Filoktet, czyli cierpienie

Obrazek użytkownika Bielinski
Kultura

Leży przede mną na stole książka. „Filoktet” Sofoklesa w tłumaczeniu Antoniego Libery, wydany przez PIW w 2012 roku. Trafiłem na te książkę przypadkiem w Internecie i kupiłem… przez pamięć na minione lata i na minione lektury. Sofokles w ciągu swojego długiego życia napisał 123 sztuki, z których zachowało się w całości jedynie siedem, pośród nich Filoktet. Siedem ze stu dwudziestu trzech… zatem zachowało się jakieś sześć procent dramaturgii Sofoklesa, jedna sztuka na circa dziewiętnaście napisanych. Niewiele. A może i tak za dużo? Najbardziej znane tragedie Sofoklesa to Antygona i Król Edyp. Antygona trafiła do kanonu lektur szkolnych. I słusznie. Chociaż może nie tak bardzo? Kiedyś Antygona była lekturą szkolną, potem nie była; dziś… Nie wiem. Jest, czy nie jest Antygona lekturą szkolną? Bodaj we fragmentach. Lektura szkolna nobilituje, ale często działa na odwrót. Ludzie uprzedzają się do przymusowych czytadeł. Ja też ich nie lubiłem czytać. Być może to jest przyczyna, że dzieci nie lubią Sofoklesa. Przez te lektury szkolne. Potem dzieci dorastają i jako dorośli nie cierpią Sofoklesa, Eurypidesa i tych wszystkich starych Greków, w ogóle wszystkiego, co choćby z dala zalatuje starożytnością.

   Czym tu się interesować, pytają? Antygona to ta wariatka, co zabiła się, by pochować brata. Edyp to ten dewiant, co sypiał z własną matką. Na co się komu przyda czytanie o takich ludziach? Chyba tylko tym oszustom – psychologom – specjalistom od tzw. psychoanalizy, co świetnie żyją z wmawiania naiwnym, głupim a bogatym ludziom kompleksu Edypa; że niby chcieliby sypiać z własną matką. Kto przy zdrowych zmysłach chciałby bzykać własną matkę? Chyba tylko ci Grecy, zboczeńcy. W tych ich tragediach tylko jedno i to samo. Jak nie kazirodztwo, to jakaś inna zbrodnia. Albo mord, albo gwałt. Jak nie dzieciobójstwo, to matkobójstwo. Lub ojcobójstwo. Albo bratobójstwo. Lub najłagodniejsze – samobójstwo. Kto sam z nieprzymuszonej woli czytałby wynaturzenia chorych umysłów? No, tak wiadomo, to wielkie dramaty, wspaniałe tragedie, ale… niech sobie będą. Gdzieś tam. Obok. Poza nami. My, ludzie współcześni, nie mamy z tym nic wspólnego z ich problemami, tragediami, ani z tymi ludźmi. To nas nie dotyczy. Te tragedie nie poruszają żadnych spraw, które nas współcześnie trapią; nic nie mówią o naszych problemach, o naszych dylematach i naszych dramatach.

   Że toś tam, kiedyś zerżnął własną matkę? Albo jakaś szalona kobieta zabiła własne dzieci? Do szpitalu psychiatrycznego z nimi. Toż to czyste wariactwo. W wariatkowie ich miejsce. To żaden temat a problem medyczny dla specjalisty, czyli psychiatry. O czymś takim nawet nie wypada mówić we współczesnym, tolerancyjnym, liberalnym towarzystwie. Greccy tragicy byli wielcy, ale w swoim czasie. Współcześnie ich sztuki przebrzmiały. Są niby żywe skamieliny. To są tylko pomniki, przetrwałe pomniki kultury i literatury, Nie ma w nich życia. Greckie tragedie są martwe, dawno minione i w treści i formie.

   Lubimy jeździć do Grecji, podziwiać kolumnady świątyń, ruiny Partenonu, czy Akropolu w Atenach. Nieskalana biel marmuru, cudowne kształty, idealne proporcje, czyste piękno zaklęte w kamieniu, wiecznotrwałe, jakby poza ludzkie… Czy wykraczające poza ludzką miarę. Trochę podobnie odnosimy się do tekstów greckich tragików, w tym do Sofoklesa. Mówię tu o tych najlepszych, tych nielicznych, co je czytają, czy bodaj o nich słyszeli. Odnoszą się do nich oni – nawet ci nieliczni, ci wybrani – niby do przetrwałych cudem kamiennych kolumn greckich świątyń, idealnych w kształcie, ale zimnych, twardych i obcych.

