Gallipoli

Obrazek użytkownika Bielinski
Świat

Jest już lato, wakacje. Początek tak zwanego sezonu ogórkowego. Ale może nie w tym roku. Na świecie dzieje się wiele mimo lata i wakacji. Ostatnim wydarzeniem jest niedoszły atak usa na Iran. Amerykańskie samoloty bojowe wypełnione bombami i rakietami już wystartowały, na amerykańskich okrętach otwarto pokrywy wyrzutni rakiet manewrujących, a operatorzy czekali z palcami na przyciskach do odpalenia. Na dziesięć minut przed odpaleniem, przyszedł rozkaz prezydenta usa o odwołaniu ataku.

   To znaczy najpierw musiał być rozkaz prezydenta usa o ataku na Iran, a potem drugi rozkaz anulujący poprzedni. Ale tym pierwszym rozkazem prezydent usa jakoś się nie chwali, tylko tym drugim. I słusznie. Mnie ta cała sprawa, ten niedoszły atak wojsk usa na Iran jako żywo przypomniał inną historię. Lato 1914 roku, wybuch pierwszej wojny światowej. Lato i jesień 1914 roku, batalia dyplomatyczna o Turcję i o tureckie cieśniny: Dardanele i Bosfor. Czy Turcja zachowa neutralność, czy przystąpi do wojny? I po której stronie? Czy Turcja przyłączy się do Niemiec i Austro-Węgier? Czy też będzie kolejnym aliantem Wielkiej Brytanii, Francji i Rosji? Czy tureckie cieśniny pozostaną zamknięte, czy też będą przez nie przepływać bez przeszkód alianckie konwoje z bronią i zaopatrzeniem do i z Rosji?

    Ciekawie pisze o tym Barbara W. Tuchman w książce pt. „Sierpniowe salwy”. Barbara Tuchman to amerykański historyk, pozostanę przy formie męskiej, bowiem żeńska forma: historyczka źle mi się kojarzy, brzmi dla mnie jak histeryczka. A to nie to samo, nie zawsze. Książka poświęcona jest wybuchowi I wojny światowej, dokładnie głupocie polityków po obu stornach, którzy doprowadzili do wybuchu tej wojny. Jeden z rozdziałów poświęcony jest sprawie Turcji. Ciekawa lektura, szczególnie w czasie letniej kanikuły. Czytałem to wiele lat temu, mam pierwsze wydanie z 1984 roku, dziś powróciłem do fragmentów. Jedna uwaga: Barbara Tuchman to amerykański, czyli anglosaski historyk. Pochodzenie ma znaczenie w opiniach, czy konkluzjach anglosaskich autorów, czy historyków zgodnie z naczelną zasadą Anglosasów: my country, right or wrong! Nasi historycy, czy intelektualiści prześcigają się opluwaniu, zohydzaniu swego kraju, Anglicy, czy Amerykanie wręcz przeciwnie. Trzeba brać to pod uwagę przy lekturze, bowiem wydarzenia sprzed ponad stu lat wcale nie są tak odległe jak by się dawało.

    Stosunek usa do Iranu jako żywo przypomina stosunek Wielkiej Brytanii do Turcji w czasach poprzedzających I wojnę światową. Podobieństwo podwójne bowiem usa odziedziczyły, czy przejęły dominację W. Brytanii na Bliskim Wschodzie, zaś współczesny Iran odgrywa rolę czarnego luda w amerykańskiej propagandzie, jak przed ponad stu lat otomańska Turcja. Jak to się powtarza w dziejach: ta sama sztuka, te same role, tylko aktorzy inni. Od ponad stu lat Anglia była protektorem otomańskiej Turcji i nie bez przyczyny. Anglicy woleli słabą, skorumpowana, bezsilną Turcję na drodze do Indii, swojej perły w koronie. Szczególnie wobec carskiej Rosji, agresywnej i wrogiej, na podboje której w Azji Centralnej Brytyjczycy patrzyli z najwyższym niepokojem. Ten protektorat zaczął ciążyć Anglikom już przed I wojną światową i zamienił się w irytację zmieszaną z nieskrywana pogardą połączoną oczywiście z normalnym u Anglików, czy ogólnie Anglosasów, ogromnym poczuciem wyższości. Najlepiej wyraził to Winston Churchill wówczas również bardzo ważny polityk, pełniący stanowisko Pierwszego Lorda Admiralicji, czyli zwierzchnika brytyjskiej marynarki wojennej, określając Turcję jako „skandaliczną, zgrzybiałą i bez jednego grosza”. Po wojnie krymskiej lord Salisbury raczył był zażartować, że „nasze pieniądze postawiliśmy na niewłaściwego konia”. Ten błyskotliwy żart, iście brytyjskie poczucie humoru, angielskiego lorda i sportsmena zdobył miano wyroczni. W angielskich mediach i w świecie politycznym, Turcja była widziana, albo jako chory człowiek Europy, lub zamieniała się budzącego wstręt u cywilizowanych Anglików „straszliwego Turka”. Istotnie metody stosowane przez wojska tureckie np. podczas wojen bałkańskich mogły budzić grozę. Bardzo modny było powiedzenie, w którym Turcję, czy Turków określano, jako nasze domowe ptactwo. Turkey – po angielsku to indyk, ale też Turcja. Mieszanina pogardy, arogancji i ignorancji rzadko kiedy nie daje złych wyników, czasem powoduje straszliwe skutki.

