Geniusz

Obrazek użytkownika Bielinski
Idee

Ogólna Teoria Względności

Minęło dziesięć lat od wydarzeń z 1905 roku. Jest jesień 1915, na europejskich frontach już drugi rok trwają zażarte walki, toczy się wojna światowa o numerze pierwszym. Albert Einstein, sławny już wówczas fizyk, od kilku lat pracuje nad nową teorią, uogólnieniem szczególnej teorii względności; pracuje ciężko, ale rozwiązanie ciągłe mu umyka. W desperacji Einstein decyduje się na podróż do uniwersytetu w Göttingen. Jedzie na seminarium do cesarza niemieckiej matematyki: Davida Hilberta. Decyzja ta musiała go wiele kosztować. Einstein dobrze zna Hilberta i wie, co go czeka. Ale nie ma wyjścia, sam nie potrafi rozwiązać problemu: potrzebuje pomocy, pomocy Hilberta. Na uniwersytecie w Göttingen odbywają się cotygodniowe seminaria Hilberta – Debeya, tak jakby nie było wojny. Ale wojna jest. Na uniwersytecie prawie nie ma studentów. Studenci w karnych szeregach pomaszerowali na front i giną, gdzieś nad Marną, czy we Flandrii. Dla nielicznych studentów, którzy jeszcze pozostali na uczelni, seminaria Hilberta – Debya są jak z innego świata, świata bez wojny, idealnego świata badań fizycznych [2]. Seminaria Hilberta – Debya są z fizyki, czy też z matematyki fizyki. Po latach, i zapewne po doświadczeniach 1905 roku, Hilbert uznał, iż to Poincaré miał rację i docenił wreszcie znacznie problemów z fizyki dla rozwoju matematyki.

    Spotkanie Hilberta i Einsteina przeszło do legendy. I anegdoty. Einstein wykłada swój problem, a Hilbert wyśmiewa go publicznie! To prawie nie do wiary. Takie zachowanie! Swoją pozycję w nauce Hilbert zawdzięczał nie tylko talentom matematycznym, ale również umiejętności odpowiedniego zachowania wobec innych. Hilbert doskonale wiedział, co, do kogo, kiedy i jak może powiedzieć. Nie był to człowiek, który plecie, co mu ślina na język przyniesie. Dlatego takie bezceremonialne zachowanie, publiczne kpiny w żywe oczy Hilberta – wielkiego niemieckiego matematyka – z wielkiego niemieckiego fizyka Alberta Einsteina są tak zdumiewające. Trzeba zauważyć, że Einstein był już wówczas światowej sławy uczonym. Rok później obejmie stanowisko przewodniczącego Niemieckiego Towarzystwa Fizycznego (Deutsche Physikalische Gesellschaft) po samym Maksie Plancku. Podobnie obcesowe, protekcjonalne, by nie powiedzieć brutalne, potraktowanie wielkiego uczonego przez innego wielkiego naukowca, nie jest rzeczą zwykłą.

   Kilka anegdot. Hilbert kiedyś powiedział, że… „ byle chłopiec na ulicy w Getyndze więcej rozumie z geometrii czterowymiarowej niż Einsteina. A jednak, mimo to, Einstein napisał pracę, nie będąc matematykiem”.3 Naprawdę? Czy to Einstein napisał tą pracę, czy ktoś inny? Inny przykład. Na wykładzie Hilbert zapytał: „Czy wiecie, dlaczego Einstein powiedział, że najbardziej oryginalne i doniosłe dzieła o przestrzeni i czasie są dziełem naszej generacji? Ponieważ on(czyli Einstein) niczego się wcale nie nauczył o filozofii i matematyce czasu i przestrzeni .3 W domyśle: Einstein ani niczego się nie nauczył, ani niczego nie umiał. Ten, który nie ma o tym pojęcia o czasoprzestrzeni jest twórcą STW i OTW!? Istotnie, żyjemy w zdumiewających czasach. Chociaż może nie tak bardzo zdumiewających, jakby się nad tym zastanowić. Dla Einsteina były to bolesne żarty, a musiały do niego dotrzeć, dobrych ludzi, co powtórzą, nie brakuje. Podobnie Hilbert publicznie kpił z Einsteina na seminarium w jesieni 1915 roku. Było to przemyślane działanie. Hilbert kpił publicznie z Einsteina, gdyż wspomnienie wydarzeń sprzed dziesięciu lat towarzyszące publikacji pracy „Zur Elektrodynamik bewegter Körper” i krzywdy jego przyjaciela Hermanna Minkowskiego było jeszcze wciąż żywą, niezagojoną raną. Hilbert robił to, na co mógł sobie pozwolić, bowiem był pewien, że Einstein będzie milczał. I miał rację.

