Perkal i paciorki

Obrazek użytkownika Bielinski
Kraj

Wiele nowego dzieje się w naszej ojczyźnie. Na świecie także wiele nowego. I u nas i za granicą niekoniecznie dobrego. Być może jest to rezultat skrzywionego spojrzenia, nie tylko mego przecież, ale chyba każdego. Widzimy najlepiej to, co nam zagraża, co niepokoi, co wzbudza niepokój. To, co miłe i przyjazne pomijamy, zaś to co obojętne, tego nie dostrzegamy. Weźmy ulicę, którą idziemy codziennie, kilka razy dziennie. Znamy na pamięć jej płyty, krawężniki, dziury na drodze, nierówności, idąc prawie jej nie widzimy. Pogrążeni w swoich myślach machinalnie, na pamięć stawiamy kroki. A przecież doskonale będziemy pamiętać, gdy któregoś dnia potkniemy się na jakimś kamieniu, czy wpadniemy do dziury i wysypiemy się na beton jak worek kartofli. Tysiące razy szliśmy tą ulica i nic z tego nie pamiętamy, a ten jeden raz, gdyśmy się wywalili razem ze wspomnieniem bólu po poobcieranych dłoniach i kolanach zostanie w pamięci na długo.

   Nasza pamięć, nasze widzenie rzeczywistości jest skrzywione i pewnie tak być musi. Jest to przystosowanie ewolucyjne, które oszczędzając nasz mózg od nadmiaru wspomnień i wrażeń wyciera jak gumką te mało ważne. Niestety ofiarą tej procedury są także wspomnienia i myśli przyjemne; nasz mózg nie dba o nie specjalnie. Są gdzieś, ale słabe, coraz słabsze. Dla niego ważne są te, co złe, niebezpieczne zdarzenia, które mogą stanowić zagrożenie, których nie wolno zignorować, ani zapomnieć. Pośród niektórych owe proporcje są jeszcze bardziej zachwiane, na niekorzyść wrażeń i myśli optymistycznych, jasnych, czy obojętnych, skąd biorą się depresje mniej lub bardziej czarne. Ale dziś nie chciałem pisać o psychopatologii życia psychicznego, lecz o forcie T. Który już, już, już za chwileczkę na powstać w naszym kraju. Dokładnie podobno powstał, albo powstaje, albo ma powstawać! Fort T. – stała baza wojsk amerykanskich w naszym biednym, uciśnionym kraju. Nasza opoka. Nasza obrona. Tarcza przed wrażymi siłami. Gdy fort T. powstanie, będziemy już bezpieczni. Nikt już na nas nie napadnie. A jeśli napadnie to pokażemy  mu – my i amerykance – pokażemy mu gdzie raki zimują! Z powstaniem fortu T. nowa epoka nastanie. Epoka bezpieczeństwa, dobrobytu, wszelkiej pomyślności. Oh, kiedyż powstanie ten wyśniony, wymarzony fort T.! Kiedy nasz skołatany sztormami statek dobije do bezpiecznej przystani w cieniu amerykanskich dział i rakiet? Oh, kiedyż nastanie ta szczęsna godzina!?

   Nie można powiedzieć. Obiecują go nam co chwila. Co i rusz ogłaszają w telewizji publicznej, że przyjechał do nas ważny amerykanski dygnitarz, jakiś sekretarz bardzo ważny, lub generał co najmniej jednogwiazdkowy, lub inny szambelan z dworu prezydenta usa i obiecuje nam solennie, że fort Te powstanie. Już za chwileczkę, już za momencik. W ostateczności pani Dżulietta, ambasador pełnomocny imperium jasnej strony mocy, z wyglądu odpicowana, stara pudernica. Ona to, pani Dżulietta nie szczędzi obietnic, gdy już nie ma nikogo ważniejszego, by dymić w oczy. Fort Te powstanie. I to zaraz. Blisko. Nie długo. Wkrótce. No i wszyscy się cieszą. Zwłaszcza w telewizji publicznej. Zaproszeni publicyści – co zjedli wszelkie rozumy – nadymają się jak ropuchy z dumy i radości, że się udało, że Te powstanie. Pomniejszego kalibru narybek dziennikarki rozpływa się ze szczęścia. Ale to nic w porównaniu z naszymi politykami z koalicji rządzącej, którzy z tego nadmiaru radości kroczą po korytarzach sejmowych tak lekko, że zda się ledwie trącają stopa podłogę i od niechcenia dają wyraźnie do zrozumienia, że owszem było bardzo trudno, bardzo ciężko, ale się udało. Fort Te wreszcie powstanie, a to dzięki nim, nie opozycji, która rzucała kłody pod nogi, lecz dzięki ich pracy. Ich, polityków rządzącej koalicji. To ich, jedynie ich osiągniecie, ich zasługa, ich tryumf. Zabezpieczą Polskę na wieki dzięki temu, że obiecano im powstanie fortu Te, albo Be, albo De.

