Przyjęcie u Mordechaja

Obrazek użytkownika Bielinski
Humor i satyra

Oto ja Wacek – blogier postępowy – miałem to szczęście, iż uczestniczyłem w ważnym przyjęciu, jakie wydał mój guru i przewodnik duchowy Mordechaj Mordechajowicz Burumstein, vice-naczelny prześwietnej gazety postępowej dla tubylców. On to, mój uwielbiony Mordechaj Mordechajowicz Burumstein zadzwonił do mnie kilka dni temu.  Było to zaskoczenie. Muszę wyznać, iż wielce szanowny Mordechaj znowu mi wybaczył. Co? Nie wiem, lecz na pewno czymś mu zawiniłem; była to moja wina, moja wina, tylko moja wina, jak zawsze. I Mordechaj Mordechajowicz znów mi wybaczył, bo to dusza człowiek, niepamiętliwy, szczery, otwarty, z sercem na dłoni, jak to mówią. To znaczy, gdy mnie potrzebował, pozwonił ku mienia.

   - Nu prichadi, prichadi, wy mnie nużny. Prijdi tolko punktualnie i nie zapomnij dzienieg, katoryje wy mnie dłużny – rozległ się w słuchawce telefonu głos Mordechaja Mordechajowicza Burumsteina.

   Zrobiłem szybki rachunek sumienia: jako żywo nie pożyczałem nigdy pieniędzy od niego. Szanowny redaktor vice-naczelny gaziety znany jest z tego, że nigdy, nikomu, w żadnych okolicznościach nie pożyczy ani złotówki. Atoli nauczony doświadczenie wiedząc, że gdy Mordechaj Mordechajowicz Burumstein tak mówi to znaczy, że pożyczyłem, poleciałem do bankomatu, wyciągnąłem pięćset złotych, a po namyśle drugie pięćset złotych. Więcej nie mogłem, limit debetu nie pozwalał. Pojechałem pośpiesznie do domu wielce szanownego Mordechaja taksówką, by się nie spóźnić, a serce się we mnie omdlewało z nadziei, że wreszcie mój los się odmieni i ja Wacek – blogier postępowy – trafię wreszcie tam gdzie moje miejsce – w redakcju gaziety – tego kaganka postępu i nowoczesności, na pierwszą linię walki o lepsze jutro.

   Na mój widok Mordechaj wcale się nie ucieszył, stanął w progu swej willi i przybrał groźną minę. Wiedziałem, co to znaczy i wręczyłem mu pięćset złotych. Poprawa była, lecz niewielka, więc z bólem serca wręczyłem szanownemu Mordechajowi Mordechajowiczowi Burumsteinowi drugie pięćset złotych. Lody puściły. Na twarzy szanownego gospodarza zagościł cień uśmiechu, dostąpiłem łaski wybaczenia i mogłem wejść do środka.  Mordechaj w krótkich słowach wyjaśnił, w czym mogę pomóc. Oto wydaje małe przyjęcie dla kilku przyjaciół, zamówione dania przyjechały z restauracji, lecz kelnera nie ma, bo zachorował i gdybym mógł… Mając niejasne przeczucie, iż kelner nie przybył z tego powodu, gdyż Mordechaj chciał po prostu zaoszczędzić, przerwałem mu mówiąc, że ja z radością pomogę, że robię, co w mojej mocy, by przyjęcie się udało. Znam się na tym, na studiach dorabiałem, jako kelner i barman. Mordechaj Mordechajowicz Burumstein wysłuchał mnie i zgodził się bym usługiwał.

   - Nu charaszo, postaraj się a nie pożałujesz. Tolko odno. Ja z drugami budziem gadać o rozmaitych sprawach tajnych i poufnych. Pomnij: mordu w kubeł. Ni odmowo słowo nie możiet wyletiet iz mojej kwartiry. Z trelarzy też nie powyżeraj, bo to nie dla chamów a dla gostiej a ja się dowiem. Wsio darogo opłacone i policzone.