    Tu katastrofa nastąpiła szybko. W 1912 roku rząd turecki zamówił w stoczniach angielskich dwa pancerniki, czy też w innej wersji dwa krążowniki bojowe pierwszej klasy. W dwa lata później okręty były gotowe, miały nazywać się „Sułtan Osman” i „Raszadieh”; ich główne uzbrojenie stanowiły działa o kalibrze 343 mm. Do Anglii przybyły tureckie załogi by przejąć pancerniki i zaprowadzić je do Turcji. Oba okręty kosztowały Turcję, Turków ogromną kwotę 30 milionów funtów. Współczesne ich odpowiedniki, dwa lotniskowce o napędzie konwencjonalnym kosztowałyby ze 30 miliardów funtów. Aby zebrać te pieniądze, rozpisano powszechną pożyczkę narodową. Każdy anatolijski wieśniak, czy mieszkaniec Stambułu miał swój grosz, swój udział w tych okrętach. Akurat był lipiec 1914 roku, wojna w Europie o numerze jeden zbliżała się wielkimi krokami. 28 lipca Winston Churchill – Pierwszy Lord Admiralicji polecił „zarekwirować” oba okręty. W obliczu wojny, rząd brytyjski wymierzył siarczysty, upokarzający policzek tureckiemu rządowi i nawet nie usiłował tego zwykłego rabunku, tego morskiego piractwa w jakikolwiek sposób załagodzić. Bo i po co się wysilać dla jakiś tam Turków? Dla swoich indyków!? Anglicy mieli przepraszać swoje ptactwo!?

    Lord Grey, minister spraw zagraniczny po prostu wysłał telegram informujący rząd Turcji o rabunku ich okrętów, w którym wyrażał protekcjonalne przekonanie, że Turcja zrozumie, iż Anglia musiała koniecznie przejąć te okręty „dla własnych potrzeb w obliczu kryzysu”. Straty finansowe Turcji są przedmiotem „szczerego żalu” rządu Jego Królewskiej Mości i jak napisano zostaną „w sposób właściwy rozpatrzone”. Lord Grey o rekompensacie nie wspomniał nic, wstrzemięźliwość godna Anglika, czy anglosaskiego polityka, oczywiście gdy Anglia, czy usa rabuje cudze dobro, cudze mienie, cudze bogactwo. W przeciwnym wypadku, gdy to oni są ofiarą rabunku, Anglosasi wrzeszczą w niebogłosy. Taki maja zwyczaj. Zgodnie z telegramem rząd Turcji po pokornym przełknięciu straty swoich okrętów miał prosić, błagać Anglików o łaskawy zwrot swoich pieniędzy. A to kiedy i ile dostanie zależeć będzie tylko i wyłącznie od dobrej woli angielskiego rządu. Swój obelżywy telegram z „wyrazami żalu” lord Grey wysłał 3 sierpnia. Tego samego dnia Turcja podpisała porozumienie i zawarła sojusz wojskowy z Niemcami.