   I tak się wszyscy cieszą i puszą z tych obietnic, politycy z rządu i dziennikarze z telewizji rządowej. Politycy z opozycji i dziennikarza z mediów antyrządowych miny mają nietęgie. Lecz udają, ze nic się nie stało, że to żaden sukces, choć zżera ich zazdrość, że im się nie udało doprowadzić do powstania bazy usa-menów, która zapewni Polsce bezpieczeństwo. A poza tym ocalą Europę. Znowu. Tyle razy usa-meni to robili, czemu nie mogliby znowu? Właściwie… Czemu mamy ten zalew obietnic? Kiedyś nie było żadnego fortu ani Te, ani innego, od A do Z-et fortu też nie było, nie było też obietnic. Dziś fortu nadal nie ma. Niestety, ale będę się przy tym upierał wbrew opiniom wybitnych warszawskich statystów i równie wybitnych dziennikarzy z kręgów dobrej władzy. Wiem, że to głupie, ale dla mnie jak czegoś nie ma, to nie ma, jak coś jest, to jest. I będę tak twierdził, choćby nie wiem ilu wybitnych ekspertów z wpływowych kręgów rządowo-parlamentarnych upierało się, że coś jest, gdy tego nie ma, lub na odwrót. Zatem fortu jak nie było, tak nie ma, ale obietnic jego powstania nam nie brakuje. Dlaczego? Co się zmieniło? Czemu amerykanskiej administracji, czyli rządowi usa, tak nagle zależy, tylko werbalnie, ale jednak, na ciemnych, głupich Polaczkach z tej wstrętnej, zacofanej Europy wschodniej, że aż chce im się ich okłamywać?

   Że nasi, swojskiego chowu politycy łykają te puste kłamstwa jak gęsi kluski i tyją od nich i pęcznieją to nie dziwi. Ale że tez amerykancom się chce. Musza mieć jakiś powód. Usa-meni nic darmo nie robią, przynajmniej nie zrobią darmo dla Europy Wschodniej, czy innej za przeproszeniem Polski. Musi im się to opłacić, a co najmniej zwrócić. Przecież amerykanie to potomkowie angielskich osadników i angielskich kupców. Przez stulecia angielscy, czy holenderscy kupcy pływali na sam kraniec świata, do różnych dziwnych plemnią i odległych krain po to, by dobrze zarobić na handlu. Przecież na dla przygód, czy zwiedzania. Dobrze wiedzieli, że u największych dzikusów znajdzie się coś cennego, co można tanio kupić a potem sprzedać z wielkim zyskiem. Oczywiście trzeba mieć jakiś towar na wymianę. Wypełniali więc ładownie statków po brzegi perkalem i paciorkami, i innym tanim badziewiem, którego u nich było w bród i płynęli do Afryki, czy Azji. Tam, u tubylców wymieniali perkal i koraliki na niewolników, kość słoniową, złoto lub ziemię, czy pieprz… Co akurat miejscowi mieli cennego dla Angoli. Ten towar po kolejnej zamianie, lub sprzedaży i powrocie do kraju gwarantował co najmniej dziesięciokrotne przebicie. Dziś tyle można zarobić jedynie na handlu to jest przemycie narkotyków.

