Moje grudnie

Obrazek użytkownika Bielinski
Kraj

Połowa grudnia. Naszedł mnie czas wspomnień. Czy to wina kolejnej rocznicy wprowadzenia stanu wojennego? Nieustającej politycznej awantury, do której wciągane są wydarzenia sprzed lat? Być może. Jak wyglądał mój grudzień 1981 roku? Obudziłem się, włączyłem telewizor, ale zamiast programu na ekranie był śnieg. Elektroniczny chaos. Potem, gdy przywrócono program, prezenterzy w mundurach. Chaos w mieście, w kraju. Ale to wszyscy wiedzą.

   Była zima, to pamiętam. Śnieg i mróz. Śnieg spadł wcześniej, ale po trzynastym grudnia dużo więcej go napadało. Chwycił mróz, silny mróz. Pamiętam, na placu przed wejściem do stoczni stał kordon żołnierzy w zimowym umundurowaniu, w stalowych hełmach i z bronią. Sama brama do stoczni, niewidoczna z placu, jest sporo dalej, z kilometr, jak nie więcej, a żołnierze chronili budynki stoczniowej admiracji i wylot ulicy na końcu, której znajduje się główna brama stoczni. Dobrze wybrane miejsce na odcięcie stoczni od miasta. W stoczni odległej i niewidocznej trwał strajk. Bliskiej i niedostępnej. Odciętej przez wojsko i otoczonej. Było to takie… nierealistyczne, choć jak najbardziej realne. Ci żołnierze w bojowym rynsztunku, czołgi, na placu stało kilka czołgów, w tle odległy las załamanych ramion stoczniowych dźwigów i poziome dźwigary suwnic, przypominający, po co, dlaczego są tutaj ci żołnierze i czołgi.

   Chodziliśmy na ten plac popatrzeć, co się dzieje. W szkole nie było lekcji, tramwaje nie chodziły, autobusy też – komunikacja miejska strajkowała – telewizji nie było. Co było robić? Strajkująca stocznia była całkowicie odcięta. Żołnierze nie przepuszczali nikogo. Przynajmniej nikogo ze zwyczajnych ludzi, szarych obywateli jak się wtedy mówiło. Żołnierze? Młodzi chłopcy, niewiele starsi ode mnie wówczas. Stali godzinami na mrozie trzymając szereg. Pamiętam, na placu stało kilka koksowników płonących żarem, pewnie dla nich, by się rozgrzali, ale i tak musieli stać godzinami w szeregu na silnym mrozie. Żołnierze przytupywali, zbijali ręce, przestępowali z nogi na nogę, żeby się trochę poruszać, żeby choć trochę się rozgrzać. Twarze mieli sine z zimna, albo czerwone.

   Nie czuło się strachu, raczej ciekawość, tak to zapamiętałem. Pytanie: jak to się skończy? Czy rząd ustąpi, czy też strajk w stoczni w końcu się zakończy? Kto kogo przetrzyma? Ci przemarznięci chłopacy w mundurach nie budzili lęku. Raczej litość. Byli tacy jak my, tyle ze mieli pecha i trafili do wojska. Najgorzej mieli czołgiści. Załogi czołgów. Musieli tkwić w czołgach mimo mrozu. Były to chyba T-55, stara sowiecka konstrukcja o obłej wieżyczce. Taki czołg to ze czterdzieści ton żelastwa. Na silnym mrozie czołg zamieniał się w zamrażarkę. Czołgi wewnątrz nie miały żądanego ogrzewania, no, bo, po co taka ekstrawagancja? Sowiecki człowiek wszystko wytrzyma. Czołgiści mieli ciepło tylko wówczas, gdy dowództwo pozwoliło uruchomić silnik. Nie pamiętam, żeby silniki czołgów były włączone. Ale co jakiś czas silniki musiały być uruchamiane, inaczej ci żołnierze by zamarzli w tych stalowych super konserwach; po za tym, co ważniejsze, jeśli co jakiś czas silnik na silnym mrozie się nie uruchomi, to może być problem z jego późniejszym odpaleniem, gdy to będzie potrzebne. Nie było niczego w sklepach, nie było również paliwa. Nie było niczego. Kryzys jak to się mówiło. Wojsko ludowe miało paliwo, ale też musiało oszczędzać. Nie sądzę, żeby dowództwo pozwalało odpalić silniki częściej, niż to było absolutnie niezbędne. Czołgiści marzli przeraźliwie. Budzili powszechna litość pośród zgromadzonych, szczególnie kobiet. Współcześnie pisząc o stanie wojennym powszechnie dzieli się tych, co wprowadzali stan wojenny: żołnierzy i milicjantów a resztę. Głęboki podział na reżim i naród, na komuchów i resztę, na my i oni. Nie było takiego podziału. Przynajmniej nie na tym placu. Nie w te dni grudniowe. Przeciwnie powszechnie litowano się nad niedolą żołnierzy.

