle. Wbrew wymowie filmu to, co spotkało Strzemińskiego ze strony komuny było ledwie prztyczkiem, lekkim skarceniem, jak klaps dla niegrzecznego dziecka. Dla ubeków żadnego znaczenia nie miało ani kalectwo, ani talent malarski. W więzieniach było pełno kalek, inwalidów wojennych. W tym czasie, kilka lat po wojnie, było pełno kalek: ludzi bez rąk, nóg, ślepych, okaleczonych na wszelkie możliwe sposoby. Żołnierze ze wszystkich frontów wojny, partyzanci, powstańcy, więźniowie niemieckich obozów, sowieckich lagrów z bagażem ran i kalectwem. Ani rany, ani inwalidztwo nie chroniło od komunistycznej tajnej policji. Podobnie talent artystyczny. Ilu wybitnych artystów: poetów, pisarzy, malarzy, czy reżyserów komuniści zgnoili w więzieniach, zabili strzałem w tył głowy, czy skazali na powolną śmierć w łagrze?

   Strzemińskiego komuna potraktowała łagodnie. Pozwoli mu żyć i umrzeć na wolności. Owa opowieść o niszczonym przez system geniuszu – malarzu już była i to wiele razy. To odgrzewany kotlet znanym z innych filmów Wajdy, jak „Człowiek z marmuru”, czy „Bez znieczulenia”.

 

Tyle o wadach filmu. Niemniej jednak film Andrzeja Wajdy „Powidoki”, jego ostatnie dzieło, jego pożegnanie to naprawdę niezły film. Może wtórny i nie odkrywczy, ale niezły. Wart obejrzenia. Wymienię dwie zalety. Pierwsza: aktorstwo. To, że główną rolę gra Bogusława Linda było jedną z przyczyn mej pierwotnej niechęci do tego filmu. Nie lubię tego aktora. Znudzony gwiazdor snujący się po planie ze zblazowanym uśmiechem i odwalający aktorską fuszerkę za fuszerką. U Wajdy Linda stworzył kreację zapadającą w pamięć. Strzemiński w wykonaniu Lindy to przejmującą postać, bardzo niejednoznaczna, złożona, pokręcona, taka, jaki Strzemiński był. Przyciągają i odpychający zarazem, uwielbiany i nienawidzony, podziwiany i potępiany. Inni reżyserzy zadowalali się tym, że Linda raczy się zjawić na ekranie, więc Linda kasował swoje i odstawiał chałturę. Po co się wysilać w jakimś knocie? Wajda miał dobrą rękę do aktorów. Umiał ich wybierać, umiał z nimi postępować i umiał wydobywać z nich to, co najlepsze. Aktorstwo Bogusława Lindy jest najwyższej próby, nawiązujące do początków jego kariery, do lat osiemdziesiątych do ról w filmach Kieślowskiego czy Holland (niezapomniana „Gorączka”). W „Powidokach” Linda stworzył bodaj czy nie najlepszą kreację aktorską w swojej karierze. Dla zobaczenia Lindy warto iść na ten film. Druga wielka rola to ta dziewczynka, jego córka, Nina. Role dziecięce w polskich filmach to koszmar. Drewniane głos, drewniana twarz. Usilnie lansowane młodociane gwiazdy idąc normalnym torem nie dostałyby roli statystów w szkolnym teatrzyku, ale grają i zarzynają film po filmie, bo są córkami/synami reżyserów, aktorów, ważnych producentów (niepotrzebne skreślić). Nie u Wajdy. Bronisława Zamachowska grająca córkę Strzemińskiego jest znakomita, choć to bardzo trudna rola dla dziecka. Po nazwisku sądząc, czy to nie córka znanego aktora? Ale ta dziewczyna ma talent. Inne postacie grane są również co najmniej poprawnie. Więc aktorstwo to pierwsza zaleta.