   Odpowiedź Einsteina jest bardzo ciekawa: „Ludzie z Göttingen! – mówił uszczypliwie, bez wątpienia mając na myśli Hilberta – Często uderzało mnie nie to, że oni chcą wyjaśnić coś jaśniej, ale że chcą jedynie wykazać nam, fizykom, jak bardziej są światli niż my.3 Einstein na pewno umiałby zdobyć się na bardziej zjadliwą opowiedz. A tu taki powściągliwy żart. Widocznie nie chciał być za bardzo złośliwy. Wolał nie odpowiadać ostrzej, nie zaogniać sytuacji. Czy Einstein miał za słabe karty w ręku, by się odciąć celniej?

   Wracając do seminarium z września 1915-go na uniwersytecie w Getyndze. Hilbert od razu się orientuje, że problem Einsteina to problem z geometrii różniczkowej, w której sam jest świetnym specjalistą. Hilbert pisze równanie, które dzisiaj jest znane, jako równanie pola Einsteina. Jak głosi jedna z wersji, Hilbert napisał to równanie od ręki. Hilbert rozwiązuje z miejsca problem, z którym Einstein boryka się od kilku lat. Jest to podstawowe równanie ogólnej teorii względności. Einstein wyjeżdża z Getyngi i zły i zadowolony jednocześnie. Jest zły za sposób, w jaki go potraktowano, za kpiny, za szyderstwa, a zadowolony, bo… ma swoje równanie. Jednakże opłacało się przyjechać do Getyngi, do Hilberta; upokorzenie nie poszły na marne. Wreszcie może dopiąć nową teorię, nazwana później Ogólną Teorią Względności. Ale i Hilbert nauczony smutnym doświadczeniem nie zamierza odpuścić i podarować wyników swojej pracy Einsteinowi.

    Jak było: czy to Hilbert napisał równanie, czy też Einstein odkrył go niezależnie, tego nie sposób dziś rozstrzygnąć. Wiadomo za to na pewno, iż wkrótce potem, w listopadzie 1915, obserwujemy kolejny, zdumiewający zbieg okoliczności. Pierwszy był związany z Einsteinem i powstaniem Szczególnej Teorii Względności. Ten, drugi już, znowu dotyczy Alberta Einsteina i okoliczności publikacji prac tworzących Ogólną Teorię Względności.

 

W listopadzie 1915 roku prawie równocześnie David Hilbert i Albert Einstein oddzielnie publikują swoje rozwiązania. Od pamiętnego seminarium upłynęły dwa miesiące. I Einstein i Hilbert mocno się spieszyli, skoro wystarczyły im zaledwie dwa miesiące na napisanie prac. Szczególnie intensywnie musiał pracować Hilbert mocno zajęty całkiem innymi zagadnieniami. Hilbert odłożył na później tematy, którym się zajmował, aby skupić się na tej właśnie publikacji. Skąd ten pospiech, te wyścigi tych dwóch (nie)przyjaciół? Czy to nie dziwne? Fachowcy twierdzą, że rozwiązanie Hilberta jest bardziej eleganckie niż Einsteina. Znowu mamy charakterystyczną zbieżność terminów publikacji prac, podobnie jak dziesięć lat wcześniej. Albert Einstein ogłasza swoje prace “O ogólnej teorii względności” w Akademii Pruskiej w Berlinie w daniach 11 listopada, zaś 25 listopada 1915 główną pracę, „Die Feldgleichungen der Gravitation” (Równanie pola grawitacji). David Hilbert swoje wyniki przedstawia w pracy „Podstawy fizyki” zaprezentowanej Królewskiemu Towarzystwu Nauk w Göttingen 20 listopada 1915 roku, pięć dni przed Einsteinem. Konia z rzędem temu, kto rozstrzygnie, kto był ważniejszy: Hilbert czy Einstein? Kto znalazł rozwiązanie? Kto odkrył pierwszy równanie znane dzisiaj, jako równanie pola Einsteina?