   Ja inaczej odczytuję teksty starożytnych greckich tragików, w tym Sofoklesowego Filokteta. Dla mnie w ich słowach dalej płonie ogień. Płonie, jak płonął kiedyś, i jak będzie płonął, gdy już nas nie będzie. Jesteśmy tacy sami, jak byliśmy kiedyś. Jacy byli Ateńczycy, w złotym wieku Aten. Jacy byli Grecy w czasie wojny peloponeskiej, w czasie wojen perskich i wcześniej, w czasie wojny trojańskiej. Nic się nie zmieniliśmy. A jeśli już to na gorsze. Tak, wiem. Wojna trojańska to mitologia. Niech będzie, że mitologia. Wszystko to mitologie znane ze słyszenia. I opowieści o wojnie trojańskiej, o wojnach napoleońskich, wojnach punickich, czy dwu światowych. Nie jesteśmy w niczym lepsi od Ateńczyków z V wieku sprzed naszej ery; w niczym mądrzejsi, bardziej utalentowani, czy lepsi. Jeśli się od nich różnimy, to tylko na niekorzyść. Średnia długość życia mamy znacznie większą, prawda. Lecz to, że żyjmy średnio ze dwa razy dłużej znaczy tylko, że zużywamy dwa razy więcej tlenu, dwa razy więcej pokarmu i wytwarzamy dwa razy więcej gnoju. Czy te większe zużycie, większy przerób i wyrób sprawia, że jesteśmy lepsi? Z pewnością my, współcześni, bijemy Ateńczyków na głowę hipokryzją, samouwielbieniem, głupią pewnością siebie, przeświadczeniem, że wiemy to, czego nie wiemy, lecz nie geniuszem czy mądrością. Daleko nam do nich, do siły ich umysłów, ich talentu, odporności, mocy charakteru.

   Ludzie błędnie odczytują stare teksty. Czytają je z niepotrzebnym a nadmiernym szacunkiem, ze zbytnią atencją, na kolanach, jak szacowny zabytek, jakby opowiadały o jakiś obcych, kosmitach czy bogach, jakby to nie tyczyło ludzi, takich samych jak my. Może mylą ich postacie bohaterów dramatów, którymi zawsze są herosi, bogowie, czy półbogowie? Zapominają, że to ludzie piszący o innych ludziach. Że to dramaty, czy tragedie ludzi, a nie kamiennych posągów. Posągu nie można przebić mieczem, otruć, oszukać, doprowadzić do zbrodni, czy szaleństwa. Posąg nie krwawi, nie wyję z bólu na scenie jak Filoktet.

   No tak, ale my, współcześni, mamy szczęście. Żyjemy w dwudziestym pierwszym wieku, wieku postępu. Cywilizacji, kultury, praw człowieka i obywatela. U nas nie ma tragedii! Prawie nie ma, a jak się zdarzy jakiemuś pechowcowi to gdzieś ukryta za szpitalną zasłoną, za kratą więzienia, czy oddziału psychiatrycznego, lub zamknięta szczelnie w czterech ścianach domu. Nie lubimy o tym rozmawiać, słuchać, ani opowiadać. Tragedia to jedyny temat wstydliwy, dziwne, w czasach, gdy nie ma wstydu, nie ma żadnego tabu, gdy wszystko się pokazuje, ze wszystkimi odchyleniami się obnosi a nawet nimi się szczyci. Wszystko jest dobre, za jednym wyjątkiem, za wyjątkiem nieszczęścia. Tragedii. Tragedia stała się jedynym współczesnym tabu.

   Tragedie Sofoklesa, czy Eurypidesa, to opowieść ludzi o ludziach, w kostiumach uszytych na miarę mitologicznych bohaterów. Jak Filoktet. Z siedmiu przetrwałych tragedii Sofoklesa. Filoktet jest najmniej znanym. Najrzadziej wystawianym, nieczęsto czytanym. A przecież nie najgorszym. Sofokles napisał Filokteta u schyłku życia, miał wówczas blisko dziewięćdziesiąt lat. Jak to się pisze: był w pełni sił twórczych mając za sobą sześć dekad pisania znakomitych, wybitnych dramatów. Już bardziej pełen sił twórczych nie mógłby być. Filoktet to jedna z najlepszych sztuk Sofoklesa. Dlaczego tak rzadko czytana? Bo to sztuka gorzka, powiedziałbym sztuka bezwstydna i głęboko amoralna. Bodaj czy nie najbardziej gorzki z dramatów Sofoklesa, czy innych antycznych tragików. Ludzie nie chcą oglądać takich rzeczy. Ani czytać. Ani o tym rozmyślać. Niemoralność to łatwizna; wystarczy pokazać parę kopulującą na scenie, czy masturbację, lub inne seksualne kombinacje. Łatwe to i proste. I przyjemne. Dostępne każdemu, kto nie ma paraplegii, czyli porażenia, paraliżu dwukończynowego. Czyli ogromnej większości ludzi. Nowe stopniowanie słowa nieszczęście: najniższy stopień – pech np. stłuczka, skręcenie nogi w kostce, śmierć lubianej ciotki, następny – nieszczęście, czyli np. choroba nowotworowa, lub córka ulicznica, potem paraplegia, stopień najwyższy – tetraplegia, z greki: tetra – cztery, plege – rana, cios. Po naszemu paraliż czterokończynowy. Chyba to nie przypadek, że straszne choroby, czy zdarzenia medyczne opatrujemy terminami zaczerpniętymi z greki. Powinny być trzy stopnie a mnie wyszły cztery. Mniejsza o to. Lepiej o tym nie mówić. Nie żartuje się z nieszczęścia. Nie wywołuj wilka z lasu, przestrzegają. Słusznie. Oby nie. Wracając do tematu. Wygibasy na scenie publika kupi. Chętnie obejrzy i zapłaci za widowisko. Prawdziwa amoralność to cecha duchowa, coś znacznie gorszego i głębszego i bardziej odrażającego. Sofokles wiedział, jak swoich bohaterów sprowadzić na dno ludzkiego bytowania. A potem poprowadzić ich jeszcze głębiej.