   Miejscowy kacyk, czy wódz uważał, że robi świetny interes. Złoto jest fajne, ale nieużyteczne, nie zrobi z niego narzędzi, ani broni, nadaje się tylko do noszenia w uchu, lub nosie. Bóg tym białym rozum odebrał, że tak zwariowali dla żółtego metalu. Niewolników także kacykowi nie brakowało, a jeśli już były braki, to łatwo temu zaradzała wyprawa na sąsiednie plemię. Podobnie kość słoniowa, skóry, czy zwierzęta… Przeciwnie kolorowy perkal, który uwielbiały żony kacyka, czy koraliki, cenna waluta na wymianę. Tak. Miejscowi władcy byli bardzo zadowoleni z tego handlu. Uważali, że robią świetny interes, jak każdy, kto rzeczy bez wartości wymienia no coś innego, nieznanego i cennego. Oczywiści angielscy kupcy również byli bardzo zadowoleni. Idealna transakcja, skoro obie strony były jej rade? Czy też ktoś jednak wychodził na tym handlu, jak Zabłocki na mydle, a druga strona zyskiwała wszystko?

   Najsławniejszą z takich transakcji było zakupienie przez kupców holenderskich od Indian Algonkinów (Delawarów?) wyspy Manhattan. Tak powstał Nowy York, wcześniej przez Holendrów nazwany Nowym Amsterdamem. Dziś znajduje się tu centrum finansowe usa i świata i gdzie najcenniejsze grunty inwestycyjne na świecie. Znamy nawet autora tej transakcji tysiąclecia oraz datę. 24 maja 1626 roku Peter Minuit, Dyrektor Generalny Nowych Niderlandów, kupił do Indian Algonkinów wyspę Manhattan płacąc towarami o wartości 60 guldenów. W innej wersji zapłacił szklanymi paciorkami za 24 dolary. Nieważne, czy Peter Minuit zapłacili za Manhattan szklanymi paciorkami wartymi 24, 60, czy 120 dolarów. Każdy przyzna, że była to najlepsza transakcja finansowa w spisanych dziejach, choć osobiście sprytny Peter na tej transakcji nie zarobił. Ale jakie dziedzictwo zostawił swoim następcom! Również tym niechcianym. W około czterdzieści lat później przypłynęła angielska flota w sile czterech okrętów i prawem silniejszego Anglicy przejęli kolonie holenderską na rzecz korony brytyjskiej. Od tej pory holenderski Nowy Amsterdam zamienił się w anglosaski Nowy York. Wracając do pamiętnej wymiany… Myślę, że wódz Delawarów (czy Algonkinów) także był zadowolony. Dostał dużo szklanych paciorków za opuszczenie jednej wyspy, gdy tyle wysp na rzece i lasów dookoła, gdzie można łowić ryby i polować. Jak ziemia może należeć do kogoś! Jacy głupi są ci biali! I tak indiański wódz, który za szklane paciorki warte kilka dolarów sprzedał Manhattan, stał się symbolem idioty. Pożytecznego idioty.

   I tak to szło. Kiedyś, w zamierzchłych czas ery kolonializmu i imperializmu. Czy to tylko odległa przeszłość? Oto czytam w prorządowych mediach, nagłówek: Stałe bazy – efekt pracy rządu od początku kadencji. Można i tak. Czemu nie? Papier to najsilniejszy materiał. Najwytrzymalsza stal pęknie, zaś papier wszystko wytrzyma. Nie ma takiej głupoty, czy bredni, której papier nie zniesie. Oto strona rządowa przechwala się zakupem kolejnych rakiet od amerykańskiego patrona. Rakiety nowoczesne, zaawansowane, nie da się zaprzeczyć… lecz jedna  rzecz nie daje spokoju. Właściwie dwie, jakby dobrze liczyć. Pierwsza to liczba owych celnych, nowoczesnych rakiet, wystarczająca do ostrzelania, czy odstraszenia wroga wielkości co najwyżej Litwy, choć nie jestem pewien, czy nawet na Litwę te kilkanaście wyrzutni by wystarczyły. No, chyba żebyśmy dysponowali bronią jądrową. Wówczas wystarczyłoby i na Litwę i na większe państwa.

