Kilka faktów i mitów o Powstaniu Warszawskim

Obrazek użytkownika Bielinski
Kultura

Początek sierpnia, kolejna rocznica Powstania Warszawskiego. Pojawia się znowu mnóstwo prawd, półprawd i zwykłych kłamstw. Nie jest prawdą, że wszystko już wiemy o powstaniu warszawskim. Nie jest też prawdą, że wszyscy oddają cześć, hołd powstańcom i ludności cywilnej za to, czego dokonali, za co się wydarzyło w upalne sierpniowe, wrześniowe dni 1944 roku. Ci, co przez dziesięciolecia prześladowali powstańców, co pluli na pamięć o powstaniu, co sprowadzali powstanie do mało znaczącego wydarzenia, kolejnego przejawu dominującej pośród Polaków głupoty, dziś również mają głos. Potężnie wzmacniany glos. I nadal plują jadem, choć argumenty mają inne. Powstanie Warszawskie na świecie, lecz również w Polsce jest mało znane i nierozumiane, lub źle rozumiane. A jest to zdumiewające zdarzenie historyczne. Zdumiewające i przerażające. Dziś będzie o liczbach, o stratach w powstaniu.

   Jerzy Kirchmayer szacuje liczbę poległych powstańców na przeszło 16 000, rannych (ciężko) około 6 000. Kirchmayer nie rozróżnia kategorii „zaginiony” uznając i słusznie, że w powstaniu zaginiony = zabity. Pułkownik. Borkiewicz ocenia ilość zabitych i zaognionych łącznie na 18 000 dodając, że „jest to liczba raczej za mała niż wygórowana.”. Tak szacowali straty historycy w kraju, w PRL-u. Opublikowane na Zachodzie dzieło „Polskie Siły Zbrojne” szacowało straty powstańców na zabitych - 10 200, ciężko rannych – 7 000, zaginionych – 5 000. W opisie powstania występuje specyficzna kategoria: ciężko ranni, nigdzie indziej niestosowana. Normalnie wojskowi i historycy rozróżniają: zabitych, zaginionych i rannych. Zaginiony to żołnierze, którzy zaginęli, czyli ci, co zazwyczaj dostają się w ręce nieprzyjaciela i stają się jeńcami. Aczkolwiek w katorgi zaginieni mieszczą się i ci, co np. zdezerterowali, lub ci zginęli, lecz ich ciało zostało tak zmasakrowane, że nie dało się zidentyfikować i zostali pochowani, jako NN (nieznani). Kirchmayer słusznie nie bawi się w rozróżniania: zabity czy zaginiony, uznając ich wszystkich za poległych, bowiem Niemcy mordowali wszystkich wziętych do niewoli jeńców - powstańców, aż do samego końca powstania. Jedną z wielu osobliwości tej tak niezwykłej w dziejach bitwy, jaką było Powstanie Warszawskie, jest to, że wojskowi, historycy rozróżniają nową kategorię: ciężko ranni. I znowu mają rację. Kirchmayer, zawodowy oficer, artylerzysta, uczestnik wielu wojen, w tym wojny obronnej w 1939, w konspiracji wysokiej rangi oficer Armii Krajowej, który znał i rozmawiał z wieloma powstańcami mającymi powstanie z świeżej pamięci (umarł w 1959 roku) nie bez przyczyny czyni takie rozróżnienie. W postaniu tylko ciężko ranni schodzili z linii, dokładniej byli niesieni do szpitali. Ranni, jeśli byli przypomni, i mogli się jako tako się poruszać, zostawali w oddziale i walczyli dalej, na ile byli w stanie to czynić. Przecież ranny żołnierz chętnie idzie do szpitala. Mimo ran i bólu czuje ulgę, bo wie, że w szpitalu jest bezpieczny. Zachowanie powstańców przeczy tej prawidłowości. Jest odwrotne. Sprzeczne ze zdrowym rozsądkiem? Bynajmniej.  Wynikało to również zajadłości bitwy i żądzy walki powstańców, nawet tych rannych. Ale przyczyny niechęci rannych do szpitali były jak najbardziej prozaiczne. Na linii, gdzie stanowiska powstańców i Niemców rozdzielał pokój, korytarz, piętro, czy ulica, Niemcy w obawie, by nie razić swoich nie mgli użyć ciężkich dział, ani bombardować. Szpitale na tyłach, jak wszystkie inne budynki, były bombardowane, ostrzeliwane i niszczone waliły się w gruzy przysypując chroniących się w piwnicach mieszkańców i rannych, jeśli akurat znajdował się tam powstańcy szpital. W postaniu tyły były często bardziej niebezpieczne niż linia frontu. Poza tym, w razie zdobycia przez Niemców, personel szpitala i ranni i chorzy byli mordowani. Normą było, że Niemcy mordowali rannych, chorych i cały personel. Powstańcy doskonale o tym wiedzieli. Najgorszym koszmarem powstańca, i wynika to z wielu wspomnień, była myśl, że ciężko ranny, niemogący się poruszać trafia do szpitala. A tu wpadają Niemcy. Pamiętam jakiś film na anglosaskim kanale historycznym. Film wspominał o powstaniu, oczywiście epizodycznie, był to chyba film francuski, a narrator powiedział takim konspiracyjnym szeptem, że Niemcy spalili szpital z rannymi. Że niby Niemcy tacy wspaniali żołnierze, a posunęli się do takiej potworności. Spalili JEDEN szpital! Nie do wiary! Jacy ci Naziści są potworni! Zadnie jednocześnie prawdziwe i kłamliwe. Kłamliwe przez użytą liczbę pojedynczą. Powinna być liczba mnoga. Niemcy spalili nie JEDEN szpital, lecz palili wszystkie szpitale, mordując rannych i personel, od pierwszego dnia do samego końca powstania. Lecz na Zachodzie nie chcą o taki rzeczach słyszeć. Po co się stresować? Przecież Niemcy to taki wspaniały, kulturalny, tolerancyjny i postępowy naród, no i produkują świetne samochody.