      Nie odmówię sobie przedstawienia równia pola Ogólnej Teorii Względności. 

gdzie:  - tensor Ricciego,  - tensor metryczny, - tensor energii-pędu, – stała kosmologiczne,  – skalar Ricciego,  – stałą grawitacyjna. Jest to równanie tensorowe. Ogólnie można powiedzieć, iż równanie to określa związek miedzy geometrią czasoprzestrzeni a energią (masą). Humaniści mogą potraktować równanie pola jak egipskie hieroglify, bo dla nich to taka sama czarna magia. Inna rzecz jest tu ważna. Równanie to znane jest, jako równanie pola Einsteina. Dlaczego Einsteina? Równanie to podali równocześnie Hilbert i Einstein! Czy nie powinno się nazywać równaniem Einsteina-Hilberta, albo Hilberta-Einsteina\? Czy równaniem Hilberta? Hilbert był jednak pierwszy. Pomijanie nazwiska Hilberta w nazwie równania pola to ciężka krzywda dla niemieckiego matematyka, który, jedno z dwojga: albo odkrył to równanie równolegle z Einsteinem; albo napisał to równinie sam, a Einstein z niego skorzystał. Trzecią możliwość, iż to Hilbert ściągnął równanie od Einsteina, można spokojnie pominąć, jako zupełnie abstrakcyjną. Zatem i w jednym i w drugim przypadku Hilbertowi należy się nazwa: równanie Hilberta, albo, co najmniej, równanie Hilberta – Einsteina.

    Tak naprawdę nazwisko wielkiego Hilberta z nazwy tego równania wymazał inny „wielki” Niemiec – kanclerz i wódz tysiącletniej Rzeszy – Adolf Hitler. Ale o tym później będzie mowa.

 

    Po spięciu w roku 1915 David Hilbert i Albert Einstein pozostali ze sobą w zażyłych, pełnych szacunku, prawie przyjacielskich stosunkach. Wymieniali między sobą pozornie życzliwą w tonie korespondencję i utrzymywali poprawne stosunki, nie szczędząc sobie wzajemnie uszczypliwości i/lub złośliwości. Oficjalnie: wielki, niemiecki matematyk David Hilbert wspierał i podziwiał wielkiego, niemieckiego fizyka Alberta Einsteina. I wzajemnie. W istocie toczyli długie spory o pierwszeństwo. Różni ich jedna, ważna rzecz. Hilbert nie pomija wkładu Einsteina. Przyznaje, że idea OTW pochodzi od Einsteina; przeciwnie Einstein – konsekwentnie milczy o Hilbercie. Przykładowo w pracy „Die Feldgleichungen der Gravitation” (Równanie pola grawitacji, z 25.11.1915) Einstein swoim zwyczajem nie wspomina o Hilbercie, ani o nikim innym. Praca nie zawiera bibliografii. Zero odnośników. Zero referencji. Zupełnie jakby Einstein sam wszystko odkrył, jakby nie było wizyty na seminarium w uniwersytecie w Getyndze, jakby nie było spotkania i narad z Hilbertem. Wielcy naukowcy, wielcy ludzie tak mają: im chodzi o prawdę; wiedzą, jakie to trudne zbliżyć się do wiedzy i dlatego są wielkoduszni dla dokonań innych. Mali ludzie ani pomyślą o innych; nie obchodzi ich ani prawda, ani poznanie; ich interesują tylko oni sami, myślą jedynie o sobie: o awansach, karierze, o sławie. Dla nic poza nimi się nie liczy.

    Einstein znał Hilberta, ale i Hilbert dobrze poznał Einsteina. Hilbert wiedział, że jeśli on sam o tym nie napisze, to Einstein ani się nie zająknie nie wspomni o jego wkładzie do OTW. I nie omylił się, co do Einsteina. Stąd pośpiech Hilberta. Podobnie postępujemy, gdy spotykamy się z kimś, za kim ciągnie się niespecjalna opinia. Nikt go za rękę nie łapał, ale wiadomo, że po jego wizycie giną różne drobne a cenne przedmioty. Uniknąć spotkania nie możemy, ale zaraz po jego odejściu sprowadzamy portfel, biżuterię, inne wartościowe rzeczy.

