Obrońcy ostatnich barykad

Obrazek użytkownika Bielinski
Kraj

Wiele wrzawy wywołała wizyta prezydenta usa Donalda Trumpa sprzed kilku dni. W postępowych, liberalnych mediach tak w Polsce, jak i na Zachodzie, w Stanach, Anglii, we Francji, a szczególnie w Niemczech wygłoszono i napisano mnóstwo komentarzy nieprzychylnych, niechętnych, złośliwych, ogólnie wrogich. Chodzi tu o kluczowy punkt wizyty prezydenta Trumpa – przemówienie przed pomnikiem Bohaterów Powstania Warszawskiego na placu Krasińskich. Przemówienie poświęcone głównie przypomnieniu bohaterstwa powstańców, co przecież było tak oczywiste w tym miejscu - na placu Krasińskich.

   Dziś to piękny plac, czysty i zadbany, w ostatnich dniach sierpnia 1944 roku tu stały ostatnie barykady upadającej Starówki. Na placu Krasińskich znajduje się właz kanalizacyjny. Jeden z tysięcy podobnych w samej Warszawie, a przecie jedyny taki i w Warszawie, i w Europie, ba na całej Ziemi nie znajdziesz miejsca o takiej historii. Jedyny to w dziejach właz do kanalizacji mający znaczenie wówczas strategiczne a dziś... magiczne. Czy magicznym można nazwać coś tak prozaicznego i brzydko pachnącego, jak właz do sieci kanalizacji? Tutaj chyba wolno. Miejsce sławne i straszne. Miejsce zagłady, gdzie zginęło, gdzie Niemcy wymordowali tysiące ludzi. Właśnie tym włazem powstańcy wycofywali się kanałami do Śródmieścia. Była to jedyna droga ocalenia. Wejście do włazu znaczyło życie. Niemcy na Starówce mordowali wszystkich: tak  powstańców, jak cywili, rannych i zdrowych, kobiety i dzieci. Dlatego powstańcy tak heroicznie walczyli o ostatnie barykady na placu Krasińskich. Ostatnia barykadę odsłaniającą sam właz wykonano pośpiesznie pod niemieckim ostrzałem z worków z piaskiem, z czego się dało, co było pod ręką. Niemcy wiedzieli o włazie. Ostrzeliwali go ogniem karabinów maszynowych rozstawionych na najwyższych piętrach ruin zdobytych budynków przy placu Krasińskim, bo już cześć pierzei placu była w ich rękach. Przykryli okolice włazu i cały plac gęstym ogniem moździerzy i granatników. Aby dojść do włazu powstańcy i cywile czołgali się pod ciągłym ogniem niemieckim za wątłą osłoną niskiej barykady, ustawicznie rozrywanej przez pociski. Kto doszedł żywy, lub ledwie lekko ranny, ten schodził do kanału i dostawał szansę na życie. Zabitych - ich koledzy i przyjaciele - wyrzucali na barykadę by podwyższyć osłonę. Ciała wstrząsane seriami z kaemów poruszały się, jakby żyli, a poniżej czołgali się ci, co jeszcze żyli.

   W ruinach okolicznych domów zgromadziły się setki, tysiące zrozpaczonych cywili: oszalałych ze strachu matek z dziećmi, starców, dzieci, jak również mężczyzn, oraz mnóstwo rannych powstańców, zostawionych przez przyjaciół, bowiem ciężko rannych nie dało się przenieść kanałami. Wszyscy chcieli dostać się do włazu. Chcieli żyć. Uciec z piekła. Ocaleć. Niemcy położyli ogień ciężkich dział i moździerzy na ruinach domów, gdzie kryli się mieszkańcy Warszawy. Niemieckie samoloty nadlatywały i zrzucały bomby. Obłe cielska granatów moździerzowych gładko wsuwały się między ściany kamienic pozbawionych dachów i stropów i eksplodowały pośród czekających na ewakuację do Śródmieścia kanałami. Ciężkie pociski rozrywały się nad ułomkami murów siekąc deszczem szrapneli. Wybuchy obalały mury, które padając przysypywały i miażdżyły ludzi.