    W obliczu wojny światowej dla rządu Anglii, Turcja była warta mniej niż dwa okręty wojenne! Tak Anglicy wycenili wartość Turcji. Niemniej Pierwszy Lord Admiralicji – Winston Churchill był bardzo zadowolony. Za darmo zyskał dwa nowiutkie pancerniki! I to kosztem tych wstrętnych, głupich Turków, którzy opłacili ich budowę! Świetny interes! Prawdę mówiąc rząd Turcji przełknąłby stratę tych dwóch pancerników, bagatela 30 mln. ówczesnych funtów, czyli Churchill tak bardzo się nie mylił. Turkom wcale się nie spieszyło do wojny ani po stronie państw centralnych (Niemiec), ani po stronie aliantów. Turkom marzyła się neutralność, nie chcieli się wtrącać do tej wojny. Niestety, sytuację Turków skomplikowały dwa niemieckie okręty: pancernik „Goeben” i krążownik „Breslau” pod dowództwem admirała Wilhelma Souchona. Wybuch wojny zaskoczył je na morzu Śródziemnym; uciekając przed brytyjską marynarką wojenną (Royal Navy) niemieckie okręty schronienie znalazły w Stambule. Rząd turecki znalazł się między młotem a kowadłem, jednak wymyślił „sprytne” rozwiązanie problemu, by nie narażać się ani Niemcom, ani Anglii. Na maszty okrętów wciągnięto tureckie flagi, niemieccy oficerowie i marynarze założyli fezy na głowy a zdumionemu światu ogłoszono, że Turcja otrzymała za damo od rządu Niemiec dwa okręty wojenne. Turcy potraktowali to wydarzenie jako cudowne zrządzenie losu. Anglicy ukradli im dwa pancerniki, a teraz „cudem” zyskali dwa nowoczesne okręty podobnej klasy.

   Anglicy rzecz jasna mieli w tej mierze własne zdanie i nie zamierzali w czymkolwiek odpuszczać Turcji. Wydawać by się mogło, że nic lepszego dla państw alianckich, jak neutralność Turcji, nie mogło się zdarzyć. Istnieją tylko dwie drogi, którymi mocarstwa zachodnie: Anglia i Francji mogły się komunikować: przesyłać zaopatrzenie, broń, materiały wojenne z Rosją. Trakt północny przez Murmańsk, przez 6, 8 miesięcy w roku był skuty lodem. Ciężki, trudny i niebezpieczny morski szlak nawet gdy na morzu nie było lodu. Druga droga, wygodna, łatwa i czynna przez cały rok przez morze Śródziemne i morze Czarne wiedzie przez Dardanele i Bosfor i jest oczywiście kontrolowane przez Turcję. Trzecia droga przez Władywostok na Dalekim Wschodzie miała wówczas tylko iluzoryczne znaczenie. Życzliwa neutralność Turcji była niezwykle ważna dla Ententy. Nie trzeba tu być geniuszem strategii. Wie o tym każdy, kto ma mapę; wiedzieli o tym Turcy, wiedzieli Niemcy i Francuzi i Rosjanie, i powinni wiedzieć o tym Anglicy, naród żeglarzy. Turcja po zawarciu traktatu z Niemcami prowadziła rozmowy z Aliantami i była skłonna zawrzeć porozumienie, mimo poniżenia przez Anglików, zażądała tylko uznania nienaruszalności tureckiego terytorium. Nie były to wygórowane żądanie w obliczu korzyści z otwartych wrót Bosforu. Nawet carska Rosja była skłonna zapomnieć o minionych wojnach i zawrzeć ugodę z Turcją.

   Rząd Francji wedle słów prezydenta Poincaré „poruszył niebo i ziemię” by utrzymać Turcję jako państwo neutralne i by nakłonić Wielką Brytanię do udzielenia wspólnej gwarancji nienaruszalności tureckiego terytorium. Nic jednak nie było w stanie zmienić stanowiska brytyjskiego rządu, którego premierem był wówczas Herbert Henry Asquith, późniejszy Lord Oxford i Asquith. Dla Brytyjczyków było nie do pomyślenia, aby mieli negocjować i płacić za neutralność tak przez nich pogardzanemu byłemu protegowanemu. Ton nadawał tu Winston Churchill, „niezwykle wojowniczy” i „niepohamowanie antyturecki” i proponował wysłanie flotylli kutrów torpedowych i zatopienie w porcie w Stambule „Goeben’a” i krążownika „Breslau”. W tym czasie Anglia nie była w stanie wojny z Turcją. Mimo wielkich wysiłków rządu Francji i osobiście prezydenta Republiki Francuskiej Raymonda Poincaré nic nie było w stanie zmienić polityki rządu Wielkiej Brytanii wpychania Turcji do wojny po stronnie Niemiec, czemu Turcy opierali się rękami i nogami. Polityki równie upartej, co krótkowzrocznej i po prawdzie idiotycznej. Ale tylko na pozór.