   Wejdźmy w ten świat. Świat greckiego życia i greckiego teatru. Jedno z drugim jest ściśle powiązane. Zajrzyjmy do wnętrza teatru. Spójrzmy, co jest na scenie, co się dzieje na widowni, a co wydarzyło się poza kulisami sceny w jeden dzień. W ciepły, acz nieupalny, letni wieczór w roku 409 p.n.e., gdy w amfiteatrze u stóp Akropolu wystawiono trylogię trojańską Sofoklesa, trzy tragedie: Ajas, Filoktet, Elektra. Dziwna rzecz, ale te trzy dramaty przetrwały. Przedstawienie to jest elementem agonu teatralnego, czyli zawodów dramaturgicznych, w których najlepsi dramaturdzy prezentują swe sztuki. Zwycięzca bierze wszystko: sławę, chwałę i laury. Grecy uwielbiali zawody, wyścigi, rywalizację. Oni wymyślili zwody sportowe, czyli olimpiadę, oraz zawody w dramaturgii. Czemu nie? Współcześnie mamy olimpiady sportowe, o odnowieniu agonów – zawodów w dramaturgii, czy sztuce jakoś nie słychać, choć nigdy w dziejach nie było tylu pisarzy, dramaturgów, twórców, co obecnie.

   Od razu można wyjawić, iż ten agon – zawody dramatyczne wygrał Sofokles. Było jego jedno z 24 zwycięstw, czyli zdobytych pierwszych miejsc. Drugie miejsca trudno zliczyć. Koledzy dramaturdzy musieli szczerze nienawidzić Sofoklesa. Jest wieczór. Rozpoczyna się przedstawienie. Na scenie amfiteatru pojawią się aktorzy w maskach, w butach na koturnach. Sami mężczyźni. Aktorami byli tylko i wyłącznie mężczyźni, grający również role kobiece. Ale grali w maskach, więc było im łatwiej. Na widowni zresztą zasiadali również głównie mężczyźni. Grekom ani do głowy przyszłaby myśl o równouprawnieniu kobiet. Przewodnikiem w tym świecie będzie Tukidydes. Słynny historyk, pisarz, twórca nowoczesnej historiografii. Z tym Grekami już tak jest, że jak się kogoś spotka, to zaraz okazuje się, że pierwszy, że twórca, że pomnik, itp. Jak Tukidydes. Zresztą pierwszorzędny pisarz. Jego „Wojna Peloponeska” to nie tylko historyczne dzieło, ale tętniący życiem i bólem opis, czasami nieledwie reportaż z tego, co się działo podczas niesławnej a strasznej wojny peloponeskiej z lat 432 - 404 rok p.n.e. Rok premiery Filokteta to dwudziesty trzeci rok tej wojny. Nie wolno o tym fakcie zapominać.

   Jedna uwaga. Pisząc o Grekach mam na myśli tylko i wyłącznie starożytnych Greków. Współczesnych „Greków” ze starożytnymi łączy tylko i wyłącznie przejęty język, zagrabione imię i przywłaszczone dziedzictwo. Starożytnych Greków i współczesnych „Greków” wiąże to samo, co złodzieja i okradzionego, oszusta i jego ofiarę – zagrabione lub przywłaszczone mienie. Do spuścizny po Grekach równie dobrze jak nowi a samozwańczy „Grecy” mogą się odwoływać Macedończycy, Albańczycy, Bułgarzy, czy nawet Turcy. I wszyscy ci, dla których ważne są pisma Ajschylosa, Sofoklesa, Eurypidesa, Platona czy Tukidydesa.

 