 

Druga zaleta filmu Wajdy to konkurencja, to inne filmy, zwłaszcza amerykańskie. Co innego można zobaczyć? Opowieści o herosach w rajtkach seryjnie ratujących świat? Bezsensowne bajdy o jakiś wampirach, wilkołakach, wikingach, elfach, etc. innych cudakach, poronionych pomysłach przepłacanych scenarzystów z Hollywood? Albo kolejny odcinek pogoni za następnym seryjnym mordercą z papieru, gdzie cycata blondyna do spółki z cycatą brunetką, obie o figurze osy, plus jakiś Murzyn – obecnie kolorowy najlepiej naukowy geniusz musi być w filmie amerykańskim – obie o urodzie lalki Barbie występują jak na wybiegu dla modelek? „Powidoki” Wajdy to film o prawdziwych ludziach mających prawdziwe problemy. Orzeźwiająca odmiana. Chociaż dla niektórych to wada. Po co oglądać film o biedzie i poniżaniu, mówią.

   Film „Powidoki” to ostatnie dzieło Wajdy, starego mistrza. Jego artystyczny testament. Nie jest rzeczą przypadku, ze Andrzej Wajda na koniec swego życia powrócił do postaci Strzemińskiego. Wajda w latach 1946 – 1949 studiował na krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych. Musiał znać nazwisko i twórczość Strzemińskiego. Potem przeniósł się na filmówkę do Łodzi. Artystyczna Łódź to małe miasto. Czy Wajda chodził na wykłady Strzemińskiego? Niewykluczone. Podobno były doskonałe i studenci je uwielbiali. Na pewno Wajda był świadkiem zaszczuwania Strzemińskiego. Widział to na własne oczy. Czy w tym uczestniczył, jako młody człowiek, partyjny aktywista zagrażany w tworzenie nowej rzeczywistości? Czy ten film jest formą ekspiacji, zadośćuczynienia za swoje winy? A może to po prostu wyidealizowana opowieść starego reżysera u końca życia, o śmierci innego, starego artysty?

   Największą wartością filmu Wajdy jest to, że przypomniał postać Władysława Strzemińskiego. Niezwykłego człowieka, którego świat się rozpadł w mgnieniu oka, a on się nie poddał, poskładał go mozolnie i stworzył swój świat nowo w trudzie, w bólu, męce. Którego życie i cierpienie nie poszło na marne, pozostawił po sobie tyle pięknych obrazów, wizji, kolorów i kształtów. Władysław Strzemiński był to niełatwy, skomplikowany, ciężki człowiek, podobnie jak ciężkie i gorzkie było jego życie, życie kaleki w huraganie historii. Piekło w domu, piekło poza domem i piekło w sobie. Film Andrzeja Wajdy „Powidoki” to tylko widok, lub powidok na życie Strzemińskiego, jednakże to film, który watro zobaczyć. I warto postarać się, aby wyrobić własny obraz, lub powidok na życie i twórczość Władysława Strzemińskiego, traktując ten film, jako początek poszukiwań.

   Trzeba poszukiwać własnego widoku, czy powidoku na każdą rzecz, idee, wydarzenie, czy osobę nie poprzestając na powidokach innych. Szukać, szukać, szukać, aż coś się znajdzie, aż z mgły i mroku wyłoni się coś podobnego do prawdy.

 

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą autora.

Ocena wpisu: 
4
Twoja ocena: Brak Średnio: 3.5 (głosów:9)

Komentarze

Wyszedłem z kina .

Mistrz z mistrzem  a w tle kobieta jakaś.

I znów mam niesmak  strawionej  taśmy . 

Bo czymże jest konkurs płotów w zaścianku ?  Jeden podobny jest do drugiego . 

I  kto ma prawo budować kulturę a kto ma prawo zostać trupem . 

Powidok  jak tunel -  

Jest niczym luneta , przybliża wąsko . 

I na nic panorama przez Pana pisana 

to dalej erzatz .

 

 

Podoba mi się!
1
Nie podoba mi się!
0
#1548897

No cóż...tekst jak i film trąci masochizmem. Sam reżyser i jego aktorzy, moim zdaniem, to osoby o cechach psychopatycznych. Przeczytałam bardzo ciekawie napisany tekst...ale treść? Wątpię aby zachęciła kogoś do obejrzenia tego filmu. Swego czasu dziwiłam się, że Pan chodzi do kina wogóle. TV to jeszcze większa strata czasu. Ciekawiłoby mnie kto finansuje takie filmy, czy to z naszych podatków? . Bronisława to oczywiście córka tego niedobrego ojca, Zamachowskiego. Nie wiem czy ta rola nie pozostawi na jej psychice większej szkody niż samo życie.
W tekscie jest wymienione miasto Witebsk...ach te polskie losy. Witebsk wymieniony jest również w książce Maliny Stahre- Godyckiej "Nigdy nie rodzi się byle kto". Jest to prawdziwa historia o losach polskich rodzin, świetna literatura. To wspaniała powieść ucząca jak żyć, jak przetrwać okrutne zdarzenia losu. To byłby również temat na świetny scenariusz i film. Polecam na jesienne wieczory.
Serdecznie pozdrawiam.