 

Po latach

Jest rok 1933. Kanclerzem Niemiec zostaje Adolf Hitler, przywódca Narodowo-Socjalistycznej Partii Niemiec (NSDAP). Ale wpierw kilka słów o Hilbercie. Miałem pisać o Albercie Einsteinie, a piszę o Davidzie Hilbercie. Hilbert stał się nieoczekiwanie pierwszorzędnym bohaterem tej opowieści. Dziś to postać prawie zapominana.

David Hilbert (1862 – 1943)

 

   Hilbert był nerwowy, apodyktyczny i arogancki, piekielnie inteligentny i czasami jak małpa złośliwy. Nie dawał się lubić. Typowy kostyczny matematyk. Przeciwnie Einstein, który potrafił być miły i czarujący. W życiu Hilberta jak w soczewce, skupia się los Europy, los Niemiec pierwszej połowy XX wieku. Hilbert kochał swoją rodzinę, swoją pracę i swoją ojczyznę – Niemcy. Jego ukochany, tak długo wyczekiwany syn, wyśniony, wymarzony dziedzic nazwiska, majątku i sławy, okazał się ciężko umysłowo upośledzonym debilem. Co do jego najsłynniejszego wychowanka, prawie ucznia – Alberta Einsteina – spełniły się słowa o wężu wychodowanym na własnym łonie. Gad podrósłszy pokąsał śmiertelnie swego dobroczyńcę. Jego ukochane Niemcy, dla których wiernie pracował, dla których nie cofał się przed czynami, z których nie był ani trochę dumny, zamieniwszy się w krwiożerczego potwora i popełniając masowe zbrodnie niewidziane od wieków prowadziły wojnę na śmierć i życie z całym światem. Wojnę, skazaną na klęskę. Niemcy znienawidzone, zohydzone, zbrukane. To, w co Hilbert wierzył, czemu poświecił całe swe życie, obróciło się przeciwko niemu: rodzina, praca, Niemcy. Rozsypało się w pył. Stało się źródłem cierpienia. Przeklęty los. Jakże musiało mu być ciężko, gdy umierał w lutym 1943 roku. Tylko matematyka go nie zdradziła.

   David Hilbert umarł 14 lutego 1943 roku, w Getyndze. Dwanaście dni wcześniej skapitulowały resztki niemieckiej 6 armii okrążone przez Armię Czerwoną w Stalingradzie. Gdy Hilbert umierał, w obozie KL Auschwitz II – Birkenau trwały intensywne prace nad budową czterech, nowych, wielkich krematoriów i komór gazowych, które sukcesywnie były uruchamiane i przekazywane do „eksploatacji” od marca do czerwca tego roku. Mechanizm masowej zagłady wrzucał wyższy bieg. Na terytoriach okupowanych przez Niemców trwały masowe mordy i terror, kierowane również przez byłych studentów i doktorantów Hilberta w czarnych mundurach z trupimi czaszkami. Na wszystkich frontach: na ziemi, na morzu i w powietrzy toczyły się zażarte walki; rozwijała się aliancka ofensywa lotnicza - na niemieckie miasta, centra przemysłowe, w dzień i noc sypały się tysiące ton bomb.

    W takim natłoku wydarzeń, w powodzi nieszczęść i masowych zbrodni popełnianych przez Niemców, nie dziwi, iż śmierć starego, niemieckiego profesora od matematyki z Getyngi przeszła zupełnie niezauważona. Aczkolwiek Albert Einstein, mieszkający sobie spokojnie w dalekim i bezpiecznym Princeton w Ameryce, zwrócił przecież na nią uwagę. Co poczuł? Ulgę, na pewno ulgę. Odszedł jego wielki wróg; na zawsze zamilkł ten, co wiedział za dużo. Pierwszy Minkowski, potem Poincare, teraz Hilbert – ostatni i najgroźniejszy. Einstein poczuł się wreszcie bezpieczny, po dziecięciu latach w USA. W styczniu 1933 roku władzę w Niemczech obejmuje Adolf Hitler i tego samego roku Albert Einstein, wraz z żoną, asystentem i sekretarką, ostatecznie opuszcza Niemcy i przenosi się do USA.