  1. Wojna

Oto slynna „Wojna peloponeska” Tukidydesa. Początek wojny peloponeskiej. Wojnę toczyły Ateny – największe mocarstwo morskie, ze Spartą – najpotężniejszym greckim państwem lądowym. Oczywiście każde z tych państw wspierała gromada sprzymierzonym miast – państw. Konstelacje polityczne zmieniały się równie szybko jak pogoda, lecz główni rywale trwali w wojnie.  Wyspa i miasto Korkira. Piękna wyspa, dziś turystyczny skarb. Wszystkie te wydarzenia dzieją się w cudownie pięknym otoczeniu. Wyspa porośnięta zielenią, jakby wyrastająca z lazurowego morza, gaje oliwne, marmurowe świątynie bóstw. Ale na wyspie i w mieście nie ma spokoju. Są za to dwa stronnictwa: demokratyczne – popierające Ateny i oligarchiczne – oglądające się na Spartę. Te dwa stronnictwa toczą, zaciekła, bratobójczą walkę. W końcu zwycięża stronnictwo ateńskie. „Korkirejczycy … płynąć dokoła … mordowali w czasie drogi każdego schwytanego przeciwnika. Również tych, których zmusili poprzednio do przejścia na okręty, wysadzili na ląd i zabili. Następnie udawszy się do świątyni Hery namówili mniej więcej pięćdziesięciu spośród szukających schronienia, żeby stawili się przed sądem, i wydali na nich wszystkich wyrok śmierci. Ci zaś, którzy pozostali w świątyni Hery i nie dali się do wyjścia namówić, widząc, co się dzieje, wzajemnie sobie śmierć zadawali, wieszając się na drzewach albo w inny sposób pozbawiając się życia. I tak przez siedem dni … Korkirejczycy mordowali wszystkich współobywateli, którzy wydawali się im przeciwnikami politycznymi, pod pozorem, że dążyli oni do obalenia ustroju demokratycznego; zginęło także trochę ludzi wskutek porachunków osobistych, a inni z rąk swoich dłużników. Mordowano w najróżniejszy sposób, popełniano wszelkiego rodzaju okropności, jakie zwykle dzieją się w takich wypadkach, a nawet jeszcze straszniejsze. Ojciec bowiem zabijał syna; ludzi odciągano od ołtarzy i tuż obok uśmiercano; niektórzy nawet zginęli zamurowani w świątyni Dionizosa.” ( str. 196, Woj. Pel.). To był początek wojny peloponeskiej. Potem to samo działo się w wielu miastach Grecji.

   Inny przykład z środka mniej więcej wojny. Ateńska armia i flota zaatakowała mieszkańców miasta Melos, którzy wpadli na nieszczęśliwy pomysł zrzucenia ateńskiej dominacji i odzyskania niepodległości. Najpierw były rozmowy dyplomatyczne i ozdobne a kunsztowne mowy. Starożytni uwielbiali popisy sztuki oratorskiej. Tukidydes też je lubił i tak zapisał mowę Ateńczycy do Melijczyków, którzy wcześniej wymownie a naiwnie rozwodzili się o sprawiedliwości, o prawach boskich i ludzkich, o przewagach moralnych, i o tym, że oni chcą nikogo krzywdzić tylko odzyskać niepodległość:  „Przecież jak wy tak i my wiemy doskonale, że sprawiedliwość w ludzkich stosunkach jest tylko wtedy momentem rozstrzygającym, jeśli po obu stronach równe siły mogą ją zabezpieczyć; Zwykle silniejsi osiągają swe cele, a słabsi ustępują. … My również sądzimy, że nie zabraknie nam życzliwości bogów. Nie domagamy się bowiem ani nie czynimy nic takiego, co by się sprzeciwiało przyjętym wyobrażeniom o bogach i ludzkim skłonnościom. Sądzimy bowiem, że zarówno bogowie zgodnie z naszym o nich wyobrażeniem, jak i sami ludzie z powodu wrodzonych sobie cech, całkiem jawnie, wszędzie i zawsze rządzą tymi, od których są silniejsi. Również nie my wymyśliliśmy to prawo i nie my zaczęliśmy je pierwsi stosować, lecz posługujemy się nim, przejąwszy je od przodków i jako prawo niezmienne przekazując potomnym. Wiemy również, że i wy, i wszyscy inni mając potęgę równą naszej postąpilibyście tak samo.” (str. 229, Woj. Pel.).

   Oto głos imperium w zenicie potęgi, w godzinie tryumfu. Ich doskonały cynizm i jawny bezwstyd. Los miasta Melos i jego mieszkańców, jak w soczewce pokazuje powszedni dzień wojny peloponeskiej. Oto cała ta wojna w jej praktyce. Czy dlatego Tukidydes tak wiele miejsca poświęcił tej w sumie niewielkiej bitwie? Że była tak typowa? Po perorach nastąpiło oblężenie. W końcu mieszkańcy Melos po długim oblężeniu poddali się by nie umrzeć z głodu. „Melijczycy poddali się Ateńczykom pozostawiając im decyzję o swoim losie. Ci zaś wszystkich mężczyzn, jacy im wpadli w ręce, wymordowali, dzieci i kobiety sprzedali w niewolę. Miasto zaś sami skolonizowali, posławszy później pięciuset osadników.”. (str. 232 Woj. Pel.). Współcześnie mówimy o czymś takim – zagłada. Lub wykwintnie, z angielska – Holocaust. Wymordować mieszkańców, resztę zesłać na zatracenie do obozów pracy, na ich miejsce osiedlić swoich. Czy więźniowie sowieckiego gułagu, lub niemieckich obozów koncentracyjnych nie byli państwowymi niewolnikami? Czy ich los różnił się od losu jeńców z czasów wojny peloponeskiej? Nie Niemcy, czy Sowieci, ale starożytni Grecy stosowali tę metodę i to na co dzień w czasie wojny peloponeskiej. Nie byli zresztą pierwsi. Oblężenie i zagłada Melos przypada na szesnasty rok wojny peloponeskiej.