   Jak zatem oszacować liczbę rannych, w normalnym sensie tego słowa? W czasie II wojny światowej stosunek rannych do zabitych wynosił średnio 2:1. Biorąc za postawę liczbę zabitych powstańców, mamy: 10 000 (polegli) plus 20 000 (ranni) plus 7 000 zaginieni, razem 37 000 tysięcy. Drugi szacunek jest wyższy, tu za podstawę brana jest liczba łączna zabitych i zaginionych i mamy: 17 000 plus 34 000. Razem circa 50 000, gdzie liczba maksymalna powstańców szacuje się na 50 tysięcy. W pierwszym szacunku mamy 75 % strat, w drugim 100 %. Oznaczałoby to, że prawie każdy z biorących udział w powstaniu, albo zginął w walce, albo został zamordowany (zaginieni) alby był ranny. I tak było. W dniu kapitulacji powstania tylko nieliczni powstańcy – szczęściarze nie odnieśli ran ani kontuzji. Prawie każdy z powstańców był ranny, często kilkukrotnie. Ilość strat powstańców należy ostrożnie oszacować na 80% - 90 %. Normalnie armia, która ponosi straty rzędu 80 % rozpada się. A powstańcy nadal walczyli. I chcieli walczyć! Zdumiewające.

   Mowa jest o tzw. stratach wojskowych. Straty cywilne były wielokrotnie większe. Są różnie szacowane, nigdy nie poznamy pewnych danych; po dziś dzień np. podczas prac budowlanych znajdowane są kości warszawiaków, ale szacuje się te straty na miedzy 150 000 a 200 000 mieszkańców: mężczyzn, kobiet i dzieci.

   Że niemieccy żołnierze i funkcjonariusze niemieckiego państwa zabili bądź wymordowali między 180 a 200 tysięcy ludzi w Warszawie? Oj tam, oj tam, nie ma się czym przejmować. To byli tylko Polacy! Niemcy w sierpniu i wrześniu 1944 roku mordowali tylko Polaków, więc to się nie liczy. Co innego, gdyby zabijali Żydów, Francuzów, Belgów, czy nawet makaroniarzy – Włochów… wtedy była by groza. Ale tak? Nie ma o czym mówić, ani się czego czepiać. Ani za co płacić odszkodowań, czy reparacji wojennych.