   „Naprzeciw tego pożaru, tych ogni na ileś pięter, w słońcu był właz. Nad włazem pół kucał, pól stał ktoś. Jeden czy dwóch. I regulował ruch. Bez miłosierdzia zrzucał, zdzierał z pleców toboły, i plecaki i ciskał w bok; na stos, bo się uzbierało. Tu szło wszystko piorunem. Pociski biły wyraźnie w samo wejście. Z dwóch stron. Pożar szalał. I oblepiał. Pełźliśmy. Ile sił. Przed nami też. Za nami nieprzerwany ogon. Właz był nieduży. Płyta odrzucona w bok. Nikt nikogo nie uczył, co i jak. Zarzuciłem mego rannego na plecy. Nie. Podali mi go chyba jednak. Nie. Nie pamiętam. Może jednak z nim. W ten otwór. Ostatni widok. Kościół garnizonowy. Pali się. Dym. Słońce. Ogień. Pociski. I klamry. Raz noga. Raz noga. Coraz niżej. … I jesteśmy zupełnie, zupełnie pod ziemia. … Włazi się w to coś. Wody do pół łydki. Zaczynamy iść. W wodzie. Tak zwanej. Noga za nogą:  szszu… szszuuu… szszuu…”

   Tak te chwile wspominał Miron Białoszewski w Pamiętniku z Powstania Warszawskiego. Niesamowita książka. Białoszewskiemu się udało. Przeżył, a po wojnie napisał swoje niezwykłe wspomnienia. Cywil  Zszedł do kanału. Ale inni… To mnóstwo… Ratunek okazał się pułapką. Nieliczni spośród mieszkańców Starówki dotarli do włazu i przeszli do Śródmieścia. Reszta została i zginęła. Ludzie miotali się szukając ucieczki. Lecz ucieczki nie było. Nie było ratunku. Była tylko śmierć. Większość Niemcy bestialsko wymordowali. Resztę pognali do obozów, na wyniszczenie. 

   Plac Karsińskich, okolice włazu w końcu sierpnia i jeszcze 1 i 2 września było to… nawet nie piekło, lecz dno piekła.

 

  Pamiętamy o ukraińskiej rzezi Polaków na Wołyniu i W Galicji wschodniej. Jak najbardziej tak pamięć się należy. Lecz czemu tak łatwo zapomnieliśmy o niemieckich rzeziach na Starówce, na Woli i Ochocie, i w innych dzielnicach powstańczej Warszawy? O warszawskich szpitalach, których personel Niemcy zabijali, kobiety wcześniej bestialsko gwałcąc, a rannych i chorych, mordowali, często paląc ich żywcem? O masowych egzekucjach? O stosach ciał oblanych benzyną i palonych? O dzieciach, których główki Niemcy roztrzaskiwali kolbami karabinów, by oszczędzać amunicję? O zgwałconych dziesiątkach tysięcy kobiet, dziewcząt, kilkuletnich dziewczynek, nawet niemowlętach? A inne rejony kraju? Ponad osiemset wsi spalonych razem z mieszkańcami! Wsie, miasteczka, miasta. Chociażby los Sanoka. Masowe zbrodnie popełniane przez Niemców i ich kolaborantów na Polakach. Rzeź na Wołyniu również nie wydarzyłaby się bez niemieckiego przyzwolenia i podżegania, bez pomocy i zachęty niemieckich władz okupacyjnych.