   Rok później nastąpiła wyprawa sycylijska. Ateńczycy zapragnęli podbić kolonie greckie na Sycylii w tym największe miasto Syrakuzy. Skoro do tej pory im się udawało? Jeśli do tej pory ich flota była niezwyciężona na morzu? A nawet na lądzie pokonywali Spartan? Czemu nie? Ateny i ich sprzymierzeńcy, jedni pod przymusem, inni dobrowolnie wystawili wielką armię i wspaniałą flotę. Walki na Sycylii trwały dwa lata. Zakończyły się całkowita klęska Ateńczyków i ich sprzymierzeńców. Ateńczycy pierwszy raz ponieśli tak wielką klęskę na morzu, stracili całą flotę. Następnie na lądzie ich armia została otoczona i zniszczona. W sensie strategicznym wyprawa sycylijska była wielkim, koszmarnym błędem. Syrakuzy to było to jedno miasto za dużo. O jedno miasto za daleko. Od wyprawy sycylijskiej karta wojny się odwróciła i losy wojny przybierały dla Aren coraz to gorszy obrót i gorszy. I gorszy. Ateńczycy zbudowali nowe okręty, wstawili kolejna flotę, lecz straty ludzi nie dało się nadrobić. Oto, co pisze o losie jeńców Tukidydes. „Z umieszczonymi w kamieniołomach Ateńczykami obchodzili się Syrakuzańczycy w pierwszym okresie surowo. Stłoczeni w znacznej liczbie w miejscu ciasnym i zapadłym, wystawieni byli z braku osłony na żar słoneczny, by z kolei w czasie jesiennych nocy znosić dokuczliwe zimno. Te zmiany temperatury wywoływały wśród nich choroby. Z powodu ciasnoty wszystkie potrzeby załatwiali na miejscu, a w dodatku gromadziły się tam stosy trupów; umierali z ran i z chorób wywołanych zmianą temperatury czy z innych podobnych przyczyn. Zaduch był nie do zniesienia, nękał ich głód i pragnienie,

   Mniej więcej siedemdziesiąt dni prze żyli razem w tych warunkach; potem Syrakuzańczycy sprzedali w niewolę wszystkich oprócz Ateńczyków i tych Sycylijczyków i Italików, którzy brali udział w wyprawie. Trudno określić liczbę ludzi wziętych do niewoli, w każdym razie nie było ich mniej niż siedem tysięcy. Było to najważniejsze wydarzenie w tej wojnie, a jak mi się zdaje, najważniejsze w ogóle w całej historii greckiej; najwspanialsze dla zwycięzców i najżałośniejsze dla zwyciężonych. Pokonani na lądzie i morzu, stoczywszy się na dno cierpień, ulegli całkowitej zagładzie: z piechoty i okrętów nic nie pozostało. Z wielkiej liczby jedynie garstka wróciła do domu. Taki był los wyprawy sycylijskiej.” (str. 311, Woj. Pel.).

   Syrakuzańczycy postąpili z Ateńczykami i ich sprzymierzeńcami tak samo, jak Ateńczycy postąpiliby z nimi, gdy to oni zwyciężyli. Nie byli szczególnie okrutni. Taka była norma. Los jeńców ateńskich jest dowodem, że to nie Sowieci czy Niemcy wymyślili obozy zagłady w 24 wieki później. Ani nie oni wymyślili obozy pracy, czy inne koncentracyjne miejsca zagłady. Dzieło Tukidydesa kończy się nagle, niejako w pól zdania, na opisie dwudziestego pierwszego roku wojny peloponeskiej, czyli w roku 411 p.n.e. Przyczyną nie była śmierć autora, Tukidydes dożył zapewne zdobycia Aten przez armię pod dowództwem wodza Spartan Lizandra w 404 roku p.n.e. W każdym razie dalsza część jego dzieła zaginęła. Ale wiemy, co było dalej.  

   Ciekawe, że premiera „Filokleta” odbyła się na scenie teatru ateńskiego w 409 roku, dwa lata po nagłym końcu dziejów wojny peloponeskiej Tukidydesa, cztery lata po klęsce sycylijskiej, gdy wojna toczyła się dalej a jej szale coraz wyraźniej przychylały się na korzyść Spartan i na klęskę Ateńczyków. Pośród aktorów na scenie, czy mnóstwa widzów na widowni nie było chyba nikogo, kto nie straciłby ojca, brata, syna, lub kuzyna, który nie zginąłby czy to na Sycylii, w Tracji, czy w Azji Mniejszej, lub gdzie indziej w setkach i tysiącach mniejszych i większych bitew lądowych i morskich; kto nie umarłby z głodu, czy z pragnienia, z ran lub z chorób.  A przecież ginęli nie tylko mężczyźni. Ginęła ludność całych miast i wiosek, jak nieszczęśni Melijczycy. Ateńczykom ten los podbitych był oszczędzony. Na razie. To oni oblegali inne miasta, to oni wybijali ludność zdobywanych miast, to oni sprzedawali ocalałych w niewolę. Wyrzynano całe miasta, mężczyźni ginęli od miecza, kobiety i dzieci ginęły z głodu. Lub później w niewoli z katorżniczej pracy. Do czasu. Fala nienawiści miała zalać Ateny później. I Ateńczycy mieli doznać tego wszystkiego, czego na swych śmigłych, czarnych okrętach dostarczali innym. Oblężenia, głodu, chorób. Powszechnej śmierci.