   Straty niemieckie budzą wielkie kontrowersje. Ostatnio usilnie lansowana jest liczba 2 000 Niemców, którzy rzekomo mieliby polec podczas tłumienia powstania. Liczba ta zapewne opiera się na meldunku z 5 października gen. SS Ericha von dem Bach-Zelewskiego do Heinricha Himmlera. Erich von dem Bach-Zelewski dowodził niemieckim korpusem tłumiącym powstanie warszawskie i nie poniósł żadnej kary za swe zbrodnie w Warszawie. Podobnie, jak inni niemieccy mordercy: generałowie, oficerowie, żołnierze. Żaden nie doczekał kary za swe zbrodnie. Były nieliczne wyjątki. Gen SS Jurgen Stroop, który tłumił tzw. „powstanie w getcie warszawskim” (ok. 60 tys. ofiar) został po wojnie powieszony w polskim więzieniu, zaś von dem Bach-Zelewski (ok 180 tys. ofiar, trzy razy więcej) po wojnie żył sobie spokojnie i umarł w 1972 we więzieniu w Monachium skazany za zamordowanie kilku niemieckich komunistów. Dla niemieckiego wymiaru sprawiedliwości wymordowanie 200 tys. Polaków mniej znaczy niż śmierć kilku Niemców. Erich von dem Bach-Zelewski za zbrodnie w Warszawie nie poniósł żadnej odpowiedzialności. Po wojnie w polskim więzieniu – Amerykanie „wypożyczyli” von dem Bacha-Zelewskiego i kilka miesięcy w 1947 roku spędził w więzieniu w sowieckiej Polsce – von dem Bach-Zelewski podał, że straty niemieckie to 10 tys. zabitych, 7 tys. zaginionych i 9 tys. rannych, czyli łącznie 26 tys. żołnierzy. Szczególnie ciężkie straty Niemcy ponieśli w pierwszych dniach powstania, gdy całe niemieckie oddziały dosłownie „rozpływały” się w warszawskim powietrzu. Nie dziwi to. Zagubione w zbuntowanej Warszawie pojedynczy żołnierze, grupy żołnierzy, czy całe oddziały były niszczone z pasją przez powstańców. Zgodnie z wieloma historykami uważam, że ten drugi szacunek strat von dem Bacha jest prawdziwy. W więzieniu von dem Bach-Zelewski nie miał po co kłamać; przeciwnie w raporcie dla swego szefa - Himmlera miał interes w zaniżaniu w istocie ogromnych strat niemieckich. Szefom pisze się to, co chcą usłyszeć, czy przeczytać. Niemcy stłumili powstanie, zniszczyli Warszawę, lecz zapłacili za ogromną cenę.

   Obecnie usilnie lansowana jest ta liczba 2 tys. zabitych Niemców w Warszawie podczas powstania. Jest to kolejny etap walki z powstaniem, walki, jaka zaczęła się 1 sierpnia 1944 i trwa po dziś dzień w niektórych, wpływowych środowiskach. Najpierw Niemcy zwalczali postanie i mordowali powstańców; po wojnie powstańców mordowali, gnoili w więźniach komuniści, a i gdy terror zelżał powstańcy nadal byli podejrzani i prześladowani do samego końca komuny w Polsce. Teza, o 2 tysiącach niemieckich strat jest propagowana przez tych samych ludzi, którzy z powagą twierdzą, że Polacy zabili w czasie wojny 20 tys. Niemców i 200 tys. Żydów. Wniosek: Polacy nie walczyli z Niemcami w czasie II wojny światowej. Polacy głownie mordowali Żydów. Rzekoma wina Polaków jest jednym z filarów Holocaustu. Skoro Polacy głównie zajmowali się mordowaniem Żydów i pomaganiem Niemcom, to jest przepraszam: Nazistom, to nie mogli na serio walczyć z tymi samymi Nazistami, prawda? Ci sami ludzie z całą powagą twierdzą, że powstanie w getcie warszawskim trwało DWA MIESIĄCE i półgębkiem napominają, że powstańcy żydowscy zabili SETKI niemieckich żołnierzy. Raport Stroopa, w którym ten z imienia i nazwiska wymienił 15 zabitych niemieckich żołnierzy, pomijają a święcie wierzą w meldunek von dem Bacha. Stroop nie miał interesu w zaniżaniu strat niemieckich – były minimalne, zaś von dem Bach-Zelewski miał – gdyż były kolosalne. A wiedział, że jego meldunek trafi do samego Hitlera. Dlaczego tak wielu tak kłamie? Oni z tego żyją. To i sposób na życie i zarabianie. Na karierę. Inteligentni i wygadani pracownicy działu: Propaganda (Reklama) tak mają. Taką maja pracę. Takie zadanie do wykonania. Widzą to, co chcą widzieć. Wybierają jedynie to, co im pasuje do ich wizji świata, ludzi, historii, nieważne czy propagują komunizm, czy Holocaust, nową model samochodu, czy pasty do zębów. Niechęć do powstania warszawskiego to spadek po żydowskich i polskich komunistach. Komuniści lansowali usilnie tzw. powstanie w getcie warszawskim, a tępili pamięć o powstaniu warszawskim. Było dobre powstanie, to w getcie, i to złe, wstrętne, wsteczne, czyli warszawskie. Te komunistyczne kłamstwa przejęła, jako swoje i żarliwie głosi współcześnie propaganda Holocaustu, czyli historycy głownie żydowskiego pochodzenia, w przeszłości, często żarliwi komuniści oraz ich potomkowie w Izraelu i w usa, we Francji, itd. I tak już zostało. Ojcowie mordowali, lub gnoili powstańców w więzieniach, zaś ich dzieci i wnuki dalej plują na powstanie i powstańców. Są to ci, o których powiedział Jezus, że widzą źdźbło w oku brata swego a belki w swoim nie ujrzą (Mat 7, 3). Jezus przejrzał takich ludzi na wylot i nic się nie zmienili.

