Filoktet współczesny, albo cierpienie odkupione

Obrazek użytkownika Bielinski
Kultura

Po bitwie

Przeczytałem Filokteta Sofoklesa po wielu latach. Tak naprawdę wróciłem do Filokteta przez pamięć o innej książce: Jan Kott „Zjadanie bogów. Szkice o tragedii greckiej”. Inna jego książka to „Szekspir współczesny” – piękne i głębokie szkice o Szekspirze. Jan Kott – Żyd, słynny intelektualista, teatrolog, opozycjonista, dysydent, emigrant marcowy. Prześladowany przez reżim komunistyczny. Dziś wiem więcej.  Jan Kott był czołowym propagandzistą reżimu komunistycznego; atakujący i szkalujący „wrogów ludu”, „faszystów”, „morderców”, „zdrajców” z Armii Krajowej, którzy jakże słusznie siedzieli w więzieniach i łagrach i byli mordowani za swe ohydne zbrodnie oraz „reakcyjnych twórców”, jak Zbigniew Krasiński, Stefan Żeromski, i rzecz jasna Henryk Sienkiewicz. Jan Kott został udekorowany przez prezydenta Polski Ludowej Bolesława Bieruta w 1949 roku w środku nocy stalinowskiej, orderem Odrodzenia Polski. Jan Kott zasłużył sobie na ten order jak mało kto.

   Komunistom nie dość było zamordować swoich przeciwników, musieli ich jeszcze zohydzić, zaszczuć, splugawić przed śmiercią. Tępi niemieccy oprawcy ograniczali się do mordowania, choć trzeba przyznać w skali masowej; komuniści wychowani w Sowieckim Sojuzie dobrze wiedzieli, że zabić to za mało. Trzeba jeszcze ofiarę zohydzić, unurzać w błocie i gnoju, odczłowieczyć, by wszyscy widzieli, jacy komuniści są dobrzy, że takie chwasty wyrywają i usuwają ze społeczeństwa. Nowa władza w Polsce Ludowej potrzebowała dwóch rodzajów ludzi: ślepo posłusznych wykonawców, którzy bez wahania wykonają każdy rozkaz, specjalistów od bicia, torturowania, wyrywania paznokci, od strzelania w głowę i wieszania, oraz subtelnych, giętkich intelektualistów, którzy uzasadnia każdą tezę, jaką postawi władza. Oplują każdego, kogo im się wskaże. Zmyślnych organizatorów klaki, która zohydzi wskazanych do zniszczenia, obrzuci błotem każdego wiezionego na stracenie. Podobnie jak Atrydzi w czasie wojny trojańskiej, tak samo władcy reżimu w komunistycznej Polsce potrzebowali swoich Neoptolemów i Odyseuszy. Ktoś nazwał Kotta „cynicznym marksistą”, czyli Jan Kott robił to, co robił nie dla idei, lecz dla własnej korzyści. Kott, młody, inteligentny Żyd, należał do plemienia Odyseuszy, niewątpliwie. Od Kotta tylko krok do Kata. Zresztą może Kott kiedyś wierzył w komunizm? Może i Odyseusz na początku wojny wierzył w cel zdobycia Troi? W prawo i słuszność Atrydów? W geniusz dowódców?

   Po śmierci Stalina i odwilży w 1956 roku Kott zaczyna się dystansować od partii komunistycznej, która już nie spełnia jego oczekiwań. Zostaje za to coraz bardziej widocznym, hołubionym opozycjonista. Po wydarzeniach marcowych 1968 roku Jan Kott emigruje i na Zachodzie jest niezależnym, represjonowanym przez reżim dysydentem, antykomunistą (a jakże!) słynnym intelektualistą, myślicielem, którego autorytetu nikt nie śmie podważyć. Jakże wielu Żydów, byłych marksistów, byłych katów podążyło tą drogą. A tym, którzy wypominali im przeszłość, zmuszali do milczenia zarzucając antysemityzm. Jak w porzekadle: diabeł ubrał się w orant i ogonem na mszę dzwoni.