   Nie znaczy to, że Ateńczycy byli wolni od powszechnego nieszczęścia. Już na początku wojny dotknęła Ateny epidemia dżumy (430 rok p.n.e.). Dżuma powracała jeszcze kilkukrotnie dziesiątkując ludność Aten zamkniętą za murami miasta. Najgorsza była pierwsza epidemia w drugim roku wojny. Pod miastem stała armia spartańska, za murami Aten stłoczone masy ludzi, fatalne warunki sanitarne, głód, brud, plaga szczurów i insektów: much, pcheł czy wszy. Musiało się to skończyć epidemią. Była to pierwsza tak dokładnie opisana m. in. przez Tukidydesa epidemia dżumy w dziejach. Straszna epidemia. Według Tukidydes – a był to człowiek chłodny i rzeczowy, nieskłonny do przesady – podczas tej pierwszej, największej epidemii zmarło między jedną trzeciej a dwie trzecie mieszkańców miasta. Przyjmijmy, że w Atenach zaraz w drugim roku wojny w wyniku epidemii dżumy wymarło około połowa mieszkańców. Pośród ofiar – wielki polityk, strateg, niezłomny obrońca demokracji i ateńskiego imperium, budowniczy Partenonu – Perykles. Gdyby nie tak wcześnie, na samym początku wojny, gdyby nie umarł na dżumę Perykles, ta wojna potoczyłaby się całkiem inaczej. Ateny by ocalały. Okrucieństwo, czy bezwzględność Ateńczyków łatwiej zrozumieć, gdy się pamięta o ateńskich ofiarach: kobietach, dzieciach, mężach, czy starcach, którzy masowo umierali na dżumę i inne choroby. Czemu Ateńczycy mieliby łagodniej tratować innych, niż ich potraktowano w ich własnym mieście? Przecież ta epidemia nie zabiłaby tylu ludzi, ich przyjaciół, krewnych, sąsiadów, gdyby nie armia spartańska pod bramami Aten. I tak to szło. Krew za krew, odwet za odwet, zemsta za zemstę.

   Łatwo czytać o nieszczęściach innych, zwłaszcza tych, co żyli prawie dwa i pół tysiąca lat temu. Ale dla tych, co w piękny, letni wieczór zasiedli na widowni teatru, aby oglądać nową tragedię Sofoklesa „Filoktet” nie była to żadna historia starożytna. To było ich życie. Ich pamięć, ich ból. Ich bliscy, co zginęli, bądź umarli; ich dzieci, ich ojcowie, matki, ich bracia i siostry. Wyobraźmy sobie, że współcześnie w jednym z naszych miast, np. w Krakowie, czy Poznaniu, na skutek epidemii w ciągu kilku miesięcy wymiera połowa mieszkańców. Co by się działo? Chyba nikt nie chciałby znać odpowiedź na to pytanie. A przecież Ateńczycy nie poddali się mimo iż umarła połowa mieszkańców. Zaraza to nie tylko powszechna śmierć. Ludzkie więzi przestawały istnieć, rozpadły się rodziny… A oni? Ateńczycy? Gdy zaraza wygasła, pochwali zmarłych i przez następne dziesięciolecia poradzili nieustępliwie zaciekłą, a przez większość tego czasu, zwycięską dla nich wojnę. Czy my współcześni, tak samo doświadczeni dokonalibyśmy tego samego? Wykazalibyśmy taką odporność, taką niezłomność, taki hart ducha, jako oni, Ateńczycy? Bardzo wątpię. Lecz lepiej, powtarzam, lepiej tego nie sprawdzać.

   W pięć lat od premiery Filokteta, w roku 404 p.n.e. Ateny po serii klęsk, straciwszy swą ostatnią flotę i ostatnich sojuszników zostaną okrążone przez połączone armie i floty państw greckich pod dowództwem wodza Spartan Lizandra. Rok wcześniej w bitwie pod Ajgospotamoj (Kozimi Wodami, obecnie w Dardanelach) ostatnia flota ateńska została zniszczona przez flotę spartańską pod dowództwem tego samego Lizandra. Po bitwie Lizander kazał wymordować wszystkich wziętych do niewoli Ateńczyków. Jak pisze Ksenofont, w Historii greckiej, na wiadomość o klęsce floty „jęk z Pireusu po długich murach docierał aż do miasta… tak iż tej nocy nie spał tam nikt, lecz wszyscy opłakiwali nie tylko poległych, lecz o wiele bardziej samych siebie; sądzili bowiem że doznają takich samych cierpień jakich zadali innym…” Mieli rację. W czasie wielomiesięcznego oblężenia Aten, mnóstwo Ateńczyków umarło z głodu. Kapitulacja Aten zakończyła wojnę peloponeską. Zagłada od zarazy na początku wojny, zagląda z głodu na końcu wojny. Mieszkańcy Aten nie uniknęli swego cierpienia.

