Skarpetki do sandałów

Obrazek użytkownika Bielinski
Kraj

Nie brakuje w naszym pięknym kraju ludzi, którzy wiedzą lepiej. Którzy są lepsi od reszty tej… hołoty. I tą wiedzą, tym przeświadczeniem chętnie dzielą się ci wybrani, ci lepsi, z resztą. Jeśli nie dzielą się swą wyższą wiedzą, to nader chętnie okazują innym swą wyższość. To nie to samo, ale nie trzeba być małostkowym. Lepszym więcej wolno, bo… są lepsi przecież. Naturalna to w końcu rzecz. Skoro jestem lepszy od innych; bogatszy, ładniejszy, bardziej utalentowany, mam babcię Żydówkę, lub tatusia folksdojcza, gdy mam lepszy samochód, a na wczasy jeżdżę, nie jak to pospolite tałatajstwo do Egiptu, czy Grecji, lecz na jakiś tam Mauritius czy inne Bora-Bora, to czemu mam się ze swoimi przewagami ukrywać? Przykładem tych, co wiedzą lepiej, są redaktorzy Gazety, którzy od ponad ćwierćwiecza pouczają tubylczy plebs jak żyć, jak być lepszym, jak dorównać, a przynajmniej zbliżyć się do ideału, do tych… lepszych. Politycy wszelkiej maści to inny przykład.

   Kiedyś politycy, przywódcy byli wybierani po to, by służyć swojej społeczności, swoim wyborcom, swojemu narodowi. By bronić, by walczyć o ich interesy. Taka jest chyba podstawa demokracji. Była. Bo to już przeszłość. Naród to przeszłość. Dziś naszą ojczyzną transnarodowa Europa, gdzie dziwnym trafem jakoś dziwnie silnie akcentowane są interesy niektórych narodów: Niemców, Francuzów. Ale, jak ludzie, są narody lepsze i gorsze. Mniejsza o to. Dziś politycy dalej dają się wybierać, w końcu mamy demokrację, ale nie po to, by służyć wyborcom, ale po to, aby ich zmieniać. Tak jakby społeczeństwo, jakby człowiek był gliną, którą światły polityk kształtuje tak jak mu się podoba. Rzecz jasna po to, by wyborcę, tą szarą masę ukształtować na coś lepszego. Na kształt człowieka, czy czegoś, co człowieka przypomina. Według ich mniemania rzecz jasna lepszych ludzi, ludzi z wizją, no i władzą. Politycy jednych partii wyznają to otwarcie, inni półgębkiem przyznają. Na przykład, politycy z Unii, co wspierają swe dumne zady o stolce w Brukseli, wcale się z tym nie kryją. Ale ich nikt nie wybierał. Ich mianowały tajemne interesy. Oni wszyscy, czyli współcześni politycy, za swój główny cel uznają nie służenie społeczeństwu, jak drzewiej bywało, społeczeństwu, które ich wybrało, które płaci im i ich sekretarkom, asystentom, gabinetom politycznym, które utrzymuje rzesze przydupasów partyjnych, komitetów, płaci, głupie, za partyjne spędy, zwane kongresami partyjnymi, etc. Kiedyś byli politycy, dziś mamy polityczków. Politycy rozwiązują prawdziwe problemy, polityczkowie rozwiązuje problemy, które sami stwarzają. Stąd się bierze mania reformowania pośród polityczków. Przychodzi partia do władzy, zaraz zabiera się za reformowanie. I nic ich nie obchodzi zdanie ludzi, którzy im zaufali i powierzyli władzę. Wychodzą z założenia, że skoro wygrali wybory, że skoro społeczeństwo ich wybrało, to oni teraz to społeczeństwo zreformują. A co! Dobrze im tak. Teraz ich czas. Kolejne wybory. Następna partia. I reformy od nowa. Potem znowu zabawa od nowa w reformowanie.