   Kobiety, mieszkanki okolicznych kamienic, po matczynemu przynosiły żołnierzom ciepłą herbatą, czy gorącą zupę, żeby się rozgrzali. Nie z sympatii dla komuny, lecz z litości nad żołnierzami. Dlatego przynosiły też koce, kapy, kołdry dla tych zamarzających czołgistów.

 

Inny grudzień, jaki zapamiętałem, to grudzień 1970 roku. Niewiele tego jest, tych wspomnień. Miałem wówczas siedem lat, co mogłem pamiętać? Ale jednak coś zapamiętałem. Po przeciwnej stronie placu, przy którym stał nasz blok, znajdował się nieklasycystyczny pałac, zajmowany przez bank. Państwowy rzecz jasna, innych wówczas nie było.  Noc, albo wieczór, w grudniu wcześnie robi się ciemno. Świecą lampy uliczne. Z naszego okna świetnie widać gmach pałacu – banku a przed nim stojący transporter opancerzony. Był to transporter SKOT. Tak sądzę, bo charakterystyczną sylwetkę tego wozu bojowego rozpoznałem znacznie później. Dziś już ich nie ma, dawno je wycofano ze służby. Nie wiem, czemu ten obraz utkwił mi w pamięci. Nasz blok znajdował się w pobliżu Komitetu Wojewódzkiego, potężnego gmaszyska. Komitet Wojewódzki został spalony podczas zamieszek w grudniu 1970 roku. Demonstranci atakowali także stojący odpal Komendę Milicji. Nic z tego nie wyszło. Zginęło sporo ludzi, mnóstwo było rannych. Komendy nie zdobyli, nie było na to żadnej szansy, ale Komitet Wojewódzki demonstranci puścili z dymem. Demonstranci, pośród których główną siłę stanowili robotnicy ze stoczni, z innych fabryk. Ojciec opowiadał, że w mieszkaniu było tak gęsto od gazu łzawiącego, że trudno było oddychać. Nic z tego nie pamiętam: ani gazu łzawiącego, ani strzelaniny, ani zamieszek. Tylko ten transporter bojowy stojący przed bankiem, noc, czy wieczór, światło latarń i śnieg.