   Czy naprawdę wystarczy zdawkowe niemieckie: przepraszam? Rzucone mimochodem, półgębkiem, niechętnie. Na odczepnego. Często wymuszone okolicznościami,

 

   A postępowe media dalej swoje. Ogłuszające fanfary jedynie słusznej prawdy, czyli inaczej mówiąc propagandy głoszonej od ponad czterdziestu lat, ryczą w najlepsze. Jakby nic się nie stało. W sumie nie stało się wiele. Przemówienie Donalda Trumpa to tylko przykry dysonans, fałsz w zgodnym do tej pory chórze. Anglosaskich, amerykańskich gazet, portali, jak New York Times, Washington Post, angielski Times, Guardian i ich kłamstw tam głoszonych z poczuciem wyższości nie czytam, bo mi się nie chce. Niemieckich także nie czytam, bo się brzydzę niemieckim językiem. Polskich postępowych mediów także nie czytam. Kiedyś czytałem dokładnie, dziś oszczędzam nerwy. Ale gazeta postępowa pisze to samo odkąd powstała. Wystarczą same nagłówki. Nagłówki czytam. Oto kilka z portalu gazety.

   Paulina Wilk: Nie wstydźmy się wstydzić, Polacy! Naprawdę mamy czego. Nie znam tej osoby. Nie przeczytałem jej głębokich przemyśleń. Ale na pewno ma rację. Skoro Paulina Wilk wstydzi się za innych nie pytając się ich o zdanie, to warto by ktoś powstydził się za Paulinę Wilk. Padło na mnie, trudno. Tak. Paulina Wilk ma się czego wstydzić. Jest głupia, podła i tępa. Brzydka i wstrętna, pokraczna i śmierdząca. Ja jej wierzę. Że Paulina Wilk taka jest. Ta co się wstydzi za innych, winna sama przejrzeć się w lustrze. Tylko, czym tu się chwalić? Ale tu chodzi o wstyd, nie o cnoty. We wstydzie Paulina Wilk jest naprawdę mocarna. 

   Ryszard Schnepf: Donald Trump podał Polaka potężną porcję leku na naszą niedoceniana duszę. Ryszard Schnepf tak pisze, Schnepf czy Sznep? Nazwisko nieważne; nazwisko u takich ludzi to nie nazwisko rodowe, lecz pseudonim, zmieniany zależnie od okoliczności. Ryszard Sznepf znakomitość III Rzeczypospolitej, były ambasador w Waszyngtonie. Z urodzenia należący do wąskiego gangu właścicieli PRL-u i a później po „zmianie” jeden z notabli liberalnej III RP. Ojciec  -żydowski oprawca, oficer tajnej policji, matka także z bezpieki, stryj morderca w todze sędziowskiej. Schnupl Ryszard godny, potomek godnej żydowskiej rodziny, mordującej i prześladującej również ocalałych powstańców warszawskich i piętnujących ich, jako zdrajców, renegatów, zbrodniarzy, morderców; ten „kwiat” stalinowskiej, nowej „elyty” przywiezionej na sowieckich czołgach zauważa wspaniałomyślnie, że Polacy mają jednak duszę? Wielka łaskawość, zaiste.

  Rosjanie powiadają w takich wypadkach: wot, kanalia. Tylko skąd u Richarda Sznepla pojawia się pierwsza osoba liczby mnogiej? Skąd u Schnepfa alias Sznupfa, czy jak się zowie, pojawia owe… my? Przecież ów reprezentant narodu wybranego z natury swej jest leszy, mądrzejszy, inteligentniejszy? Dlatego okrada mniej wartościowych. Ostatnio okazało się, ze Richard Schnapf będąc ambasadorem w Waszyngtonie przy okazji okradł państwo polskie na 400 tysięcy, wyłudzając nienależny zasiłek żonę. Żona miała nie pracować, ale jednak pracowała i to w państwowej telewizji. Ładna sumka. Zresztą, zaraz okradł. Jak Okradł?! Ryszardowi Schnepfelowi należały się te pieniądze, jak część odszkodowania za Holocaust. Przeżył Ryszard Holocaust? Przeżył, w zawiązku nasienia swego ojca, ale przeżył. Więc pieniądze się należą. Tacy ludzie jak Schnepful nie kradną. Oni biorą, co swoje. Co im się należy. Tata brał, co chciał, mama brała, stryjek brał. On gorszy? Przecież i on z tych… wybranych inaczej.