   Od czasu upadku komuny mamy bezustanne reformy. Toniemy w powodzi nieustanych reform. Zalewa nas potop damskich gaci. Reformy to również rodzaj damskich majtek. Skojarzenie nieprzypadkowe. Kolejny znak tryumfu kobiecości, dominacji żeńskiego pierwiastka. Duże reformy, małe reformy, średnie reformy. Właściwie to już reżim komunistyczny zaczął manię reformowania, zaraz po zniesieniu stanu wojennego. Co roku były nowe reformy. Reformy za reformami, reformy do zarzygania. No i komuna upadła. Czy to aby nie na skutek reform? Nie masowe zbrodnie, nie terror, nie wywózki, lecz reformy wykończyły rządy komuny. Oby by to nie była złowróżbna prawidłowość. Komuna w grobie, a u nas w najlepsze trwa festiwal reformowania. Nieustanne reformy, ten przeklęty spadek po komunie.

   Dziś mamy kolejne wydanie, pod nazwą: dobra zmiana. Dla kogo dobra, dla tego dobra. Dla jednych dobra, dla innych… mniej dobra. Ob initio. Co to jest reforma, nie w znaczeniu damskich gaci? Reforma to naprawa. Zmiana, zmiana na lepsze, nie na gorsze. Aby zacząć zmianę, naprawę, wpierw należy zobaczyć, czy taki problem istnieje? Żelazną zasadą mechaników jest nie naprawie urządzeń, które działają. Żeby nasi polityczkowie mieli rozsądek mechaników. Gdzie im do nich. Jeśli coś nie działa i nie jest to problem wydumany, w następnym etapie należałoby się zastanowić, na czym problem polega i czy to coś w ogóle warto naprawiać. Czy skórka warta jest wyprawki? Często nie jest warta. Dopiero, jak te warunki są spełnione: coś jest naprawdę zepsute i to coś warto, lub trzeba naprawiać, dopiero wówczas należy brać się za reformy. Tak każe zdrowy rozsądek. Ale nasi polityczkowie są ponad takie przyziemne sprawy, jak rozsądek, czy dobro obywateli. W końcu to społeczeństwo płaci słony rachunek za te reformy. Nasi polityczkowie dopadają władzy z wrzaskiem: teraz k…wa my będziemy reformować!

   Z nieustannymi reformami to jest tak jak z koniem i wozem. Wóz stoi na drodze, do wozu zaprzężony koń. Coś tam się zepsuło w furmance, pękła zwora. Chłopek stoi podle, czapkę zdjął, po łbie się drapie zafrasowany. Jechać musi, a naprawiać mu się nie chce. Najlepiej pomocy poszukać. Może jaki specjalista pomoże w potrzebie? Przychodzi specjalista – polityczek i mówi: eeeee, tak nie może być. To trzeba zreformować. I każe zaprząc konia od tyłu. Koń ciągnie, fura jedzie, ale ciężko, kulawo, fura zatacza się jak pijana. Polityczek dumny jak paw: oto udała mu się taka piękna reforma! Wszystko świetnie się udało. Atoli jazda pękniętą furmanką do tyłu długo nie potrwa. Koń pianą pokryty ustaje. Nowe wybory. Kolejny polityczek: młody, wyszczekany, bezczelny, wyżarty, mówi: ani z przodu, ani z tyłu! Konia należy zaprząc z boku! To dopiero będzie jazda! Koń najlepiej pociągnie furmankę bokiem! Tu rozlega się huragan oklasków: jaki wspaniały pomysł! Jaka cudowna reforma! Jaki postęp! Oto nowoczesne spojrzenie, godne współczesności! Jeszcze nikt nie wpadł na taki pomysł! Geniusz! Po prostu geniusz! Polityczny geniusz nam się trafił na czele naszego narodu!  Skutek jazdy bokiem łatwy do przewidzenia. Furmanka trzaska, oś pęka, koła orzą ziemię, koń ledwie nie pada ze zmęczenia. Nowe wybory, nowy polityk – reformator, konserwatysta albo prawicowiec mówi, że trzeba wrócić od źródeł. Objawia prawdę oczywistą: koń winien być zaprzęgnięty od przodu furmanki! Do dysza i orczyka, jak się należy. Ale, aby lepiej się jechało, i żeby nie tracić przyjemności reformowania, z tyłu furmanki należy dołączyć piąte koło. Skutek kolejnej pięknej reformy: wóz z pięcioma kołami.