 

  1. Teatr

 Ale wróćmy do tego wieczoru, do premiery Filokteta w amfiteatrze u stóp Akropolu. Wieczór był piękny, ciepły, już nie upalny. Wszystkie miejsca na widowni zajęte. Ateńczycy kochali teatr dla tego samego powodu, dla którego również my kochamy teatr. Po co chodzimy do teatru? By zapomnieć, by przemieść się do innego świata, żeby przeżyć cudze, przejmujące historie. Szczególnie w czasie przegrywanej wojny, chwila zapomnienia to bezcenna rzecz. Czy można się dziwić, że Ateńczycy, choć na kilka godzin chcieli zapomnieć o jakże trudnym i ciężkim dniu codziennym? Nie myśleć o wojnie, o bólu, lęku. Niepewnej a strasznej przyszłości. Zresztą teatr to ich dziecko. Grecy starożytni stworzyli teatr i doprowadzili go do szczytu. Grecy uwielbiali teatr.

   Wielcy greccy tragicy: Ajschylos, Sofokles, Eurypides. Praktycznie z jednego pokolenia, Ajschylos o pokolenie starszy. Z jednego miasta, z Aten. Nikt po nich nie pisał tak, jak oni. Tak wielu pisze, a czytać nie ma czego. Wielu pisało i pisze sztuki, a oglądać nie ma czego. Nie ma czego wystawiać; na deskach teatralnych lecą jakieś miernoty, chałtury, bulwarowe pseudokomedie, nudziarstwo bądź sztuczydła interesujące się tylko tym, co poniżej pasa. Tak, Szekspir. Prawda. Największy pisarz w dziejach, najwspanialszy dramatopisarz, niedościgły mistrz – autor sztuk termalnych. Czyżby? Przyznaję, wolę Sofoklesa, czy Eurypidesa. Nawet Ajschylos nieco przyciężki i przestarzały, nawet Ajschylos ma cudowne sceny, wspaniałe frazy. Chyba to kwestia gustu. Niektórzy wolą herbatę słabą, taką słomkę, inni wolą mocny napar, herbatę prawie czarną. Sztuki Sofoklesa czy Eurypidesa to esencja tragizmu. Weźmy „Hamleta”, jedną z najsławniejszych i najlepszych sztuk Szekspira. Hamlet miota się przed cztery długie akty, jak w tańcu świętego Wita, by w piątym akcie w sumie nieco przypadkowo pozabijać swoich wrogów i samemu zginąć. Na scenie zasłanej tropami zjawia się Fortynbras, by pozamiatać. Zawsze znajdzie się ktoś, kto posprząta za dobrą zapłatę.  Zakończenie Hamleta to przykład zręcznego, tragicznego rzecz jasna, ale happy endu. Widz wychodzi zadowolony z siebie i ze sztuki, bo Hamlet szczęśliwie ginie w finale. Widza nie trapią przykre myśli, co byłoby gdyby na przykład Hamlet przeżył? Jak dalej by żył z brzemieniem winy, jako matkobójca? Szekspir pisze o drodze do zbrodni i sprytnie zamyka temat, bo Szekspir – zręczny dramatopisarz – to kierownik teatru, którego interesują jak największe dochody z kasy teatralnej. Szekspir to menadżer w prywatnym biznesie zainteresowanym maksymalizacją zysku. Sofokles wystawiał w państwowym teatrze. Nie interesowała go kasa za bilety wstępu, bo bilety były za darmo. Teatr finansowało miasto. Autor mógł sobie pozwolić na więcej. Nie musiał kończyć sztuki happy endem. Ale była publiczność: niezwykle wymagająca, wyrobiona, wyrafinowana publiczność, której bali się najwięksi. Jak im się coś nie podobało, widzowie od razu dawali o tym znać i to bardzo dosadnie. Inne czasy, tematy te same, lecz inne ujęcie. Sofoklesa, Eurypidesa, czy Ajschylosa interesowało nie tylko to, co było przed, ale i to co będzie po.  Za sceną leżą trupy, to co miało się dokonać już się dokonało; na scenie pozostał bohater sam ze swoim czynem. On i ścigające go furie, przed którymi nie ma ucieczki, tak jak nie ucieknie się przed własnym cieniem. Człowiek w sytuacji ostatecznej, bez wyjścia. Ulubiony temat greckiej tragedii, bo była przecież plejada dramaturgów mniejszego kalibru, z dzieł których prawie nic nie ocalało, poza urywkami, i o których prawie nic nie wiemy poza imieniem. Najwięksi to Ajschylos, Eurypides. I Sofokles.