   Jeden przykład ich kłamstw. Jedną z głównych niemieckich sił uderzeniowych w Warszawie była brygada SS Dirlewangera, złożona z niemieckich kryminalistów, złodziei, kłusowników i morderców, których wypuszczono z więzień i obozów, by walczyli na froncie. Brygadą dowodził dr Oskar Dirlewanger: zwyrodnialec, zbrodniarz no i, a jakże, niemiecki doktor politologii. Niemiecki naukowiec z dziedziny nauk humanistycznych i masowych zbrodni. Żołnierzy tej brygady nawet na tle innych niemieckich jednostek wsławiali się wyjątkowym, nazwijmy go iście niemieckim okrucieństwem. Mordowali, gwałcili kobiety, ale też gwałcili dzieci, nawet niemowlęta, bestialsko zabijali bezbronnych cywili sposobami niczym nieróżniącymi się od gierojów z UPA, rabowali… to było ich ulubiony rodzaj walki…, ale na rozkaz musie też iść do ataku. Na początku postania brygada Dirlewangera liczyła 800 żołnierzy, w trakcie postania zasilono ją 1850 więźniami i kryminalistami z więzień i obozów, po powstaniu stan brygady liczył 648 żołnierzy. Oznacza to ze zginęło minimum 2000, inne szacunki mówią o 2700; jest to od 250 % do 300% stanu początkowego! Pierwszy skład brygady został wybity, drugi skład wybity, trzeci wybity, czwarty… doczekał końca powstania. Nie mam zamiaru płakać nad niemieckimi zwyrodnialcami. Straty jednej brygady Dirlewangera przewyższają łączne straty Niemców w całym postaniu według „właściwie myślących” historyków! Sam Oskar Dirlewanger, niemiecki doktor, zastał aresztowany we francuskiej strefie okupacyjnej i zginął w tajemniczych okolicznościach w czerwcu 1945 roku. Został pobity na śmierć przez nieznanych sprawców. Francuzi nie znali Dirlewangera, nic do niego nie mieli, ale Polacy jak najbardziej. We francuskich oddziałach wartowniczych służyło wielu Polaków, byłych jeńców, lub więźniów obozów koncentracyjnych. W tym wielu warszawiaków z powstania. Ci ludzie umieli bić. Nauczyli ich tego Niemcy w obozach. Trzeba umieć bić, żeby pobity nie umarł od razu, lecz umierał w mękach godzinami. Jeden z nielicznych wyjątków: dr Oskar Dirlewanger poniósł karę za swoje zbrodnie.

 

   Straty niemieckie są takie, jakie podał von dem Bach-Zelewski. W końcu on, jako dowódca korpusu znał je najlepiej. Zatem powtórzmy. Straty niemieckie w powstaniu warszawskim to: 10 tys. zabitych, 7 tys. zaginionych, i 9 tys. rannych. Łącznie 26 tys. żołnierzy. Niemiecki korpus warszawski liczył około 50 tys. żołnierzy, zatem poniósł straty sięgające 50 %! Są to zdumiewające liczby. 