    Einstein jest jednym z wielu emigrantów z Niemiec; mnóstwo ich było, cała fala, exodus najtęższych umysłów: fizycy, matematycy, chemicy i przedstawiciele innych nauk. Einstein jest emigrantem najważniejszym, jest symbolem tych, co musieli uciekać z hitlerowskich Niemiec. Część miała żydowskie korzenie i nie było już dla nich miejsca w hitlerowskich Niemczech, część nie miała żadnych żydowskich konotacji; wszystkich łączyła gwałtowna niechęć do Hitlera i Narodowo Socjalistycznej Partii Niemiec. Dojście Hitlera do władzy spolaryzowało niezwykle podzielone i zróżnicowane środowisko niemieckich naukowców, tak różne w latach trzydziestych od zunifikowanego, równego szeregu roku 1905-tego, czy nawet roku 1915-go. Wszyscy razem, i każdy z osobna, musieli wybrać, a były tylko dwie opcje: wyjazd z Niemiec, albo pozostanie i wymuszona kolaboracja z narodowo-socjalistycznym rzędem Niemiec. Naukowiec może pracować na uczelni, lub w instytucie badawczym, albo państwowym, albo utrzymywanemu ze zleceń państwa. Każdy naukowiec, który został, musiał współpracować z państwem niemieckim. Wielu tego chciało. Wybory były dwa, ale tylko jeden był słuszny. Ci naukowcy, co wyjechali, emigranci z Niemiec, oni wygrali. Oni stworzyli amerykańską naukę. Do 1933 roku USA właściwie nie liczyły się w nauce, nie więcej niż taka Dania, czy Włochy. Po 1933 roku USA zostały się naukowym centrum świata, amerykańskie uczelnie zajęły niepodzielnie pierwsze miejsca, a język angielski stał się językiem nauki. I tak trwa to do dzisiaj.  Na dojściu Hitlera do władzy w Niemczech wygrały przede wszystkim Stany Zjednoczone Ameryki. Uczniowie, wychowankowie byłych emigrantów z Niemiec – obecnie już w drugim, trzecim pokoleniu – po dziś dzień rządzą światową nauką. Ich symbolem, ich ikoną, ich bóstwem był i jest Albert Einstein. Może dlatego tak trudno przebija się inna wersja osiągnieć Einsteina.. Ci, co zostali w Niemczech, jak David Hilbert, Max Planck, czy Werner Heisenberg, przegrali. Im dłużej rządził Hitler, im większe zbrodnie popełniali Niemcy, tym ich klęska była cięższa. 

   Paradoksalnie, właśnie dzięki rządom Adolfa Hitlera w Niemczech, Einstein wygrał wyścig o zostanie największym geniuszem wszechczasów. Po 1933 roku władze Niemiec rozpętały gwałtowną propagandową kampanię przeciwko tzw. „żydowskiej nauce”. Uosobienie tej ohydnej, opartej na kłamstwie i oszustwie, żydowskiej nauki stał się Albert Einstein. Ciekawe, że Goebbels za główny cel ataku przeciwko żydowskim naukowcom wybrał Einsteina. Minister propagandy Rzeszy, Józef Goebbels był kłamcą i cynikiem, ale głupcem nie był. Wybrał Einsteina, gdyż to Einstein był najsłynniejszym żydowskim naukowcem i był najmocniej umoczony. Goebbels najwięcej kwitów miał na Einsteina, ale nie mógł ich ujawnić. Ujawnienie prawdy np. o okolicznościach powstania pracy „Zur Elektrodynamik bewegter Körper” z 1905 roku kompromitowałoby nie tylko znienawidzonego Żyda – Einsteina, ale również wielkich, niemieckich uczonych: Maxa Plancka i Davida Hilberta, którzy zostali w Niemczech, którzy byli twarzami rzekomo czystej i rzekomo uczciwej, niemieckiej nauki. Goebbels był w paskudnej sytuacji: mieć kwity i nie móc ich użyć. Toteż propaganda Goebblesa pieniła się we wściekłej, a bezsilnej, paskudnie antysemickiej kampanii przeciwko Einsteinowi. Rząd III Rzeszy posunął się nawet do wyznaczenia nagrody – 5000 dolarów, dla każdego, kto zabije Einsteina. Pięć tysięcy dolarów wówczas to było mnóstwo pieniędzy. Obecnie trzeba by to pomnożyć przez tysiąc.