   Zapewniłem gorąco, ze nie wyjadam z cudzych talerzy, że to poniżej mojej godności i honoru a tajemnicy umiem dochować. Tu zakończyliśmy krótką rozmowę, gdyż zjawili się goście. Nieliczni acz znamienici i wyborni goście, śmietanka naszej elity politycznej; pierwszy przybył eksminister, obecnie europoseł Conti, a zaraz za nim eksmarszałek, obecnie wybitny członek senatu senator von Borowietzky. Pierwszy z partii postępowej rządzącej przez osiem lat, drugi z partii postkomunistycznej się wywodzący. Oni to we trzech razem z gospodarzem - Mordechajem Mordechajowiczem Burumsteinem zasiedli do stołu. Sam wybór. Niestety obernaczelny – ten gigant, ten pomnik intelektu, wzór cnoty wszelakiej i moralności, ten geniusz pióra nie przybył, na co w cichości ducha liczyłem, obowiązki w redakcju gaziety zatrzymały. A ja im usługiwałem, potrawy nosiłem wino, wódkę podawałem. Czasami szanowny Mordechaj kazał mi się wynosić do kuchni, bywało, ze przy mnie mówili szeptem, wymieniając porozumiewawcze gesty, ale przecież cos niecoś mi wpadało do postronnych uszu.

   Wystawna kolacja trwała wiele godzin, Mordechaj zamówił szereg wykwintnych potraw z najlepszej restauracji w stolicy nie szczędząc pieniędzy: była sola w sosie maślanym, były policzki wołowe z rusztu, z dań chińskich kalmary smażone z solą i pieprzem, no i ulubione przez wszystkich ośmiorniczki. Dań z wieprzowiny nie było. W końcu goście i gospodarz zaspokoili głód, zażądali kawy, ciasta, no i alkoholu, bo do dań pili kilka rodzajów wina. Mordechaj zapraszał do salonu, ale nikomu nie chciało się wstać i zostali przy stole. Senator von Borowietzky sączył dostojnie czterdziestoletnią brandy, Mordechaj Mordechajowicz Burumstein ulubioną wódkę: Stolcznaja, europoseł Conti wpierw zażądał dwudziestoletniej japońskiej wódy sake, potem przeszedł na Stoliczną. Muszę dodać, że europoseł Conti, choć ubrany w najlepszy garnitur wyglądał wyjątkowo niechlujne; w jego trybie bycie, w zachowaniu było coś wyjątkowo niechlujnego, wręcz obelżywego. Ciągle mlaskał, oblizywał się, ślinił, cmokał. Nawet głos miał ohydny i wilgotny. Jak ten człowiek wygrał wybory? Przeciwnie senator eksmarszałek von Borowietzky, to godność wcielona. Ubrany nienagannie, i nienagannie się zachowujący, szlachetna postawa, myśląca twarz, siwe skronie, słowa dostojne i przemyślane. Zupełnie jak niemiecki arystokrata, pruski graf, czy inny junkier, tylko bez monokla. Patrzyłem na niego z uwielbieniem. Aż przyjemnie było go słuchać i mu usługiwać.

   - Dla mnie najważniejsza jest godność i honor – powiedział z namaszczeniem senator von Borowietzky trzymając w dłoni kielich z najlepszą brandy – Godność i honor człowieka, oraz godność i honor państwa. Ja za mój pogląd, że obecny rząd nie zachowuje się godnie, zostałem zaatakowany. Oszkalowany publicznie. Był to cios całkowicie poniżej pasa. Zarzucono mi, że zmieniłem nazwisko. Kłamstwo. Antysemicki jad. Ja nie zmieniałem nazwiska. Owszem, mój tatuś zmienił nazwisko z Berman na Borowiecki. Wolno mu było tak postąpić. Dlatego mi też wolno zmienić nazwisko z Borowiecki na von Borowietzky. Moim niemieckim przyjaciołom ta zmiana bardzo się spodobała. Myślałem, że łatwiej wygram wybory na europosła, bo w tym narodzie cudze nazwisko to spora zaleta, ale się nie udało. Nie z mojej winy, dałem z siebie wszystko na wyborach. Moja partia przepadła i ja też musiałem przegrać, choć zdobyłem ponad pięćdziesiąt tysięcy głosów. Nie zostałem europosłem, tylko senatorem w tym żałosnym Senacie, co nic nie może. Szkoda, w Brukseli miałbym znacznie większe możliwości działania na rzecz dobra wspólnego, Polski i tego nazwijmy to… społeczeństwa. Ale kto wie. Na razie nie zmieniam nazwisko. Może mi się to jeszcze opłaci. Jeszcze te chamy wywlekli mi wujka Bermana, że niby to stalinowski oprawca, morderca, zdrajca. Może i morderca, ale swój, z rodziny, no i jaki to był inteligentny człowiek, ciepły i inteligentny, a jaki oczytany.