   Przez prawie trzy miesiąc alianci to grozili Turcji, to się z nią targowali, to jej ubliżali to z nią rozmawiali. W końcu czas wahań dobiegł końca. Turcy przekonali się, że nie da się mieć ciastka i zjeść ciastka. Pomogli też na swój sposób niemieccy marynarze z nowych „tureckich” okrętów. Wobec przedłużającego się stanu zawieszenia, i pewnie na rozkaz z Niemiec, niemiecki admirał Wilhelm Anton Souchon rozkazał odcumować swoje okręty, wpłynął na morze Czarne i ostrzelał z wielkich dział Sewastopol i Odessę. Przerażony tym atakiem turecki rząd nie mógł odciąć się od tego aktu wojny. Przyczyny były dwie. Po pierwsze siedziba rządu tureckiego, pałac sułtana i cała stolica państwa, Stambuł, znajdował się z zasięgu dział niemieckich okrętów. Po wtóre po drugiej stronie rząd turecki miał za rozmówcę tylko „niepohamowanie antytureckiego” Winstona Churchilla, który nie dawał im żadnego pola manewru, żadnej nadziei, który zanim wojna wybuchła traktował Turcję jak kraj podbity. I tak się dokonało. W odpowiedzi na zbombardowanie swoich miast przez formalnie tureckie okręty 4 listopada 1914 roku Rosja wypowiedziała wojnę Turcji. Dzień później, 5 listopada, wojnę wypowiedziała Francja i Wielka Brytania. Do samego końca wojny przez cieśniny tureckie nie przepłynął ani jeden aliancki okręt wojenny, czy statek handlowy. Ale to inna historia. Po zamknięciu cieśnin tureckich eksport i import Rosji zmalał o 95, 98 %. Nie było mowy o większych dostawach sprzętu wojskowego, czy przerzucaniu posiłków, o koordynacji działań na szczeblu strategicznym. W czasie pierwszej wojny światowej walki toczyły się praktycznie niezależnie na froncie wschodnim, w Rosji, i na froncie zachodnim, co Niemcy skrzętnie wykorzystywali. Bez zamkniętych cieśnin pierwsza wojna nie trwałaby aż cztery lata.

   Takie były skutki tych trzech miesięcy jałowy targów i potoków obelg. Odcięcie Rosji, katastrofalna do Aliantów kampania na Gallipolii (25.04.1915-9.01.1916) Poroniona od samego zarania próba zdobycia Stambułu i otwarcia cieśnin, pomysłodawcą był oczywiście Winston Churchill. W listopadzie 1914 roku nie udało mu się wysłać torpedowców na wody Bosforu, ale w rok później wysłał wielka flotę i armię do ataku na skaliste klify Gallipoli. Straty 150 tys. zabitych i rannych Brytyjczyków, Australijczyków, Nowozelandczyków i Francuzów, oraz około 250 tys. zabitych i rannych Turków. Zysk z bitwy? Żaden! Zero. Nic. Nie licząc 400 tys. rannych i zabitych po obu stronach. Dalej kampania aliantów w Mezopotamii (Iraku) i w Palestynie, walki o kanał Sueski. Mało się o tym pisze, ale tak pogardzani przez Anglików Turcy otoczyli i zmusili do poddania cały brytyjski korpus ekspedycyjny podczas kampanii mezopotamskiej. Anglicy porażkami, czy klęskami się nie chwalą. Ogólnie Anglosasi nigdy nie rozdzierają publicznie szat i nie wywlekają swoich klęsk, no chyba po to, aby zwalić winę na innych. Ale porażka w Mezopotamii była niczym wobec klęski w Dardanelach. Dalej rozpad imperium Otomańskiego i przejęcie rządów na Bliskim Wschodzie przez Wielką Brytanię, a za nią trwająca po dziś dzień dominacja usa na tym terenie…

   Tym samym groźba wojny usa z Iranem, to również skutek wydarzeń z 1914 roku. Mało? Barbara Tuchman pisze… „wszystko to jest następstwem rejsu „”Goebena””. Zbytek łaski. Niemiecki admirał Wilhelm Souchon był sprytny i bezwzględny, ale znalazł się w pozycji nie do pozazdroszczenia. W tej rozgrywce miał blotki w ręku. Był całkowicie zależny od Turków. Okręty potrzebowały paliwa, czyli węgla, amunicji i części zamiennych. Załoga potrzebowała wody i żywności, lekarstw. Po wielomiesięcznym rejsie na wielkim, skomplikowanym okręcie wojennym na pewno zepsuło się coś, czego naprawa przekraczała możliwości załogi, co wymagało wizyty w stoczni. I to wcale nie groźba dział pancernika „Goeben” sprawiła, że Turcja przystąpiła do wojny po stronie państw centralnych. Prawda, mógł ostrzelać z dział siedzibę rządu tureckiego, ale na ile salw starczyłoby mu amunicji? Turcy nie mieli równorzędnych okrętów, które mogły stoczyć z nim walkę, ale mieli dużo mniejszych okrętów, w tym torpedowce. Wielki pancernik w stosunkowo małej zatoce byłby łatwym celem dla torped. Gdyby „Goeben” i „Breslau” ostrzelały Stambuł, niemiecka mini eskadra szybko spoczęłaby na dnie Złotego Rogu obok wraków wielu innych okrętów rozmaitych flot rozlicznych nacji, które na przestrzeni wieków próbowały zdobyć Konstantynopol (Stambuł). Poza tym takie salwy skłoniły by Turcje do zawarcia sojuszu z Anglią i wypowiedzenia wojny państwom centralnym, czemu rząd niemiecki starał się ze wszystkich sil zapobiec.