   Dlatego Einstein wygrał. Wściekła, paskudnie antysemicka i antyeinsteinowska kampania III Rzeszy, przekonała wszystkich uczciwych ludzi, że Einstein jest niewinną ofiarą nazistowskiego reżimu. Einstein jest geniuszem, a w oskarżeniach przeciwko nim nie ma źdźbła prawdy, zaś ci, co je wysuwają, są najgorszymi z ludzi. Kampania zadziała wspak. Goebbels nie był taki sprytny, jak mu się zdawało. Stworzyła, czy też utwierdziła mit Einsteina, jako największego geniusza w historii. Mit trwający po dziś dzień. Im głębiej III Rzesza pogrążała się w zbrodniach, tym mocniej jaśniała gwiazda Einsteina. Dokonania Davida Hilberta – nazistowskiego matematyka, uczonego splamionego współpracą z nazistowskim reżimem – zaczęto pomijać i rychło poszły w zapomnienie. Podobnie zapominano prace Henri Poincarè, upartego Francuza, co pisał tylko po francusku. Hilbert i Poincarè pojednali się wreszcie. Cienie dwóch wielkich rywali: Niemca i Francuza spotkały się w mrokach krainy niepamięci.

   Einstein to miał szczęście. Człowiek w czepku urodzony. Nawet wściekła kampania propagandowa III Rzeszy obróciła się na jego korzyść. Rządy Adolfa Hitlera przyniosły nieszczęście Europie, Niemcom i zagładę milionom Żydów. Ale przecież inni wygrali, również niektórzy Żydzi. Zwyciężyła Ameryka, jako państwo, zwyciężyły też jednostki. Tak to już bywa. Jeden przegrywa, drugi wygrywa. Nie ma tak wielkiego nieszczęścia, na którym k t o ś by nie skorzystał. Na masowych grobach także zyskają… choćby robaki. Do 1933 roku Einstein robił karierę, jako wielki, niemiecki uczony. Po objęciu władzy przez Hitlera dalej robił karierę, jako wielki, antyniemiecki uczony. Ten człowiek umiał upaść na cztery łapy. Wbrew pozorom, dla Einsteina rządy Adolfa Hitlera były nader pomyślną okolicznością, choć faktem jest, że hitlerowcy zgładzili kilku jego krewnych. Einstein był jednakże zawsze skoncentrowany na sobie. Gdyby był został w Niemczech, zostałby zamordowany. Bez dwóch zdań. W Ameryce zagrożenie życia było iluzoryczne, a zyski wielkie. Nikt już nie śmiał poddawać w wątpliwość geniuszu Einsteina; tego, że jest jedynym twórcą szczególnej i ogólnej teorii względności.

   Albert Einstein został ikoną, pozytywnym symbolem XX wieku. Bohaterem filmów, kreskówek, książek, znanym nawet tym, co nauką wcale się nie interesują. Jednym z symboli XX wieku. Twarzą, dumą Ameryki. Ameryka zwyciężyła, bo była najlepsza, była i jest najwspanialszym krajem świata. A skoro usa są najcudowniejszym krajem, to muszą mieć np. najpiękniejsze kobiece ciało, czy największego geniusza w dziejach. I tak mamy Einsteina, geniusza, z burzą siwych włosów, Marylin Monroe – symbol seksu – i… myszkę Mickey czy psa Pluto. Ci, co wiedzieli, umilkli, ci, co wątpili, przestali pytać, niepokornych okrzyknięto nazistami i antysemitami i zmuszono do milczenia.