   Wracając do pytania o owe my. Czyżby Sznept? Szpupt? Schpetl? bystro zauważył, ze dla Polaków idą lepsze czasu i zgodnie z wielowiekową tradycją swej rasy chce się podczepić pod tych, którym lepiej? Jak już Żydzi ciągną do Polski, to u nas musi być dobrze, a przynajmniej lepiej. Inaczej. Co ma zrobić Sznepeter? Wyemigrować z rodziną? Mowy nie ma. Wyjedzie taki Schmump od usa, czy Izraela i kim będzie? Nikim. Ja będzie miał szczęście to się zaczepi przy jakimś trzeciorzędnym amerykańskim uniwersytecie. Jak nie będzie miał szczęścia, zostaje zmywak i noszenie cegieł na budowie. Hańba dla rodziny, rodu, narodu i pokolenia. A tu zawszeć majątek jest, ukradziony, lecz nie mały; jako ambasador otoczony szacunkiem i poważaniem. I tak się żyje. A to Szmerf artykuł napisze, w którym Polaków poklepie życzliwie po ramieniu, a to Polaków opluje. Z tym poklepywaniem lepiej nie przesadzać. Przeciwnie: więcej, więcej śliny! I mu taki artykulik wydrukują w Gazecie, a potem może i przedrukują w Washington Post czy portalu Politico? Lubo wykład Stempel wygłosi, czy zgrabne przemówienie - pouczenie. Za wszystko kasę zgranie. Do tego jakieś wyróżnienie łyknie, inną nagrodę za całokształt, lub odszkodowanie jako ocalały z Holocaustu. I tak się żyje w Polsce, były oprawcom i och potomkom: lekko, łatwo i wygonie. Gdzie Ryszardowi Sznuplowi będzie lepiej? 

   Inny nagłówek. Jarosław Trybuś: Nie wymażemy Bieruta z historii Warszawy i Polski jak chcieliby niektórzy. Nie wiem, kto zacz ów Jarosław Trybuś, ale głowę ma nie od parady. Głowa Jarosława Trybusia nadaje się również do noszenia czapki, do zrobienia dołka w piasku, do…. czego jeszcze? Skończmy temat by nie posunąć się do używania słów powszechnie uważanie za obelżywe. Dość ze Jarosław Trybuś ma głowę. Jedyne, co można o nim powiedzieć pozytywnego. Bierut jest częścią historii Polski. Bierut to taki nasz polski Hitler. Polakom bliżej do Ukraińców niż do kulturalnych, liberalnych miłośników Mozarta i Schuberta. Bierut to taki nasz polski Bandera. Po co zaprzeczać faktom? Bierut to nasz, swojak, Polak, czy chcemy, czy nie chcemy. Nie jesteśmy tacy niewinni, skoro mamy Bieruta! Tu kłania się Paulina Wilk. Zgodnie śpiewa postępowy chórek postępowej gazety. A skoro tak jest… to trudno. Polacy są podli, Polacy to świnie, co było do udowodnienia.

   Nie ma tu żadnego znaczenia, ze Niemcy sami wybrali w wolnych wyborach na swego Fűrhera i byli mu bezwzględnie posłuszni popełniając najokrutniejsze zbrodnie na rozkaz Hitlera. Że Niemcy służyli Hitlerowi wiernie jak psy, do samego marnego końce Fűrhera w ruinach kancelarii Rzeszy. Że Ukraińcy również dobrowolnie poddali się Stepanowi Banderze i jego ideologii samostinnoj Ukrainy wolnej od wrażych, obcych,. Ukraińcy sami, na ochotnika popełniali pod jego wodzą straszliwe zbrodnie na Polakach, Żydach, Ormianach, wszelkich obcych, przecież nikt ich do tego nie zmuszał. Przeciwnie Bolesława Bieruta i bandę zdrajców i kanalii, żydowskiego i polskiego chowu, przywiozła i usadziła, jako wielkorządców podbitej Polski, Armia Czerwona na rozkaz Stalina. Władza Bieruta nie ostałaby się nawet miesiąca a on sami i jego towarzysze stanęliby pod murem, co im się sprawiedliwie należało, gdyby nie Armia Czarowna i dywizje NKWD.