   Z tych dwojga: tępych i posłusznych katów, oraz głębokich intelektualistów, giętkich w argumentacji, wydaje się, że gorsi są ci drudzy. Kaci mogli być zbyt tępi, by rozumieć grozę tego, co robią, lub być zbyt ogłupiali ideologią. Intelektualistów – marksistów nic nie tłumaczy, ani nie usprawiedliwia. Jan Kott to przykład kanalii w czystej postaci, jednakże pisał piękne książki. Chyba to nie przypadek. Podobno najpiękniejsze storczyki wyrastają z czystego łajna. W „Zjadaniu bogów” Jan Kott poświęcił rozdział tragedii Filoktet. Nosi tytuł: „Filoktet albo Odmowa”. Kott pisze, że Filoktet został złamany. Że Filoktet to jedyny bohater tragedii greckiej, który został złamany. Filoktet opiera się przez cała prawie sztukę, by na koniec ulec. Popłynie z Odyseuszem pod Troję. Zrobi, co od niego chcą Atrydzi. Wykona każdy rozkaz. Złamany, posłuszny, uległy. Nieprawda. Nie zgadzam się z tym, że Filoktet został złamany. Kott się myli. Nie tylko w tym.

 

Nawiasem mówiąc dla Jana Kotta, Neoptolem i Odyseusz to oficerowie tajnej policji. Jan Kott były komunista a pewnie sam donosiciel miał prawo wszędzie widzieć agentów bezpieki. Czy Agamemnon nie miał pod Troją tajnej policji? Miał, musiał mieć. I pewnie nie jedną, lecz kilka. Czy Odyseusz był szefem tajnej policji? Nadawał się do tego, jak nikt inny. Łatwe skojarzenia. Stary, doświadczony oficer tajnej policji wysokiej rangi – Odyseusz, w towarzystwie młodego oficera - Neoptolema w misji złamania Filokteta. Takie wzmianki o tajnej policji, czyli zawoalowane aluzje do Urzędu Bezpieczeństwa, wyrobiły Kottowi sławę opozycjonisty i niezależnego intelektualisty. I zatarły jego dokonania w przeszłości.

 

Kiedy w latach pięćdziesiątych Jan Kott coraz bardziej zrażał się do Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, w PRL-u zaroiło się tysiącami, dziesiątkami tysięcy Filoktetów. Pojawiali się znikąd, zwalniani z więzień, wypuszczani z karcerów i z cel śmierci. Po około dziegciu latach, jedni trochę mniej, inni trochę więcej – trafem nawet liczba lat ich męki zgadza się z historią Filokteta – wracali z niezliczonych wysp archipelagu Gułag: z Kołymy, Workuty, z Archangielska, Karagandy i tysięcy innych, bynajmniej nie-bezludnych wysp sowieckiego archipelagu wyniszczenia, głodu, cierpienia i śmierci. Współcześni, nasi polscy Filokteci: wyniszczeni głodem i katorżnicza pracą, okryci ranami i odmrożeniami, z otwartą gruźlicą i mnóstwem innych chorób. I musieli żyć w państwie, które skazało ich niewinnych na śmierć i cierpienie. Pogodzić się ze swoimi oprawcami. Ugiąć kark i się poddać. Żyć. Musieli zająć się swoimi rodzinami, dziećmi. I żyli. Chodzili do pracy. Chowali dzieci. Uśmiechali się do szefów, byli mili dla kolegów, którzy pisali na nich donosy, Pisali podania o przydział meblościanki, o nowe mieszkanie w bloku, o talon na małego fiata.

   Mała stabilizacja. Albo Filoktet po przejściach.

 