   - W Brukseli można nieźle zarobić. Ja wyciągam ponad dwadzieścia tysięcy euro miesięcznie – mlaskając odpowiedział europoseł Conti, chwiał się i ślinił, bo sporo już wypił sake no i Stolicznej – Ci durnie z Brukseli płacą nawet za kursy językowe; biorę pięć tysięcy na naukę języka i mogą się walić. Do tego osiemnaście tysięcy euro na utrzymanie biur poselskich. Mam jedno biuro w Brukseli i cztery w Polsce. W każdym stado asystentek i asystentów. Nikt nie zostanie moim asystentem, jak mi porządnie nie obciągnie. Jestem bardzo uważny w tym względzie. Znam się na tym jak mało kto. Porządne lizanko to podstawa. A najlepsze, że za wszystko płaci Unia! – zarechotał europoseł Conti.

   - Na choj tiebie eto biuro w Brukselu? Nie starczy tiebia polskich k…ew? Tutaj k…wy tańsze, a tańsze znaczit łutsze – spytał Mordechaj Mordechajowicz Burumstein.

   - Ba, ja lubię kakao. Czekolada to jest to. Murzyni, murzyneczki, no i ci… muslimy. Mówcie, co chciejcie, ale taka dziesięcioletnia muzułmanka ze smaczną, ciasną cipką… to smaczliwka, sam cymes – zaślinił się europoseł Conti – Kosztuje to, ale trudno. Raz się żyje.

   Musiałem wyjść, bo już dłużej nie wypadało stać i słuchać, a tu jak nie wpadnie do kuchni szanowny Mordechaj Mordechajowicz Burumstein i nie walnie mnie w pysk, potem z drugiej ręki pięścią w ucho mi nie przyfasoli, aż mi w głowie zaszumiało a lewe ucho krwią nabiegło i napuchło.

   - Ty swiniu polskaja, ty wieprzu nieczystyj, ty złodziejskij pomiotie złodziejskiego narodu! Ty mnie grabisz! Ty mienja okradasz! Jak smiosz ty moju żarciu pożerat! Ty mnie znowu piatsot złoty dołzen zwratit! Ani gorsza mniej. No, patom do tego wratimsia. Tepier słuszaj. Do butelki Stolicznoj nalej eto taniej wodki, a do butelki brandy nalej etoj bułgarskoj brendy, który ja po dwadziat złotych pokukipł na promocju. Oni nie paznakomitsia, bo pijanyje kak wory. A mnie czystoj Stolicznoj nalej do eto butelki po mej ulubionej gruzinskoj wodzie Borżomi. Ja tebia potom pokażu!

   Mordechaj Mordechajowicz Burumstein pogroził mi pięścią i wyszedł. Moja wina. Zjadłem z talerza ostatni kawałek ośmiorniczki, taki mały, jedyny, co się ostał. Przecież i tak trafi do śmieci. I wpadłem, jak śliwka w kompot. Tyle mówią o tych ośmiorniczkach, to chciałem spróbować. Przyuważyłem kamerę w kuchni; odwróciłem się, by zasłonić a Mordechaj Mordechajowicz Burumstein i tak zobaczył. Musi mieć jeszcze jedną kamerę i obserwował na smartfonie, co robię. Pięć stów za mały kawałek ośmiorniczki! Wcześniej tysiąc. Półtora tysiąca złotych to przyjęcie mnie kosztuje! Uuuu! Moja wina. Nalałem do butelek, co Mordechaj kazał. Na pewno mnie obserwował. Przyjęcie trwało w najlepsze, a tania wódka i bułgarska brendy na promocji rozwiązała biesiadnikom języki.

   - Najbardziej cenie przyjaźń. Nie ma nic lepszego nad prawdziwą, szczerą, męską przyjaźń. Miałem wielu przyjaciół i każdemu z nich wiele zawdzięczam – powiedział senator von Borowietzky.