    Turecki rząd wcale się nie bał się niemieckiego pancernika na redzie Stambułu, a przynajmniej to nie był czynnik decydujący, wbrew zdaniu Barbary Tuchman i innych anglosaskich historyków, których celem jest wybielenie rażących błędów ich lordowskich mości, to jest angielskich rządzących. Turcy mieli dość sił i środków, by w razie problemów rozprawić się z ledwie dwoma wrogimi okrętami. To nieprzytomna polityka rządu Wielkiej Brytanii wepchnęła Turcję w ramiona Niemiec. Turcy wiedzieli, że nie zachowają neutralności w wojnie. Musieli wybierać. Mieli prosty wybór: Niemcy, albo Anglia. Wybrali Niemców, bowiem rząd niemiecki dawał im jakieś gwarancje, a na skutek uporu rządu Wielkiej Brytanii alianci nie oferowali im nic. Turcy wybrali słusznie, wybrali rozsądnie i wybrali źle i zapłacili za to rozpadem swego imperium. Ale w listopadzie 1914 roku ani Turcy, ani nikt inny nie mógł przewidzieć klęki Niemiec. Gdyby Turcja stanęła po stronie Aliantów ich imperium zapewne i tak przestałoby istnieć. Pierwsza wojna to pierwsza z wojen, w której na tak wielką skalę wzięły udział maszyny napędzanie ropą, czy benzyną. Wcześniej ta wielka piaskownica, zwana Bliskim Wschodem, mocarstw zachodnich specjalnie nie obchodziła, nie licząc wykopalisk archeologicznych w ruinach Babilonu, czy Niniwy. W czasie i po I wojnie ropa naftowa stała się surowcem strategicznym i niezmiernie cennym. Wielka Brytania miała zbyt wielką chrapkę na pola naftowe Iraku, czy Kuwejtu i pozbyłaby się Turcji z Bliskiego Wschodu niezależnie, czy byłaby wrogiem, czy sojusznikiem, zaś Turcja była zbyt słaba by ich powstrzymać. Winston Churchill jako Pierwszy Lord Admiralicji zainteresował się polami naftowymi w Mezopotamii (Iraku) jeszcze przed wybuchem I wojny, gdy kraj ten znajdował się we władaniu Turcji, szukając źródeł paliwa dla swoich okrętów. Za jego rządów nowo budowane okręty wojenne wyposażone były w silniki spalinowe, a nie parowe. Ropa stała się palącą kwestią dla imperium brytyjskiego. Wydaje się, że niechęć Churchilla i całego rządu ich lordowskich mości do Turcji miała czysto praktyczne motywy, łupieżcze podstawy, zręcznie przykryte humanitarnymi frazesami. Winston Churchill od początku planował wyrzucenie Turków z Bliskiego Wschodu i przejęcie tamtejszych pól naftowych. Dlatego rząd angielski nie chciał udzielić Turcji żadnych gwarancji, łatwiej przecież ograbić wroga niż sojusznika. Zamknięcie cieśnin było kłopotliwe, ale głównie dla Rosji, gdy pola naftowe nad zatoką Perską miały być łupem Anglii. Czysto kupiecka kalkulacja. Wielka Brytania zajęła je po wojnie. Siła zawsze decyduje. Czasami oba wybory są złe, równie złe.