Współczesny przykład cierpienia. Zwyczajnej tragedii. Pospolitej i indywidualnej. Dziś tragedia ukrywa się w czterech ścianach domów. W pojedynczych rodzinach. Kobieta. Jej jedyny syn umarł na raka przed kilku laty. Zwyczajne małżeństwo, zamożne i szczęśliwe. Mieli jedno dziecko – syna. Był ładny i zdolny. Świetnie się uczył. Czego chcieć więcej? W czwartej klasie zachorował. Kobieta nie ma sobie nic do zarzucenia. Zrobiła wszystko, co mogła. Nie zlekceważyła tego przewlekłego przeziębienia syna. Odsyłana, chodziła od lekarza do lekarza. W końcu trafiła do najlepszego specjalisty. Badania dały jednoznaczny wynik. Nowotwór. Niech się pani nie martwi – powiedział jej lekarz – to najlepsza ze złych nowin. Biorąc po uwagę rodzaj nowotworu i to, że został wcześnie wykryty można dać 90, nawet 95 procent szansy na to, że syn wyzdrowieje. Wszystko będzie dobrze. Dobrze? Jedna tura leczenia, druga, trzecia. Leczenie nie działa. Nowotwór się rozszerza. Pojawiają się przerzuty. Nowi lekarze, nowe kuracje, Zaciągają kredyt hipoteczny by kupić, najnowsze lekarstwa, jeszcze w kraju niedostępne. Na nic. Dziecko gaśnie w miarę jak rośnie nowotwór. Po klęsce medycyny zwracają się do znachorów, homeopatów, i innych przedstawicieli tzw. naturalnej medycyny. Nie pomagają ani leki, ani zioła, ani zamawianie. Nic już nie można zrobić – mówi ten sam specjalista, który powiedział, że syn ma najlepszy z nowotworów – Niech pani mi da spokój.

   Jej syn leży w domu. Tyle wybłagała, że nie umieszczono go w hospicjum, ale w domu, Jest tzw. pacjentem terminalnym. Jedyne, co można zrobić, to zmniejszyć jego cierpienia. Leży nagi, przykryty prześcieradłem. Od góry podłączane rurki, którymi wpływa powietrze i różne, przezroczyste płyny. Rurkami od doły wypływają brudne płyny. Jego życie to przetaczanie płynów. I ból. Mimo wysokiej dawki morfiny dziecko jęczy z bólu. Miota się po łóżku, pręży, sztywnieje z bólu, chwyta za brzuch i jęczy. Nie może krzyczeć przez te rurki. Tylko jęczy i stęka. Te jego jęki odtąd będą ich prześladować: ją i jej męża. Szczególnie w nocy, gdy cichnie hałas zza okna, jęki zdają się przenikać przez ściany. Paradoks nowoczesnej medycyny. Medycyna nie zdołała wyleczyć raka, lecz może utrzymać umierającego przy życiu. Przed laty taki chory już by nie żył. Od dawna by nie cierpiał. Nowoczesna medycyna zamiast wyleczyć przedłuża tylko cierpienie. Medycyna zmieniona w narzędzie tortur. Ona i on mają chwile oddechu tylko wtedy, gdy syn zapadnie w narkotyczny sen i nie słychać jego jęków.

   Chłopiec wreszcie umiera. Kobieta zostaje sama. Jej małżeństwo rozpadło się po śmierci syna. Kobieta nie nosi już żałoby. Gdy widzi kobietę w ciąży, czy pchające wózek z dzieckiem, przechodzi na druga stronę ulicy. Kiedy w parku natknie się na bawiące się dzieci nadal ściga je pełnym nienawiści wzrokiem. I ciągle sobie zadaje to jedno pytanie; dlaczego oni żyją a jej synek nie? Czemu jemu trafiła się ta choroba a nie innym? Miał przecież 95 procent szansy! Dlaczego jej syn był tym jednym, co umarł, a nie jednym z tych dziewiętnastu, co przeżyli? Czemu jej syn umarł? Dlaczego on? Dlaczego ja? Dlaczego!? Pytania, na które nie ma odpowiedzi.

   A teraz historia innej kobiety, która również straciła jedynego syna. Była wojna. Syn pragnął walczyć z okupantem. Znalazł dojście do organizacji.  Zaczął znikać, najpierw na całe godziny, potem na dni i noce. Gdy wracał był cały rozpromieniony, a jego dłonie i ubranie czuć było spalonym prochem. Znienawidziła zapach prochu, nienawidziła długich godzin czekania na syna. Bała się o niego. Prosiła go, błagała. Na próżno. Syn pewnego dnia poszedł i już go nie zobaczyła. Nie wie nawet, jak zginął i kiedy. Czy zginął w akcji, czy został zamordowany w jakieś obskurnej piwnicy? Nie wie, gdzie leży jego ciało. Nie ma nawet tej pociechy, jak matka dziecka zmarłego na raka, by pójść na jego grób, położyć nowe kwiaty, posprzątać i się wypłakać.