  Ateńczycy kochali Sofoklesa i jego sztuki. Mamy romantyczne wyobrażenie poety, jako marzyciela z głową w chmurach, oderwanego od rzeczywistości, a przynajmniej zupełnie sobie nieradzącego w zwyczajnym życiu; biednego i genialnego samotnika, czy nieszczęśliwie zakochanego w jakiejś niedostępnej heroinie. Który to poeta umiera przedwcześnie w nędzy, by zwyciężyć po śmierci. Z taką wizją poety postać Sofoklesa stoi w całkowitej sprzeczności. Po pierwsze Sofokles był bogaty, pochodził z bogatej i cenionej ateńskiej rodziny. Po drugie Sofokles miał w życiu niezwykłe szczęście. Dostał od losu, czy bogów wszystko, o czym można marzyć: bogactwo, talent, urodę, powodzenie, szczęśliwe życie. Ktoś policzył i wykazał, że w na sztuki Sofoklesa przypada największa liczba nieszczęść w całej dramaturgii. Jego bohaterowie wieszają się, rzucają na miecze, wyłupują sobie oczy, wyją z bólu… Wydawać by się mogło, że autor takich dzieł to musi być jakiś ponurak, samotnik, mizantrop stroniący od ludzi Nic bardziej mylnego. Sofokles był niesłychanie miłym, ciepłym, sympatycznym i towarzyskim człowiekiem.

   Ateńczycy kochali Sofokles, ufali mu i bardzo cenili go nie tylko, jako pisarza. No, może poza kolegami po piórze, którzy powiedzmy mniej go lubili, gdyż poza tym wszystkim, na domiar złego Sofokles był genialnym pisarzem. Jednym z wielkich. Ten człowiek dostał wszystko. Piękne, szczęśliwe życie i wspaniały talent. Dożył wieku prawie dziewięćdziesięciu lat w doskonałej kondycji pisząc wspaniałe teksty do samego końca. Zgarnął cała pulę. Kto zaprzeczy temu, że Sofokles to dziecko szczęścia? Wybraniec bogów. Ateńczycy wybierali Sofoklesa na stratega, tak mu ufali. Strateg to dowódca floty i armii. Poeta żołnierzem? Tak bywa, szczególnie w naszej historii mamy wielu poetów żołnierzy. Lecz poeta generałem? Poeta admirałem? Dowódcą floty wojennej? Dramatopisarz tragiczny skarbnikiem związku delijskiego, czyli po naszemu bankierem zarządzający ogromnymi funduszami? Tak było. Poeta Sofokles dowodził ateńską armią i flotą i to z powodzeniem. Pewnie nikt Sofoklesowi nie powiedział, że poeta powinien być ponad takie rzeczy jak dowodzenie armią, flotą, czy umiejętne zarządzanie publicznymi pieniędzmi. Osobistym, wielkim majątkiem Sofokles także nader zręcznie i umiejętnie gospodarował. Czy to nie dowód największego zaufania powierzyć poecie, dramatopisarzowi, jako dowódcy, admirałowi floty, życie swoich synów, braci, ojców? Strateg to było zaszczytne, lecz i ryzykowne zajęcie. Nieudolnych, czy tylko pechowych dowódców Ateńczycy skazywali na śmierć. Ale Sofokles miał szczęście we wszystkim, czego się tknął. Za życia Sofokles należał do elity Aten: finansowej, społecznej, no i kulturalnej. Po śmierci Sofokles należy do elity literatury. Wyjątkowy człowiek. Wraz ze śmiercią Sofoklesa skończył się zloty wiek Aten. Wkrótce potem przyszły klęski militarne, za nimi oblężenie, głód i upadek miasta. Wszystko w ciągu ledwie pięciu lat.

   W ten piękny, letni wieczór Sofokelest wystawiał na scenie teatru swego Filokteta. O czym jest Filoktet? Filoktet to sztuka o cierpieniu. Filoktet dosłownie wyje z bólu na scenie. Ból, cierpienie, poświęcenie to temat niezwykle aktualny w Atenach. Pośród aktorów czy widowni nie było bodaj nikogo, kto nie zaznałby cierpienia. Nie zaznał w przeszłości, lub nie zazna w przyszłości. To ich bracia ojcowie, czy synowie ginęli w bitwach morskich czy lądowych. To ich bliscy umierali z odniesionych ran, od zarazy, z innych chorób, z głodu, lub ujęci w niewole ginęli gdzieś w kajdanach, jako niewolnicy. W ówczesnych Atenach nie było tematu aktualniejszego niż cierpienie. Dlatego Sofokles wygrał te zawody dramaturgiczne. Podjął najbardziej aktualny temat.  

   Filoktet Sofoklesa to sztuka o cierpieniu. O tym, czy cierpienie ma jakiś cel? Czy czemuś służy?  Czy cierpienie może mieć cel? Czy ów cel, jeśli uda się go osiągnąć, czy ten cel znosi cierpienie? Czy cierpienie ma sens? I jeśli tak, to kiedy ma sens? Co jest ważniejsze: droga, czy przeznaczenie? Czym jest przeznaczenie? Wiele pytań, lecz najważniejsze jest cierpienie.

 

 

Literatura

Tukidydes, Wojna Peloponeska, Czytelnik, 1988

Sofokles, Filoktet, PIW,  2012

 

 Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą autora. 

Ocena wpisu: 
Twoja ocena: Brak Średnio: 5 (głosów:2)