W maju 1916 roku, ledwie w cztery miesiące po wycofaniu wojsk Ententy z Dardaneli, Wielka Brytania i Francja podpisała tajny układ, w którym podzieliła się teraniami Imperium Otomańskiego na Bliskim Wschodzie. Wbrew przysłowiu nie zawsze dzielenie się skórą żywego niedźwiedzia przynosi opłakane skutki. Francja ukontentowała się Syria i Libanem, którymi od dawna się interesowała. Praktyczni jak zawsze Anglicy łyknęli Mezopotamie, czyli Irak, rejon Zatoki Perskiej, Jordanię i Palestynę. Brytyjczycy zgarnęli to, co ją najbardziej interesowało – główne treny roponośne. Wcześniej, jeszcze przed I wojną Anglicy podporządkowali sobie Persję, obecny Iran. Na brzegach zatoki Perskiej stworzyli różne efemeryczne twory, te Omany, Bahrajny, Zjednoczone Emiraty Arabskie, no i Kuwejt, który zwyczajnie oderwali od Iraku i ogłosili „niezależnym” państwem. Łatwiej wymuszać posłuszeństwo na plejadzie drobnicy, niż na jednym dużym organizmie zgodnie z odwieczną zasadą dive et impera (dziel i rządź). Anglicy stworzyli również nowe, wielkie królestwo a na tronie osadzili powolny sobie ród Saudów.

    Wielka Brytania rządziła na Bliskim wschodzie za pośrednictwem podporządkowanych quasi – niepodległych rządów, która to koncepcję z dobrym skutkiem wypraktykowała w Egipcie, podbitym, czy podporządkowanym w latach 80 XIX wieku, po zbudowaniu kanału Sueskiego. Trzeba jednak przyznać, że Brytyjczycy pozwalali swoim kolaborantom – mianowanym przez siebie rządom, okradać miejscowych ile wlezie. Oczywiście były drobne kłopoty z tubylcami. W latach wojny z Turcją Brytyjczycy wzywali miejscowych Arabów, Kurów do powstania, do walki z Imperium Otomańskim obiecując im wolność i niepodległość po wojnie, sami przedstawiając się jako „wyzwoliciele”. Atoli wkrótce okazało się, że jedyna zmiana to zastąpienie Tureckiego Imperium Brytyjskim Imperium, więc co poniektórzy Arabowie, niektóre plemiona, podnieśli bunt. Ale znalazła się i na to rada. Wielka Brytania miała akurat mnóstwo samolotów i pilotów po wojnie, obecnie bezrobotnych. Przeniesiono kilka eskadr na Bliski Wschód. Angielscy dżentelmeni z RAF-u siadali za sterami swoich maszyn, startowali, lecieli, odszukiwali Arabów na pustyni i bombardowali i ostrzeliwali ogniem szybkostrzelnych, lotniczych karabinów maszynowych. Po powrocie do bazy angielscy dżentelmeni zasiadali w przewiewnych namiotach i spłukiwali z gardła kurz pustyni łykami wybornej whisky, w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku. Wojna lekka, łatwa i przyjemna. Arabowie mieli tylko stare karabiny lub skałkowe muszkiety jeszcze z XVIII wieku. Większe ogniska oporu Anglicy zniszczyli używając pojazdów bojowych oraz gazów bojowych. W 1920 roku Winston Churchill rozkazał użyć gazów bojowych podczas powstania Arabów i Kurdów w Iraku. W ten sposób Sir Winston Churchill, wówczas minister wojny w gabinecie Lloyda George’a – tego samego Lloyda Georde’a, który chciał oddać Polskę bolszewickiej Rosji w lecie 1920-go – stał się pierwszym politykiem, który użył gazów bojowych wobec ludności cywilnej. A Anglicy jakoś się nie chwalą tym nowatorskim osiągnieciem swego bohatera narodowego. Sir Winston Churchill bohaterem jest tylko dla Anglików, przez swój udział w II wojnie światowej. W Polsce, czy Iraku, Iranie jego imię budzi nazwijmy to mieszane uczucia. Ale to ten sam człowiek: brytyjski imperialista, którego zadaniem naczelnym była powiększenie i obrona Imperium Brytyjskiego. Szczęściem, czy Boża sprawiedliwość to sprawiła, że Churchill dożył i był świadkiem końca imperium. Na jago oczach imperium brytyjskie zawaliło się jak przegniła szopa.

   Jak tu nie podziwiać sprytnej i oszczędnej angielskiej natury? Bliski Wschód Anglicy podporządkowali używając tego, co zalegało im w magazynach po wielkiej wojnie: karabiny maszynowe, pojazdy bojowe, tankietki, samoloty, gazy bojowe… Inaczej musieliby to zniszczyć i wydać na to wielkie pieniądze a tak się przydało, a kampania że tak powiem toczyła się po kosztach własnych, np. paliwa, które w Iraku tańsze było niż woda pitna.