    Ale to oczywiście zgroza, największa herezja, bluźnierstwo, żeby Polska dysponowała bronią jądrową! Nawet myśleć o tym nie wolno. Takie myśli to najcięższa myślo-zbrodnia! Chociaż taki Izrael ma co najmniej ze sto głowic jądrowych i nawet się z tym nie kryje. Izrael: 9 mln mieszkańców, z czego 7 milionów Żydzi a 2 miliony to podludzie: Arabowie, Palestyńczycy, etc. Dokładnie nie wiadomo, ile tych głowic Izrael posiada. Szacunkowo między 100 a 200 sztuk. Można przecież zrobić jedną dużą głowicę, albo dwie mniejsze. Minimum to sto głowic jądrowych. Skąd to wiadomo? Przypomnę krótko, pisałem o tym obszernie kilka lat temu. Na początku lat 90-tych Izrael zamówił w stoczniach niemieckich sześć okrętów podwodnych klasy Dolphin, albo klasy 800. Są to zaawansowane technologicznie, nowoczesny okręty podwodne o napędzie konwencjonalnym, ale bardzo trudne do wykrycia i zniszczenia; dalecy potomkowie niemieckich U-bootów z czasów II wojny światowej. Koszt: 1 miliard Euro za sztukę w cenach z lat 90-tych. Kupa pieniędzy. Jak kupić bardzo kosztowne okręty podwodne nie płacą za nie nic, albo drobną cześć? Niemożliwe!?  Izraelczycy, Żydzi potrafią robić takie cuda, i nie tylko takie. Jezus zamieniał wodę w wino w kannie Galilejskiej, ale premierzy Izraela z przełomu lat 80/90-tych Szimon Peres i Icchak Szamir zakasowali Jezusa ze szczętem. Z pomocą przyszła im pierwsza wojna w zatoce. Na Izrael zaczęły spadać irackie rakiety, a dodatkowo, znienacka! wybuchła afera z robotnikami przymusowym z czasów II wojny. Przez dziesięciolecia było cicho, a tu nagle w mediach w usa i na zachodzie wyciągnięto niewolniczą pracę milionów więźniów na rzecz III Rzeszy. Rozpętała się burza, na moment runął mit nazistów, zaczęto rozpisywać się o niemieckich zbrodniach i niemieckich niewolnikach; nawet o zgrozo! zaczęto przebąkiwać o bojkocie niemieckich towarów. Skoro niemiecki przemysł tak się utuczył na wyzysku niewolników, to niech traci!  Nawet w Polsce wiele było wrzawy i nadziei. Żyło wówczas jeszcze setki tysięcy były więźniów obozów koncentracyjnych, byłych robotników przymusowych. Każdy z nich liczył na odszkodowanie, lub nawet rentę, bo do rej pory nie dostali nawet grosza od rządu niemieckiego za swoją ciężką prace i cierpienie. Renty, czy emerytury, jakie otrzymywali wypłacał im przecież polski rząd, polski podatnik, nie niemiecki. Cóż, to normalne, Lepsi ludzie lepiej są traktowani, ich cierpienie więcej znaczy; gorsi, wręcz podłego pochodzenia ludzie traktowani są proporcjonalnie, czyli ich cierpienie znaczy mało albo i nic. Nie wiele więcej znaczą niż bydło w rzeźni.

   Burza ucichła równie nagle jak się zaczęła. W obliczu groźby bojkotu, rząd niemiecki się ugiął i przyznał sute odszkodowania i renty, ale komu…? Tak, łatwo się domyślić.  Odszkodowania i renty dostali tylko żydowscy robotnicy przymusowi i żydowscy więźniowie obozów koncentracyjnych. Żydowski nastolatek, który spędził w niemieckim obozie miesiąc, czy dwa, dostał wielotysięczne odszkodowanie i dożywotnią renetę, Polak, który harował w obozie całe lata, nie dostał nic, albo jakieś gorsze. Dokładnie powstała niemiecko – polska fundacja o nazwie, hi hi, Pojednanie, która wypłacała Polakom, i Polkom groszowe w parowania do żydowskich odszkodowania i rekompensaty. Była i druga strona tej burzy, czy jej uciszenia. Rząd niemiecki, kanclerzem był wówczas Helmuth Khol, zgodził się podnieść niemieckie finansowanie izraelski okrętów podwodnych budowanych w niemieckich stoczniach. Niemcy najpierw zgodzili się opłacić dwa pierwsze, potem Kohl zgodził się sfinansować i trzeci okręt, i zapłacić część kosztów czwartego okrętu, piątego, szóstego… Po tej obietnicy burza ucichła jak ręką odjął. Oczywiście to czysty przypadek! Niczego niecnego nie sugeruję. Rząd Izraela nie posunąłby się do niecnego handlu ofiarami Holocaustu. Nie przehandlowałby żydowskich ofiar na niemieckie okręty podwodne! To całkowicie wykluczone. Po prostu przypadkowa zbieżność wydarzeń. Bez żadnych podtekstów. Tak wyszło. Żydowscy więźniowie dostali kolejne i sute odszkodowania i renty; Izrael za prawie darmo sześć okrętów podwodnych. Przestano mówić o niemieckiej winie i nagle na scenę wrócili naziści i nazistowskie obozy koncentracyjne. Nazistowskie lub polskie. Tak się to robi w Ameryce.