   Rzecz niby oczywista, ale nie dla wszystkich. Polacy nie mogą być tacy dobrzy. Musza mieć swoje czarne karty, czarne owce. Bo przecież jedynym czystym, nieskalanym, nieskazitelnym narodem są Żydzi. I Żydzi, i Polacy nie mogą być jednocześnie nienaganni… Albo, albo. Dlatego Bierut Bolesław okazuje się być Polakiem…, niemal wybranym przez Polaków do władzy, choć formalnie, z metryki nim był. Jeszcze trochę a najokrutniejsi żydowscy oprawcy bezpieki: Józef Różański, Roman Romkowski, Anatol Fejgin, Luna Brystygierowa, czy inni, także okażą się… Polakami. W końcu urodzili się w Polsce, a część miała polskie nazwiska – pseudonimy na rozkaz partii. Ba, niedługo udowodnią w gazecie, że Kuba Rozpruwacz osławiony morderca londyńskich prostytutek też był Polakiem!

 

   Prawicowe media w naszym kraju, w tym telewizja publiczna wpadły z kolei w zachwyt nad wizyta i przemówieniem prezydenta usa. Znam to z drugiej ręki, bowiem przyznam się, że starannie unikałem oglądania telewizji publicznej, oraz innych kanałów informacyjnych podczas na szczęście krótkiego pobytu prezydenta usa Donalda Trumpa w Polsce. Jak już wspominałem oszczędnie dysponuję swoimi nerwami. Nie będę jednakże daleki od prawdy, gdy stwierdzę, że przynajmniej niektórym dziennikarzom prawicowym, czy telewizji publicznej z zachwytu popuściły zwieracze podczas relacji wizyty pana Trumpa. Problem z mną polega na tym, że mam jak to nazywają słoniową pamięć. Raz skrzywdzony słoń nigdy nie zapomni urazy. Tak mówią. W przesadnych zachwytach na wizytą Trumpa usilnie przeszkadza mi wspomnienie żartu, jaki Donald Trump opowiedział w telewizji. Było to bodaj w latach dziewięćdziesiątych. Trump, już wówczas znamy miliarder w telewizji opowiedział żart o Polaka, jeden z popularnych w usa polish jokes. Zrobił się hałas, polonia zaprotestowała. Tylko czy to był Trump czy inny miliarder, właściciel sieci telewizyjnej? Mniejsza o to. W każdym razie żart był taki. Jak wygląda polski wykrywacz min? Jest nim noga polskiego sapera, który stopa wymacuje miny. Jeden z tysięcy tzw. polish jokes.

   Dla mnie w chóralnych peanach polskich dziennikarzy i oficjeli kierowanych do prezydenta usa brzmi fałsz. Jeszcze większy fałsz słychać w solennych zapewnieniach amerykańskich dyplomatów o szacunku i wdzięczności, jaki naród amerykański żywi wobec wielkiego, dzielnego narodu polskiego. Przepraszam, że pytam, ale jak się mają do tego polish jokes tak popularne w usa? W Ameryce ukształtował się i jest pielęgnowany obraz Polaków, jako głupich, brutalnych, tępych prostaków. Idiotów, nienadających się do niczego. Kto mądry będzie ginął dla narodu głupków, idiotów, nieudaczników?