    I tak to idzie: reforma za reformą. Naprawa za naprawą, a chłopkowi już łeb pęka z bólu, klnie się w żywy kamień, że sam wozu nie naprawił i sam już nie wie, co ma począć. Zaczęło się od pękniętej zwory, a teraz furmanka to ruina: połamane osie, pęknięty dyszel, wyrwane koła, wszystko, co mogło zostać połamane, zostało połamane. Ma chłopek za swoje. Ruinę zamiast furmanki, no i reformatorów, którzy już się nie odczepią. Bo teraz, po tylu reformach, ta ruina naprawdę wymaga kolejnej reformy, czyli naprawy. Nie chciało się durniowi samemu wykonać drobnej naprawy, wolał wołać na pomoc specjalistów - reformatorów. Kiedyś wystarczyło kilka gwoździ i kawałek deski, dziś musi budować furmankę od podstaw. I kupić nowego konia. Bo ten stary zdechł z wycieńczenia od tych reform. I dobrze durnemu tak. Ma za swoje.

    Politycy współcześni są podobni do komunistów, czy innych faszystów, choć za skarby się do tego nie przyznają głośno. Komuniści byli przynajmniej szczerzy. Nie wierzyli w wybory. Wybory, demokrację mieli w najgłębszej pogardzie. Dążyli do władzy, władzy absolutnej, niczym nie organicznej, po to by tworzyć nowego człowieka, nowe społeczeństwo. Inżynierowie dusz, jak się kiedyś mówiło.

    Zresztą nie tylko politycy tak mają. Takich, co wiedzą lepiej nie brak na tym świecie. Kiedyś trafiłem na program w telewizji lajfstajlowej, czyli na kanale modowym. Polski program. On i ona, prowadzący, albo ono i ona obgadywali stroje celebrytów. Naszych, rodzimych celebrytów, warszawskiego chowu. W sumie, mieli się czego i kogo czepiać. Warszawska moda u warszawskich celebrytów, aż się sam człowiek uśmiecha. Ze szczególnym uwzględnieniem pań – celebrytek. Nie darowali ani jednej. Nie całkiem to prawda. O ile pamiętam, to prowadzący zgodnie uznali, że jedna jakaś tam celebrytka, ubrała się w coś, co można od biedy nosić. Poza tym masakra. Puszczali fragment filmu, jakaś celebrytka wdzięczy się do kamery, z twarzy i z nazwiska zupełnie nieznana, ale to warszawska gwiazda(ka) podobno. Prowadzący: on i ona, lub ono i ona, od razu na nią wskakują i obgadują bez litości i zahamowań: a to, że torebka zupełnie nie pasuje, a to że takie buty to całkiem obciach, lub że ta sukienka to jak z wyprzedaży w lumpeksie… Aż mnie, widzowi, było przykro tego słuchać. Przecież te zmiażdżone celebrytki wrócą do siebie; ktoś im puści ten program i dowiedzą się, jak to fatalnie się ubrały: że nie maja za grosz gustu, że w tej kiecce w pasy to miała dupę jak stragan, że nie powinny się pokazywać publicznie w tamtej kreacji bo wygląda jak pomywaczka. Niemiłe to dla każdego. Dla kobiety szczególnie przykre, niezmiernie przykre wysłuchiwanie o sobie takich opinii. Stara się taka, jedna z drugą. Obmyśla kreacje, lata po sklepach, kupuje drogie ciuchy, dobiera dodatki: torebkę, buty, itp. Leci do fryzjera, kosmetyczki, wizażystki (? Bóg jeden wie, co lub kto to jest). Wdzięczy się taka do kamery: pupą kręci, biust eksponuje, odgarnia burzę włosów, zęby suszy, okiem błyśnie, rzęsami powietrze wachluje, pewna, że pięknie, że zjawiskowo wyglądu a tu taka niemiła niespodzianka. Taka miażdżąca ocena. Jak wiadro pomyj wylane na łeb. W nagrodę przejadą się po babie, jak po tej burej suce, publicznie zmieszają z błotem. Zmiażdżą i wyśmieją. Celebrytki, nawet te warszawskie, zaprawione w boju, nie cofające się przed niczym w walce o sławę, o status celebryty, to… wszak też ludzie. Nawet one wszystkiego nie przełkną, jakieś tam uczucia jeszcze w nich się tlą… Trzeba i je uszanować. Cios poniżej pasa, nie inaczej.