   - Ja też miałem na studiach szczerego przyjaciela, Polaka. Razem kolportowaliśmy ulotki, to była prawdziwa przyjaźń. Ten Polak miął żonę. Piękna kobieta, a nieprzystępna, ani nie podchodź. W pysk mnie raz walnęła, gdy za pierś ją przypadkiem złapałem – opowiadał z trudem europoseł Conti, bo język już mu się mieszał – Więc UB aresztowało tego głupiego Polaka. Przychodzi do minie jego żona, płacze, ręce załamuje. Wiem, powiada, że to ty go wydałeś. Zrobię, co zechcesz, ale uwolnij mojego Władka. No to rżnąłem babę w te i we tę, jak mi się znudziła oddałem kolegom. Jak jej Władek wyszedł po dwóch latach, to kopnął szmatę i się rozwiódł. Jemu też dupę w więzieniu przefasonowali. Oto historia prawdziwej przyjaźni.

   - I szto? Pamogł ty etamu Poliaczkowi? – zapytał Mordechaj Mordechajowicz Burumstein?

   - Po co? Co miałbym z tego? Miałem już nowych przyjaciół, z nowymi żonami i córkami – zaślinił się europoseł Conti.

   - Ja wszelako cenię przyjaźń – z trudem powiedział senator von Borowietzky – miałem wielu przyjaciół…

   - …których sprzedałem – wszedł mu w słowo europoseł Conti.

   - Prawda, prawda, tak było – zamyślił się senator von Borowietzky – Ale z drugiej strony, to JA byłem ich przyjacielem. Powinni być tego dumni, że taki człowiek jak JA zaszczycił ich swą przyjaźnią. Byłem od nich lepszy, mądrzejszy, bardziej wartościowy. Czy przyjaciel nie cieszy się z kariery swego przyjaciela nawet, jeśli miałby z tego powodu jakieś drobne, przejściowe dolegliwości? Na tym polega przyjaźń, że jeden przyjaciel poświęca się dla drugiego, lepszego. Musieli być dumni, że krok za krokiem idę do przodu. Że z każdego przyjaciela wynoszę jakąś korzyść.

   - Idi ty w pizdu z tokoj drużbom – prychnął Mordechaj Mordechajowicz Burumstein – Ja tam bym na moewo druga nikogda nie donosił.

   - Kto to mówi? Nam nie musisz kłamać. Byłeś konfidentem UB - z naciskiem podkreślił senator von Borowietzky

   - Kłamstwo! – wrzasnął Mordechaj Mordechajowicz Burumstein, a twarz poczerwieniała mu ja burak - Kto mi to udowodni? Moje akta z archiwum UB sam obernaczelny wyniósł, dał mienia i sam ja je spalił. W pysk napluju ja każdemu, kto powie, że ja agent!

   - Akta spalone, ale donosiłeś! – odezwał się europoseł Conti.

   - Donosić, donosiłem, ale agentem nie jestem, dowodów niet. Mnie płacili, to ja donosił, bo ja swoja godność mam. Jak płacą, to robie. Ale ja tolko na Polaczków donosił. Eto nie liczy się.

   - Na Żyda też byś doniósł? – spytał wolno przysypiający europoseł Conti.

   - Na Jewrieja? Nikagda! – zarzekał się Mordechaj Mordechajowicz Burumstein – Na primier na mojewo druga, na obernaczelnego nikagda.

   - Ja też. Nigdy na Żyda bym nie doniósł – zgodził się senator von Borowietzky zapalając cygaro – No chyba,… w wyjątkowych okolicznościach. Nawet nie za podwójną taryfę. Musieliby zapłacić znacznie więcej… z pięć razy tyle, dziesięć?  - zastanawiał się puszczając dym ku górze – Jeśli już, to wyjątkowo. Co do zasady zgadzam się, że Żydowi na Żyda nie wolno donosić. My, naród wybrany musimy być solidarni. A przynajmniej nie podsrywać się wzajemnie. Chyba, że.… Kto wie? W końcu ja też jestem wybrany. Należy mi się to, i to. Tamto. Dlaczego nie miałbym zostać na przykład europosłem?

   - Ty gnido! Na mnie byś doniósł?! – z wyrzutem wyszeptał europoseł Conti. Były to jego ostatnie słowa, bowiem usnął Spał siedząc na krześle, z przekrzywioną głową. Dziwne, że nie spadł.

 

   Wyszedłem do kuchni. Cały się trząsłem z nerwów. Wcześniej usłyszałem jak senator von Borowietzky mówił z podziwem i drwiną w głosie:

   - No, aleś mnie Mordechaju zadziwił. Pierwsza klasa jedzenie z dobrej restauracji i napitek pierwsza klasa. Nie znałem cię z tej strony, żeś taki gościnny Mordechaju Mordechajowiczu. Sporo cię to przyjęcie musiało kosztować.