   Na scenie został on, Albert Einstein. Największy geniusz w dziejach ludzkości. Sam, jeden, na szczycie. Gdy doszła do Einsteina wieści o śmierci Hilberta z pewnością poczuł ulgę. Choć może z odrobiną żalu. Wraz z odejściem wroga odchodzi część nas samych. W 1943 roku, czwartym roku wojny w Europie, Hilbert już w niczym nie mógł zagrozić pozycji Einsteina, ale samo to, że żył było psychicznym obciążeniem. Teraz Einstein pozostał sam na scenie, przeszłość odeszła, nikt już nic nie powie. Jest tylko przyszłość. I jest on. Tylko on.

   Albert Einstein, geniusz.

 

Literatura

      1. A. Einstein „Zur Elektrodynamik bewegter Körper” (O elektrodynamice ciał w ruchu) Annalen der Physik.17:891, 1905,

http://users.physik.fu-berlin.de/~kleinert/files/1905_17_891-921.pdf

„On the electrodynamics of moving bodies”, https://www.fourmilab.ch/etexts/einstein/specrel/specrel.pdf

         2. Constance Reid, “Hilbert”, 1996 Springer

 

P.S. Zauważyłem, że równania nie ma. Na razie nie wiem, jak go wpisać. Ale dla humanistów "krzaczki" nie mają znaczenia, prawda?

 

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą autora. 

Ocena wpisu: 
4
Twoja ocena: Brak Średnio: 3.3 (głosów:12)

Komentarze

dziękuję za bardzo ciekawy artykuł.Nigdzie ,do tej pory, nie zetknęłam się z takimi wiadomościami. Okazuje się, że nawet na NP czasem coś mądrego można przeczytać. A nie tylko, że zacytuję stowarzyszonego admina,..."Każdy może splunąć na NP tym,... co jadowita ślina... kierowana chorym i antypolsko ukierunkowanym mózgiem." ...O tempora, o mores!
Serdecznie Pana pozdrawiam .

Podoba mi się!
4
Nie podoba mi się!
-3

Verita

#1519951

Cieszę się, że spodobał się pani mój tekst.

 

Pozdrawiam serdecznie

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

Bielinski

#1519978

a i styl niezły.

nie znam sprawy, więc wierzę na słowo. dzięki

Podoba mi się!
4
Nie podoba mi się!
0

„Od rewolucji światowej dzieli nas tylko Chrystus” J. Stalin

#1519968

Witam

Znałem to, lecz tutaj bardzo ładnie opisane. Gratuluję.

 

Pragnę tylko dodać, że konflikty między naukowcami, a nawet niszczenie zbyt mądrego "przeciwnika" było na porządku dziennym historii nauki. Utkwiło mi w pamięci niszczenie geniusza Subrahmanyana Chandrasekhara przez sir Arthura Eddingtona.

 

Pozdrawiam

Podoba mi się!
4
Nie podoba mi się!
0
#1519976

Naukowcy są jak inni ludzie. Wybitny talent, np. matematyczny, nie czyni człowieka lepszym. Pozwala mu tylko i aż łatwiej pisać i rozwiązywać równania. 

 

Pozdrawiam

Podoba mi się!
2
Nie podoba mi się!
0

Bielinski

#1519979

O nie!

Naukowcami targają bardzo silne emocje. Trudno przyjąć, że to "zwykli ludzie". To raczej maszyny pracujące na 150% wydajności. Stąd emocje i uczucia mogą być ekstremalne. W tym również zawiść i zazdrość.

 

Pozdrawiam

Podoba mi się!
2
Nie podoba mi się!
0
#1519981

Ma pan rację. Naukowcami miotają welkie namiętności. Nawet z pozoru oschłymi matematykami, czy fizykami. 

 

Pozdrawiam

 

Podoba mi się!
2
Nie podoba mi się!
0

Bielinski

#1519989

Pozwoliłem sobie na taką stanowczość, bo głęboko interesuję się filozofią nauki i kognitywistyką.

 

Pozdrawiam

Podoba mi się!
2
Nie podoba mi się!
0
#1519991

Witam Pana. Jako socjolog plasuję się gdzieś pomiędzy humanistyką a matematyką. Najbardziej interesują mnie sposoby, dzięki którym ludzie poszerzają horyzont poznania. Bardzo ciekawy jest Pański artykuł, potwierdza moje obserwacje na temat zależności między zasługami a nagrodami.