   Najzabawniejsi byli prowadzący: ona i on. Lub ona i ono. Ci znawcy mody, współcześni warszawscy arbitrzy elegancji, te lokalne wyrocznie modowe. Ten program to kopia anglosaskiego programu tv. Najpierw ona. Przyznaję. Teraz ja ich trochę obgaduję, ale skoro oni mogą innych publicznie obgadywać i się z nich naśmiewać w telewizji, to nie zaboli ich, gdy ktoś inny zrecenzuje z kolei ich wygląd. Zatem ona. Młoda. Ani ładna, ani brzydka, taka sobie. Jak to zwykle u naszych dziennikarek: patrzy człowiek na taką i się dziwi skąd tak się wzięła na wizji? Ani talentu, ani urody. Takich to na pęczki. Ale jest. To najważniejsze. Być. Może ta kobieta nie była dziennikarką, ale jakąś warszawską projektantką mody? Albo dziennikarką modową? Podobno takie istnieją. Nie znam jej, nie wiem, kto zacz. Nazwiska nie pomnę. Ubrana… nie pamiętam. Nic szczególnie powalającego. Szczególnie przy takiej krytyce innych. Zwykłe ciuchy. Kobieta nosiła szarawary, takie luźne spodnie. To pamiętam. No i coś jeszcze, goła nie była, na pewno. Na ulicy niczym by się specjalnie nie wyróżniała, poza tymi spodniami. On lub ono to inny kaliber. Nawet ja go znam. Laik w dziedzinie mody. Słynny warszawski projektant mody, projektant i zdeklarowany gej, nazywa się Bacyków, czy Jacyków. Niech mu będzie Pajacyków, to do niego pasuje. Wysoki facet, wypielęgnowana, utrefiona broda, dwukolorowa, farbowana; na głowie furażerka, jak u jugosłowiańskich partyzantów Broz Tity. Tylko nowiutka, z jakimiś wymyślonymi ozdobami. Kurtka też w stylu quasi-wojskowym nabijana metalowymi ćwiekami, widać, że facet czuje estymę, może nie tyle do munduru, ile do chłopców w mundurach… Słowem, z wyglądu, z zachowania, z mowy, ze sposobu bycia, ten Pajacyków, ta wyrocznia mody warszawskiej to predyl jak z obrazka. Teraz się powinno mówić: gej. Ale zostanę przy starym nazewnictwie. I ten perdyl, Pajacyków, ubrany jak na gejowskie seks-party w męskim kiblu na dworcu centralnym, i ta dziewoja, nie wiadomo kto, nie wiadomo skąd, z lubością wyśmiewali z ubioru kobiet, które im nic nie zawiniły, i które ubrane były znacznie lepiej, na mój gust, niż oni.