   Amerykanie pośpieszyli ze sfinansowanie części kosztów wyposażenia bojowego, jak sonary,  a to są naprawdę bardzo drogie rzeczy…  Szczegóły umów są tajne, lub poufne. Ale łatwo ocenić, uwzględniając wkład Niemiec i usa, że Izrael za flotę sześciu najnowocześniejszych okrętów podwodnych z napędem konwencjonalnym zapłacił mniej niż wart jest jeden, prawdopodobnie są to kwoty rzędu 10 % kosztów całej floty. Właśnie ostatni okręt z tej serii wchodzi do służby we flocie izraelskiej. Po co Izraelowi sześć nowoczesnych okrętów podwodnych? Morze Śródziemne jest stosunkowa małe i płytkie, zresztą z kim ta potężna flota ma walczyć? Każdy z tych okrętów uzbrojony jest w 16 rakiet typu Tomahawk, wystrzeliwanych ze standardowych wyrzutni torpedowych, zasięg rzędu 2500 km. W zasięgu tych rakiet jest też Warszawa. Technologie i części do rakiet zakupił lub wykradł Izrael w usa jeszcze w latach 80-tych. Taka rakieta ma sens, jeśli wyposażyć ją w głowice jądrową, lub termojądrową. Izrael dysponuję technologią produkcji głowic termojądrowych. Policzmy: 6 x 16 = 96 głowic jądrowych i rakiet umieszczonych na trudno wykrywalnych okrętach podwodnych. Izrael nie kupił, czy dostał okrętów podwodnych; on dostał sześć trudnych do zniszczenia podwodnych platform do wystrzeliwania rakiet z głowicami jądrowymi.

   Tak można budować potęgę militarną, jak wiadomo, najlepiej ją budować na cudzy koszt. Pluton do głowic dali Francuzi, Pluton wyprodukowany w reaktorach jądrowych darze Francji. Niemcy zapłacili za okręty podwodne, kolejny i chyba ostatni dar przebłagalny narodu niemieckiego za zbrodnie nazistów; wyposażenie, rakiety manewrujące to dar usa. Nic dziwnego, ze Izrael rośnie w siłę i nie boi się niczego. A Polskę maja gdzieś. Co im taka Polska. Mając 200 głowic jądrowych w tym prawie sto na okrętach podwodnych! Prawdziwe mocarstwo. Izrael - mocarstwo w wersji mini. Mini, super mocarstwo. My tak nie mamy i mieć nie będziemy. Nigdy na nic niczego za darmo nie da.

   Nasz minister jest dumny, ze kupił od usa systemy rakietowe. Kupił za ciężkie pieniądze, amerykanie nie opuścili ceny swoim „najlepszym” sojusznikom najlepszym zdaniem tylko naszych warszawskich statystów z partii pomroczności dobrej. Amerykaninie produkcją broń, by na niej zarabiać; broń to jeden z niewielu amerykańskich towarów eksportowych. Kupujemy od nich broń, rakiety, samoloty. Przepraszam, że się spytam, ale co z kodami źródłowymi oprogramowania? Nowoczesna broń typu rakiety, czy samoloty jest sterowna przez zaawansowane systemy komputerowe. Nie mając kodów źródłowych nie mamy nad własną, niezmiernie kosztowna bronią, pełnej kontroli. Bez tej kontroli kupujemy nie samoloty bojowe, czy rakiety, ale zielono pomalowane rury, lub makiety samolotów.