   Która z tych matek ma lepiej? Lub gorzej? Obie straciły jedynych synów. Lecz jednego zabił ślepy traf, gdy drugi złożył swe życie w ofierze za innych. Jego matka nie będzie ścigać cudze dzieci wzrokiem pełnym nienawiści. Przeciwnie będzie patrzeć na nie prawie z czułością, widząc w nich cząstkę swego syna.

   Cierpienie jest złem. Nikt przecież nie pragnie cierpienia. Ani go nie szuka. Lecz najgorszym złem jest cierpienie, które nie ma celu. Jeśli już nie udało się go uniknąć, to łatwiej znosić cierpienie, gdy można nadać mu sens. Cel. Wiedział to Filoktet. Nie można uniknąć cierpienia, lecz można strać się nadać mu sens. Odkupić cierpienie. Filoktet dlatego popłynął do Troi. Będzie tam służył ludziom, którzy go skrzywdzili, których nienawidzi najmocniej, ale uczyni to, bo odkupić swe cierpienie. Ma zadanie do wypełnienia, a przez to zadanie jego cierpienie ma sens. Przez ten wybór jego cierpienie przestaje być grą ślepego przypadku. Czemu tak wybrał? Może dlatego, gdyż spędził dziesięć lat na bezludnej wyspie? Inna tragedia Sofoklesa „Król Edyp” toczy się przed pałacem królewskim w Tebach. W środku ludnego miasta, w obliczu rodziny, krewnych, dworzan, pośród mnóstwa ludzi, Edyp jest sam ze swoją tragedią. Edyp jest najbardziej samotnym z ludzi pośród tłumu. I nie ma dla niego wyjścia. Nigdzie nie czuje się mocniejszego związku z innymi ludzkimi, pragnienia by być z nimi, jak spędzając długie i jałowe lata w nędzy na bezludnej wyspie.

   Filoktet był sam na bezludnej wyspie, lecz nie był samotny. Jak nikt inny mógł poświadczyć prawdziwość twierdzenia, ze nikt nie jest samotną wyspą. Jego ludzie, jego żołnierze i marynarze walczyli i ginęli pod Troją,. Bez niego. Nie mógł nikomu pomoc, nikogo uratować. Jego stary ojciec czekał jego powrotu. Gdyby odmówił, nikt już by do niego nie przypłynął. Zostałby wariatem biegający z łukiem po skałach na bezludnej wyspie, do którego strach się zbliżyć. Wariat nienawidzący ludzi. Nikt by nie zechciał posłuchać jego historii. Ani podać mu bodaj łyk wody, czy ułomek chleba. Jego cierpienie nikogo by już nie obchodziło.

   Filoktet nie został złamany. Oparł się namowie, nie uległ podstępowi ani przemocy złych ludzi. To była jego decyzja. Jego wybór. Dlatego wygrał. Filoktet to jedyna tragedia z happy endem. Jedyna to tragedia „czarnego” Sofoklesa ze „szczęśliwym” zakończeniem. Oto Filoktet po latach cierpienia jednoczy siły z tymi, którzy go skazali i razem zdobywają Troję. Wojna jest skończona. Cierpienie Filokteta i poświęcenie żołnierzy spod Troi nie poszło na marne. Zwycięstwo mimo głupoty dowódców, cynizmu, zakłamania, podłości, czy nieudolności tych, co są na szczycie. Taka wymowa tego dramatu musiała brzmieć niesłychanie optymistycznie dla Ateńczyków w dwudziestym trzecim roku wojny. I pewnie po to Sofokles tą sztukę napisał. By pokrzepić serca Ateńczyków. Lecz Ateny zostaną wkrótce zdobyte. Ateny padną, jak Troja.