    Pajacyków jest uznanym, warszawskim projektantem mody. Ekspertem, specjalistą modowym, pisze, występuję w telewizji, udziela rad, co do wyglądu, ubrań, itp., no i projektuje stroje. Nie tylko dla gejów, myślę, choć tam musi mieć branie. Wydaje się, iż jad, jakim bryzgał brał się stąd, iż te celebrytki kupiły stroje u konkurencji a nie w jego renomowanym zakładzie krawieckim. Pajacyków gada jak pajac, ubiera się jak pajac, zachowuje się jak gejowski pajac. Dowodzi, że i pośród pajaców, czy błaznów trafiają się geje. Ciekaw jestem jego zdania na temat noszenia skarpet do sandałów. To znaczy znam jego zdanie na temat noszenia skarpet do sandałów. Dla warszawskiej elity noszenie skarpet do sandałów to kompletny obciach. Skarpety do sandałów to cecha wyróżniająca Polaków poza granicami. Najgorsze połączenie to białe skarpety do sandałów. Ekstremalny obciach. Kwintesencja prowincjonalnego Polaka za granicą. Którego wstydzi się i unika jak ognia każdy wykształcony, elegancki, dumny Europejczyk urodzony przez przypadek w Polsce.

     Doprawdy, nie znam się na modzie, dlatego nie mam zielonego pojęcia, czemu noszenie skarpet do sandałów to obciach? Kobiety nigdy nie noszą pończoch czy podkolanówek do sandałów latem. Lubią pokazywać piękną, wypielęgnowaną stopę… No i ten brzydki zapach… Ale mężczyźni nie musza pokazywać stopy. Przynajmniej nie geje. Ten srogi zakaz noszenia skarpet do sandałów, czy to aby nie jest kolejna oznaka zbabienia współczesnych mężczyzn? I to szczególnie kobiety. Uparły się baby na te skarpety do sandałów, jakby nie było nic ważniejszego. Kobiety mogą nosić wszystko: sukienki, spódniczki, spodnie, spodnie trzy czwarte, pół-spodnie, ćwierć spodnie, i mogą nic nie nosić, albo bikini. Dziś jest modne wszystko. Można wszystko ze wszystką łączyć. Wszystkie kolory, wszystkie faktury, czerwone z zielonym, widziałem kiedyś prezentację mody śmieciowej, powstałej ze śmieci. Wszystko wolno w modzie, a facetom zabraniają nosić skarpety do sandałów! Czy to nie jest małostkowe? Białe skarpety, przyznaje to przesada. Nigdy nie noszę białych skarpet, bo za szybko się brudzą. A to zmusza do wysiłku. Jak w dowcipie o studentach. Stary - powiada student do kolegi – pożyczysz mi skarpetki? Bo moje się złamały. Weź. Moje stoją pod łóżkiem. Białe skarpetki nie mogą stać. Te co stoją, na pewno nie są już białe.

   Nie jestem ekspertem w sprawach modowych. Przyznaję, mam do mody dość obojętny stosunek. Nie gonię za modą. Pozawalam, by moda mnie dogoniła. Podaję przykład z gejem Pajacykowem, by pokazać, że i w modzie, tak jak w polityce (i w innych dziedzinach także) nie brakuje tych, co wiedzą lepiej, co jest dobre dla nas. Właśnie tam jest dla nich miesce. W modzie i polityce. Dla tych co wiedzą, mniejsza skąd, jak powinniśmy postępować, jak się ubierać, a nawet co myśleć. Policja myśli istnieje naprawdę. Z politykami nie wygram. Nic nie poradzę na ich reformowanie: na stawianie konia przed wozem, czy za wozem, na stawianie wozu na koniu, czy konia na wozie. Obojętnie. Politycy maja za sobą aparat państwa: rzesze urzędów, armię urzędników, prokuraturę, sądy, policje jawną, mnogie tajne… Inaczej rzecz się przedstawia z innymi… tymi, co wiedzą lepiej. Na szczęście, tu można więcej. Znacznie więcej.

   Do tych domorosłych arbitrów elegancji, tych samozwańczych wyroczni dobrego smaku, tych wyrafinowanych ekspertów od koronek, sukienek, staników, gaci i peniuarów, gdy się przyczepią do skarpet do sandałów i zaczną kręcić nosem i się wywyższać, i marudzić i chichotać mam jedną odpowiedź, tylko jedną radę.

   Jak ci się nie podoba, to się, kuuuu…waaaaa, nie patrz!