   Przypuśćmy, ze zostaniemy zaatakowani przez Marsjan. No bo tylko Marsjanie sa naszym zagrożeniem, prawda? Na Marsjan tak broń jest całkiem dobra, bo Marsjanie nie istnieją. Przypuśćmy, że Marsjanie istnieją i zaplanują nas zaatakować. Rzucimy na nich nasze samoloty, wystrzelimy rakiety made in usa? Owszem,  ale tylko jeśli Wielki Brat zza wielkiej wody się zgodzi, bowiem to on ma w ręku przycisk od naszej broni. Jeśli wielki brat naciśnie odpowiedni przycisk, to silniki nie odpalą, samoloty będą spadać, a żadna z rakiet nie trafi w cel, nawet tak wielki jak Skandynawia. Przypuśćmy, że Marsjanie będą sprytni, to można założyć, bo Marsjanie to sprytne szelmy, i wiedząc o tym zgłoszą się do Wielkiego Brata i mu powiedzą: mu, bracie, my chotiem napaść na Polszu. Podłyj narod eto Polacy  i calyj mir budziet lepszyj kak Polszy nie budziet. Budzie pokoj i swoboda. No, znajem, szto tym masz w Polszu swoje sprawy i my chotem pogoawarit. Szto ty chotesz dostat’ w zamian?

   A Wielki brat powie: daj tym moim amerykanskim Żydom mienie im zrabowanie przez nazistów i Polaków w czasie drugiej wojny, tak zwane mienie bezspadkowe, a dal mienia dobra czapka, uszanka. I starczy. Rób potom to, co ci się podoba. Na Polaczkach mi nic nie zależy. Marsjanie dobijają targu, ofiarują Wielkiemu Bratu ma Kapitolu piękną czapkę uszankę z karakułów, spłacają amerykańskich Żydów polskim majątkiem – dają w końcu to, co nie ich – i maja otwartą drogę do podboju. A całe nasze zaawansowane uzbrojenie made in usa nada się tylko na złom. Śmieszne wyobrażenie, wizja oderwana od rzeczywistości? A co było na konferencji w Jałcie i w Poczdamie w 1945 roku? Franklin Delano Roosevelt, jeden z najwybitniejszych amerykańskich prezydentów zawarł układ z Józefem Stalinem oddając Polskę i Europę wschodnia we władanie Związku Sowieckiego. Mówimy, że Roosevelt sprzedał Polskę Stalinowi, ale to nieprawda. Gdyby Roosevelt nas sprzedał, to coś musiałby dostać w zamian, na tym polega handel: coś za coś. Roosevelt nie dostał od Stalina nic poza kłamliwymi obietnicami, które Stalin zaraz złamał a przyrzeczenie pogwałcił. W Jałcie i Poczdamie Roosevelt nie dostał od Stalina nawet czapki uszanki za zdradzenie Polski i Polaków. Zrobił to w imię  nowego wspaniałego świata, pokoju i porządku, rządzonego przez  dwa wielkie mocarstwa, dwie stolice: Waszyngton na zachodzie a Moskwę na wschodzie. Wielka Brytania już się wówczas nie liczyła, chyba jako kundel.

   Układ Kohl – Szamir nie zostałby zawarty w latach dziewięćdziesiątych bez zgody Waszyngtonu. Krzywda setek tysięcy polskich, byłych niewolników III rzeszy tak samo się nie liczyła w latach 90-tych, za rządów prezydentów usa Bushów: starego i młodego, jak śmierć milionów Polaków, sojuszników w latach II wojny. Czy dzisiaj jest inaczej?  W czasach rządów prezydenta którego dewizą jest: america first? Prezydent usa ma prawo tak mówić. Został wybrany przez amerykanów, by rządził państwem dla dobra amerykanów. Nie mam do niego o to pretensji. Czasami, jak oglądam naszych polityków z partii pomroczności dobrej, wybranych przez Polaków i mających w gębie pełno frazesów o niepodległości, o wstawaniu z kolan, etc., mam wrażenie, że ich dewizą jest nie: Poland first, lecz amercia first. I to po tylu gorzkich, bardzo gorzkich doświadczeń z przeszłości.