No, ale można powiedzieć, że to przeszłość. Angielski lew zamienił się w wyliniałego kundla. Dziś mamy jedno imperium, imperium światowe, ale za to imperium dobra, imperium światła, imperium wolności i demokracji, czyli usa. Które to imperium dobra odziedziczyło po nieboszczce - imperium brytyjskim dominację na Bliskim Wschodzie, jak się dziedziczy fotel po ciotce. Odziedziczyło i utrzymuje, choć co prawda nie bez kłopotów i kosztów. Ogromnych kosztów. Przez lata wiele się zmieniło, niektóre państwa chciały wybić się na niepodległość, ba, nawet romansowały ze Zawiązkiem Radzieckim, jak Egipt, Syria, czy Irak. Ale to minęło, to przeszłość. Wszystko wróciło do „normy” anglosaskiej dominacji. Prawie wróciło. Rzut oka, albo pejzaż horyzontalny. Czy może być inny pejzaż niż horyzontalny? Mniejsza o to. Egipt – wojskowy zamach stanu i rządy wojskowej junty obaliły niewczesną demokrację, zmierzającą w niewłaściwym kierunku. Oczywiście z błogosławieństwem imperium dobra. Właśnie zmarł doprowadzony z więzienia do sadu demokratycznie wybrany i obalony przez wojskowych prezydent. Jedni mówią, że były prezydent zmarł na serce inni, że go otruto. Bez znaczenia. Zdechł i dobrze. Jordania, Liban – małe, uległe, ciche, bez znaczenia. Syria – liże rany po sześcioletniej wojnie domowej. Długo będzie lizała. Kupa ruin. Syria już się nie liczy. Irak – państwo istniejące tylko teoretyczne po długiej wojnie i okupacji amerykańskich wojsk. W Arabii Saudyjskiej dalej rządzi ten sam ród – potomkowie Said Husaina ibn Ali, którego Anglicy mianowali królem - zdegenerowana i zdeprawowana rodzina Saudów, ta szarańcza zwyrodniałych i zdemoralizowanych a zda się niezliczonych książąt, książątek, królewiątek, , ich pociotków i krewnych i znajomych królika, którzy niczego tak się boją, jak utraty władzy i bogactw. Wewnątrz policyjny, totalitarny reżim, ubrany w religijne szaty, na zewnątrz porażająca słabość osłaniana przez tajne traktaty z usa i pewnie Izraelem. Turcja? Były suzeren? Nauczona gorzkim doświadczeniem obserwuje i czeka, trzyma się z dala, na razie. Rosja wycofawszy się za Kaukaz, leczy rany po rozpadzie Związku Sowieckiego; ten pies więcej szczeka niż gryzie. Od lat dwudziestych XX wieku, od babiego lata Imperium Brytyjskiego na Bliskim Wschodzie nie było tyle ładu, „porządku” i „spokoju”.

    Jest jeden wyjątek, jeden problem, jeden kolec w stopie. Iran, czyli dawna Persja. W 1979 roku rewolucja islamska zmiotła reżim szacha. Po blisko stu latach Persowie, Irańczycy odzyskali niepodległość, uzyskali rząd, który rządzi w ich imieniu a nie w interesie anglosaskich mocodawców. Tej zniewagi imperium dobra nie może wybaczyć, tym bardziej, że Iran to najpotężniejsze państwo w regionie, 80 milionów mieszkańców. Przez te lata przeszkadzały różne problemy, machinacje Związku Sowieckiego, potem rozpad Sowietów i arabska wiosna. Ale dziś, gdy Rosja jest słaba i odległa, gdy Irak i Syria zamieniły się kupy gruzów, przyszła kolej na Iran. Ostatnia przeszkoda w błogim spokoju na Bliskim Wschodzie. Gdy ukarze się Iran, gdy pokaże się Irańczykom ich miejsce w szeregu, nic w dającej się przewidzieć przyszłości nie zagrozi pozycji usa w regionie, ani bezpieczeństwu Izraela. W swoim szkicu dotychczas pomijałem rozmyślnie Izrael. Izrael, Palestyna, to kukułcze jajo traktatu z 1916 roku. Jest to temat na oddzielny tekst. Wracając do Iranu. Kiedyś Turcja była chorym człowiekiem Europy. Dziś Iran to imperium zła, albo oś zła. Reżim totalitarny, chociaż Iran to jedyny kraj z prawdziwie demokratycznym rządem i prezydentem w regionie. Mniejsza, jak jest, ważne co się pisze, i co się sądzi.