   Jakże szkoda, że podobnie nie można odpowiedzieć polityczkom – wiecznym reformatorom – z partii rozmaitych o szerokim spektrum od lewicy przez centrum do prawicy. Oj szkoda. 

 

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą autora. 

Ocena wpisu: 
3
Twoja ocena: Brak Średnio: 2.5 (głosów:9)

Komentarze

...bardzo nisko ocenił ten artykuł. Natomiast ja, jak zwykle, oceniam najwyżej jak się da. Przyznam, że nie patrzę facetom na nogi i nie zwracam uwagi na ich sandały, tym bardziej na skarpety. Ale te białe ,pod łóżkiem, to przezabawny dowcip. Nie wiem czy nie lepszy niż ta szczególna estyma do chłopców w mundurach. Widać, że poczucie humoru jeszcze w narodzie nie umarło. Brakuje go natomiast w programach TV. Poziom tych programów jest żałosny, bez poczucia humoru, bez szacunku do adwersarza, bez wrażliwości na wartości moralne, religijne czy patriotyczne. Ale ostatni numer z przebiciem dłoni celebrytce przez jakiegoś magika, nagłośniony w internecie...bo nie dało się go ukryć, świadczy o kompletnej degrengoladzie społeczeństwa oglądającego to badziewie. Na temat polityków wolę nie zabierać głosu...bo takowych, z prawdziwego zdarzenia , nie widzę. To co się obserwuje w parlamencie to żenada, podczas której celebryci wypowiadają się najczęściej o sprawach mało istotnych i w dodatku nie mając o nich zielonego pojącia. To polityczni ignoranci.
Pozdrawiam

Podoba mi się!
3
Nie podoba mi się!
-1

Verita

#1515918

Cieszę się, że mój tekst panią rozbawił. Poczucie humoru jest bardzo ważne. Jest jak delikatny kwiat. Ułatwia życie. Warto o niego dbać. 

 

Pozdrawiam

Podoba mi się!
2
Nie podoba mi się!
0

Bielinski

#1515929

Witam Pana.

Czasami noszę skarpety do sandałów, bardzo ciekawy tekst o modzie.

A przypadkiem widziałem w telewizji tego arbitra, który oceniał piękną, nieumalowaną kobietę jako niechlujną, bo nie chciało jej się zrobić makijażu. Ja się cieszę że tacy ludzie występują tam, bo dzięki temu więcej ludzi zrozumie że oglądanie telewizji to absolutna i nieodwracalna strata czasu.

Pozdrawiam.

Podoba mi się!
2
Nie podoba mi się!
0
#1515931

to za ostatnie dwa, czy trzy zdania ("Jak ci się nie podoba, to się, kuuuu…waaaaa, nie patrz!

   Jakże szkoda, że podobnie nie można odpowiedzieć polityczkom – wiecznym reformatorom – z partii rozmaitych o szerokim spektrum od lewicy przez centrum do prawicy. Oj szkoda"), a nie za całość wpisu (który nie tylko satyryczny ale jest, niestety, prawdziwy).Takich hochsztaplerów, besserwisserów, mamy obecnie "na pęczki". Te rózne Kwaśniewskie (od bezy - łyżeczką), te Kasie Tusk, te Wałęsówny i Wałęsowicze..."Nabrało się" tego tałatajstwa, które chce uchodzić za arystokrację. I prawdę mówiąc - zawsze mam ochotę skomentować ich wystąpienie znacznie bardziej wulgarnie, niż w pańskim wpisie.

Pozdrawiam

Podoba mi się!
2
Nie podoba mi się!
0

_________________________________________________________

Nemo me impune lacessit - nie ujdzie bezkarnie ten, kto ze mną zacznie

katarzyna.tarnawska

#1515932

Ma pani rację co do brzydkich słów. Staram się unikać słów wulgarnych, tu niestety nie dałem rady.

Na przyszłośc postaram się bardziej trzymać nerwy na wodzy.

 

 

Pozdrawiam

Podoba mi się!
2
Nie podoba mi się!
0

Bielinski

#1515980