 

Filoktet odmawia, a przecież Troja została zdobyta. Filoktet godzi się by popłynąć do Troi, by podać się pod rozkazy tych, których nienawidzi, którzy go tak strasznie skrzywdzili. Sytuacja bez wyjścia. Jak ten problem rozwiązał Sofokles? Posłużył się bogiem z machiny: Deus ex machina. Bóg zstępuje na scenę, by rozwikłać sytuację niedającą się rozwikłać inaczej. Aktor grający boga spuszczany był na linach ze specjalnej machiny, stąd owa dziś szydercza nazwa. Chwyt sceniczny stosowany od Eurypidesa, używany od tysiącleci i tak nadużywany, że stał się symbolem nieudolności autora, który tak zawikłał, skomplikował, zagmatwał akcję, iż nie może z niej znaleźć innego wyjścia poza tanim, jarmarcznym rozwiązaniem. Nieczysta sztuczka nieudanego dramaturga, który jak marny hazardzista bezczelnie wyciąga piątego asa z rękawa. Tyle, że Sofokles  nie był nieudolnym dramatopisarzem. I nie napisał Filokteta drzemiąc. To jedna z najlepszych tragedii Sofoklesa. Filoktetowi objawia się bóg - Herakles. Herakles po śmierci został bogiem na Olimpie.

 

HERAKLES:

Synu Pojasa, nim odejdziesz,

Wysłuchaj jeszcze moich słow.

Chyba pamiętasz, com przeszedł i ile,

Nim się okryłem nieśmiertelną chwałą,

Otóż i tobie jest ona pisana,

Wszelako również po ogromnych trudach

      A zatem tak: z młodzieńcem, z którym stoisz,

Masz wsiąść na okręt i udać się pod Troję.  

 

Filoktet jest posłuszny… Zrobi to, czego od niego oczekują. Popłynie z Neoptolemem i Odysem. Zabije Parysa. Zdobędzie Troję. Tylko, czego słucha Filoktet? Słów boga? Czy samego siebie? Filoktet był wyśmienitym łucznikiem. Znal się na ziołach. Znal rośliny, którymi zatruwał groty swoich strzał. Znał rośliny, którymi leczył ranę od ukąszenia węza. Znał i inne rośliny, którymi uśmierzał ból. Rośliny, czy grzyby, znane w medycynie ludowej również u nas, na północy. Co dopiero w słonecznej Grecji, jest ich tam wiele. Rośliny uśmierzające ból wprawiają również w narkotyczny trans. Czy Herakles był „prawdziwy” czy był to narkotyczny omam? Halucynacje nie muszą być przypadkowe; czasami mają głęboki, wewnętrzny sens, ujawniają prawdziwe pragnienia, obawy, lęki. Bez znaczenia, czy Filoktet posłuchał Heraklesa, czy swego widziadła, Filoktet zrobił to, czego sam chciał. Na tym polega jego zwycięstwo. Miał to szczęście, że miał wybór. I to wybrał. Odkupił swoje cierpienie. Że nie jest to rozwiązanie sztuczne narzucone przez Sofoklesa, świadczy to, że tak samo wybrało dziesiątki tysięcy naszych Filoktetów, w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku.

 

FILOKTET:

                        Wszystko, co nikczemne,

Podstępne i przewrotne, trwa bez szwanku,

Ciesząc się łaską bogów, którzy nieraz

Nawet z Hadesu potrafią złych wydostać,

A mężnych – gubią i ślą tam bez przerwy.

Jak to rozumieć? Jak widząc to wszystko,

Mam wierzyć w dobroć bogów i ich chwalić? (Fil., 445 -452)

 

Skąd się bierze zło, skoro bogowie są dobrzy? Czy był Bóg w Auschwitz? Gdzie był wszechmocny, dobry Bóg, skoro dopuścił do Auschwitzu, sowieckiej Kołymy? Do powstania plejady niemieckich i sowieckich obozów, gdzie wymordowano miliony? O to samo, o źródła zła, o rolę bogów, o ich „dobroć” pytał już Sofokles. I nie był pierwszy. Ludzie pytają o to od zawsze, odkąd zaczęli myśleć. Tak samo, jak od zawsze pytają: dlaczego gdy spotka ich zło.