   - W restauracjiu ja już żadnawo przyjęcia ja nie wydam. Podsłuchają i obsrają w mediach. Tylko damoj bezpiecznie. Co do dzienieg, eeee tam, szkoda gawarit. Nie powiem nie był eto tani obied, z tysiąc pięćset złotych wyjdzie. Co tam… Ja nie zapłacił ni kopiejki za naszu kolacjiu. To ten Poliaczek za wszystko płatit.

   - Który? Ten kelner?

   - Żaden kelner. Etot Wacek, mój rab, mój niewolnik. On za mienia chodzit i robit, co ja mu każu. Kazałem i płaci.

   - Dlaczego miałaby to robić?

   - Bo etot durak, Polijak. On dumajet, że ja go w redakcjiu zatrudniu. Skoriej mi choj na dłoni wyrosniet niż ja jewo żuranlistom w naszej redakcju uwiżu.

   Obaj rozmawiali otwarcie, bo mnie nie widzieli. Ale ja słyszałem. Poszedłem do kuchni. Wyciągnąłem butelkę najlepszej Stolicznej Mordechaja i wypiłem w kilku łykach. Wcześniej odkryłem, gdzie znajduje się druga kamera i gdzie żadna kamera nie zajrzy. Nie jestem taki głupi, jak myśli Mordechaj Mordechajowicz Burumstein. Dlatego się upiłem. Ale zanim się upiłem zrobiłem kilka rzeczy. Na studiach pracowałem, jako kelner i jako barman też. Poznałem sekrety zawodu. Wiem, że nie należy obrażać kelnera. Kelner się zemści. Zemsta kelnera jest składka i ma paskudny smak. Może napluć do dania, nasikać do piwa, lub gdzie indziej. Może zrobić gorsze rzeczy.

   Jestem niewolnikiem Mordechaja Mordechajowicz Burumsteina? Niech tak będzie. Od zawsze niewolnicy mścili się na swoich panach, jak mogli. Nie mówię, że to zrobiłem, tylko, co mogło się wydarzyć. Senatorowi von Borowietzkiemu, europosłowi Conitemu, który po półgodzinnej drzemce się obudził całkiem rześki, oraz wielce szanownemu Mordechajowi Mordechajowiczowi Burumsteinowi bardzo smakowały podawane przeze mnie dania i napoje, jakie serwowałem. To najważniejsze. Potem się upiłem Stoliczną i Mordechaj mnie wyrzucił za drzwi. Ale ma mocny łeb ten Mordechaj. Pije jak smok, a im więcej pije tym zdaje się bardziej trzeźwy. Fenomen.

 

   Dziś obudziłem się z kacem gigantem. Ucho mam wielkie, czerwone i gorące, że muszę przykładać lód. Czuję się, jakby mnie kto obił. Może i tak było. Już nie wierzę w swoją karierę w Gazecie. Ten wieczór pozbawił mnie marzeń. I otworzył mi oczy na mego byłego guru, byłego przewodnika duchowego Mordechaja Mordechajowicza Burumsteina.

   Oddam mu te pięć stów, bo Mordechajowi Mordechajowiczowi Burumsteinowi nie można nie oddać pieniędzy, które się mu wisi. Potem z nami koniec. Z drugiej strony… To, że niektóry niektórzy redaktorzy postępowej gaziety, niektórzy europosłowie czy senatorowie - eksmarszałkowie z partii nowoczesnej, laickiej i proeuropejskiej są mali, wredni, paskudni; że po prawdzie gorsi są od świni nie znaczy, iż idea postępu i nowoczesności jest fałszywa. Moja wiara w postęp, w świat bez uprzedzeń, bez nienawiści, nacjonalizmu i faszyzmu pozostanie niewzruszona, jak skała. Skała, na którą ktoś nafajdał. I co z tego? Dalej będę w wierzył w świat bez wstecznictwa i złych, podłych ludzi i będę to głosił na ile mi sił starczy. Nie upadam na duchu. Nie poddam.

   Będę walczył o lepsze jutro człowieka i ludzkości, na tym skromny stanowisku, na jakie rzucił mnie los.  Ja Wacek – blogier skromny i postępowy zarazem.

 

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą autora.

Ocena wpisu: 
Twoja ocena: Brak Średnio: 5 (głosów:6)