   Kiedyś angielscy kupcy handlowali z tubylcami wymieniać perkal i paciorki za ziemię, złoto, kość słownikową, niewolników… Dziś w czasach postindustrialnych, i u nas w Polsce, to już nie przejdzie. Kiedyś wódz Indian musiał dostać paciorki wartość 24 dolarów za Manhattan. W porównaniu do dzisiejszych polityków ów wódz Indian zrobił świetny interes. Niewiele, ale jednak coś dostał. Dziś wystarczą same obietnice, wizje paciorków, wystarczy obraz perkalu na ścianie. Po co dawać więcej skoro same iluzje wystarcza? Perkal czy paciorki jednak coś kosztują; iluzje, rojenia, marzenia, czy bajania są za darmo. Kiedyś mawiano: mądry Polak po szkodzie. Kalka starogreckiego przysłowia: mądry głupi po szkodzie. Prawda, po szkodzie każdy, nawet głupi jest mądry. Mądry jest mądry przed szkodą, tylko głupiec mądrzy się po szkodzie. Przypomina się tu Jan Kochanowski i jego Pieśni, zwłaszcza pieśń V, powstała po spustoszeniu Podola przez Tatarów w 1575 roku. Z bólu, że po napadzie Tatarów, jak przed, nie ma wojska na granicach. Nic się nie zmienia. I ostatnia zwrotka V Pieśni, księgi wtóre:

 

Cieszy mię ten rym: „mądry Polak o szkodzie”

Lecz jeśli prawda i z tego nas zbodzie,

Nową przypowieść Polak sobie kupi,

Że i przed szkodą, i po szkodzie głupi.

           

   Kiedyś wrogiem byli Tatarzy, już ich nie ma. Są za to sojusznicy - amerykanie i naszych przywódców przemożna a niczym nie wytłumaczona miłość ku nim, przypominająca zaślepienie. Tragiczna miłość dobrze się ogląda na teatralnych deskach, czy w kinie, w polityce to przepis na katastrofę. Po doświadczeniach lat zdrady: Teheranu, Jałty, Poczdamu, po latach komunizmu, po zdradzie lat 90-tych, i trzydziestu latach „wolności”, gdy wysługiwaliśmy się amerykanom ze rzadko spotykaną gorliwością nie dostając nic w zamian, nawet dobrego słowa… Aż człowiek zazdrości temu Indiańcowi, co jednak wziął te dwadzieścia cztery dolary w paciorkach… Ten Indianiec to w porwaniu do naszych, współczesnych polityków to polityczny geniusz, skrzyżowanie Meternicha i Talleyranda, prawdziwy indiański Machiavelli. Wódz Indian sprzedał coś bez wartości za paciorki. Coś realnego, co można wziąć do ręki. Nasi odwrotnie: „sprzedają” coś bardzo wartościowego za amerykańskie obietnice i kłamstwa, tyle warte, co zmarszczki na wodzie. Jak się nic nie otrzymuje, to nie ma sprzedaży, lecz jest darowizna.  Nie ma w polityce nic głupszego od dawania za darmo. Już lepsze paciorki i perkal.

   Można tylko powtórzyć za Janem Kochanowskim, jak było czterysta lat temu taki i dziś: Polak przed szkodą i po szkodzie głupi. 

 

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie tekstu tylko za zgodą autora.

Ocena wpisu: 
3
Twoja ocena: Brak Średnio: 3 (głosów:4)

Komentarze

Ukochany sojusznik zawiódł: Fort Trump nie powstanie.

http://alexjones.pl/aj/aj-polska/item/144854-ukochany-sojusznik-zawiodl-...

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
-4

Verita

#1583432

i może odrobinę tendencyjny, jednak świetnie napisany.