 

Nie bez przyczyny Filoktetowi objawia się bóg. Jeśli nie ma nic poza nami, jeśli nie istnieje żaden Bóg, żadne bóstwo, nie istnieje żadna siła wyższa, to cierpienie nie będzie usprawiedliwione. Nie ma i nie może być wyjścia poza krąg cierpienia. Filoktet pozostanie na swojej wyspie męczeństwa. Nie ma dla niego ratunku. Do końca swego życia pozostanie w kręgu udręki; będzie kuśtykał powłócząc chorą nogą, znosząc głód, chłód w zimie, upały w lecie, i niewysłowione katusze od swojej rany, a jego wycie będzie jedynie płoszyć morskie ptaki i odpędzać tych nielicznych, których interesuje jego los, od przybicia do brzegu i udzielenia mu jakiejkolwiek pomocy. Tak samo cierpienie matki, która pochowała swe jedyne dziecko, nie znajdzie odkupienia. A ona nie zazna ulgi. Skończy je jedynie śmierć.

 

Kim był Filoktet? Jak wyglądał? Jak go sobie wyobrażam? Myślę, że był to wielki mężczyzna, fizycznie niezwykle silny. Nawet po dziesięciu latach na bezludnej wyspie długich latach głodu, nędzy i dręczącej choroby wysysające wszystkie siły zachował imponującą postać. Podupadł z głodu, lecz głód nie skraca kości. Również osłabiony głodem, wycieńczony chorobą Filoktet bez trudu napinał łuk Heraklesa, a siły do tego mieli jedynie nieliczni, najzdrowsi i najsilniejsi. Jakbym miał określić go krótko powiedziałbym: niepokorna dusza. Potwierdzają to dwa fakty: podpalenie stosu Heraklesa i ukąszenie przez węża, po przekroczeniu świętego kręgu. Filoktet zaglądał tam, gdzie inni się cofali, szedł dalej nie oglądając się na innych, dotykał tego, do czego inni bali się zbliżyć. Dlatego został ukarany za swą śmiałość. Herakles to jakby mitologiczny Jezus wspak. Jezus wyrzekł się przemocy. Herakles chwycił za miecz; oczyszczał ziemię z potworów i… sam stał się potworem. W końcu nie mogąc znieść straszliwych cierpień (patrz szata Dejaniry) sam wzniósł swój stos, na którym miał spłonąć, ale sam nie mógł go zapalić. Herakles siedział na szczycie stosu, a stos podpala się od dołu. Ktoś musiał podpalić stos, by mógł spłonąć, by zakończyć swe życie, by spopielić swe niezmierzone cierpienie w oczyszczającym ogniu. Dlatego błagał o pomoc, o kogoś, kto go wybawi z cierpień, kto podłoży ogień. Nikt nie chciał wyświadczyć Heraklesowi tej łaski. Dopiero Filoktet się zgodził. Jeden Filoktet podpali stos, na którym spłonął Herakles. W zamian dostał od Heraklesa jego słynny luk. Straszliwą i cudowną broń. Filoktet nie wiedział wówczas tego, czego świadom był Herakles. Od której to wiedzy płonęło jego ciało. Że dary bogów mają zawsze dwie strony. Łaska boga to również przekleństwo. Dotknięcie boga jest zarazem wyklęciem. Bóg (bogowie) zawsze dają dwa dary. Sława, szczęście, pomyślność – to łuk Heraklesa. Cierpienie, samotność, rozpacz – to umęczony cierpieniem Herakles na stosie błagający obcych ludzi by go dobili.

   Drugi przykład to święty krąg wokół ołtarza w drodze pod Troję. Nikt nie śmiał go przekroczyć, najwięksi śmiałkowie się cofali, również Achilles – najmężniejszy z mężnych się wycofał, jeden Filoktet poszedł dalej. I został ukąszony przez węża. Tak zaczęło się jego cierpienie. Dzisiaj również jest tak samo. Chłopcy ze szkolnej klasy umawiają się o północy na cmentarzu. Ma to być sprawdzian odwagi. Wszyscy jak jeden, a jest ich kilkunastu, na wyścigi przyrzekają, że przyjdą, że wymkną się z domu niespostrzeżenie, że będą pierwsi. Potem śpią bezpieczni w łóżkach a na cmentarzu o północy zjawia się… Filoktet. Te rogate dusze byli, są i będą.