   Wizyty prezydenta usa Donalda Trumpa nie należy ani przeceniać, ani pomniejszać. Jeszcze jedna wizyta dyplomatyczna. Znaczy tyle, co nic. Albo niewiele więcej niż nic. Donald Trump przyleciał do Warszawy na kilkanaście godzin. Wygłosił ładne przemówienie. Jak zauważyli złośliwi amerykańscy dziennikarze, Donald Trump na przy każdej wizycie coś miłego do powiedzenia gospodarzom. I już go nie było. Donald Trump wcale nie pochlebiał powstańcom warszawskim, bo nie był w stanie tego uczynić. Jak opisać poświęcenie i bohaterstwo bez przymiotników? Łatwo można znaleźć słowa znacznie mocniejsze i barwniejsze. Tyle, że Polaków nie opluł, jak to było zwyczaj do tej pory. Jak  jego poprzednik, sprytny Murzyn, prezydent Barack Obama, który wręczając wysoki order polskiemu bohaterowi wojennemu nie omieszkał wspomnieć o „polskich obozach zagłady”. W myśl pedagogiki wstydu: jeśli Polak ma otrzymać jakiś plus, tu amerykański order, to musi się natychmiast ujawnić wielki minus. Dla równowagi.

   Żaden amerykański prezydent, następca na urzędzie Franklina Delano Roosevelta - prezydenta numer 32 - nie może powstańcom warszawski ani nic dodać, ani niczego ująć. Roosevelt mógł, Roosevelt pomógł. Amerykańska armada lotnicza przyleciała z pomaca w ostatnim możliwym terminie. I pomogła… Niemcy przejęli ponad 90 % zrzutu. Niemcy bardzo chwalili sobie amerykańską pomoc. Niemieccy żołdacy palili amerykańskie papierosy, żarli amerykańskie konserwy i czekoladę, strzelali z amerykańskiej broni. Taka jest amerykańska pomoc.

   W godzinie próby Donald Trump, prezydent numer 45, zrobi dla nas, dla Polski tyle samo co zrobił prezydent Franklin Delano Roosevelt. Zdradzi nas, sprzeda, jeśli będzie to korzystne dla Ameryki, Co innego można oczekiwać od polityka, którego hasłem jest: „America first”? Przynajmniej nie kłamie. To już coś.

   Wniosek z naszego sojusz z Ameryką jest jeden. Jeśli możemy im coś dać, jeśli jesteśmy potrzebni usa, to amerykanie są słodcy, mili i przyjaźni jak ulepek. Amerykanie cenią krew naszych żołnierzy, lubią nasze złoto, za które sprzedają nam po nader wygórowanej cenie swoją broń; cenią też wsparcie dyplomatyczne, na ile jesteśmy w stanie pomóc.  Wtedy dużo i wymownie zwapniają o sojuszu, o sympatii, przyjaźni, jaka żywi naród amerykański do narodu polskiego. Gdy sytuacja się odwraca i to my potrzebujemy pomocy, to Ameryka staje się głucha i ślepa. I nie mają znaczenia najświętsze traktaty, zamiast pomocy otrzymamy to samo co przed laty: cios w plecy, kopniaki, kpinę i kolejne szydercze „polish jokes”.

   A my jak zawsze sami musimy walczyć z przemocą wspólnych wrogów. Jak żołnierze Armii Krajowej z batalionu Bończa, Chrobry I, z Parasola, zgromadzone ad hoc resztki z rozbitych oddziałów - bohaterscy obrońcy ostatnich powstańczych barykad wokoło włazu na placu Krasińskich. I walczyć do ostatniego tchnienia, do ostatniego pocisku, by ocalić jak najwięcej ze skazanych na zagładę. Walczyć do końca z bezgranicznym poświeceniem i bohaterstwem. Żaden amerykański prezydent nie jest w stanie im pochlebić. W jego języku nie ma na to słów.

   W ostateczności liczy się właśnie to: upór i poświęcenie. Żadna obca pomoc, żadne fałszywe przysięgi, kłamliwe zapewnienia o przyjaźni, lecz wytrwałość i poświęcenie. I tylko to zostaje. I jeszcze pamięć o poległych i pomordowanych.

 

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą autora.

Ocena wpisu: 
5
Twoja ocena: Brak Średnio: 4.8 (głosów:5)