Podoba mi się!
3
Nie podoba mi się!
-2

Verita

#1548922

Źle oceniony komentarz

Komentarz użytkownika Równa Babka nie został doceniony przez społeczność niepoprawnych.. Odsuwamy go troszkę na dalszy plan.

oglądanie filmów mnie nie kręci, no chyba że przyrodniczych o sarenkach i motylkach to jest mój poziom.

Podoba mi się!
1
Nie podoba mi się!
-2

Wolność, godność, honor - tego nic nie zastąpi.

 

#1548924

Jednak obejrzała pani film. Ma sporo wad, nie jest to najlepszy film Wajdy, ale  w porównaniu do innych, zwłaszcza masówki amerykańskiej to całkiem ciekawy wybór. Czy film trąci masochizmem? Nie, Wajda jest na to za poczciwy. Chociaż nie każdy lubi filmy o poniżaniu i zaszczuwaniu człowieka. A mój tekst? Jeśli już, to związek Strzemińskiego i Kobro ocierał się o sado-masochizm, gdzie każda ze stron naprzemiennie dręczyła i była dręczona. 

Podobno sado-masochizm to całkiem trwały fundament długoletniego, "szczęśliwego" związku, np. on sadysta, ona masochistka, gdzie każdy ma to, co lubi. Gorzej, gdy jednej ze stron się znudzi, albo nie sprawia żadnej przyjemności dręczenie, ani bycie dręczonym. Ale to całkiem inna historia. Zresztą obecnie, w dobie wszechogarniającej tolerancji komu będzie przeszkadzał czyjś sado-masochistyczny związek, o ile on i ona, albo on i on, albo ona i ona, znajdują w tym przyjemność? Musimy akceptować każdą odmienność. Inny nie znaczy gorszy, prawda? Tylko dręczenie zwierząt nie jest akceptowane. 

Tu powstaje pytanie: czy człowiek to zwierzę? Cy można, czy nie można go dręczyć? Podchwytliwe pytanie.

 

Pozdrawiam

Podoba mi się!
1
Nie podoba mi się!
-1

Bielinski

#1548955

.... filmu nie oglądałam. Nie lubię oglądać żadnych filmów, ani dobrych ani złych. Podczas filmu wydaje mi się, że reżyser za mnie myśli... a to jest nudne. Swoje uwagi opierałam jedynie na pańskiej, dobrej recenzji. ;-) Pozdrawiam
P.S. A co do zwierzątek....może podchwytliwa propozycja...."Pokot"?

Podoba mi się!
2
Nie podoba mi się!
-2

Verita

#1548958

w kinie w tym roku. Sala pełna. Wajda zrobił naprawdę świetną opowieść o Strzemińskim i podzielam zdanie autora, że Linda swoją rolę zagrał znakomicie. Ja też za Lindą nie przepadam, ale ta rola  była wspaniale zagrana. Zresztą film bardzo dobrze oddaje atmosferę życia w PRLu. Odczułam to na własnej skórze i Wajda nie przesadza. Po prostu pokazuje jak się naprawdę wówczas żyło.

Pozdrawiam

Podoba mi się!
1
Nie podoba mi się!
0

Szpilka

#1548928

jak się naprawdę żyło w PRL. Bo niby skąd miał wiedzieć. Czy stał w kilometrowych kolejkach po mięso, zwyczajną, pralkę automatyczną, meble, buty, czy choćby czekoladę dla dzieci ?

Pozdrawiam serdecznie.

Ps. Przy okazji (jako ten "nowy") dziękuję autorowi za wspaniałą charakterystykę Powstania Warszawskiego.

Podoba mi się!
2
Nie podoba mi się!
0

Apoloniusz

#1548962

...że Wajda miał blade pojęcie o rzeczywistości....podobnie jak wałęsa. Nawet człowiek z marmuru był przeciekiem kontrolowanym. Szkoda gadać.

Podoba mi się!
2
Nie podoba mi się!
-2

Verita

#1548972