   Kilka uwag o niemieckich stratach. Pierwsza rzecz, kategoria: zaginieni. W warunkach powstania zaginieni żołnierze niemieccy równają się zabici. Niemcy mieli 17 tys. zabitych i 9 tys. rannych. W warunkach walki w mieście wystarczy jeden błąd: skręcić w lewo zamiast w prawo, lub na odwrót i żołnierz, lub grupa żołnierzy dostawali się w pułapkę. I już ich nie ma. A jakże łatwo się pomylić w gorączce boju, w dymie, w pożarach, gdy linia walki, co i rusz się zmienia. Powstańcy rzadko, w wyjątkowych okolicznościach brali jeńców. Nie tyczyło to np. esesmanów, ci byli zabijani na miejscu. Druga sprawa: wyjątkowo mała liczba rannych. W czasie II wojny stosunek rannych do zabitych to 2:1 tu na odwrót mamy 1:2. Wynikało to z wyjątkowej zajadłości walk i z… niemieckich zbrodni. Gdy Niemiec leżał, dostawał często jeszcze kulę dla pewności. Gdy jęczał i się ruszał, dostawał kilka kul. Stąd mała liczba rannych.

   Inna ważną rzecz, to liczba zabitych i zaginionych powstańców i Niemców jest prawie równa: powstańcy 16 – 18 tys., Niemcy – 17 tys. Na jednego zabitego powstańca przypada statystycznie jeden zabity niemiecki żołnierz. Ale nie walczyły ze sobą dwie równo wyposażone armie. Niemcy dysponowali nowocześnie uzbrojoną, zahartowana w bojach, profesjonalną armią. Powstańcy nie mieli czołgów, dział, artylerii, ani lotnictwa. Najcięższe straty powstańcy ponosili właśnie od ostrzału artyleryjskiego, od bombardowań, które niszczyły całe oddziały. Przykładowo, 31 sierpnia po kolejnym ciężkim bombardowaniu ulega zawaleniu potężny betonowy kompleks pasażu Simonsa, grzebiąc pod swoimi ruinami około 300 ludzi. Z batalionu Chrobry I ocaleli tylko ci żołnierze, którzy nie byli na kwaterach. Batalion Chrobry I przestał istnieć. Mnóstwo rannych powstańców Niemcy wymordowali w szpitalach. Wielu zginęło w kanałach, np. podczas straszliwej ewakuacji kanałami z Mokotowa. Trudno to oszacować, ale przynajmniej połowa zabitych powstańców, jeśli nie więcej, tak właśnie zginęła może nawet więcej. Powstańcy mogli zabijać Niemców tylko w bezpośredniej walce. Owszem, pod koniec września sowiecka artyleria zaczęła ostrzeliwać pozycje Niemców. Dziwnym trafem sowieckie pociski równie często spadały na pozycje powstańców, co Niemców. Lecz jakieś straty Niemcy ponieśli, powiedzmy 5, góra 10 %, reszta to polegli w walce. Oznacza to, że w bezpośredniej walce na jednego zabitego powstańca przypada ze dwóch, trzech zabitych Niemców. Niesamowite. To się nie zdarza w historii wojen, żeby słabo uzbrojona, właściwie partyzancka armia zadała takie straty świetnie uzbrojonemu i wyszkolonemu przeciwnikowi.

   Niemieckie oddziały składały się ze doskonale uzbrojonych i wyszkolonych weteranów, wspartych licznymi czołgami, artylerią i lotnictwem Żołnierze AK nie mieli żadnej ciężkiej broni, a broń osobistą miał jeden na dziesięciu! Resztę zdobywali w walce, na wrogu. A ich wyszkolenie było właściwie żadne. Tylko oddziały Kedywu miały doświadczenie walk w podziemiu i stosunków niezłe, jak na powstanie uzbrojenie, bo broń miała powiedzmy połowa. Leczy te oddziały to były raptem 2 – 2.5 tysiąca, 5 % sił powstania. Część powstańców przeszła przeszkolenie wojskowe przed wojną, lecz większość nie miała w ręku broni, nie mówiąc o strzelaniu, a walczyć uczyła się w walce! Na początku sierpnia powstańcy byli niewyszkoloną, niezdyscyplinowaną, fatalnie, właściwie symbolicznie uzbrojoną zbieraniną, przypominającą bardziej pospolite ruszenie niż armię. Dowódcy powstania planowali walkę na trzy, cztery dni nie tylko, dlatego, że na tyle mniej więcej było amunicji, lecz i dlatego, iż sądzili, że może za wyjątkiem zgrupowania Radosława powstańcze oddziały przy pierwszym poważnym niemieckim ataku po prostu się rozsypią. Ich żołnierze uciekną. Rozejdą się do domów. Przecież wszyscy byli ochotnikami, domy mieli blisko, a każdy chce żyć. Żaden wyszkolony, trzeźwo myślący oficer sztabowy nie dawałaby powstańcom więcej niż trzy dni walki. Mylili się. Zbieranina zamieniła się w zwarte oddziały. Im mocniej Niemcy naciskali, tym twardszy stawiali opór. Im dłużej walczyli, tym byli lepsi. Początkowo byle niemiecki snajper wywoływał popłoch, niemal panikę. Potem to Niemcy bali się powstańczych snajperów, którzy byli niezwykle skuteczni. Ci, którzy w sierpniu pierwszy raz brali broń do ręki stali się wybornymi żołnierzami. Powstanie trwało 63 dni!