 

FILOKTET:

Pomyśl, jak bardzo zdradliwy jest los:

Jak łatwo można znaleźć się pod wozem,

Choć żaden znak nie zapowiada tego.

   Nic ci nie grozi? – Uważaj na siebie!

Pławisz się w szczęściu? – Uważaj tym bardziej!

Świat w jednej chwili może się zawalić.  (Fil., 501 -506)

 

Słowa Filokteta dla wszystkich szczęśliwych, zdrowych, mądrych, pięknych. Których z daleka omija nieszczęście, zły los i straszne choroby. Którzy idą przez życie od sukcesu, do sukcesu. Co usypiają ufnie, że jutro wstanie słońce. A rankiem zrywają się z zapałem, by pracą, talentem i wrodzonym szczęściem pomnożyć swoje niemałe zasoby. Których nie trapią senne koszmary, ani czarne przeczucia, ani lęk o przyszłość. Którzy są pewni, że urodzili się po to by być szczęśliwi, odnosić same sukcesy po sam kres żywota i na koniec umrzeć spokojnie, bez bólu. Że w księgach praw, w konstytucji, zapisano, iż nieszczęście z daleka ominie ich i ich najbliższych. Którzy z pogarda zmieszaną z politowaniem patrzą na słabszych, gorszych, uboższych, … mniej szczęśliwych. Dla nich te słowa u schyłku swego długiego i szczęśliwego życia Sofokles włożył w usta Filokteta. Słowa ostrzeżenia, które rozbrzmiały w ten ciepły, letni wieczór w teatrze wobec Ateńczyków – szczęśliwych niegdyś mieszkańców słynnego, bogatego i wspaniałego miasta genialnych obywateli, którym tyle zawdzięczamy. Aten - najwspanialszego zapewne miasta, jakie istniało i będzie istnieć w przededniu końca jego świetności. Miasta toczącego zajadłą a przegraną już wojnę; miasta, które wkrótce zostanie okrążone i zdobyte, a jego mieszkańcy zagłodzeni.

   Nieszczęście zawsze przychodzi znienacka, niewidoczne, jak jadowity wąż ukryty w wysokiej trawie, póki nie uderzy i ukąsi, wykrzykując jad.

 

Troja padła. Miasto Priama legło w gruzach strawione pożogę ognia, zalane krwią jego mieszkańców. W obszernym domu na wyspie Ojta trwają przygotowania do uczty. Gościem honorowym i zarazem gospodarzem tej uczty będzie Filoktet – władca tej krainy. Zajmie poczesne miejsce przy stole, usiądzie na drewnianym tronie krytym złotą blachą, we wspaniałych szatach, łupach z Troi. Wszyscy biesiadnicy będą, jak zwykle, patrzeć na Filokteta z największym szacunkiem i wielką bojaźnią. To przecież on! Filoktet! Niezwyciężony łucznik. Zdobywca Troi. Ten, co zabił Parysa. Żywa jeszcze legenda. Heros! Bohater! Żywa pamiątka z czasów bohaterskich. Takich jak on więcej już nie znajdziesz! Patrzcie młodzi! Uczcie się i podziwiajcie! To Filoktet! Bohater spod Troi.

   Uczta. Filoktet w uroczystych, bogatych szatach siedzi na poczesnym miejscu przy stole.  Pije wino i milczy. Jako najważniejsza osoba otrzyma najlepsze kąski, od niego zaczyna krążyć czara z winem. Filoktet siedzi, wyprostowany, wielki, wspaniały, o twarzy spalonej słońcem i pooranej bruzdami. Milczący. Filoktet pije wino i milczy. Zatopiony w swoich myślach. Mruczy do siebie coś, co tylko on zrozumie. Jakby się sprzeczał, czy kłócił z kimś. Biesiadnicy wiedzą, że tak będzie. Że Filoktet taki już jest. Jest tutaj, a jakby go nie było. Pewnie przez te przeżycia na wojnie. Te lata samotności i cierpienia na bezludnej wyspie go tak skrzywiły. Ale i tak są z niego wielce dumni.