Swoją drogą, chciałbym Panu polecić ciekawą koncepcję, zawartą w książce znanych mi osobiście braci Szostków, doktorów z Politechniki Rzeszowskiej. Wracają do koncepcji eteru, pojmowanego jednak zupełnie nowatorsko. Kwestionują również pewne konsekwencje wynikające z STW.

http://www.ste.com.pl/

Pozdrawiam serdecznie

Podoba mi się!
2
Nie podoba mi się!
0
#1519985

Widzi pan, mój artykuł jest raczej o braku związku między zasługami a nagrodami. Ale cieszę, się że się panu spodobał. Co do STW i OTW, to pomijając kwestię, kto jest ich twórcą, są to teorie fizyczne mocno ugruntowane i wszechstronnie sprawdzone doświadczalnie. Tak po prostu jest. Aczkowiek zawsze znajdą się tacy, którym wydaje się, że wiedzą więcej. Z tego co wiem, nie ma żadnej sprawdzonej, bardziej ogólnej teorii. Jest za to dużo spekulacji. 

 

Pozdrawiam

Podoba mi się!
2
Nie podoba mi się!
0

Bielinski

#1519988

Może nie jest tak że zupełnie brak związku, po prostu związek jest bardzo słaby.

Co do obalenia teorii, jakiejkolwiek, zawsze znajdzie się jakaś lepsza, która lepiej wszystko wyjaśni. Oczywiście wcale nie twierdzę że ta zalinkowana przeze mnie jest dobra. Moja znajomość matematyki jest za słaba aby móc to ocenić.

Pozdrawiam.

 

Podoba mi się!
1
Nie podoba mi się!
0
#1520020

Ze zdumieniem patrzę na ocenę Twojej pracy ! Na razie nie oceniam.

Zawarłeś w pracy dwie sprzeczne ze sobą sylwetki tej samej osoby :

1 - Einstein wykłada swój problem, a Hilbert wyśmiewa go publicznie! To prawie nie do wiary. Takie zachowanie! Swoją pozycję w nauce Hilbert zawdzięczał nie tylko talentom matematycznym, ale również umiejętności odpowiedniego zachowania wobec innych. Hilbert doskonale wiedział, co, do kogo, kiedy i jak może powiedzieć. Nie był to człowiek, który plecie, co mu ślina na język przyniesie. Dlatego takie bezceremonialne zachowanie, publiczne kpiny w żywe oczy Hilberta – wielkiego niemieckiego matematyka – z wielkiego niemieckiego fizyka Alberta Einsteina są tak zdumiewające.

2 - Hilbert był nerwowy, apodyktyczny i arogancki, piekielnie inteligentny i czasami jak małpa złośliwy. Nie dawał się lubić. Typowy kostyczny matematyk. Przeciwnie Einstein, który potrafił być miły i czarujący.
 
Jacy oni byli ;-))) Wszyscy mamy własne oceny - często bardzo zmienne !
Podoba mi się!
2
Nie podoba mi się!
0

#1519986

Witam,

tacy oni mi sie jawią: Hilbert i Einstein. Hilbert był wielką postacią niemieckiej matematyki. On decydował o kierunkach badań, o pieniądzach, nagrodach, awnasach, posadach, grantach, choc wówczas nie było grantów. Byl Niemcem, wychowanym w szacunku do rangi. Dlatego jego publiczne kpiny z Einsteina, wielkiego niemieckiego fizyka, profesora jak Hilbert, są tak zdumiewające. Musi się za tym kryć silna, emocjonalna motywacja. Moim zdaniem było nią poczucie krzywdy Minkowskiego, jego wielkiego przyjaciela, związane ze sprawą publikacji z 1905 roku. Mała zemsta, ale zawsze zemsta. 

Poza tym Hilbert był pewien, ze Einstein mu się nie odetnie. I miał rację. 

Natomiast Einstein, naprawdę był miły i sympatyczny. Choć nie dla każdego. Nie dla tych, których wykorzystał i oszukał. 

 

Pozdrawiam

Podoba mi się!
2
Nie podoba mi się!
0

Bielinski

#1519987