   Akurat na te święta dostałem najcudowniejszą zabawkę mego dzieciństwa: plastikową atrapę automatu Kałasznikowa. Wówczas takie zabawki były bardzo popularne. Mój Kałasznikow był na baterie i jak się nacisnęło spust zapalała się czerwona żaróweczka u wylotu lufy, jakby pistolet strzelał. Przez całe dzieciństw nie dostałem lepszej zabawki. Musiałem widzieć wielu żołnierzy i milicjantów, tego nie pamiętam, ale wiem, że bardzo chciałem mieć prawdziwego Kałasznikowa. Prosiłem ojca, aby mi przyniósł prawdziwego Kałasznikowa od żołnierzy. Ojciec obiecał, że mi przyniesie. Poważna obietnica, ale to było dla żartu. Ojciec nienawidził komuny, lecz był inwalidą, nie brał udziału w zamieszkach, nie był w stanie gonić się po ulicach z milicją. Później tematem rodzinnych, żartobliwych opowieści było, jak to ojciec obiecał przynieść mi Kałasznikowa. Oto, co pamiętam z grudnia 1970 z walk ulicznych, bo tak je trzeba nazwać. W moim mieście oficjalnie władze komunistyczne zabiły szesnaście osób, nieoficjalnie kilkakrotnie więcej. Tak głosiła powszechna fama, to powtarzano szeptem od ucha do ucha na rodzinnych spotkaniach. Nie wiadomo dokładnie ilu, bowiem zabici byli chowani nocą, po kryjomu, bez świadków. Władze były wszechmocne, sprytne i bezwzględne: fałszowano karty szpitalne, rejestry cmentarne, akty zgonu. Zacierano wszystkie ślady, skrzętnie wymazując wszystko to, co nie zgadzało się z wersją oficjalną. Wielu z pochowanych w grudniowe noce i później także, bo przecież ranni umierali w szpitalach, w których aktach zgonu wpisano przyczyny „naturalne”, należałoby zaliczyć do ofiar grudnia 1970. Ludzie się na to godzili, ludzie się bali. Rodziny też się bały, nikt się nie sprzeciwiał. Władza wydawała się wszechpotężna i nie do poruszenia, jak przygniatający nas olbrzymi głaz. Mijający czas dokończył dzieła - te ofiary przykryte zostały całunem zapomnienia. Prócz zabitych były setki rannych, setki pobitych. Szpitale pękały w szwach od rannych i poszkodowanych.

   Nie ci zabici, nie zamieszki, nie płonący komitet partii, nie tumany gazu łzawiącego, ale w mojej pamięci utkwił ten transporter opancerzony stojący spokojnie na straży banku na białej od śniegu ulicy. I ten dziecięcy, plastikowy Kałasznikow z czerwoną żaróweczką, i to dziecięce marzenie, aby mieć prawdziwego.

 

W grudniu 198i roku nie było ofiar w naszym mieście. Strajk się zakończył niczym, robotnicy się rozeszli, by po kilku dniach podjąć na nowo prace. Ruszyła stocznie, ruszył transport miejski i wszystkie dotychczas strajkujące zakłady. Myślę, ze nie było ofiar, bo i strajkujący i władze miały w świeżej pamięci wydarzenia sprzed nieco ponad dziesięciu lat. Dlatego władza nie zdecydowała się uderzyć na stocznię i spacyfikować siłą strajk, a strajkujący nie podjęli próby przebicia się do miasta. Obie strony wiedziały jak wiele kosztowałby to ofiar. W stanie wojennym zabici padali w miejscach, gdzie ludzie nie mieli podobnych wspomnień. Jak na Śląsku, na które władze komunistyczne chuchały i dmuchały, w kopalniach, które były przedmiotem dumy władz, pośród górników, którzy byli oczkiem w głowie partii komunistycznej. Strajki się skończyły i nastąpiła komunistyczna normalność. Oficjalnie panował spokój i porządek pod światłymi rządami partii, pod spodem władze robiły swoje: aresztowania, ludzie trafiali do więzień lub obozów internowania, byli wyrzucani z pracy, zmuszani do emigracji. Taka mała socjalistyczna stabilizacja.

   Takie mam wspomnienia z tych minionych a jakże pamiętnych grudni: pierwszego z roku 1970, gdy byłem dzieckiem, i drugiego, z 1981, gdy byłem licealistą. Gdy dziś to wspominam widzę tych przemarzniętych do kości, przytupujących żołnierzy, transporter bojowy przed bankiem na pustej jak wymiótł zaśnieżonej ulicy i widzę… mego ojca.

 

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą autora.

Ocena wpisu: 
5
Twoja ocena: Brak Średnio: 5 (głosów:3)