   Filoktet. wrócił do domu. Po powrocie zdążył jeszcze pożegnać ojca przed jego śmiercią. Objął po nim panowanie. Wiedzie mu się we wszystkim. Sąsiedzi darzą go szacunkiem. W jego spichrzach nie brak zboża, oliwy ani wina. W skarbcu złota. Nie brakuje mu też niewolników, jeńców z Troi. Rana wyschła i się zabliźniła. Prawie wcale nie boli. No, może trochę. Czasami. Podczas zmiany pogody. W czasie jesiennych wichur i sztormów. Zimowych słot. Lub innej okazji. Ale nawet jak boli, to ten ból jest do zniesienia. Drobiazg w porównaniu z bólem, jaki odczuwał wcześniej. Tak mówi Filoktet, gdy go pytają. Nic nie boli. Rana wyleczona. Jest dobrze. Tylko stopa rwie czasami. Ale tyle, co nic. Filokser rzadko się odzywa. Woli milczeć.  A ludzie nie mają śmiałości go nagabywać.

   Filoktet bez słowa wstaje i zataczając się, wolno kuśtyka do sypialnej komnaty. Skulona na brzegu obszernego łoża śpi niewolnica. Czekając na niego usnęła. Dziewczyna śpi na boku lekko pochrapując. Jej młode, piękne ciało nie budzi dziś w nim pożądania. Filoktet nie rozbierając się ciężko zlega w łożu. Zdaje mu się, że jest dostatecznie pijany by szybko usnąć. Długo tak leży z oczami utkwionymi w drewnianym stropie tonącym w mroku czekając na sen. Stopa ćmi bólem. Przez okna wpada rześkie, chłodne powietrze nocy. Nadchodzi świt. Jutrzenka rozjaśnia skraj nieba. Ptaki zaczynają poranne śpiewy. Filoktet jest na swojej wyspie. Leży w jaskini na stosie łachmanów. Słyszy szum fal uderzających o kamienistą plażę poniżej, pod jego grotą. Czuje chłodną, morska bryzę i słony smak kropli wody na ustach. Patrzy jak słońce wynurza się z morza. Wszystko jest jak zawsze, jak co dzień podczas niezliczonych wschodów słońca. Lub może powłócząc chorą nogą przedziera się przez kolczaste zarośla z łukiem w dłoni by podjeść i upolować morskiego ptaka? Czy wypatruje ze szczytu wzgórza na morzu jakiegoś punktu, śladu statku? Kto wie? Filoktet w końcu usypia. Wraz z przyjściem głębokiego snu wraca spokój i znika ta jedna, dręcząca myśl, która kołacze mu w głowie.

 

Nie chce mi się już żyć. Tęsknię za śmiercią.

Cóż więc uczynić z tą życzliwą radą?  (Fil., 1351).

           

Pytanie, na które każdy musi sam sobie odpowiedzieć. Inny, wielomówny poeta zapytał o to samo innymi słowy: być, albo nie być… Miał powstać krótki tekst o „Filoktecie”, a ten esej już zwiera zapewne więcej słów, niż sama tragedia. Istnieje wiele pięknych książek i mnóstwo mądrych słów, rady, pokrzepienia i pociechy, a gdy przychodzi tragedia, zostajemy sami.

   Księgę cierpienia każdy sam musi zapisać, własną ręką.  

 

 

Literatura

Sofokles, Filoktet, PIW,  2012

Jan Kott, Zjadanie bogów, Wydawnictwo Literackie, 1986 

 

 Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie tekstu tylko za zgodą autora.

Ocena wpisu: 
4
Twoja ocena: Brak Średnio: 3.9 (głosów:8)

Komentarze

..chętnie czytam wszystkie pańskie teksty. Czasami są tak ważkie, że nie śmiem ich komentować. Tak jest i tym razem. Serdecznie pozdrawiam i dziękuję za nie.

https://www.youtube.com/watch?v=VXccxvuCJbw

Podoba mi się!
3
Nie podoba mi się!
-2

Verita

#1536250

I ja Panią pozdrawiam i dziękuję. Cieszę się,  że moje testy trafiają... do nielicznych,

Podoba mi się!
2
Nie podoba mi się!
0

Bielinski

#1536255