Szanowny Autor podjął bardzo ciekawy temat zamówienia okrętów podwodnych typu Delfin przez Izrael w niemieckiej stoczni Howaldtswerke-Deutsche Werft. Spiegel ( online) - w artykule opublikowanym w 3 czerwca, 2012 - podaje, że Niemcy pokryły jedną trzecią kosztów budowy. W sumie do roku 2017 miano dostarczyć Izraelowi 6 okrętów. Jednak już w tamtym czasie Izrael zastanawiał się nad zamówieniem dodatkowych trzech. Angela Merkel pozwoliła również Izraelowi zapłacić pozostałe dwie trzecie wartości w ratach, trudno się więc dziwić, że Izrael podjął plany powiększenia zamówienia o dodatkowe okręty, bo tylko głupiec by tego nie zrobił.

Bardzo byłam zaciekawiona dlaczego Niemcy okazały się tak łaskawe dla Izraela. Nie były to tylko i wyłącznie powojenne wyrzuty sumienia. Sprawę wyjaśnia skrótowo powyższy esej, a więc poczytałam o tym trochę więcej w  Wikipedii, w artykule "Okręty podwodne typu 800", skąd można się dowiedzieć, że Niemcy produkowały broń dla Iraku. W czasie I wojny w Zatoce Perskiej irackie pociski rakietowe- wyprodukowane przez Niemców- spadły na Izrael. Izrael natychmiast zaczął domagać się od Niemców rekompensaty i podpisane zostało przez ówczesnego Kanclerza Helmuta Kohla porozumienie o pomocy militarnej i humanitarnej dla Izraela. Tak to właśnie Niemcy zaczęły dopłacać do okrętów podwodnych zamówionych przez Izrael. 

USA, za rządów Clintona, odmówiły sprzedaży pocisków manewrujących Tomahawk i, jak podają źródła, Izraelczycy zbudowali swoje własne - Popeye Turbo. Izraelskie szpiegostwo ekonomiczne nie jest wykluczone. Współcześnie rozwijające się państwa nie mają szans dorównać innym. Pozostaje tylko kradzież. Chyba najlepiej wiedzą o tym Chiny.

http://www.spiegel.de/international/world/israel-deploys-nuclear-weapons...

https://pl.wikipedia.org/wiki/Okręty_podwodne_typu_800

https://foxtrotalpha.jalopnik.com/israels-newest-and-most-advanced-subma...

https://en.wikipedia.org/wiki/Popeye_(missile)#Popeye_Turbo_Submarine_Launched_Cruise_Missile

P.S.

Czytając o działaniach Izraela można tylko myśleć z goryczą, o tym, co spotkało Polskę i Polaków. Czy ktoś nam zwrócił pieniądze za zniszczenia, czy ktoś litował się nad polskimi więźniami? 

Musimy jednak być pragmatystami i wyciągać wnioski z tego, co się dzieje w światowej dżungli. A jeśli chodzi o Fort Trump, to Amerykanie nie mają na ten projekt wielkiej ochoty. To jest głównie inicjatywa polska. 

 

 

Podoba mi się!
3
Nie podoba mi się!
-1

AgnieszkaS

#1583437

dla przykładu: Verita zadowolona! Gdzie tu gorycz? Radocha!

Odnośnie owych zrozumiałych względów: jeśli od Amerykanów kupimy ów fort (obiekcje zgłaszają przyjaciele naszych przyjaciół o czym więcej w artykule "Jeruzalem Post") to zapłacimy kilka miliardów esów - i odwrotnie: jeśli nie zakupimy to będą oszczędności. Czym się martwić i tak dobrze i tak fajnie.

W kwestii owych kodów dostępu o których wspomina Autor (n.b. mój ulubiony Autor). Skąd wiadomo, iż nie zadziałają? Podobnie myśleli Rosjanie sprzedając naszej armii rakiety ziemia powietrze do czasu, gdy się nie okazało podczas awantury w Gruzji, że polscy specjaliści "połamali" kody i rosyjskie statki powietrzne pospadały od rosyjskich rakiet. Po prostu zestrzeliły się i już.

Jeszcze kilka lat temu wstecz nie było w Polsce armii, nie było Fortu T, nie było rakiet ( i nie było dyskusji), problemem natomiast jest pytanie czy Polskę stać na ów Fort, rakiety i armię. Bo jeśli Polskę stać to sobie kupi i rakiety (najwyżej nie amerykańskie tylko ruskie jak Turcja) i inne luksusy także.

Podoba mi się!
2
Nie podoba mi się!
0

Apoloniusz

#1583452