   Dlaczego tak długo? Przez Niemców, no i Polaków. Przez polski duch oporu. Gdyby niemieckie dowództwo rzuciło przeciwko powstańcom jedną, dwie dywizje pancerne, powstanie skończyłoby się po dwóch, trzech dniach. Lecz niemieckie dowództwo nie mogło wycofać z frontu żadnej dywizji, rozpaczliwie potrzebowało każdej dywizji pancernej. Do walki z powstańcami skierowali korpus, zwany korpusem warszawskim, czy korpusem von den Bacha, sklecony z rozmaitych jednostek ściąganych pośpiesznie z tyłów. Po wtóre, na wieść o powstaniu Hitler rozkazał zabić wszystkich, bez wyjątku. Jednostki niemieckie zamiast atakować powstańców z ulgą i zapałem zaczęły orgię masowych mordów na Ochocie, na Woli. O ile przyjemniej i bezpieczniej jest mordować bezbronnych cywili, gwałcić kobiety i rabować niż atakować narażając się na kule! Masowe egzekucje wiązały niemieckie jednostki, powodowały rozprężenie i upadek dyscypliny pośród żołnierzy, zamieniających się w rzeźników, gwałcicieli, rabusiów, Niemcy tracili amunicję, której zaczęło brakować, no i czas. Uciekinierzy z Woli, Ochoty, ich opowieści o straszliwych okrucieństwach sprawiły, ze powstańcy zrozumieli, że muszą walczyć do końca. Nie ma mowy o poddaniu, o kapitulacji. Niemcy nie biorą jeńców, mordują wszystkich. Jedyną obroną warszawiaków są ich słabe oddziały. Również rzeź Woli sprawiła, ze powstanie trwało tak długo.

   Nie można było się poddać. Więc… powstańcy walczyli. Do końca.

 

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą autora.

Ocena wpisu: 
5
Twoja ocena: Brak Średnio: 4.9 (głosów:13)

Komentarze

Wiele jeszcze nie wiemy o Powstaniu Warszawskim, choćby o ścisłej współpracy Rosjan i Niemców w jego bestialskim tłumieniu, co zresztą nikogo nie powinno dziwić. 

Z całą pewnością Pański znakomity tekst nie spodoba się wszelkiej maści gierojom, takim choćby jak ten co ponoć sam z kałachem w ręku uwolnił Afganistan od ruskich najeźdźców! 

Pozdrawiam

Podoba mi się!
3
Nie podoba mi się!
0

jan patmo

#1545970

i dlatego - bardzo smutny tekst.

Czy się pomylę jeśli napiszę, że analizę walki powstańczej w Warszawie, z punktu widzenia teorii strategii wojennej, dokonywał Gehlen, i była to analiza bardzo dla Polaków pozytywna?

Pozdrawiam!

Podoba mi się!
2
Nie podoba mi się!
0

_________________________________________________________

Nemo me impune lacessit - nie ujdzie bezkarnie ten, kto ze mną zacznie

katarzyna.tarnawska

#1545985

Tego nie wiem, ale nawet jeśli. Nie szukałbym chwały dla powstańców pośród anglosaskich a już zwłaszcza niemieckich historyków, czy byłych generałów. Co można znaleźć kopiąc w szambie? 

Pozdrawiam

Podoba mi się!
3
Nie podoba mi się!
0

Bielinski

#1546028

Na pewno oprócz anglosaskiego czy niemieckiego Wielkiego G w tym szambie można znaleźć zadomowione Wielkie  G...Wno ogłaszające światu, że Powstańcy nie walczyli z Niemcami (czytaj nazistami) tylko mordowali Żydów! A nawet mówiące o tym, że Powstanie wybuchło tylko po to, żeby dokończyć to, czego nie dokończyli Niemcy (czytaj naziści) w Getcie! 

Pozdrawiam

Podoba mi się!
1
Nie podoba mi się!
0

jan patmo

#1546029