    W listopadzie 1914 Pierwszy Lord Admiracji Imperium Brytyjskiego Winston Churchill chciał wysłać flotyllę torpedowców na wody Bosforu. Powodem był niemiecki pancernik, który zagrażał imperium. Niedawno prezydent usa – imperium dobra wysłał eskadry samolotów do ataku na Iran i wycofał rozkaz w ostatniej chwili. Tu powodem było zestrzelenie bezzałogowego, szpiegowskiego aparatu latającego, którego strata w niczym nie mogła zagrozić bezpieczeństwu usa. Co najwyżej ujma na wizerunku. Co się odwlecze, to nie uciecze. Potem była klęska Brytyjczyków na Gallipoli, no i końcowy tryumf po wygranej pierwszej wojnie i połknięcie Bliskiego Wschodu i jego pól roponośnych, co do dzisiaj odbija się czkawką. Jak będzie tym razem? Czy zmiękczające bombardowanie wybranych celów w Iranie z samolotów i rakiet? Inwazja i desant wojsk usa na koniec? Będzie nowe Gallipoli? Po przegranej wojnie w Iraku, po przegranej wojnie w Afganistanie, usa szukają szczęścia w ataku na lokalne mocarstwo liczące prawie dwa razy tyle ludności co Irak i Afganistan razem wzięte? I to ludności mocno patriotycznej, pamiętających o minionych upokorzeniach, nienawidzącej obcych, a zwłaszcza Amerykanów, marzących o oddaniu życia za wiarę i ojczyznę? Nie po każdej klęsce jest zwycięstwo. Jest to raczej wyjątek niż reguła. To nie jest prawdą, że dzięki klęsce w Gallipolii Wielka Brytania wygrała wojnę i zdominowała Bliski Wschód. Nie dzięki, lecz pomimo. Zwycięstwa przychodzą zawsze pomimo klęsk, porażek, a nie dzięki nim.

   Mniejsza o moje zdanie. Jak powszechnie wiadomo, imperium dobra rządzą mądrzy, genialni politycy, wielcy stratedzy, co Napoleona zagoniliby do kąta, a Juliuszowi Cezarowi daliby mata w trzecim posunięciu, którzy wiedza lepiej co jest dobre dla nas, i dla Irańczyków lepiej niż oni sami. Tak sami było zresztą za czasów Imperium Brytyjskiego, czy imperium sowieckiego, innych imperiów również. Ci na górze zawsze wiedza lepiej. Zwłaszcza ci na szczycie imperium. Każde imperium jest dobre, póki istnieje i ma siłę i moc. Śmieszne i żałosne są tylko byle imperia, jak obecna „Wielka” Brytania, czy jak były mistrz świata w zapasach, czy boksie, który dożywa swych dni w domu opieki sikając w pieluchę i przeżuwając bezzębnymi ustani kawałek chleba moczony w mleku. Póki mocy, póty racji. A zresztą jest lato, słońce, plaża, wakacje. Nie czas na zmartwienia i próżne dywagacje. Co z tego że dalej widzimy taką samą, wybuchową mieszaninę pogardy, arogancji i ignorancji jak kiedyś?

   Ale też trzeba przyznać, że imperialiści kiedyś byli mądrzejsi. Na pewno szczersi, mniej zakłamani. Sir Winston Churchill przy wszystkich swoich błędach i pomyłkach jest niedościgłym wzorem dla obecnego, zaślepionego prezydenta usa.

 

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie tekstu tylko za zgodą autora.

Ocena wpisu: 
5
Twoja ocena: Brak Średnio: 5 (głosów:5)

Komentarze

zmusza do zastanowienia  nad krętymi ścieżkami historii minionej ( a wiec "znanej" ) i powracającej jej karykatury w czasach obecnych. Wszak wojna USA-Irak, nie jest wojną USA, tylko zupełnie kogoś innego. Którego cele i doktryny zostały  "wplecione" , przy pomocy pieniędzy i wpływów, w historię USA. I powraca, jako karykatura lat minionych ( słusznie i niesłusznie)

Podoba mi się!
3
Nie podoba mi się!
0

yenom

#1595973

W amerykańskim Kongresie doszło do ostrej konfrontacji między jastrzębiem tj. sekretarzem stanu Mikiem Pompeo a dominującymi w Izbie Reprezentantów demokratycznymi kongresmenami, którzy stwierdzili, że nie rozumieją jakie są cele administracji Trumpa w stosunku do Iranu i zapowiedzieli zablokowanie możliwości rozpoczęcia działań zbrojnych przez prezydenta bez zgody Kongresu. 

PS

Czy Iran wyprowadzi ze swojego terytorium  3 miliony afgańskich  imigrantów?

Pozdrawiam

Podoba mi się!
2
Nie podoba mi się!
0

casium

#1596018